Jak wygrać walkę, w której dwa razy leżysz na deskach już w pierwszej rundzie? Gracjan Szadziński znalazł na to odpowiedź w Legionowie. Na gali Fight Mode 2 pokonał tam Hectora Lombarda.
Lombard to nie jest przypadkowy rywal. Były mistrz Bellatora, weteran UFC – w świecie MMA to nazwisko mówi samo za siebie. Szadziński, były zawodnik KSW, miał za sobą serię niepowodzeń i epizod w freak fightach. Co więcej, wcale nie był pierwszym kandydatem organizatorów do tego starcia.
Początek walki jakby potwierdzał te wątpliwości. Lombard dwukrotnie posłał Polaka na deski, i to już w pierwszej rundzie. Szadziński odpowiedział jednak w tej samej rundzie, wysyłając rywala na podłogę. W drugiej rundzie sędzia liczył Lombarda jeszcze dwa razy.
Rozstrzygnięcie przyniosła trzecia runda. Szadziński przełamał rywala, a twarz Lombarda była mocno porozcinana. Walkę przerwał lekarz – Kubańczyk nie mógł kontynuować. Werdykt: TKO przez przerwanie walki przez lekarza w trzeciej rundzie, zwycięzca – Szadziński.
„Czułem się, jakbym był zakochany”
Po walce Szadziński nie krył emocji. Mówił o tym na kanale „MMA – Bądź na bieżąco”.
„Jak dostałem walkę z Hectorem Lombardem, to czułem się, jakbym był zakochany, bo wszystko nabrało sensu no i jest happy end, cieszę się”.
Zdradził też, skąd bierze się jego słabość do widowiskowych, bijatykowych pojedynków.
„Jestem dziwnym typem człowieka, może dlatego że wychowałem się na Terminatorze oraz Rockym i od dziecka mnie jarają takie walki, że ktoś padał, wstawał. Dla mnie historie underdogów są piękne, cieszyłem się, że jestem underdogiem, nie lubię być faworytem, bo się boję, że kogoś zawiodę. Mam dobre serduszko dla dobrych ludzi”.
Jeszcze niedawno Szadziński szukał swojego miejsca po odejściu z KSW i przygodzie z freak fightami. Teraz zwycięstwo nad byłym mistrzem Bellatora znaczy dla niego dużo więcej niż tylko wygraną na kartach sędziowskich.
Co powiedzieć, gdy reprezentacja, z którą zdobyło się wicemistrzostwo świata, traci siedem goli w jednym meczu? Luka Modrić nie owijał w bawełnę – przyznał, że czegoś takiego w kadrze narodowej jeszcze nie przeżył.
Chorwacja przegrała z Anglią w Rijece, a do przerwy na tablicy świecił już wynik 0:4. Druga połowa nie przyniosła poprawy. Padło 0:7 – nowy, niechlubny rekord reprezentacji pod względem liczby goli straconych w jednym meczu.
Kapitan Chorwacji mówił wprost. „Jestem tutaj od 20 lat, ale pierwszy raz czuję wstyd po meczu” – powiedział Modrić po spotkaniu. Jak dodał, porażka w takim stylu niszczy reputację, którą chorwacka kadra budowała latami. „Przegrać w taki sposób i wyrzucić do kosza reputację, na którą pracowaliśmy przez te wszystkie lata, jest niedopuszczalne” – stwierdził.
Modrić nazwał ten występ „katastrofalną nocą” i porównał grę kolegów do sytuacji, w której na boisku brakowałoby kilku zawodników. „Tak nie można grać w piłkę. Nawet jeśli gra się w dziewięciu, nie można wyglądać w ten sposób, a my sprawialiśmy wrażenie, jakby brakowało nam czterech albo pięciu zawodników” – mówił pomocnik Realu Madryt. Apelował przy tym o jedność w szatni i odrzucił szukanie kozła ofiarnego. „Nie musimy wskazywać na siebie palcami. Musimy przejść przez to razem” – podkreślił.
