Dlaczego gospodarze znów przegrywają na zapleczu TAURON Hokej Ligi? W 5. kolejce I ligi oba mecze z udziałem katowickich zespołów padły łupem przyjezdnych. SMS PZHL Katowice przegrał z GKS-em Stoczniowiec Gdańsk 3:5, a Naprzód Janów Katowice uległ Opole United 4:5.
W hali SMS PZHL Katowice goście z Gdańska szybko przejęli inicjatywę. Po pierwszej tercji na tablicy świeciło 0:2, po drugiej 1:1, a cała partia zamknęła się wynikiem 2:2 w trzeciej odsłonie – łącznie 3:5 dla Stoczniowca. Bramkę otwierającą wynik zdobył Baxter Kimball w 16. minucie przy przewadze 5 na 4, asystowali mu Lucas Renzoni i Stanisław Drozd-Niekurzak. Jeszcze w pierwszej tercji, w 18:57, Stanisław Guczek podwyższył na 0:2 po podaniach Kimballa i Patryka Muszyńskiego. Katowiczanie odpowiedzieli w drugiej tercji – Adrian Strojny zdobył gola kontaktowego na 1:2 w 30:10 przy przewadze 5 na 4, asystowali mu Mateusz Wałęga i Kajetan Domalewski. Chwilę później, w 31:05, Kirył Wojcicki wykorzystał karnego i przywrócił dwubramkową przewagę gości, 1:3.
Trzecia tercja zaczęła się od pościgu gospodarzy. Domalewski strzelił na 2:3 w 40:58 po asyście Wałęgi i Jana Połącarza, a w 43:18 Antoni Galant doprowadził do wyrównania 3:3 przy przewadze 5 na 4, zakładając asysty Domalewskiego i Wałęgi. Radość Katowic trwała jednak krótko. Już w 44:55 Adam Laskowski przywrócił prowadzenie Stoczniowcowi, strzelając na 3:4 po podaniach Kimballa i Drozd-Niekurzaka. Punkt za zwycięstwo przypieczętował Lucas Renzoni, który w 53:48 trafił przy przewadze 5 na 4 na 3:5. Spotkanie prowadzili sędziowie Patryk Sikora i Maciej Gąsienica-Makowski wraz z liniowymi Tomaszem Łozickim i Natalią Suchanek. Statystyki pokazują 8 minut kar po stronie Katowic wobec 14 minut Stoczniowca oraz przewagę strzałową gospodarzy 35:24. Na trybunach zasiadło zaledwie 29 widzów.
Opole United wygrywa w ostatniej minucie
Znacznie większe emocje i publiczność przyciągnął mecz Naprzód Janów Katowice z Opole United. Ten rozstrzygnął się dosłownie w ostatnich sekundach, na 4:5. Po tercjach wynik przedstawiał się następująco: 1:1, 2:2, 1:2. Już w 3:39 Jace Shuttleworth wykorzystał przewagę 5 na 4 i otworzył wynik po asyście Alexisa Toussainta. Gospodarze odpowiedzieli w 7:44 – Bartosz Schmidt trafił na 1:1, również przy przewadze 5 na 4, zakładając podanie Jakuba Skrzypskiego.
Druga tercja przyniosła kolejne zwroty akcji. Isaiah Socha dał prowadzenie Opole w 27:44, asystował mu Kazden Stineff. Wiktor Bieda wyrównał na 2:2 w 34:47 przy przewadze 5 na 4 po podaniach Skrzypskiego i Schmidta, ale już w 36:53 Jacob Perreault przywrócił przewagę gości, trafiając na 2:3 po asyście Shuttlewortha. Jan Soroka doprowadził do kolejnego wyrównania, 3:3, w 38:57 po podaniu Alexisa Svitaca.
