⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

Jeszcze niedawno Julian Alvarez marzył o przeprowadzce z Atletico Madryt do FC Barcelony. Władze „Rojiblancos” postawiły się twardo i odmówiły zgody na transfer. Dziś liczby ze strony Transfermarkt mówią same za siebie – sytuacja Argentyńczyka zaczyna się komplikować, a na tym najwięcej może zyskać właśnie Barcelona.

Serwis Transfermarkt obniżył wartość rynkową Alvareza ze 120 do 110 mln euro. To nie jest kosmetyczna korekta o kilka milionów dla statystyki. Dla klubu, który dwa lata temu zapłacił za niego River Plate 75 mln euro, taki spadek to konkretny sygnał ostrzegawczy.

Przyczyna nie jest żadną tajemnicą. W tym sezonie 26-letni Alvarez wystąpił zaledwie w czterech meczach we wszystkich rozgrywkach, notując przy tym tylko jedną asystę. Dla piłkarza, który miał być jedną z gwiazd ataku Atletico, to liczby katastrofalne.

Barcelona czeka, Atletico się zabezpiecza

Katalończycy nie kryli zainteresowania Argentyńczykiem. Mieli nawet zaproponować za niego 130 mln euro – kwotę wyraźnie wyższą od obecnej wyceny Transfermarkt, co samo w sobie mówi, jak wysoko w Barcelonie ceniono ten transfer.

Problem leży gdzie indziej. Działacze Atletico jasno zapowiadali w mediach, że swojego piłkarza ligowemu rywalowi nie oddadzą, jeśli ten nie zapłaci pełnej klauzuli odstępnej. A ta wynosi aż 500 mln euro – kwota całkowicie odcięta od realnej wartości rynkowej zawodnika, i to jeszcze przed ostatnią korektą w dół.

Rozbieżność między wyceną rynkową zbliżającą się do 110 mln euro a klauzulą ustaloną na pół miliarda mówi sama za siebie. Atletico zabezpieczyło się kontraktowo przed sprzedażą Alvareza do Barcelony za rozsądne pieniądze. Pytanie, czy wystarczy to na długo – spadek formy i minut na boisku może w końcu zmusić klub do renegocjacji warunków, jeśli sytuacja Argentyńczyka się nie odwróci.

Lipiec. Transfermarkt publikuje aktualizację wycen i po raz pierwszy w historii serwisu dwóch piłkarzy przebija granicę 200 mln euro. Lamine Yamal i Erling Haaland trafiają na szczyt z rekordową wyceną 220 mln euro każdy. Mija kilka miesięcy, serwis ogłasza nową aktualizację rankingu, a ich pozycja na szczycie nie drgnęła ani o euro. Niżej w tabeli za to zaszły zmiany, które Viniciusowi Juniorowi kosztowały kilkadziesiąt milionów.

Yamal broni rekordowej wyceny tym, co pokazuje na boisku. W ośmiu meczach tego sezonu w barwach Barcelony Hiszpan zdobył osiem goli i dołożył sześć asyst. W reprezentacji Hiszpanii idzie mu podobnie dobrze – w trzech występach strzelił cztery gole i zanotował jedną asystę. Haaland też nie zwalnia. Norweg wejście w sezon zaczął od siedmiu trafień w siedmiu meczach Manchesteru City.

Na trzecim miejscu rankingu Transfermarkt uplasował się Kylian Mbappe, wyceniany na 200 mln euro. To wciąż 20 mln euro mniej niż liderzy, ale wystarczająco, by zachować bezpieczny dystans do reszty stawki.

Olise w górę, Vinicius w dół

Spośród pierwszej dziesiątki tylko dwaj zawodnicy zmienili wycenę w najnowszej aktualizacji. Michael Olise poszedł w górę – z 170 do 180 mln euro – co umocniło go na czwartej pozycji. To wciąż 40 mln euro mniej niż Yamal i Haaland, ale trend jest jednoznacznie wzrostowy.

Resztę czołówki tworzą Jude Bellingham wyceniany na 160 mln euro oraz Pedri, który przy wycenie 150 mln euro jest drugim najdroższym zawodnikiem FC Barcelony. Siódme miejsce dzielą trzej piłkarze wyceniani identycznie, po 140 mln euro: Joao Neves, Chwicza Kwaracchelia i Vitinha.

Drugim zawodnikiem, który zmienił wycenę, jest Vinicius Junior – i to w niekorzystnym kierunku. Jego wartość rynkowa spadła ze 140 do 130 mln euro. Mimo przeceny Brazylijczyk z pierwszej dziesiątki nie wypadł – dziesiąte miejsce w rankingu utrzymał. Dystans do liderów jednak się powiększył: Vinicius jest teraz wyceniany o 90 mln euro niżej niż Yamal i Haaland.

