⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

5:2 dla Donny Vekić w drugim secie. Pierwszy set przegrany, rywalka o dwie piłki od meczowego triumfu – w tym momencie losy spotkania Igi Świątek w Pekinie wydawały się przesądzone. Chorwatka, zajmująca 40. miejsce w rankingu WTA, przełamała serwis Polki na początku drugiej partii i do zera utrzymała własne podanie. Pierwszego seta wygrała zresztą 6:4.

A jednak to Świątek awansowała do 1/8 finału turnieju WTA w Pekinie. Była liderka światowego rankingu odwróciła losy spotkania – odrobiła straty z pierwszego seta, dogoniła rywalkę w drugim i wyszła z tego starcia zwycięsko.

Sama Polka nie kryła, że moment przy 2:5 był dla niej punktem krytycznym. „Mówiłam sobie, że to spore ryzyko. Czułam, że nie jestem wystarczająco dobra, popełniłam kilka błędów i byłam sfrustrowana” – przyznała po meczu.

Zmiana, która zadziałała

Ta frustracja szybko przerodziła się w konkretną decyzję – trzeba było zmienić plan na grę. „Byłam zła, że wcale nie gram źle, ale to za mało, by tutaj rywalizować. Chciałam coś zmienić i to zadziałało” – wyjaśniła Świątek. Efekt było widać już chwilę później. „Początek drugiego seta był trudny, ale wygrałam” – podsumowała krótko.

Po meczu Polka zwróciła się też do kibiców na trybunach w Pekinie. „Dziękuję, że byliście ze mną. Świetnie się bawiłam. Mam nadzieję, że czeka nas jeszcze dużo takich meczów” – powiedziała.

W kolejnej rundzie Świątek zagra ze zwyciężczynią meczu między Ivą Jović i Kamillą Rachimową.

Chwilę po końcowym gwizdku w finale z Japonią kapitan Korei Południowej Lee Gi-hyuk stał przed mikrofonami i nie szukał dyplomatycznych słów. „Nie muszę iść do wojska” – powiedział dziennikarzom, zanim emocje po zdobyciu złota igrzysk azjatyckich zdążyły ostygnąć. Trzy dni później musiał się z tej wypowiedzi tłumaczyć w mediach społecznościowych.

Reprezentacja Korei Południowej sięgnęła po złoty medal piłkarskiego turnieju igrzysk azjatyckich, które odbyły się między 19 września a 4 października. W finale Koreańczycy pokonali Japonię 1:0 – i zrobili to po raz czwarty z rzędu. Dla większości kadry to coś więcej niż sportowy sukces. Złoto igrzysk azjatyckich automatycznie zwalnia zawodników z pełnej służby wojskowej.

W Korei Południowej każdy zdrowy mężczyzna musi odbyć obowiązkową służbę trwającą od 18 do 21 miesięcy. Wyjątek robi się dla sportowców, którzy zdobędą złoto igrzysk azjatyckich albo staną na podium igrzysk olimpijskich. Sam turniej piłkarski rozgrywany jest w formule do lat 23, z możliwością zgłoszenia trzech starszych zawodników – tak jak na olimpiadzie.

Lee Gi-hyuk, 26-letni obrońca grający w rodzimej lidze K-League, był właśnie jednym z tej trójki starszych piłkarzy w kadrze. Dla niego i kolegów z roczników wykraczających poza limit wiekowy złoty medal znaczył więc coś więcej niż dla reszty zespołu – to była ostatnia szansa, żeby uniknąć koszar.

Przeprosiny po falstarcie słownym

W niedzielę kapitan opublikował oświadczenie, w którym tłumaczył się z nieprzemyślanych słów. „Bardzo przepraszam kibiców, którzy obecnie odbywają służbę wojskową, a także wszystkich tych, którzy szczerze nas wspierali. Jako dorosły człowiek powinienem był dobrze się zastanowić, zanim coś powiedziałem” – napisał Lee Gi-hyuk.

Bardzo żałuję, że wypowiedziałem się tak lekkomyślnie, i nadal będę zastanawiał się nad swoim zachowaniem. Szczerze przepraszam wszystkich kibiców, którzy wspierali nas z całego serca, oraz tych, którzy robią wszystko, co w ich mocy, aby wypełnić obowiązek służby wojskowej.

