⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

Siedem państw. Rok po szesnastych urodzinach. I decyzja, która zmieniła wszystko – wyjazd z domu. Tak w skrócie można opisać drogę Gregorisa Cisnerosa do walki wieczoru, którą Bare Knuckle Fighting Championship szykuje dla fanów w Bethlehem. Wind Creek Event Center stanie się kolejnym przystankiem na trasie organizacji, a na karcie znajdzie się jedenaście pojedynków, z których ten najważniejszy rozegra się w kategorii półśredniej.

To właśnie tam Gregoris „Venezuelan Viper” Cisneros zmierzy się z Ryanem „Ryu” Petersenem. Cisneros, Wenezuelczyk i najmłodszy z sześciorga rodzeństwa, zaczął trenować sporty walki jako szesnastolatek. Rok później spakował się i wyjechał z domu, żeby gonić własne ambicje. Jego oficjalna biografia opisuje marsz przez siedem państw do Stanów Zjednoczonych oraz wcześniejsze sukcesy w walkach na gołe pięści w Ekwadorze. W 2025 roku problemy imigracyjne zmusiły go do wyjazdu z USA – dziś trenuje jednak w Chicago, gdzie dostaje kolejną szansę. Na pojedynek w Bethlehem wchodzi z bilansem 5 wygranych i 2 porażek. Ostatnio fani widzieli go w czerwcu, w starciu z Cameronem VanCampem w Hammond.

Po drugiej stronie klatki stanie Ryan Petersen, który przystępuje do walki z bilansem 3–2. Amerykanin ma zaplecze w Muay Thai, amatorskim kickboxingu i walkach na gołe pięści. Ostatni raz w akcji widziano go w maju, w starciu z Danielem Keepersem w Palm Desert.

Ludlow znów prowokuje, Thompson wraca do korzeni

Na karcie nie zabraknie też Lexa Ludlowa, który wchodzi do walki z czterema zwycięstwami bez porażki i jeszcze większą pewnością siebie. „The Grizzly Bear” w rozmowie opublikowanej przez BKFC zasugerował, że cała gala powinna nosić nazwę nawiązującą do jego wizerunku „najbardziej znienawidzonego człowieka w walkach na gołe pięści”. Kalendarz dorzuca kolejną okazję do żartów – 9 października Ludlow skończy 33 lata i zapowiedział, że liczy na urodzinowy śpiew od Briana Soscii. Za tymi prowokacjami stoi jednak konkretny cel sportowy: piąte kolejne zwycięstwo. Jego rywalem będzie Sean Schultz, wciąż szukający pierwszej wygranej w organizacji przy bilansie 0-1. Droga Ludlowa do gołych pięści prowadziła przez zapasy, które zaczął w wieku pięciu lat, a później przez MMA.

Travis Thompson, pochodzący z Pottstown, wraca do formuły, którą poznawał jeszcze na BKFC 1, gdzie rywalizował z Reggiem Barnettem. Teraz, z bilansem 6–8, zmierzy się z Nickiem Burgosem. Na karcie znajdzie się także pojedynek kategorii muszej kobiet – Taylor „Ruthless” Dagner zmierzy się z Marisol Ruelas. Dagner ma za sobą remisowy debiut i wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo w zawodowej karierze. Podobnie Ruelas – jej oficjalny bilans zamyka się na 0-2.

Pełna karta główna gali obejmuje jedenaście starć: Cisneros vs Petersen, Ludlow vs Schultz, Shoenfelt vs Torres, Liberto vs Schillizzi, Haas vs Castillo Jr, Lobasso vs Walters, Dagner vs Ruelas, Thompson vs Burgos, Newman vs Culp, Rumsey vs Morris oraz James vs Worthington. BKFC Fight Night Bethlehem wystartuje w nocy z piątku na sobotę, 9 na 10 października, o godzinie 2:00. Transmisja na żywo będzie dostępna w Fightklubie.