Autobus miał zawieźć ich na tor, ale utkwił w korku. W końcu jeden z kibiców razem z żoną machnęli ręką na czekanie i po prostu poszli do Sepang na własnych nogach – 11 kilometrów. To jedna z historii, które zebrał dziennik „The Straits Times”, pytając fanów o wrażenia z powrotu Formuły 1 do Malezji.

Po dziewięciu latach przerwy F1 wróciła na tor Sepang. Nie stało się to jednak w ramach zwykłego kalendarza sezonu. Winny jest konflikt na Bliskim Wschodzie, który zmusił Formułę 1 do szukania planu awaryjnego zastępującego jeden z dwóch wyścigów. Władze Bahrajnu zgodziły się pokryć większość kosztów organizacji i wynajęły obiekt niedaleko Kuala Lumpur – tak powstał wyścig o nazwie GP Bahrajnu w Malezji. Kulisy tego rozwiązania wyszły na jaw podczas tegorocznego GP Węgier.

Kłopoty zaczęły się już w drodze na tor. Kibice przyznawali, że autobusów było zdecydowanie za mało w stosunku do liczby fanów, a te, które jeździły, pojawiały się zbyt rzadko. Do tego organizacja ruchu przez policję okazała się bardzo słaba, co jeszcze bardziej ograniczyło dostępność transportu.

Na miejscu czekała kolejna niespodzianka. Na obiekcie wprowadzono zakaz wnoszenia plastikowych butelek, więc fani musieli kupować napoje już na torze – wnieść można było jedynie inne pojemniki, na przykład bidony. Dla porównania: na tegorocznym GP Węgier kibice mogli wnieść litrową butelkę na osobę, a na torze czekały darmowe punkty uzupełniania płynów.

Osiem tygodni na przygotowania

Część tego chaosu wyjaśnia czas, jaki Malezja miała na przygotowania. Zamiast standardowych kilku miesięcy, obiekt dostał tylko osiem tygodni. Organizatorzy współpracowali z władzami Bahrajnu i toru Sakhir, próbując odwzorować padok znany z Bahrajnu. Przy przygotowaniach wyścigu pracowało łącznie 5000 osób z obu krajów.

Mimo logistycznych problemów trybuny się nie wyludniły – wręcz przeciwnie. Frekwencja skoczyła ze standardowych 40-50 tysięcy, znanych z poprzednich edycji GP Malezji, do 100 tysięcy.

Taki wynik mógł zachęcić władze kraju do dalszych planów. Premier Malezji Anwar Ibrahim poinformował, że odbył już wstępne rozmowy z szefem Formuły 1 Stefano Domenicalim w sprawie stałego powrotu GP Malezji do kalendarza. Sam premier zaznaczył jednak, że prostej drogi tu nie będzie – terminarz rywalizacji jest napięty, a inne państwa mają podpisane własne kontrakty.

Druga tercja w Karwinie zaczęła się efektownie – dwa szybkie uderzenia Ville Heikinena przełamały remis i nadały kierunek całemu meczowi. Fiński napastnik ECZD Zagłębia Sosnowiec zanotował dublet, a przy jednym z jego trafień asystował obrońca Joel Olkkonen. I właśnie ta pierwsza formacja Sosnowiczan, z Olkkonenem i Heikinenem na lodzie, zdecydowała o przewadze w najważniejszym momencie starcia.

ECZD Zagłębie Sosnowiec wygrało wyjazdowy mecz TAURON Hokej Ligi z JKH GKS Jastrzębie, rozegrany w Karwinie. Dla drużyny prowadzonej przez Matiasa Lehtonena to kolejny przystanek w długiej serii wyjazdowej – wcześniej byli Katowice, Nowy Targ i Sanok. Brązowy medalista THL przed tym meczem wciąż nie znał smaku porażki na wyjeździe w tym sezonie.

Pierwsza tercja nie zwiastowała jednak łatwego zwycięstwa gości. Zespół Rafała Bernackiego odpowiedział szybko, a gola gospodarzy zapoczątkowali Joonas Savolainen i Miro-Pekka Saarelainen, aktywni w tym fragmencie meczu wraz z Martinem Kasperlikiem. Po pierwszej odsłonie na tablicy było 1:1.

To właśnie tę fazę gry Joel Olkkonen, wcześniej kapitan Östersunds IK, uznał po meczu za najsłabszy punkt swojej drużyny. „Uważam, że akurat w tym fragmencie meczu byliśmy bardzo niedokładni w grze na krążku. Zanotowaliśmy wiele niepotrzebnych strat w newralgicznych strefach na lodzie. To z kolei kreowało szanse dla naszych rywali” — powiedział obrońca Zagłębia.