W trzeciej tercji Skrzypski wykorzystał karnego w 46:01 i dał Naprzodowi prowadzenie 4:3. Wydawało się, że gospodarze dowiozą korzystny wynik do końca. Jednak Perreault w 55:37 ponownie wyrównał na 4:4 po asystach Toussainta i Owena McGillivraya. Decydujący cios spadł w samej końcówce – Gabe Tanton strzelił zwycięskiego gola na 4:5 w 59:45, a przy asystach zapisali się Perreault i Toussaint. Mecz prowadzili sędziowie Marcin Kołodziej i Paweł Bajon oraz liniowi Wiktor Kolat i Zachariasz Kadela. Spotkanie było znacznie bardziej nerwowe niż w Katowicach – zanotowano aż 2 minuty kar dla Naprzodu wobec 29 minut dla Opole United, a strzałów na bramkę padło 43:37. Na trybunach zjawiło się 200 widzów, znacznie więcej niż w równoległym meczu Katowic ze Stoczniowcem.
Mimo porażki Naprzód Janów Katowice utrzymuje się na szczycie tabeli I ligi – pięć rozegranych meczów, 23 gole strzelone, 12 straconych i 12 punktów na koncie. Opole United zajmuje drugie miejsce, mając na koncie trzy mecze, 20 goli strzelonych, 8 straconych i 9 punktów. Na trzeciej pozycji znajduje się GKS Stoczniowiec Gdańsk z czterema meczami, 12 golami strzelonymi, 22 straconymi i 3 punktami. SMS PZHL Katowice zajmuje czwarte miejsce, również z czterema meczami, 10 golami strzelonymi, 15 straconymi i 3 punktami. Tabelę zamyka Fudeko GAS Gdańsk z dwoma meczami, 4 golami strzelonymi, 12 straconymi i 0 punktami.
O której godzinie Iga Świątek zmierzy się z Donną Vekić w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Pekinie i gdzie w Polsce obejrzeć to spotkanie? Organizatorzy wyznaczyli ten pojedynek na godzinę 5:00 czasu środkowoeuropejskiego 5 października. Dla polskich kibiców to oznacza budzik przed świtem, ale przy takiej stawce chyba nikt nie będzie narzekał.
Mecz Vekić – Świątek odbędzie się na korcie centralnym pekińskiego obiektu. W tegorocznej edycji China Open Polka jest rozstawiona z numerem ósmym. To na papierze powinno ułatwiać jej drogę przez turniej, choć z Chorwatką łatwo nigdy nie bywa.
Jak dotąd Świątek szła przez Pekin bez większych wstrząsów. W pierwszej rundzie skorzystała z wolnego losu, a w drugiej bez trudu poradziła sobie z reprezentantką gospodarzy, Xinyu Gao – 6:2, 6:3. Teraz czeka ją zadanie wymagające już czegoś więcej.
Gdzie obejrzeć mecz Vekić – Świątek?
Transmisję telewizyjną zapewni CANAL+ Sport 2. Ci, którzy woleliby śledzić spotkanie przez internet, znajdą je w serwisie i aplikacji Canal+ Online – po wykupieniu odpowiedniego pakietu.
A co z tymi, którym piąta rano i pilot do telewizora po prostu nie pasują? Jest alternatywa. Relację tekstową LIVE z całego meczu poprowadzi portal WP SportoweFakty – wynik na żywo bez logowania się do żadnego płatnego serwisu.
Ile trzeba zdobyć punktów, żeby już po pierwszym meczu sezonu kapitan zaczął mówić o „pięknie koszykówki”? King Szczecin ma na to konkretną odpowiedź – 104, zdobyte w Toruniu.
Zespół trenera Macieja Majcherka otworzył sezon 2026/2027 PGE Basket Ligi wygraną 104:85 z Arrivą Lotto Twardymi Piernikami. Wynik wysoki, ale szkoleniowiec nie udawał, że było łatwo. „Wygraliśmy różnicą 19 punktów, ale to na pewno był ciężki mecz. Szczególnie pierwsza połowa, bo źle weszliśmy w mecz. Były nerwy” – przyznał Majcherek.