„Parodii biznesu ciąg dalszy… Niebawem więcej smaczków” – napisał Mariusz Pudzianowski na Facebooku, wracając do sprawy, która chodzi za nim od miesięcy. Od niespełna roku regularnie podgryza organizację KSW w mediach społecznościowych. Zarzuca włodarzom polskiego giganta, że nie wypłacili mu należnych pieniędzy za walkę.

Konkretnie rzecz dotyczy starcia z Eddiem Hallem. Według nieoficjalnych doniesień „Pudzian” miał za tę walkę zainkasować dwa miliony złotych. Problem w tym, że cała kwota nigdy nie trafiła na konto 49-latka.

Pudzianowski upublicznił sprawę w październiku ubiegłego roku. W oświadczeniu napisał, że nie otrzymał pełnego rozliczenia finansowego – takiego, które zgodnie z umową powinno było trafić do niego już dawno. Dodał też, że sprawa trafiła już do „odpowiednich osób”, choć nie zdradził, o kogo konkretnie chodzi.

Sama organizacja, ustami Wojsława Rysiewskiego, dyrektora sportowego KSW, przekazała tylko, że nie będzie się publicznie odnosić do sprawy. Temat gaży Pudzianowskiego wrócił jednak przy okazji głośnego wywiadu, jakiego Rysiewski udzielił „Żurnaliście”. Dyrektor sportowy wyznał w nim, że bardzo chciałby się w tej sprawie wypowiedzieć, ale przełożeni stanowczo mu tego zabronili.

Koniec długiej współpracy

Mariusz Pudzianowski – w MMA bilans 17 wygranych i 10 porażek – związany był z KSW od 2009 roku. To tam zbudował swoją legendę: debiutanckiej walki z Marcinem Najmanem obejrzało łącznie 6 milionów widzów. Dziś, po piętnastu latach współpracy, byłego strongmana i organizację łączy już głównie spór o pieniądze. A kolejny wpis na Facebooku sugeruje jedno – na kulisy tej sprawy trzeba będzie jeszcze poczekać.

Piątkowy wieczór na PGE Narodowym zmienił się w festiwal strzelców – podopieczni Jana Urbana rozbili Rumunię 6:0[ref:fef:fact-2]. Kibice jeszcze nie ochłonęli po tym wyniku, a kalendarz już podsuwał kolejne pytanie: co dalej w grupie B4 Ligi Narodów?

Odpowiedź przyjdzie szybko. Po meczu z Rumunią reprezentacja Polski zagra wyjazdowe spotkanie z Bośnią i Hercegowiną. Termin jest już znany – poniedziałek, 5 października 2026 roku, godzina 20:45. Tego samego wieczoru Rumunia zmierzy się ze Szwecją, więc cała tabela grupy może się przewrócić do góry nogami w ciągu jednej kolejki.

Przed tą rundą Polska zajmuje 3. miejsce z 4 punktami na koncie, tracąc trzy oczka do prowadzącej Szwecji. Strata realna, ale nie przepaść – a droga na szczyt tabeli jest prostsza, niż mogłoby się wydawać.

Jak Polska może wskoczyć na 1. miejsce

Wystarczy, że biało-czerwoni wygrają w Zenicy z Bośnią i Hercegowiną, a jednocześnie Rumunia zaskoczy Szwecję na własnym terenie. W takim układzie Polska zrównałaby się punktami ze Szwedami, ale wyszłaby na pierwsze miejsce dzięki lepszej różnicy bramek. To właśnie ta różnica – zbudowana w dużej mierze piątkowym 6:0 – mogłaby zadecydować o fotelu lidera.

Trzeba jednak pamiętać, że bezpośredni pojedynek ze Szwecją w tej edycji turnieju Polacy już przegrali. Rewanż wciąż jest przed nimi i odbędzie się na własnym stadionie – będzie to szansa na rehabilitację, choć wcześniej czeka ich jeszcze wyjazd do Bośni.

Nawet gdyby Rumunia nie dowiozła sensacji ze Szwecją, samo zwycięstwo z Bośnią i Hercegowiną zagwarantuje Polsce co najmniej drugą lokatę po czwartej kolejce. Niewielki, ale konkretny krok w górę względem obecnej pozycji.