To nie pierwszy raz, kiedy złoto igrzysk azjatyckich odmienia karierę koreańskiego piłkarza stojącego przed poborem. W 2018 roku Son Heung-min, mając 26 lat i zbliżający się koniec okresu odroczenia, doprowadził Koreę Południową do złota – i dzięki temu przeszedł tylko krótkie, podstawowe przeszkolenie zamiast pełnej służby. Dla gwiazdy Tottenhamu ten medal oznaczał coś konkretnego: możliwość kontynuowania kariery w Anglii bez przerwy na kilkanaście miesięcy w mundurze.

Zegar odmierzał ostatnie kilkanaście sekund, gdy Jovana Popović wyskoczyła za linię i wpakowała trójkę na 70:66. To właśnie ten rzut przesądził o losach meczu w Poznaniu – Enea AZS Politechnika Poznań ostatecznie wygrała z Wisłą Kraków 71:69.

Dla poznanianek był to pierwszy mecz sezonu po zdobyciu wicemistrzostwa Polski w poprzednich rozgrywkach. Spotkanie trzymało w napięciu od początku do końca – kolejne kwarty układały się w wynik 17:15, 23:21, 16:20, 15:13. Gości z Krakowa ciągnęła para Amerykanek. Chantel Horvat zapisała na swoim koncie 22 punkty, dziewięć zbiórek i pięć asyst, Taylor Williams dodała 21 punktów, 18 zbiórek i siedem asyst. Po stronie Poznania najskuteczniejsza była Popović – 20 punktów – a jej trójka w końcówce okazała się bezcenna.

Pruszków odrabia 70:61 i wygrywa 86:72

Jeszcze większy zwrot widzieliśmy w Pruszkowie. Lotto MKS, grający w całości w polskim składzie, przegrywał we własnej hali 61:70 z Isands JTEC Wichoś Jelenia Góra. I wtedy coś się przełamało – gospodynie zaliczyły serię 15:0, a ostatnie siedem i pół minuty meczu wygrały łącznie 25:2. Efekt? Triumf 86:72, potwierdzony wynikami cząstkowymi 24:21, 10:19, 23:21, 29:11. Liderkami zespołu były Wanessa Furman z 19 punktami i siedmioma asystami oraz Katarzyna Bukraba, która zanotowała 17 punktów, pięć zbiórek, trzy bloki i trzy przechwyty.

Te dwa zwycięstwa nie wstrząsnęły jednak układem na szczycie tabeli PGE Basket Ligi Kobiet. Po dwóch kolejkach na czele z bilansem 2-0 i czterema punktami znajduje się aż czwórka zespołów: KS Ślęza Wrocław, SKK Polonia Warszawa, Energa Toruń i Contimax MOSiR Bochnia. Enea AZS Politechnika Poznań, która rozegrała na razie jeden mecz, zajmuje ósme miejsce z bilansem 1-0 i dwoma punktami. Na przeciwległym biegunie tabeli znalazła się KSSSE Enea AJP Gorzów Wielkopolski – po jednym meczu zespół ma bilans 0-1, jeden punkt i ostatnią, trzynastą lokatę.

Zegar wskazywał 45. minutę, gdy Szymon Kiełbicki wykorzystał podanie od Olliego Kaskinena i Juuso Jämsena i wpakował krążek do siatki Polonii Bytom. Trzy punkty popłynęły na Śląsk, choć nie zostały w Bytomiu — GKS Tychy wywiózł z tego miasta wygraną 2:1 w meczu 7. kolejki TAURON Hokej Ligi.

Pierwsza tercja minęła bez goli. Po dwudziestu minutach na tablicy świeciło okrągłe 0:0. Mistrzowie Polski przełamali impas dopiero w drugiej odsłonie — w 22. minucie Mateusz Gościński dobił krążek bekhendem i otworzył wynik meczu. Przy tej akcji asystowali Bartłomiej Jeziorski i Mateusz Bryk.