Same liczby mówią jednak o spotkaniu rozegranym w pełnej kontroli. Sześciu zawodników King-u zanotowało dwucyfrowy wynik punktowy, zespół trafił aż 13 rzutów za trzy punkty, a do tego dopisał 30 asyst. Ta ostatnia liczba zrobiła wrażenie nawet na samym trenerze. „30 asyst myślę robi wrażenie” – stwierdził Majcherek.
„To piękno koszykówki”
Kapitan Tomasz Gielo nie szczędził słów entuzjazmu, podsumowując jakość gry w ataku. „Mamy dużo talentu w ofensywie i to było widać w tym spotkaniu. Przyjemność sprawiało nam nie tylko zdobywanie punktów, ale też odnajdywanie właściwego zawodnika na właściwej pozycji. To piękno koszykówki, kiedy dochodzi do takich akcji” – powiedział Gielo.
Majcherek o drugiej stronie boiska nie zapomniał. „Musimy pracować nad defensywą. Nasz sufit jest naprawdę bardzo wysoko zawieszony” – zaznaczył trener. Innymi słowy: wynik efektowny, ale miejsca do poprawek wciąż mnóstwo.
W Toruniu King grał w okrojonym składzie. Na parkiecie nie zobaczyliśmy dwóch zawodników – Maxa Egnera i Patricka McCaffery’ego. Sprawa Egnera wygląda poważnie: Amerykanin przeszedł operację kciuka i, jak przekazał trener, wypadnie z gry prawdopodobnie na 4-5 miesięcy. Z McCafferym sytuacja jest lepsza – Majcherek liczy, że zawodnik wróci do gry już w środowym meczu.
A w środę rywalem będzie Nitra Blue Wings w ramach FIBA Europe Cup. I właśnie gęsty terminarz jest głównym argumentem trenera, kiedy pada pytanie o ewentualne wzmocnienie kadry. „Bardzo bym chciał, bardzo bym sobie życzył jeszcze jednego zawodnika do rotacji, bo aktualnie mamy ich 8-9. Gramy co trzy dni więc moim zdaniem potrzebujemy jeszcze jednego zawodnika. Natomiast to jest pytanie do menagmentu czy będzie nas na to stać” – powiedział Majcherek.
Które zespoły League of Legends, mimo że nie dojechały do Worlds, powalczą teraz o nieformalny tytuł „mistrza świata drugiej kategorii”? Odpowiedzią jest Demacia Cup Global Invitational 2026 – pierwsza edycja turnieju właśnie dla takich ekip. W zawodach zagra 12 zespołów z całego świata, a całość potrwa od 3 do 17 października 2026 roku.
Organizatorem jest strona chińska. Transmisje popłyną na oficjalnym chińskojęzycznym kanale platformy Huya, a pozostałe trafią też na Twitcha i YouTube. Pierwszy mecz ruszył 3 października o 10:00 polskiego czasu – europejskie Natus Vincere zmierzyło się wtedy z brazylijskim RED Canids.
Format: Swiss, potem play-offy BO5
Przez pierwsze sześć dni turnieju 12 ekip gra w systemie szwajcarskim rozłożonym na cztery rundy. Dzień otwarcia, 3 października, to 6 meczów w formacie BO1 – jednocześnie komplet gier 1. rundy fazy Swiss. Reszta starć grupowych idzie już w formacie BO3. Zasada awansu jest prosta: dwa zwycięstwa w fazie Swiss gwarantują miejsce w play-offach.
4 i 5 października zaplanowano po 3 mecze 2. rundy każdego dnia, a 6 i 7 października – analogicznie po 3 mecze 3. rundy dziennie. Trzecia runda przynosi coś w rodzaju dogrywkowego trójboju: trzy zespoły z bilansem 0-2 grają między sobą pojedynczy round robin. Najlepszy z nich idzie do rundy czwartej, dwaj pozostali kończą turniej na tym etapie. 8 października odbędą się już tylko 2 mecze 4. rundy, zamykające fazę Swiss.