Układ tabeli przed czwartą serią gier wygląda tak: na czele Szwecja z siedmioma punktami po dwóch wygranych i jednym remisie, z bilansem bramkowym 6:3. Drugie miejsce zajmuje Bośnia i Hercegowina – pięć punktów, bilans 5:3. Trzecia jest Polska z czterema punktami i najlepszym bilansem w całej grupie – 7:3. Tabelę zamyka Rumunia z zerem punktów po trzech porażkach i bramkami 3:12.

Kalendarz na resztę fazy grupowej jest już ułożony. Rumunia zagra z Polską w sobotę 14 listopada 2026 o 20:45. Tego samego dnia i o tej samej godzinie Szwecja zmierzy się z Bośnią i Hercegowiną. Trzy dni później, we wtorek 17 listopada 2026 o 20:45, Polska podejmie Szwecję, a równolegle Bośnia i Hercegowina zagra z Rumunią.

Za kadrę odpowiada selekcjoner Jan Urban, który po efektownym zwycięstwie nad Rumunią będzie chciał potwierdzić formę w dużo trudniejszym starciu na wyjeździe. Bośnia i Hercegowina broni drugiego miejsca i nie odda go bez walki – ale dla Polaków to mecz, który może otworzyć drogę na szczyt grupy B4.

8. minuta, 40. sekunda meczu w Hradcu Králové. Krzysztof Maciaś wycofuje krążek do linii niebieskiej, Samuel Kňažko i Rhett Holland rozgrywają go między sobą, a strzał Hollanda wpada do siatki po rykoszecie od kija rywala. To pierwszy punkt Maciasia w tym sezonie czeskiej ekstraligi. Szkoda, że cały mecz skończył się zupełnie inaczej, niż mógłby zapowiadać taki początek.

HC Vítkovice z Polakiem w składzie grało na wyjeździe z HK Hradec Králové. Historia ostatnich starć nie napawała optymizmem – Vítkovice nie pokonało tego rywala od stycznia 2024 roku, a w regulaminowym czasie gry nie wygrało z nim już od trzech i pół roku. Przez większość meczu wyglądało jednak na to, że ta zła seria wreszcie się skończy.

Po golu Hollanda przy asyście Maciasia, w 37. minucie Vítkovice prowadziło już 2:0 – drugie trafienie dopisał na swoje konto Marek Kalus, znany kibicom ekstraligi jako były zawodnik Cracovii. Gospodarze odpowiedzieli chwilę później. Radovan Pavlík zdobył kontaktowego gola w 38. minucie, ustalając wynik na 1:2.

Dwie kary Tamášiego i szalona dogrywka

Alex Tamáši w drugiej tercji obejrzał dwie kary, a drugą z nich Vítkovice zamieniło na gola Kalusa. Sam Tamáši wziął jednak rewanż – w 45. minucie strzałem w przewadze wyrównał na 2:2. Po 60 minutach gry nic więcej się nie zmieniło i o zwycięstwie musiała zdecydować dogrywka.

I właśnie w niej wydarzył się najbardziej nietypowy moment całego meczu. Trener Hradca Tomáš Martinec zdecydował się wycofać bramkarza, choć jego zespół grał w przewadze – gospodarze mieli wtedy przewagę 5 na 3. Ryzyko się opłaciło. Tamáši zaliczył asystę, a Aleš Jergl zdobył zwycięską bramkę w 64. minucie i 36. sekundzie, ustalając wynik na 3:2. Wynik po tercjach: 0:1, 1:1, 1:0, 1:0.

Statystyki meczu nie pozostawiają wątpliwości, kto był stroną bardziej aktywną pod bramką rywala – Hradec oddał 39 strzałów, Vítkovice 23. Kar było tyle samo po obu stronach, po 8 minut, a trybuny zapełniło 3535 widzów.

Maciaś coraz bardziej regularny

Dla Maciasia był to kolejny krok w budowaniu pozycji w składzie trenera Yoricka Treille. Polak wystąpił w czwartym ataku drużyny i spędził na lodzie 10 minut i 11 sekund. Był jednym z tylko trzech zawodników Vítkovic z dodatnim bilansem +/-, zapisując na swoim koncie +1. Do wznowień podchodził trzy razy, wygrywając jedno z nich, a jego jedyny strzał na bramkę został zablokowany. Co istotne, Polak rozegrał już wszystkie siedem meczów swojej drużyny w tym sezonie.