Polonia nie zostawiła tego bez odpowiedzi. Mateusz Bepierszcz doprowadził do wyrównania w 27. minucie, trafiając podczas gry w przewadze pięciu na czterech. Krążek do niego trafił od Andrieja Bujalskiego, a asystę przy golu zaliczył też Filip Wielkiewicz. Po 40 minutach na tablicy był remis 1:1 i wszystko wskazywało na to, że o losach spotkania zadecyduje jedna akcja.

Decydująca akcja Kiełbickiego

Rozstrzygnięcie przyszło w trzeciej tercji. Gol Kiełbickiego w 45. minucie, wypracowany przez Kaskinena i Jämsena, okazał się kluczem do zwycięstwa GKS Tychy. Bytomianie nie odpuszczali — niespełna trzy minuty przed syreną wycofali bramkarza, grając w przewadze jednego zawodnika z pola, żeby wymusić wyrównanie. Atak na pustą siatkę skończył się jednak niczym.

Statystyki pokazują, jak wyrównany był ten pojedynek. Obie drużyny oddały łącznie 60 strzałów — 31 do 29 na korzyść Tychów. W dyscyplinie zdecydowanie większy problem mieli goście: 0 minut kar dla Polonii, 8 minut dla GKS Tychy. Między słupkami gospodarzy stał Bohdan Djaczenko, po stronie przyjezdnych bronił Tomáš Fučík. Nad ławkami czuwali trenerzy Andriej Gusow w Bytomiu i Pekka Tirkkonen w Tychach. Spotkanie prowadzili sędziowie główni Wojciech Wrycza i Patryk Kasprzyk, a w rolach liniowych Michał Gerne i Kamil Wiwatowski.

Porażka nie zepsuła dorobku Polonii w tabeli. Po 8 kolejkach bytomianie zajmują 2. miejsce z 18 punktami i bilansem goli 39-17. GKS Tychy po 7 rozegranych meczach jest czwarty, z 15 punktami i bilansem 30-15. Na szczycie tabeli po 7 kolejkach króluje KH Energa Toruń — 18 punktów i bilans goli 30-15, identyczny jak u Tychów.

9:04 czasu polskiego. Na torze w Malezji, gdzie wyjątkowo rozgrywany jest Grand Prix Bahrajnu, wjeżdża samochód medyczny. Jego raport nie pozostawia wątpliwości — na asfalcie zalega duża ilość stojącej wody. Start wyścigu, zaplanowany zgodnie z pierwotnym harmonogramem, trzeba odłożyć — winny jest ulewny deszcz.

Dla tego toru nie jest to żadna nowość. Region Kuala Lumpur leży w klimacie równikowym, a gwałtowne popołudniowe ulewy to tu codzienność, nie wyjątek. I właśnie z tego powodu rywalizację na tym obiekcie przerywano już wiele razy wcześniej.

Jeszcze w piątek i sobotę było inaczej. Mimo że ryzyko opadów wisiało w powietrzu, kierowcy jeździli wyłącznie na suchych, gładkich oponach. Opony przejściowe trafiły na samochody dopiero na okrążeniach wyjazdowych tuż przed startem — zespoły wyczuły zmianę aury w ostatniej chwili.

Decydujący moment nadszedł 20 minut przed planowanym startem. Ulewa przybrała wtedy na sile, i FIA nie miała już wyboru — rozpoczęcie wyścigu trzeba było przełożyć.

Godzina po godzinie

W komunikacie wydanym o 9:04 organizatorzy nie dawali powodów do optymizmu: poprawy warunków na torze nie oczekiwano w ciągu najbliższych 10 minut. Dwadzieścia minut później, o 9:24, ton się zmienił — Formuła 1 zaczęła spodziewać się złagodzenia opadów w ciągu najbliższych pięciu minut. Samochód medyczny wciąż jednak krążył po mokrym torze.

O 9:32 przyszedł pierwszy konkretny sygnał: ogłoszono godzinę rozpoczęcia okrążenia formującego. Procedura startowa miała ruszyć o 15:40 czasu lokalnego, czyli 9:40 w Polsce. Plan nie przetrwał jednak próby czasu. W aktualizacji o 9:50 padła informacja, że procedura startowa została zawieszona.