Play-offy startują 12 października i trwają do 17 października 2026, każdy mecz na tym etapie w formacie BO5. 12 i 13 października to po dwa ćwierćfinały dziennie. 14 października zaplanowano pierwszy półfinał, dzień później – 15 października – drugi. Po dwudniowej przerwie, 17 października, przyjdzie czas na Wielki Finał, w którym poznamy mistrza Demacia Cup Global Invitational 2026.
Kto gra: drugie szeregi wielkich lig
Stawka to najlepsze zespoły poszczególnych regionów, którym nie udało się załapać na Worlds – zwykle ekipy z 4., 5., 6. lub 7. miejsca swoich lig. Korea Południowa i Chiny, jako dwa najsilniejsze regiony, wysyłają po trzech przedstawicieli: odpowiednio 5., 6. i 7. seed swojej ligi. LCK reprezentują KT Rolster, BNK FEARX i BRION, a LPL – JD Gaming, Team WE i LGD Gaming.
Europa i Ameryka Północna wysyłają po dwóch reprezentantów – 4. i 5. najlepszy zespół ligi. LEC reprezentują Natus Vincere i Team Vitality, a LCS – Shopify Rebellion i FlyQuest. Mniejsze regiony dostały po jednym miejscu: LCP i CBLOL wysyłają swoje 4. seedy – odpowiednio GAM Esports i RED Canids.
Pula nagród: 1,5 miliona juanów do podziału
Na zwycięzców czeka pula nagród w wysokości 1 500 000 chińskich juanów, co w przeliczeniu na złotówki daje nieco ponad 800 tysięcy. Mistrz turnieju zabierze 600 000 juanów, finalista – 400 000. Drużyny z miejsc 3-4 otrzymają po 175 000 juanów, a te z miejsc 5-8 – po 37 500 juanów każda.
Czy na PreZero Arenie w Gliwicach da się w ogóle pokonać MKS Dąbrowa Górnicza? Pytanie wraca co sezon, a odpowiedź wciąż brzmi tak samo. Po raz trzeci w historii obie ekipy zmierzyły się na tym parkiecie i po raz trzeci triumfowali goście. Tym razem padł wynik 89:78 dla Dąbrowy Górniczej, a derby z trybun obserwowało ponad cztery tysiące fanów.
Przebieg meczu był dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po dwóch zespołach, które znają się na wylot. Kwarty układały się następująco: 24:24, 18:19, 17:22, 19:24. Rozstrzygnięcie zapadło sześć minut przed końcem – po wsadzie Kaliba Boone’a MKS odskoczył na 67:53. Gliwice próbowały jeszcze gonić, lecz takiej przewagi w końcówce derbów się nie odrabia.
Gospodarzy w trzeciej kwarcie ratował kapitan Kacper Gordon – 19 punktów i niemal samodzielna próba zatrzymania ucieczki rywali. W ataku Euvic GTK błysnęli też Selton Miguel, autor 13 punktów, oraz Milan Suskavcević, który dopisał 12 punktów i 10 zbiórek. Słabszy wieczór miał z kolei Eric Nottage – trafił tylko 2 z 8 rzutów z gry i zaliczył pięć strat.
Debiuty, które zdecydowały
MKS wygrał mimo własnych niedociągnięć. 16 strat, skuteczność zza łuku na poziomie jedynie 6 z 25 prób – a mimo to zwycięstwo nie było zagrożone. Zespół z Dąbrowy Górniczej postawił na agresję w defensywie: dzięki pressingowi, w którym wyróżniał się Jakub Musiał, wyszarpał aż 11 przechwytów. To obrona, nie skuteczność z dystansu, zdecydowała o wyniku.