Bilić: odpowiedzialność jest moja
Selekcjoner Slaven Bilić nie chował się za drużyną. „Oczywiście odpowiedzialność spoczywa na mnie. Jestem selekcjonerem, to moja drużyna” – oznajmił po meczu. Dodał, że przy takiej postawie na boisku porażka byłaby pewna, kto by nie stał po drugiej stronie. „Gdybyśmy zagrali w ten sposób przeciwko trzecioligowej drużynie, też byśmy przegrali” – powiedział. Zasugerował też, że sam wynik nie odzwierciedla realnej siły Anglików – jego zdaniem ich przeciwnik nie wygrałby nawet z Estonią 7:0.
Głos zabrał także Franjo Ivanović, który w starciu z Anglią rozpoczął mecz w podstawowym składzie. Napastnik przyznał, że nigdy wcześniej nie widział reprezentacji w takim stanie. „Odkąd jestem w reprezentacji, nigdy nie widziałem takiej Chorwacji. Stracić siedem goli z Anglią… to niemożliwe” – mówił.
Czasu na analizy jest mało – już za trzy dni Chorwacja zmierzy się z Hiszpanią. Ivanović zapowiedział, że zespół postawi wszystko na jedną kartę, by odbudować wizerunek po Rijece. „Za trzy dni możemy wszystko naprawić. Damy z siebie wszystko” – zadeklarował.
Jak to możliwe, że jedną tenisistkę kradzieże dotykają z taką regularnością? Maria Timofiejewa, 22-letnia reprezentantka Uzbekistanu, znów została ograbiona – tym razem w Pekinie, podczas turnieju WTA 1000, gdzie zniknął jej zegarek.
Timofiejewa grała w Pekinie w ramach turnieju rangi WTA 1000. W drugiej rundzie trafiła na Naomi Osakę. Japonka potrzebowała ponad dwóch godzin, by wygrać 6:3, 3:6, 6:3.
Po meczu Timofiejewa zostawiła torbę poza zamykaną szafką w szatni i poszła pod prysznic. Wróciła jakieś 10 minut później i wtedy zauważyła, że zegarek zniknął.
Całą sytuację opisała potem w mediach społecznościowych. Taki scenariusz na turnieju WTA 1000, jak napisała, nie znalazł się na jej karcie bingo na ten rok.
„Najwyraźniej muszę pogodzić się z losem osoby wyjątkowo często padającej ofiarą złodziei” – napisała Timofiejewa.
Dodała też praktyczną uwagę na przyszłość: nie warto zostawiać tenisowej torby poza szafką nawet na te kilka minut.
Nie pierwszy taki przypadek
Pekin to kolejny przystanek na mapie nieszczęść Timofiejewej. W maju 2026 roku okradziono ją w Paryżu – zniknęła wtedy torba z paszportem, telefonem i innymi osobistymi rzeczami.
Rok wcześniej, w 2024 roku, z jej konta bez jej wiedzy zniknęło w Madrycie ponad 10 tys. euro – i to mimo że karta bankowa przez większość czasu była przy niej. Tenisistka wspominała też, że pół roku przed tamtym incydentem, w tym samym mieście, przeżyła już bardzo podobną sytuację.
Pierwsza runda wisiała na włosku. Roberto Soldić, w debiucie dla UFC, ledwo utrzymał się na nogach po ciosie Khaosa Williamsa i mógł wtedy stracić wszystko. Ostatecznie Chorwat odpowiedział zwycięstwem na gali UFC 332 w Salt Lake City, w walce, która była jego pierwszym występem w organizacji.
Przed pojedynkiem Soldić miał na koncie bilans 22 zwycięstw i 4 porażek. Po drugiej stronie klatki stał Khaos Williams z bilansem 16-6. Na papierze starcie wyglądało wyrównanie, a pierwsza runda szybko to potwierdziła — i to z nawiązką.