Mirage, ostatnia mapa niedzielnego starcia, kończy się wynikiem 8:13 dla 1win. G2 Esports traci kontrolę nad własnym turniejem. Wcześniej był Dust2 przegrany 11:13, potem efektowna riposta na Ancient zakończona 13:1 dla G2. To jednak nie wystarczyło, by uniknąć porażki 1:2 w meczu 24. sezonu ESL Pro League w Katowicach.

Dla europejskiej ekipy to wynik, po którym dalszy udział w turnieju stoi pod znakiem zapytania. G2 jest teraz o krok od odpadnięcia i w poniedziałek będzie musiało bronić się przed eliminacją. W tym samym gronie zagrożonych znalazły się M80, TYLOO i ShindeN.

ShindeN nie poradziło sobie z Legacy, przegrywając 0:2 – najpierw 8:13 na Nuke, potem 11:13 na Mirage. Niedzielny program nie obyło się jednak i bez mocnych wystąpień. Team Spirit odwrócił losy starcia z PARIVISION: przegrał otwierającą mapę Ancient 11:13, po czym zdominował rywala na Dust2 (13:6) i Anubis (13:5), zamykając mecz wynikiem 2:1.

Team Falcons rozprawił się z Aurorą bez straty mapy – 13:4 na Mirage i 13:10 na Dust2. Równie pewnie zagrało 9z, które ograło TYLOO 13:10 na Nuke i 13:2 na Mirage. MOUZ z kolei nie dał żadnych szans FURII, wygrywając 13:4 na Cache i 13:7 na Mirage.

Najbardziej wyrównane widowisko zaoferowali Team Vitality i Natus Vincere. Vitality wygrało pierwszą mapę, Anubis, 13:5, oddało Nuke po porażce 5:13, po czym domknęło rywalizację zwycięstwem 13:4 na Mirage. BETBOOM poradziło sobie z M80 w dwóch mapach – 16:14 na Cache i 13:11 na Anubis, w obu przypadkach po walce do samego końca.

Co dalej w Katowicach

Poniedziałkowy program zapowiada starcia o awans do ćwierćfinału: Team Spirit zmierzy się z PARIVISION, a MOUZ zagra z FURIĄ. Czwarte miejsce w ćwierćfinałowej czwórce rozstrzygnie się między Team Vitality i Team Falcons.

24. sezon ESL Pro League trwa w Katowicach od 3 do 11 października. W turnieju bierze udział szesnaście zespołów, z których połowa przejdzie do fazy play-off rozpoczynającej się ćwierćfinałami. Półfinały, wielki finał oraz mecz o trzecie miejsce odbędą się w katowickim Spodku.

Na stawkę czeka pula nagród w wysokości miliona dolarów. Zwycięzca turnieju zarobi 125 tysięcy dolarów, do czego dodatkowo doliczone zostanie 170 tysięcy dolarów w ramach club share. W tegorocznej edycji nie znalazło się jednak miejsce dla żadnej polskiej drużyny.

Reprezentacja Polski jedzie do Bośni rozpędzona efektownym zwycięstwem. Pytanie brzmi, czy ten rozpęd przetrwa trudny mecz na wyjeździe. Odpowiedzi zacznie szukać w poniedziałek selekcjoner Jan Urban razem z bramkarzem Marcinem Bułką – obaj staną przed kamerami na konferencji prasowej poprzedzającej rewanżowe spotkanie z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów UEFA.

Start zapowiedziano na około godzinę 17. To ostatnia szansa, żeby usłyszeć od sztabu i zawodników, jak podchodzą do starcia, które dla Polaków ma charakter wyjazdowy.

Mecz odbędzie się w bośniackiej Zenicy. Polacy jadą tam w dobrych nastrojach — ostatnio zdemolowali Rumunię, wygrywając 6:0. A kontrast z tamtym występem jest ogromny: pierwsze starcie z Bośnią i Hercegowiną, rozegrane na Stadionie Narodowym przy inauguracji rozgrywek, zakończyło się bezbarwnym remisem 0:0.