Największym zaskoczeniem derbów były jednak debiuty w PGE Basket Lidze. Jordan Hall w swoim pierwszym występie w rozgrywkach zanotował 23 punkty, sześć asyst i cztery zbiórki, do tego wymusił aż 11 przewinień rywali. Kalib Boone, autor decydującego wsadu w czwartej kwarcie, dopisał do debiutu 17 punktów, osiem zbiórek i cztery bloki.
Nie wszystko jednak układało się po myśli ekipy z Dąbrowy Górniczej. Na początku drugiej połowy Kyle Lofton złapał się za pachwinę i zszedł do szatni – sygnał, który może niepokoić sztab szkoleniowy przed kolejnymi meczami.
Po tym spotkaniu MKS Dąbrowa Górnicza zajmuje 3. miejsce w tabeli PGE Basket Ligi z bilansem jednego zwycięstwa przy zero porażek i dorobkiem punktów 89:78. Euvic GTK Gliwice plasuje się na 10. miejscu z bilansem 0-1 i dorobkiem punktów 78:89.
O której godzinie Hubert Hurkacz wyjdzie na kort, by walczyć o finał pekińskiego turnieju? W poniedziałek 5 października Polak zagra w półfinale ATP 500 na kortach twardych w Pekinie. Rywalem będzie rozstawiony z numerem piątym Alex de Minaur, a mecz rozpocznie się w sesji dziennej na korcie Capital Group Diamond, po godzinie 9:00 czasu polskiego.
Droga Hurkacza do półfinału była solidna, bez większych wpadek. Polak zaliczył już trzy zwycięstwa w ramach China Open 2026, zanim dotarł do tej fazy. To jego debiut w stolicy Chin, a jednocześnie już 24. półfinał w karierze w zawodach głównego cyklu ATP — liczba, która mówi sama za siebie, jeśli chodzi o regularność Polaka na tym poziomie.
Pojedynek z Australijczykiem będzie trzecim meczem dnia na głównej arenie turnieju. Jako pierwsza na korcie pojawi się Iga Świątek, która zmierzy się z Chorwatką Donną Vekić o godz. 5:00. Następnie do gry wejdą Czeszka Marie Bouzková i Chinka Qinwen Zheng. Hurkacz pojawi się na korcie jako trzeci w kolejności.
Bilans przemawia za Australijczykiem
Statystyka head-to-head nie działa na korzyść Polaka — w dotychczasowych starciach w męskim tourze Hurkacz z de Minaurem przegrywa 1-3. Jedyny triumf Polaka pochodzi jeszcze z 2019 roku, z turnieju ATP Masters 1000 na mączce w Madrycie. Inna nawierzchnia, inna epoka w karierze obu zawodników.
W tym sezonie Australijczyk też miał powody do zadowolenia. W 2026 roku de Minaur okazał się lepszy od Hurkacza w drużynowych zawodach United Cup, choć sam turniej ostatecznie wygrała reprezentacja Polski. Teraz obaj panowie zmierzą się ponownie — tym razem stawką jest awans do finału w Pekinie.
Kibice w Polsce nie powinni mieć problemu ze śledzeniem zmagań na żywo. Transmisja z meczu Hurkacz – de Minaur będzie dostępna w Polsat Sport 1 oraz w serwisie Polsat Box Go.
Kogo UFC postawi na drodze Roberta Soldicia po jego zwycięskim debiucie? Sam Chorwat, pytany o to wprost, odpowiedział inaczej, niż mogliby się spodziewać kibice wyczekujący konkretnego nazwiska.
Roberto Soldic zaliczył udany debiut w oktagonie na gali UFC 332 w Salt Lake City. Chorwat, znany wcześniej jako były mistrz KSW, walczył w ramach głównej karty wydarzenia. Khaosa Williamsa pokonał jednogłośną decyzją sędziów – karty punktowe mówiły 29-28, 29-27 i 29-27 na jego korzyść.