Bilans samego Vítkovic wciąż nie napawa optymizmem. Pięć porażek w siedmiu spotkaniach dało zespołowi 12. miejsce w czternastozespołowej tabeli. W najbliższej kolejce do Ostrawy przyjedzie broniące tytułu Dynamo Pardubice, więc o kolejne punkty będzie jeszcze trudniej.

Inny Polak w czeskiej ekstralidze, Paweł Zygmunt, nie zagrał w trzecim meczu z rzędu z powodów zdrowotnych. Jego HC Litvínov również przeżył dramatyczny wieczór – zespół prowadził 2:0 z Rytíři Kladno, by ostatecznie przegrać 2:3 po dogrywce.

Jeszcze niedawno wszystko wskazywało, że walka Seana Stricklanda z Nassourdine’em Imavovem zwieńczy galę UFC 335 jako główne wydarzenie wieczoru. Kiedy promocja ogłosiła kartę trzech pojedynków na tę galę, starcia o pas wagi średniej po prostu w niej nie było.

Jego miejsce zajął pojedynek o pas BMF między Charlesem Oliveirą i Diego Lopesem. Współgłównym punktem wieczoru będzie teraz walka wagi ciężkiej Sergei Pavlovich – Alex Pereira, a kartę dopełni starcie w wadze średniej Joe Pyfer – Bo Nickal. Sam pojedynek Strickland-Imavov, jak mówią nieoficjalne źródła, ma wrócić w styczniu na gali UFC 336.

Oficjalnym powodem zmiany planów był wypadek na buggy, w którym Strickland brał udział podczas spotkania ze znajomymi. Mistrz nie odniósł jednak poważnych obrażeń i nie musiał trafić do szpitala. I właśnie ta rozbieżność – drobny incydent kontra przełożenie walki o pas – rozpaliła wyobraźnię kibiców i dziennikarzy.

Dziennikarz Alex Behunin napisał, że Strickland był w pełni dostępny i gotowy do walki na UFC 335, że nie odniósł żadnych obrażeń w wypadku, a UFC mimo to zdecydowało się pójść w innym kierunku.

Sean Strickland był dostępny i gotowy, by wystąpić na UFC 335. W wypadku nie odniósł żadnych obrażeń. Według źródeł UFC zdecydowało pójść w innym kierunku.

Jeszcze ciekawiej sprawa wygląda w komentarzach samego mistrza. Jeden z fanów napisał, że przełożenie walki nie ma nic wspólnego z wypadkiem, a wynika z tego, że Strickland zażądał więcej pieniędzy za starcie z Imavovem. Zawodnik odpowiedział krótko: „Bingo!”.

To nie przez wypadek. Chciał więcej pieniędzy za walkę z Imavovem. – Bingo! – napisał Sean.

Droga do rewanżu

Strickland broni pasa, który zdobył, pokonując Khamzata Chimaeva i zadając mu pierwszą porażkę w zawodowej karierze. Wcześniej, w swojej pierwszej walce o mistrzostwo, pokonał jednogłośną decyzją Israela Adesanyę. Jego bilans to obecnie 31 wygranych i 7 porażek.

Imavov, z rekordem 17-4, wchodzi w to starcie z serią pięciu zwycięstw z rzędu. Na liście jego ofiar są Brendan Allen, Israel Adesanya i Caio Borralho. Właśnie ta forma dała Francuzowi szansę na rewanż – bo to będzie rewanż. Panowie mierzyli się już raz, w 2023 roku, a tamten pojedynek jednogłośną decyzją wygrał Strickland.

Na razie kibicom pozostaje czekać do stycznia. Jeśli plotki się potwierdzą, drugie starcie Stricklanda z Imavovem rozstrzygnie się właśnie na gali UFC 336.