Co usłyszymy na konferencji?

Jan Urban i Marcin Bułka będą musieli odpowiedzieć na jedno pytanie: która wersja reprezentacji pojedzie do Zenicy — ta z Narodowego, czy ta, która skruszyła Rumunów? Konferencję będzie można śledzić na żywo od godziny 17.

Jak zareagowała Wiktoria Czyżewska po pierwszej wygranej w organizacji Jurasa? Pokonała Jessicę Kusz na gali Fight Mode 2 i zaraz po werdykcie sędziów zdążyła już ocenić swój występ przed mikrofonem MMA.pl.

Werdykt był jednoznaczny – jednogłośna decyzja sędziów na korzyść Czyżewskiej. Dla zawodniczki Brawler Fight Club Końskie to był debiut w organizacji Łukasza Jurkowskiego, a przy okazji szansa na odbudowę formy po wcześniejszej przegranej w walce o mistrzowski pas KSW.

Od pierwszych sekund pojedynek układał się po jej myśli. Już w pierwszej fazie starcia Czyżewska posłała Kusz na deski prawym sierpowym. Mocne otwarcie nie przełożyło się jednak na szybkie zakończenie – walka potrwała pełny wyznaczony dystans.

„Fajnie, zarobiłam, mam ręce zdrowe, szczękę zdrową”

Po zejściu z klatki Czyżewska nie kryła satysfakcji, choć od razu zaznaczyła, że nie wiąże z tym startem dalekosiężnych planów. „Raczej to był jednorazowy wyskok, ale nie mówię, że to był definitywny koniec. Fajnie, zarobiłam, mam ręce zdrowe, szczękę zdrową. Wiesz, Dominika chyba złamała rękę, Ania palca, a ja się czuję dobrze i nic mi nie jest. (…) Gorzej byłam porozbijana po walkach w MMA” – powiedziała w rozmowie z MMA.pl.

I rzeczywiście, stan fizyczny po gali potwierdzał jej słowa. Większego bólu nie odczuwała, a twarz pozostała w dużej mierze nienaruszona.

Jak to zrobił? Zawodnik rozstawiony z numerem ósmym odrabia stratę 2:4 w dwóch różnych setach jednego meczu i w dodatku ogrywa gracza z czołowej dziesiątki rankingu ATP. Valentin Vacherot pokazał właśnie to w niedzielę w Tokio, pokonując Arthura Filsa 7:5, 4:6, 6:4 w ćwierćfinale turnieju ATP 500. Spotkanie odbyło się 4 października 2026 roku w ramach Kinoshita Group Japan Open Tennis Championships.

Turniej w Tokio rozgrywany jest na kortach twardych, a pula nagród wynosi 2,342 mln dolarów. Vacherot był w nim rozstawiony z numerem ósmym. Fils z kolei musiał przebijać się do głównej drabinki przez kwalifikacje — zbyt późno zgłosił się do zawodów.

Mecz był daleki od jednostronnego. W pierwszym secie Vacherot odrabiał stratę 2:4, obronił dwa setbole i wygrał ostatecznie 7:5. Stracił drugą partię, a w trzeciej znalazł się w identycznej sytuacji — przegrywał 2:4. Tym razem odpowiedział czterema gemami z rzędu i dociągnął mecz do zwycięstwa.

Vacherot ma 27 lat i pochodzi z Monte Carlo. Po meczu nie krył satysfakcji. „Wierzyłem w siebie. Może on powinien był wygrać pierwszego seta i trzeciego seta, ale uczyniłem to ja. Taki jest tenis. Na tym polega jego piękno” — powiedział.

Było w tym też coś z rewanżu. W marcu w Miami górą był Fils. Teraz role się odwróciły — Vacherot pokonał zawodnika zajmującego dziewiąte miejsce w rankingu ATP, a to już piąty triumf Monakijczyka nad przeciwnikiem z czołowej dziesiątki w grze pojedynczej. Wcześniej taki wyczyn zaliczył w kwietniu, gdy w Monte Carlo pokonał szóstego na świecie Alexa de Minaura.