Łatwo jednak nie było. Williams ruszył do ofensywy od pierwszych sekund i mocną kombinacją uderzeń posłał Soldicia na deski już w pierwszej rundzie. Chorwat podniósł się, przejął inicjatywę i w ten sposób skompletował swoje pierwsze zwycięstwo w UFC.
Po walce Soldic zasiadł do rozmowy z Joe Roganem i bez cienia zawahania pochwalił pokonanego rywala. „Khaos jest niesamowitym zawodnikiem. Posłał mnie na deski dobrym prawym sierpowym. Wiecie, kiedy on kogoś trafi, jest po wszystkim. Mocno bije, naprawdę bardzo dobrze. To wymagający przeciwnik” – powiedział Chorwat.
Soldic nie wskazuje rywala – decyzję oddaje szefostwu UFC
Gdy Rogan zapytał o plany na przyszłość, Soldic nie zagrał typowej dla MMA karty, czyli wyzwania konkretnego nazwiska. „Nie mam żadnego rywala na celowniku. Nie chcę nikogo wyzywać do walki” – oświadczył.
Chorwat wolał zrzucić tę decyzję na organizację. „Wszystko zależy od Huntera Campbella, Dany White’a i Seana Shelby’ego. To oni muszą wysłać ofertę” – stwierdził, wymieniając z nazwiska ludzi, którzy w UFC decydują o takich sprawach.
Na koniec nie zostawił żadnych wątpliwości co do swojego nastawienia. „Akceptuję każdego, będę walczył z każdym” – zadeklarował Soldic, otwierając tym samym drzwi do starcia z dowolnym zawodnikiem, jakiego zaproponuje mu promocja.
Ile trzeba sprzedać biletów sezonowych, żeby pobić rekord Polski w hokeju na lodzie? ECZD Zagłębie Sosnowiec zna już odpowiedź – klub ogłosił ustanowienie nowego rekordu w sprzedaży karnetów.
Kibice wykupili 1818 abonamentów na obecny sezon TAURON Hokej Ligi. Liczba robi wrażenie dopiero w zestawieniu z pojemnością sosnowieckiego lodowiska – obiekt mieści 2833 widzów. Innymi słowy, karnet obsadza praktycznie każde miejsce, które nie idzie na bilety jednorazowe albo sektor gości.
Skalę zainteresowania widać też na trybunach. W poprzednim sezonie tylko jeden domowy mecz Zagłębia nie zgromadził kompletu publiczności. Teraz klub poszedł o krok dalej – wszystkie trzy mecze u siebie rozegrane do tej pory odbyły się przy pełnych trybunach.
Na frekwencję działają też wyniki. Po dotychczasowych spotkaniach sezonu Zagłębie Sosnowiec zajmuje trzecie miejsce w tabeli TAURON Hokej Ligi.
Jak wypadają rywale
Rekord Sosnowca warto jednak zestawić z deklaracjami innych klubów ligi. GKS Katowice informował 17 września o sprzedaży 912 karnetów – to ponad dwa razy mniej niż w Sosnowcu.
Unia Oświęcim 4 września ogłosiła z kolei, że pobiła własny, zeszłoroczny wynik. Klub sprzedał 599 abonamentów w tym sezonie, wobec 545 rok wcześniej. Progres widoczny, choć skala wciąż daleka od liczb podawanych przez Zagłębie.
Bolidy budowane pod rygorystyczne przepisy 2026 roku miały być szczytem inżynierii F1. Wystarczyła jednak zwykła tropikalna ulewa, by zamieniły się w bezradne maszyny stojące na torze. Tak właśnie wyglądało Grand Prix Bahrajnu rozgrywane w Malezji, gdzie procedura startowa zamieniła się w festiwal technicznego wstydu.