Okrążenia formujące przed Grand Prix Bahrajnu w Malezji wystartowały z grubsza 40 minut po planowanej godzinie. Winna była ulewa — dyrekcja wyścigu musiała przesunąć start, bo tor Sepang zalała woda, jeszcze zanim stawka zdążyła wyjechać na okrążenie formujące. Kiedy bolidy wreszcie ruszyły za samochodem bezpieczeństwa, sytuacja posypała się w kilka chwil.

Jadąc za safety car, kierowcy jeden po drugim meldowali przez radio problemy z jednostką napędową. Część z nich po prostu stawała na torze. Lewis Hamilton, Esteban Ocon i Valtteri Bottas unieruchomili swoje bolidy. Nawet prowadzący stawkę Max Verstappen informował zespół, że auto nie ma mocy. FIA nie miała innego wyjścia — procedurę startową przerwano w momencie, gdy samochód bezpieczeństwa zaczął doganiać kierowców z problemami.

Dla widzów przed telewizorami to był pierwszy w tym sezonie deszczowy wyścig na Sepang, a obraz gasnących jeden po drugim bolidów rodził więcej pytań niż odpowiedzi. Te przyszły już po wyścigu: za całym zamieszaniem stał błąd w oprogramowaniu jednostek napędowych.

Bezprecedensowa kombinacja czynników

W oświadczeniu wydanym po wyścigu FIA wzięła na siebie pełną odpowiedzialność za to, co się stało. Jak wyjaśniono, podczas okrążenia formującego zbiegły się ze sobą — jak to ujęto, w „bezprecedensowej kombinacji” — niska prędkość obrotowa silnika, warunki niskiej przyczepności, ustawienia zarządzania energią w deszczu oraz specyficzna konfiguracja sektorów toru Sepang. Efekt: niezamierzona utrata mocy w wielu bolidach naraz.

Departament Techniczny FIA zdecydował się usunąć ograniczenie limitu energii w dotkniętych problemem sektorach poprzez aktualizację oprogramowania. Trafiła ona do wszystkich zespołów jeszcze w trakcie opóźnienia wywołanego ulewą. Dzięki temu zespoły zdążyły wprowadzić niezbędne zmiany w jednostkach napędowych przed właściwym startem. Gdy stawka wróciła do boksów, tymczasowo poprawione oprogramowanie rzeczywiście rozwiązało problem na czas trwania wyścigu. Jak podkreślono w oświadczeniu, usterki nie wykryto wcześniej — ani podczas testów, ani podczas okrążeń dojazdowych na pole startowe. FIA zapowiedziała, że wspólnie z zespołami i producentami jednostek napędowych przeprowadzi pełny przegląd całego zdarzenia.

Doszło do efektu harmonijki pomiędzy bolidami i niektóre z nich niemal całkowicie się zatrzymały. Ten błąd uniemożliwił ponowne przekazywanie mocy i wystartowanie bolidów.

Te słowa wypowiedział po wyścigu Nikolas Tombazis, szef departamentu bolidów jednomiejscowych FIA. Wyszedł do dziennikarzy, by osobiście przeprosić kibiców za chaos na starcie. Przyznał przy tym, że więcej czasu na testy mogłoby zapobiec całej sytuacji.

Gdybyśmy mieli nieco więcej czasu na testy, prawdopodobnie udałoby nam się to wyłapać na czas i uniknąć takiej sytuacji.

Według Tombazisa cała operacja — od wykrycia problemu do przekazania zespołom poprawionego oprogramowania — zajęła około 20 minut. Z perspektywy kibiców czekających na wyścig, przyznał, mogło się to ciągnąć dużo dłużej.

To wszystko zajęło około 20 minut. Dla kibiców czekających na wyścig, jak i dla całej reszty, mogło się to wydawać jak pięć godzin, co jest zrozumiałe. Przepraszamy za to, ale uważam, że reakcja była całkiem szybka, biorąc pod uwagę zaistniały problem.

Szef departamentu bolidów jednomiejscowych zapewniał również, że samo oprogramowanie przeszło wcześniej dogłębne testy — tylko nie w warunkach, które zastano tego dnia na Sepang.