Williams trafił Soldicia mocnym ciosem, po którym Chorwat na moment stracił równowagę. Kolejne uderzenia rywala przewróciły go na matę. Debiutant nie wpadł jednak w panikę. Minutę przed końcem pierwszej rundy obalił Williamsa pod siatką i to wystarczyło, by odwrócić przebieg starcia w kluczowym momencie.
Przewaga w drugiej i trzeciej rundzie
Druga runda należała już wyraźnie do byłego gwiazdora KSW. Soldić zaczął przeważać i kilka razy trafił rywala high kickami, po czym przeniósł walkę do parteru, gdzie zadawał łokcie na głowę Williamsa. W trzeciej rundzie szedł tym samym tropem — mieszał kolejne high kicki z silnymi uderzeniami na korpus i głowę. Na dwie minuty przed końcem walki sprowadził ją do parteru po haczeniu i próbował wpiąć się za plecy przeciwnika.
Werdykt sędziów nie pozostawił wątpliwości, kto zasłużył na zwycięstwo. Walkę zakończono decyzją na korzyść Roberto Soldicia — jeden z sędziów wypunktował ją 29-28, dwaj pozostali 29-27. Co ciekawe, dwaj z trzech arbitrów przyznali mu drugą rundę w stosunku 10-8 — liczby, które najlepiej oddają, jak wyglądała jego dominacja po tak trudnym starcie.
Dla kibiców śledzących karierę Soldicia taki wynik nie powinien być zaskoczeniem. To były mistrz KSW w kategorii półśredniej oraz średniej, przyzwyczajony do walk na najwyższym poziomie. Debiut w UFC, mimo niepewnego początku, potwierdził jedno: „RoboCop” wciąż ma argumenty, by rywalizować z najlepszymi.
Ile trzeba czasu, żeby zdetronizować legendę kategorii muszej? Payton Talbott (12-1) dał odpowiedź w dwie minuty i dziewięć sekund, błyskawicznie rozprawiając się z Deivesonem Figueiredo (25-8-1) w co-main evencie gali UFC 332.
Przed wejściem do klatki Talbott miał na koncie 12 wygranych i tylko jedną porażkę. Figueiredo przystępował do starcia z bilansem 25 zwycięstw, 8 porażek i 1 remisem – jako były mistrz UFC w wadze muszej.
Brazylijczyk, znany w środowisku jako Bóg Wojny, zaczął nieźle, trafiając rywala solidnym lowkickiem. To był jednak jego jedyny moment w tej walce. Talbott odpowiedział mocnym ciosem i Figueiredo wylądował na deskach.
Brazylijczyk zdołał wstać i próbował ratować sytuację sprowadzeniem walki do parteru. Bez skutku. Talbott nie dał mu ani chwili na regenerację – zasypał rywala gradem ciosów, aż ten osunął się pod siatką, a sędzia przerwał pojedynek.
Druga legenda w ciągu kilku miesięcy
To nie pierwszy głośny skalp Talbotta w ostatnim czasie. Pod koniec ubiegłego roku, na gali UFC 323, Amerykanin pokonał na pełnym dystansie Henry’ego Cejudo. Po starciu z Figueiredo jego bilans w organizacji wygląda jeszcze lepiej – 6 wygranych w 7 walkach rozegranych w UFC.
Dla Figueiredo to kolejny trudny wieczór w ciągu dłuższej, niełatwej passy. Brazylijczyk od kilku lat startuje w limicie do 135 funtów, w kategorii koguciej, gdzie na początku wyglądał wręcz dominująco – trzy zwycięstwa z rzędu. Potem forma wyraźnie się posypała: po tamtej serii wygrał zaledwie raz w kolejnych sześciu pojedynkach.
Wiceliderka rankingu WTA przegrywa w trzeciej rundzie z zawodniczką sklasyfikowaną na 34. miejscu – jak to w ogóle możliwe? Odpowiedź jest prosta: Nikola Bartunkova, 20-letnia Czeszka, po prostu zagrała lepszy mecz. W Pekinie pokonała Arynę Sabalenkę 6:4, 6:3 i tym samym zakończyła jej udział w China Open już w III rundzie.