Plan był prosty: start za samochodem bezpieczeństwa po intensywnej burzy tropikalnej, czyli standardowa procedura na mokrym torze, znana w F1 od lat. Tyle że nowe bolidy, zbudowane według regulaminu obowiązującego od sezonu 2026, w ogóle nie chciały jechać w takich warunkach. Rutynowa formacja, która miała potrwać kilka minut, urwała się, zanim na dobre się zaczęła.
Pierwszy zgłosił problem Max Verstappen, zdobywca pole position i kierowca Red Bull Racing. „Nie jestem w stanie przyspieszać” — padło przez radio. Na szczęście dla Holendra inżynierowie zespołu zareagowali błyskawicznie i zdołali rozwiązać problem na tyle, by ruszył i dogonił samochód bezpieczeństwa.
Lewis Hamilton nie miał tyle szczęścia. Siedmiokrotny mistrz świata, dziś barwy Ferrari, w wieku 41 lat zgłosił znacznie poważniejszą awarię i po prostu zamarł na torze. „Wciskam gaz i nic się nie dzieje” — relacjonował zdesperowany Brytyjczyk. Jego inżynier wyścigowy nie szukał dyplomatycznych słów: „To problem z oprogramowaniem, który próbujemy rozwiązać”. Winę za unieruchomienie bolidu ponosił software, który nie radził sobie z oddawaniem mocy z baterii elektrycznej w mokrych warunkach. Zanim Hamilton w końcu ruszył i wjechał na kolejne okrążenie rozgrzewkowe, zdążyli go wyprzedzić rywale.
Verstappen i Hamilton nie byli jedynymi ofiarami. Podobne kłopoty dotknęły Gabriela Bortoleto z Audi, Estebana Ocona z Haasa i Valtteriego Bottasa z Cadillaka. Gdy awarie jednostek napędowych posypały się w kilku samochodach naraz, dyrekcja wyścigu nie miała wyjścia — wstrzymała procedurę startową i wywieszono czerwoną flagę. Na torze zapanował chaos: między bolidami powstały ogromne odstępy, a samochód bezpieczeństwa, który powinien prowadzić stawkę na czele, znalazł się nagle gdzieś w środku pola.
Łatka w locie, zanim ruszyli ponownie
Jak wyjaśnił Bradley Lord, zastępca szefa zespołu Mercedes, w rozmowie ze Sky Sports, FIA przekazała wszystkim zespołom nowe oprogramowanie oraz parametry, by pomóc przygotować samochody do wznowienia rywalizacji. „Wszystkie zespoły otrzymały nowe ustawienia odzyskiwania energii. Problemy dotknęły tak naprawdę całą stawkę. Odpowiedzialna za nie była najprawdopodobniej usterka oprogramowania” — relacjonował Lord.
Ten pośpiech wzbudził zresztą największe wątpliwości u komentatora Gary’ego Andersona, który nie przebierał w słowach, krytykując przepisy i rozwiązania dotyczące jednostek napędowych wprowadzone na 2026 rok. „Zastanawiam się, jak poważny wypadek musi się wydarzyć, by decydenci zrozumieli, że obecne przepisy i rozwiązania dotyczące jednostek napędowych nie mają racji bytu w F1. To smutna sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy. Nowe oprogramowanie wgrano rzekomo w momencie, gdy wstrzymano start wyścigu… Kto miał to już gotowe i przetestowane w zanadrzu?” — pytał retorycznie Anderson. Zwrócił też uwagę na podstawowy problem całej procedury: „Zazwyczaj każde nowe oprogramowanie wymaga wielu godzin testów i weryfikacji, zanim zostanie gdziekolwiek zastosowane, a co dopiero w tak potężnej maszynie, jaką jest bolid F1!”.
Pytanie Andersona o to, kto miał tę łatkę gotową „w zanadrzu”, wciąż wisi bez odpowiedzi. Jedno jest pewne: obraz stawki F1 bezradnej wobec deszczu, mimo setek milionów dolarów zainwestowanych w nowe jednostki napędowe, mówi sam za siebie.