Oprogramowanie było przetestowane, ale nie było sprawdzone w takich konkretnych warunkach.

Sobota, 21:00, parkiet w Lugo. Rio Breogán przyjmuje FIATC Gironę, a kibice w Polsce zobaczą to starcie na żywo w Sportklubie. To pierwszy z trzech meczów 3. kolejki ligi ACB z udziałem polskich koszykarzy, jakie stacja pokaże w najbliższych dniach.

Breogán wchodzi w ten weekend w świetnej formie strzeleckiej. W pierwszej kolejce ekipa z Lugo rozbiła Joventut Badalona 110:104, a potem wywiozła zwycięstwo z Manresy, wygrywając 101:95. Po dwóch meczach Breogán notuje średnio 105,5 punktu na spotkanie, a rozgrywający Dominik Mavra zapisał na swoim koncie 22 punkty i 10 asyst w drugiej kolejce. Jedyną rysą na bilansie zespołu była porażka 110:113 z Dzikami Warszawa w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów.

Girona zaczęła sezon inaczej – od zwycięstwa 84:77 nad UCAM Murcia, gdzie 20 punktów zdobył Jassel Pérez, a 19 Stanley Whittaker. W drugiej kolejce katalońska drużyna trafiła jednak na Baskonię i oddała mecz bez walki, przegrywając 78:118. Polski rozgrywający Mateusz Pluta zaliczył w starciu z Murcią dwa punkty, dwie zbiórki i asystę, spędzając na parkiecie nieco ponad 16 minut, a w meczu z Baskonią dodał cztery punkty. Po dwóch kolejkach jego średnia wynosi trzy punkty na mecz. Historia ostatnich starć obu klubów niczego nie podsuwa na tacy – w poprzednim sezonie Girona wygrała u siebie 103:80, ale Breogán odpowiedział zwycięstwem 95:76 na własnym parkiecie w Lugo.

Real Madryt kontra Manresa, Barcelona kontra Valencia

Dzień później, w niedzielę o 12:00, Sportklub pokaże mecz Realu Madryt z Kids&Us Manresa. Królewscy w lidze nie zawodzą. Najpierw odwrócili losy meczu z Unicają w czwartej kwarcie, wygrywając 89:87, a następnie pokonali Obradoiro 114:107 po dogrywce – Théo Maledon i Timothé Luwawu-Cabarrot zdobyli po 25 punktów, a Maledon dorzucił do tego siedem asyst. W Euroludze zupełnie inny obrazek: Real przegrał wszystkie trzy spotkania, w tym 98:102 z Hapoelem Tel Awiw rozegrane w Sofii.

Manresa jedzie do Madrytu po dwóch porażkach ligowych – najpierw 92:107 w Bilbao, a potem 95:101 u siebie z Breogánem, gdzie Tim Allen zdobył 30 punktów i osiem zbiórek. Do tego przegrała 78:93 z PAOK-iem w Salonikach na otwarcie EuroPucharu. W meczu w Bilbao polski skrzydłowy Łukasz Kolenda był drugim strzelcem swojej ekipy z 16 punktami, a przeciwko Breogánowi dodał siedem punktów, co dało mu ligową średnią 11,5 punktu po dwóch kolejkach. W europejskim debiucie z PAOK-iem zdobył trzy punkty. Dla Manresy to w pewnym sensie rewanż – w maju ta drużyna pokonała Real Madryt 94:87, przerywając serię 25 domowych porażek z tym rywalem i 28-letnie czekanie na takie zwycięstwo.

Trzeci mecz weekendu, FC Barcelona – Valencia Basket, zostanie pokazany w niedzielę o 19:00. To powtórka ostatniego finału ligi ACB, w którym Valencia wygrała serię 3:1 i przypieczętowała mistrzostwo na parkiecie rywala, triumfując w Palau Blaugrana 108:84. Katalończycy zdołali się zrewanżować we wrześniu, bijąc Valencię 87:86 w półfinale Supercopa Endesa. W lidze Barcelona rozpoczęła sezon zwycięstwem 119:101 nad Leymą Coruña, po czym przegrała z Murcią 94:100. Valencia ma bilans odwrotny – najpierw przegrała z Lleidą 100:105, a potem wygrała na wyjeździe z Saragossą 97:82. To jednak w Euroludze Valencia błyszczy najmocniej, wygrywając wszystkie trzy mecze, ostatnio 105:92 z ASVEL-em – Barcelona ma w tym samym pucharze bilans 2:1 po triumfach nad Efesem i Beşiktaşem oraz porażce w Dubaju.