Początek spotkania wcale nie wskazywał na kryzys formy rywalki. To Bartunkova straciła własny serwis już w pierwszym gemie. Czeszka jednak nie zwolniła tempa, a w szóstym gemie pierwszego seta musiała wykazać się żelaznymi nerwami – obroniła aż pięć break pointów. Właśnie ten fragment okazał się kluczowy. Set skończył się jej przewagą, 6:4.
Druga partia potwierdziła, że pierwsza nie była przypadkiem. Sabalenka znów oddała serwis, tym razem w trzecim gemie, a Bartunkova spokojnie, systematycznie budowała przewagę. W dziewiątym gemie Czeszka wypracowała sobie meczbola na returnie. Nie zawahała się ani chwili i zamknęła spotkanie wynikiem 6:3.
Cały pojedynek trwał godzinę i 35 minut. Sabalenka grała ryzykownie, miejscami chaotycznie – 26 winnerów, ale też aż 25 niewymuszonych błędów. Bartunkova postawiła na solidność: 23 uderzenia wygrywające przy jedynie 14 błędach własnych. Białorusinka trzy razy oddała gem serwisowy i ani razu nie odpowiedziała przełamaniem. Z 137 rozegranych punktów Czeszka zgarnęła 75.
Rewanż po porażce z Berlina
Dla Bartunkovej to była satysfakcja nie tylko sportowa, ale też osobista. W czerwcu 2026 roku obie zawodniczki mierzyły się już w Berlinie. Tam, po zaciętym boju 2:6, 7:6(2), 6:4, górą była Sabalenka. W Pekinie Czeszka odwróciła role.
Awans otwiera jej drogę do IV rundy, gdzie czeka na nią Austriaczka Sinja Kraus. Kraus również pokazała świetną formę – rozprawiła się z Ukrainką Dajaną Jastremską 6:1, 6:4, potrzebując na to godziny i 33 minut.
China Open 2026 to jedna z najbardziej prestiżowych imprez cyklu WTA 1000. Turniej rozgrywany jest na kortach twardych, a pula nagród sięga 9,415 mln dolarów. Zmagania w głównej drabince potrwają do 11 października, a zwyciężczyni – poza 1000 punktami rankingowymi – odbierze czek na 1,151 mln dolarów. Po eliminacji Sabalenki stawka o tytuł w Pekinie stoi otworem.
Ile nokdaunów trzeba przetrwać, żeby wygrać walkę wieczoru? W Legionowie Gracjan Szadziński poznał odpowiedź na własnej skórze, pokonując Hectora Lombarda w walce wieczoru gali Fight Mode 2.
Już w pierwszej rundzie Lombard trafił Polaka bardzo mocno i wysłał go do liczenia. Chwilę później Szadziński leżał na deskach po raz drugi, wciąż w tej samej rundzie. Wyglądało to na szybki koniec, i niekorzystny dla Polaka. Zamiast tego przyszła odpowiedź: mocna wymiana, w której tym razem Lombard wylądował na podłodze.
W drugiej rundzie tempo nie opadło ani trochę. Znów doszło do ostrej wymiany z bliskiego dystansu — Szadziński po raz kolejny posłał rywala na deski. Lombard odpowiedział w ostatnich sekundach rundy, trafiając mocno i zaliczając kolejny nokdaun. Czwarte liczenie w ciągu dwóch rund.
Trzecia runda ruszyła od kilku dobrych prostych Lombarda — jakby Kubańczyk postawił sobie za cel dokończyć to, co zaczął wcześniej. Szadziński miał inny plan. Odpowiedział serią ciosów, po której Lombard liczony był już na stojąco. Lekarz przerwał walkę w trzeciej rundzie. Lombard był mocno rozbity i porozcinany.