Lehecka czeka, Paragwajczyk pisze historię

Awans oznacza dla Vacherota trzeci półfinał w głównym cyklu ATP w karierze. W poniedziałek zagra w nim z Jirim Lehecką. To będzie tylko ich drugi pojedynek — w październiku ubiegłego roku w Paryżu Vacherot rozbił Czecha 6:1, 6:3, a poniedziałkowe starcie w Tokio będzie ich drugim meczem w karierze.

Lehecka swój bilet do półfinału wywalczył w ekspresowym tempie — pokonał Adolfo Daniela Vallejo 6:1, 6:1 w niespełna godzinę. Sam Vallejo, który przeszedł do turnieju przez kwalifikacje, i tak zapisał się w historii. To pierwszy Paragwajczyk w ćwierćfinale turnieju rangi ATP 500.

Dla Vacherota Tokio to kolejny rozdział sezonu, który już wcześniej wywrócił jego karierę do góry nogami. W październiku zeszłego roku, będąc wówczas 204. tenisistą świata, wygrał turniej ATP Masters 1000 w Szanghaju.

Czy Gheorghe Hagi poda się do dymisji, jeśli w poniedziałek Rumunia przegra ze Szwecją? Właśnie to pytanie zdominowało konferencję prasową 61-letniego selekcjonera. Od tygodni słyszy on coraz bardziej natarczywe pytania o swoją przyszłość na ławce reprezentacji.

Bilans Hagiego na stanowisku selekcjonera trudno nazwać powodem do spokoju. W dwóch meczach towarzyskich jego zespół zremisował 1:1 z Gruzją i wygrał 2:1 z Walią. W Lidze Narodów było już gorzej – same rozczarowania: porażka 1:2 ze Szwecją, 2:4 z Bośnią i Hercegowiną, a na końcu bolesne 0:6 z Polską. Sam trener nie szukał wymówek. „Dla mnie to po prostu słaby początek w wykonaniu rumuńskiej drużyny. Dopiero zaczynam tę drogę i mam nadzieję odmienić sytuację” – przyznał, dodając wprost, że obecny start jest nieudany. „Jasne jest więc, że to nieudany początek – wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę i jest nam przykro”.

Pytania o przyszłość padały z dwóch stron. Szwedzki dziennikarz zapytał bezpośrednio, czy Hagi pozostanie selekcjonerem w razie porażki w poniedziałkowym meczu. Rumun odpowiedział po swojemu, krótko i bez ogródek: „W sporcie nie ma żadnego 'jeśli’. Takie słowo nie istnieje. Zobaczymy jutro”.

„Decyzję podejmę, gdy nadejdzie na to czas”

Jeszcze dalej poszedł rumuński reporter, pytając trenera wprost, czy zamierza podać się do dymisji. Hagi nie uciekł od odpowiedzi, choć zostawił sobie pole do manewru. „Podejmę decyzję, gdy nadejdzie na to czas. Mam nadzieję zostać jak najdłużej. Przyszedłem do reprezentacji, by sprawić, że zacznie ona dobrze grać. Potrzebujemy zwycięstwa, bo ono buduje pewność siebie i daje radość” – zapowiedział selekcjoner przed meczem ze Szwecją.

Legenda rumuńskiej piłki zadeklarowała też, że nie będzie się trzymać stanowiska wbrew sobie. „W chwili, gdy nie będę mógł – lub poczuję, że nie mogę – tego robić, oczywiście ustąpię ze stanowiska, tak jak zrobiłem to, będąc zawodnikiem. Gdy uznam, że nie podołam, usunę się w cień. To kwestia honoru” – zadeklarował Hagi.

A co z piątkowym pogromem w meczu z Polską? Trener wskazał na moment przełomowy spotkania. „W meczu w Polsce graliśmy dobrze, a nawet bardzo dobrze, dopóki graliśmy w pełnym składzie – dotrzymywaliśmy rywalom kroku. Jednak później, gdy straciliśmy zawodnika, sytuacja stała się znacznie trudniejsza” – ocenił, odnosząc się do czerwonej kartki, po której gra Rumunów rozpadła się do porażki 0:6.

Instalacja aplikacji
Pobierz