Polskim akcentem tego starcia jest Aleksander Balcerowski, który w barwach Barcelony wejdzie w mecz z Valencią jako jeden z najskuteczniejszych zawodników ligi. W inauguracyjnym spotkaniu sezonu zdobył 21 punktów i sześć zbiórek, osiągając wskaźnik efektywności 30, a w Murcii dodał 12 punktów przy czterech przewinieniach. Po dwóch kolejkach jego średnia wynosi 16,5 punktu. W Euroludze zanotował 10 punktów, trzy zbiórki i dwie asysty w meczu w Dubaju, a przeciwko Beşiktaşowi dorzucił 11 punktów.

W poniedziałek, 5 października, o 18:15 padnie pierwszy gwizdek meczu, od którego może zależeć awans na mistrzostwa Europy. Reprezentacja Polski U-21 zagra na wyjeździe z Włochami w ramach eliminacji ME U-21. To ostatnia kolejka całego cyklu eliminacyjnego – i właśnie ten wynik zdecyduje, która z tych dwóch drużyn pojedzie na turniej bez konieligowania.

Dla podopiecznych Jerzego Brzęczka to kolejny mecz „wszystko albo nic”. Presja jest ogromna. Przy takiej stawce nie ma miejsca na błędy – obie ekipy wiedzą, że tylko wygrana zagwarantuje spokojny sen po końcowym gwizdku.

Transmisja TV i stream online

Kibice, którzy wolą oglądać przed telewizorem, znajdą starcie Włochy – Polska U-21 na antenie TVP Sport. Ci, którzy woleliby śledzić mecz na laptopie albo telefonie, mają do dyspozycji darmowy stream na sport.tvp.pl oraz w aplikacji mobilnej TVP Sport. Żadnych dodatkowych opłat, żadnego nowego abonamentu – wystarczy włączyć odpowiedni kanał albo otworzyć stronę czy aplikację.

A co z tymi, którzy akurat nie usiądą przed ekranem? Nie muszą tracić kontaktu z boiskiem. Darmową relację tekstową „minuta po minucie” z meczu polskiej młodzieżówki poprowadzi portal WP SportoweFakty. Dzięki temu akcję za akcją można śledzić nawet w pracy albo w pociągu, bez obrazu, tylko na bieżąco odświeżanym tekście.

Stawka meczu we Włoszech jest prosta do wyjaśnienia – zwycięzca zrobi decydujący krok w stronę mistrzostw Europy. Kibice reprezentacji Brzęczka mają więc do wyboru trzy drogi, żeby nie przegapić żadnej akcji: telewizję, darmowy stream i relację live na żywo w tekście.

55 minuta, 35 sekunda. Krystian Mocarski wbija krążek do siatki i daje Cracovii prowadzenie 3:2. Chwilę wcześniej Sanok zdążył wyrównać na 2:2 – hala jeszcze nie ochłonęła po tamtej akcji, a już trzeba było reagować na kolejną. Ostatecznie właśnie ten gol okazał się decydujący: Comarch Cracovia pokonała STS Sanok Sokół 3:2 w meczu 7. kolejki Tauron Hokej Ligi.

Przez większą część spotkania na lodzie rządzili gospodarze. Po dwóch tercjach prowadzili już 2:0. Wynik otworzył Damian Kapica w 15. minucie, trafiając po asyście Aleksandra Szkrabowa i Kamila Mętela. Na 2:0 podwyższył Daniels Goršānovs w 32. minucie, wykorzystując przewagę liczebną po podaniach Krystiana Mocarskiego i Olli Valtoli.