Kim jest pokonany rywal
Nominalna porażka niewiele mówi o karierze, jaką ma za sobą przeciwnik Szadzińskiego. Hector Lombard startował na Igrzyskach Olimpijskich w judo. Potem był mistrzem Bellatora, walczył w UFC, a w formule gołych pięści zdobył pas BKFC. Z takim nazwiskiem zmierzył się w Legionowie Szadziński — zawodnik, który ostatnie lata spędził głównie na galach freakowych, przede wszystkim w FAME.
Cztery liczenia po trzech rundach, po dwa z każdej strony — żadna z pięści nikogo nie oszczędzała. O wyniku zdecydowała wytrzymałość i ta ostatnia seria, po której lekarz nie miał już wyboru.
Czy prezydent Stanów Zjednoczonych znajdzie w kalendarzu chwilę, by osobiście wprowadzić brytyjskiego boksera do ringu w Cardiff? Tyson Fury liczy, że tak – a z tą prośbą zwrócił się wprost do Donalda Trumpa.
11 grudnia w Cardiff „Gypsy King” zmierzy się z Anthonym Joshuą w jednej z najbardziej wyczekiwanych walk brytyjskiego boksu. 38-letni Fury, mierzący blisko 206 centymetrów, chciałby, żeby ten wieczór miał dodatkowy, politycznie barwny sznyt – i nie kryje tego wcale.
Skąd ten pomysł? Fury i Trump poznali się w czerwcu, podczas wydarzenia w Białym Domu zorganizowanego przez szefa UFC Danę White’a. Brytyjczyk zjawił się tam jako niespodziewany gość.
„Mój stary kumpel”
O tym sensacyjnym planie napisał brytyjski dziennik The Sun. Sam bokser mówi o tym jak o przyjacielskiej prośbie, choć nie ma wielkich złudzeń co do szans na jej spełnienie.
Złożę taką propozycję mojemu staremu kumplowi i zobaczymy, czy znajdzie czas. Choć pewnie jest to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego obecną sytuację – w końcu jest prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Czy Trump na chwilę odłoży prezydenckie obowiązki i poprowadzi Fury’ego do ringu w Cardiff? Na odpowiedź trzeba będzie poczekać do ostatnich tygodni przed starciem z Joshuą.
Jak szybko można zmienić zdanie o 37-letnim kapitanie reprezentacji Polski? Grzegorzowi Lato wystarczył jeden mecz.
Polska rozbiła Rumunię 6:0 w Lidze Narodów. A rywale od 22. minuty grali w dziesięciu. Robert Lewandowski strzelił hat-tricka i był jednym z najlepszych na boisku. Jeden z goli padł z rzutu karnego, który kapitan kadry sam sobie wywalczył.
To zupełnie inny obraz niż ten, który Lato opisywał kilka dni wcześniej. Po porażce ze Szwecją 1:3 legenda polskiej piłki ostro potraktowała Lewandowskiego. „Przestał biegać i macha rękami. Trzeba wiedzieć, kiedy odejść” – mówił wtedy mistrz olimpijski z 1972 roku.
A autorytetu Lato trudno w tej dziedzinie odmówić. Był królem strzelców mundialu w 1974 roku i dwukrotnie sięgał po brązowy medal mistrzostw świata. Gdy taki człowiek mówi, że pora się pakować, słowa ważą więcej niż zwykła krytyka kibica.
Po meczu z Rumunią, wygranym przez drużynę Jana Urbana, ton był już zupełnie inny. „Po raz pierwszy od dawna zobaczyłem, że Lewandowski zaczął biegać. W lewo, w prawo, pociągnął do przodu” – przyznał Lato.
Pochwały nie tylko dla kapitana
Na samym Lewandowskim Lato się nie zatrzymał. Ocenił, że selekcjoner powołał najlepszą grupę piłkarzy, którą miał do wyboru. Padły konkretne nazwiska – Zieliński i Zalewski zostali wymienieni jako ci, którzy dobrze zagrali z Rumunią.