Co jest w stanie ściągnąć ponad dwa tysiące kibiców na kort w Manacor, dwa lata po tym, jak jego główna gwiazda zeszła z zawodowych kortów na dobre? Odpowiedź jest jedna: Rafael Nadal. Hiszpan wystąpił w specjalnym turnieju z okazji 10-lecia swojej akademii tenisowej, a towarzyszyli mu Andy Murray, Dominic Thiem i Marat Safin.
Wydarzenie nazwane Rafa Nadal Academy Slam przyciągnęło na trybuny ponad dwa tysiące widzów – tak podaje serwis ATP. Była to dziesiąta rocznica istnienia ośrodka w Manacor na Majorce, miejsca, które Nadal stworzył jeszcze w trakcie własnej kariery. Od zakończenia gry na zawodowym poziomie Hiszpana minęły już dwa lata. Na kort wrócił jednak bez cienia wahania.
Format turnieju pomyślano tak, by bawił, a nie wymuszał rywalizacji w pełnym wymiarze. Grano mecze deblowe, zawodnicy regularnie zmieniali partnerów. Nadal dowodził zespołem Team Rafa, w którym zagrali Carlos Moya, David Ferrer i Richard Gasquet. Po drugiej stronie siatki stanął Team Murray w składzie: Andy Murray, Marat Safin, Dominic Thiem i Fabio Fognini.
Rywalizacja zakończyła się wynikiem 4:3 dla zespołu Nadala. O zwycięstwie zadecydował mecz Nadala i Moyi, którzy pokonali duet Murray/Fognini 7:5.
„Debel daje więcej zabawy”
Nadal później wyjaśnił, czemu postawił na format deblowy, a nie klasyczne single. „Debel jest bardziej dynamiczny i daje więcej zabawy. Dzięki temu nikt nie musiał przygotowywać się w jakiś szczególny sposób. To format, w którym każdy może zagrać bez specjalnych przygotowań” — powiedział w rozmowie dla Movistar+.
Hiszpan podkreślił też, jak wiele znaczy dla niego samo wydarzenie. „To, że zaszliśmy tak daleko i zbudowaliśmy to miejsce od podstaw, jest dla nas źródłem ogromnej satysfakcji. Włożyło w to pracę bardzo wiele osób. Możliwość świętowania 10-lecia i szczęście, że są z nami wszyscy ci wielcy mistrzowie z historii naszego sportu, są, jak sądzę, czymś wyjątkowym. Pracownicy, dzieci i wszyscy uczestnicy wydarzenia będą mieli wspaniały dzień” — mówił Nadal.
Ciepłe słowa popłynęły też od byłego rywala. Andy Murray podczas ceremonii podziękował gospodarzowi za zaproszenie i wspomnienia. „Dziękuję wszystkim za dzisiejszą atmosferę i dziękuję, Rafa, za zaproszenie. Masz tutaj niesamowite miejsce, wszystkie dzieci mają ogromne szczęście, że mogą trenować w takim ośrodku. Wspaniale było wrócić, odwiedzić muzeum, przypomnieć sobie momenty z twojej kariery i wszystko, co osiągnąłeś. Wspaniale było być częścią tej drogi. Choć byliśmy rywalami, wyjątkowo było spojrzeć wstecz i przypomnieć sobie to wszystko. Mam nadzieję, że będę mógł wrócić w przyszłości” — powiedział Szkot.
Nadal nie pozostał dłużny. Odpowiedział żartem, nawiązując do innej dyscypliny, w której obaj mają teraz więcej czasu na trenowanie. „Dziękuję za te słowa, Andy. Być może następnym razem zorganizujemy turniej golfowy, żebyś miał szansę. Wiem, że dużo ćwiczysz, znacznie więcej ode mnie, więc być może kolejny Nadal Academy Slam będzie golfowy” — odpowiedział Hiszpan, wywołując śmiech na trybunach.