Trzecia tercja to już zupełnie inny mecz. Sanok rzucił się do odrabiania strat i w 50. minucie zdobył gola kontaktowego – Radosław Sawicki wykorzystał podanie Mykyty Sydorenki i zmniejszył dystans na 2:1. Pięć minut później, w 55. minucie, Iwan Sysak doprowadził do wyrównania 2:2 po asyście Oskara Bozerockiego. Napięcie w hali sięgnęło zenitu. Cracovia odpowiedziała jednak błyskawicznie – już w kolejnej minucie Mocarski, asystowany przez Mateusza Ubowskiego, przywrócił gospodarzom prowadzenie.

W ostatnich sekundach goście z Sanoka zagrali wszystko na jedną kartę – wycofali bramkarza i ruszyli szukać wyrównania. Obrona Cracovii nie puściła jednak nic więcej i dowiozła prowadzenie do syreny.

Statystyki i okoliczności meczu

Spotkanie wyróżniało się niezwykle czystą grą – sędziowie odgwizdali tylko jedną karę w całym meczu, nałożoną na Sanok za nadmierną liczbę graczy na lodzie. Żaden zawodnik nie obejrzał dwuminutowej kary za faul. Przewagę Cracovii widać też w liczbie strzałów na bramkę: gospodarze oddali ich 31, goście 21. Na trybunach zasiadło 861 widzów.

Między słupkami gospodarzy stał S. Lipiäinen, a bramki gości bronił Ē. Vītols. Na ławkach trenerskich zasiedli Krystian Dziubiński po stronie Cracovii oraz Ołeh Szafarenko kierujący Sanokiem. Mecz prowadzili sędziowie główni Andrzej Nenko i Wojciech Czech, a liniowymi byli Krzysztof Worwa i Kacper Luberda.

Dla Cracovii to trzecie zwycięstwo z rzędu. A dla kibiców śledzących drużynę na własnych trybunach liczy się jeszcze jedno: to pierwsza wygrana Comarch Cracovii przed własną publicznością w tym sezonie.

11 grudnia na Principality Stadium w Cardiff Anthony Joshua stanie w ringu naprzeciw Tysona Fury’ego. A jeszcze kilka tygodni wcześniej na stole leżała zupełnie inna lokalizacja – Madison Square Garden w Nowym Jorku.

Za organizacją gali w USA mocno lobbowali Turki Alalshikh, Dana White oraz Netflix. Joshua i jego promotor myśleli jednak od początku inaczej – naciskali, żeby pojedynek odbył się w Wielkiej Brytanii.

Ta decyzja miała swoją cenę. I to niemałą. Eddie Hearn, promotor Joshuy, ujawnił, że jego zawodnik zrezygnował z ponad 10 milionów funtów, byleby walka mogła odbyć się na Wyspach.

Żeby utrzymać walkę w Wielkiej Brytanii, musiał zrezygnować z ośmiocyfrowej kwoty.

Hearn zaznaczył przy tym, że sam nie chciał decydować o miejscu walki – w końcu na szali były pieniądze Joshuy, nie jego. Ostatnie słowo należało więc do samego boksera. A on zdecydował, że chce walczyć przed własną publicznością.

Miliony po obu stronach Atlantyku

Amerykańskie media podają inną, choć zbliżoną skalę strat. Według ich szacunków obniżka wynagrodzenia Joshuy wyniosła około 13 milionów dolarów. Różnica w walutach i metodologii liczenia niczego tu nie zmienia – cena za walkę na własnym terenie i tak była ośmiocyfrowa.

Stratę odczuł też Turki Alalshikh. Jak sam przekazał, rezygnacja z organizacji gali w Nowym Jorku kosztowała go około 53 milionów funtów.

Mimo przeprowadzki z Manhattanu do Cardiff finansowy układ między pięściarzami został sprawiedliwy – Fury i Joshua mają otrzymać równy udział w puli finansowej z walki. Całość wydarzenia pokaże Netflix, który – choć sam mocno obstawiał wariant nowojorski – i tak pozostał przy projekcie.

Instalacja aplikacji
Pobierz