Przy okazji były piłkarz wrócił do tematu, który poruszał wcześniej – decyzji Leo Messiego o zakończeniu gry w reprezentacji Argentyny. „Dalej uważam, że świetnie zrobił Leo Messi. Ma 39 lat, podziękował za dalszą grę dla Argentyny, odchodzi w chwale” – powiedział Lato.
Lewandowski na razie nie odchodzi. Ani w chwale, ani w żaden inny sposób. Kolejny mecz Polska zagra z Bośnią i Hercegowiną, na wyjeździe, ale bez kapitana – Lewandowski pauzuje za kartki. A rywale nie są łatwym przeciwnikiem: Bośnia zremisowała ze Szwecją 1:1.
Sam Lato podsumował obecną sytuację reprezentacji z dużą dozą ostrożności. „Na razie tunelu brak. Jesteśmy w połowie kopania” – stwierdził.
Ile rzutów z gry można wrzucić w meczu ekstraklasy przy 53 próbach? Artego Bydgoszcz dało na to odpowiedź, której trudno przypisać przypadek – zaledwie osiem.
1KS Ślęza Wrocław rozbiła we własnej hali Artego Bydgoszcz 83:30. Gościnie zdobyły w całym meczu tylko 30 punktów, do tego dorzuciły 19 strat. Przy 53 próbach z gry wpadło im tylko osiem rzutów – skuteczność 15 procent. Za linią trzypunktową wyglądało to jeszcze gorzej: 1 trafienie na 20 prób. Taka wygrana umocniła Ślęzę Wrocław na czele tabeli PGE Basket Ligi Kobiet.
Bochnia ograła mistrzynie Polski
Najwięcej emocji w 2. kolejce dał mecz w Bochni. Contimax MOSiR Bochnia pokonał tam aktualne mistrzynie Polski, Lotto AZS UMCS Lublin, 100:93. Lublinianki prowadziły w pewnym momencie 39:22 i działo się to, co zwykle kończy się bezpiecznym zwycięstwem gościa – tyle że nie tym razem. Gospodynie odwróciły losy meczu. Na początku czwartej kwarty Bochnia zaliczyła serię 10:0 i wyszła na prowadzenie 85:77, a wcześniej Lublin traciło nawet 13 punktów przewagi. Lotto AZS UMCS popełniło przy tym 19 strat, które Contimax zamienił na 26 punktów – 18 z nich padło z szybkiego ataku. Bohaterką gospodyń, prowadzonych przez trenera Artura Włodarczyka, była Anaya Peoples: 30 punktów, pięć zbiórek, cztery asysty.
W Warszawie Polonia pokonała Widzew Łódź 80:69. To już drugie zwycięstwo stołeczniaczek w tym sezonie – bez porażki, oprócz Polonii, są jeszcze tylko Ślęza Wrocław i Energa Toruń. Erika Davenport zapisała na swoim koncie 16 punktów i 12 zbiórek. Po stronie przegranych najlepsza była Anna Pawłowska – 21 punktów, pięć zbiórek i pięć asyst. Warto dodać drobną ciekawostkę: Pawłowska gra właśnie w barwach Polonii Warszawa.
Energa Toruń pokonała MB Zagłębie Sosnowiec 76:61 i zapisała na konto drugie zwycięstwo w sezonie. Sosnowiczanki musiały radzić sobie bez Martyny Jasiulewicz, wciąż borykającej się z problemem mięśniowym. W zespole z Torunia błysnęła Tamia Scott, autorka 29 punktów, a Jack Animam dopisała do protokołu 15 punktów i aż 20 zbiórek.
Kolejkę zamknie niedziela, 4 października. W Pruszkowie Lotto MKS zagra z Isands JETC Wichosiem Jelenia Góra o 15:00, a godzinę później, o 16:00, w Poznaniu Enea AZS Politechnika Poznań zmierzy się z Wisłą Kraków. Na szczycie tabeli po dwóch kolejkach jest Ślęza Wrocław – bilans 2-0, różnica punktowa 169-83.