Dwa gole, które dały oddech

Druga tercja odwróciła jednak losy meczu. Dwa gole zdobyte w tej części starcia dały Sosnowiczanom przestrzeń do oddechu, a w ostatniej tercji przełożyło się to na spokojniejszą, bardziej kontrolowaną grę. „Myślę, że te dwa gole w drugiej tercji pozwoliły nam na chwilę wytchnienia i w ostatniej odsłonie graliśmy dobrze w defensywie” — ocenił Olkkonen.

Fiński obrońca mówił też szerzej o formie zespołu w tym sezonie. „Mamy w zespole wielu świetnych graczy. Codzienna praca na treningach, czy potem w warunkach meczowych daje nam nowe doświadczenia. Z meczu na mecz widać coraz większą chemię w zespole. To na pewno zaprocentuje w dalszej części sezonu” — podsumował.

Druga żółta kartka tego zgrupowania przypieczętowała sprawę. Lewandowski obejrzał ją w pierwszej połowie meczu z Rumunią, który Polska wygrała 6:0. Kilka dni później, w starciu ze Szwecją, kapitan zobaczył kolejne ostrzeżenie i zszedł z boiska po kilku minutach gry – spotkanie skończyło się przegraną 1:3. Rachunek jest prosty: z Bośnią i Hercegowiną Lewandowski nie zagra, bo zawieszenie za żółte kartki wyklucza go z kadry meczowej.

W oficjalnym zestawieniu na mecz z Bośniakami numer 9 – od lat kojarzony wyłącznie z Lewandowskim – dostał Mateusz Żukowski, zawodnik Magdeburga. To nie przypadek. Żukowski już raz w trakcie tego zgrupowania wyszedł w podstawowym składzie, grając od pierwszej minuty meczu ze Szwecją.

Urban: „To nie żarcik”

Na konferencji prasowej selekcjoner Jan Urban został wprost zapytany, kto zastąpi Lewandowskiego w ataku. Odpowiedział bez wahania i właściwie od razu wyjaśnił, czemu wybór jest jeden.

„To taki żarcik, chyba co? A ilu mamy napastników? Dwóch? Ja widzę jednego napastnika. 'Świder’ to taka dziesiątka, która czasami zagra na dziewiątce. Z kolei Żukowski zaczął strzelać bramki w Magdeburgu i stał się napastnikiem. Mamy go jednego na tę pozycję”.

Słowa trenera nie pozostawiają wątpliwości. Formacja ataku w tej kadrze jest wąska, a Żukowski – strzelając gole w barwach Magdeburga – sam wywalczył sobie miejsce jedynego naturalnego „dziewiątki”. Czy odnajdzie się w numerze, który od lat budzi skojarzenia z jednym, konkretnym nazwiskiem? To pokaże już samo boisko.

Khaos Williams trafia czysto. Roberto Soldić leci na deski. W oktagonie UFC taki moment zwykle oznacza koniec walki. A jednak Chorwat wstaje, zaczyna mieszać stójkę z zapasami i w końcówce zalewa rywala gradem uderzeń. Tak wyglądał debiut Roberto Soldicia w UFC, a jego przeciwnikiem był właśnie Khaos Williams.

Po pojedynku głos zabrał Daniel Cormier – legenda organizacji i jeden z jej komentatorów – który nie krył zachwytu nad tym, co zobaczył. „To, co najbardziej imponuje mi w debiucie Soldicia, to jego dojrzałość taktyczna. Po tak trudnym początku nie spanikował. Kiedy zobaczył okazję, zaczął mieszać stójkę z zapasami” – ocenił Cormier.

„Powiem wam coś, 80-90% zawodników w tej kategorii wagowej nie wytrzymałoby tego. Gdy Khaos Williams trafia cię tak czysto swoimi bombami i posyła cię na deski, zazwyczaj jest po wszystkim” – podkreślił Cormier.

Byłego mistrza KSW nie dało się jednak tak łatwo złamać. Cormier opisał końcową fazę starcia jako absolutny pokaz siły Soldicia. „Te kombinacje góra-dół, potężne ciosy na korpus, a chwilę później wysokie kopnięcia na głowę. To jest absolutna rewelacja. Williams słania się na nogach, a Soldić wygląda, jakby dopiero się rozgrzewał” – mówił komentator.

Droga z KSW przez One Championship do UFC

Soldić to były podwójny mistrz KSW, organizacji Macieja Kawulskiego i Martina Lewandowskiego. W jej oktagonie stoczył dziewięć walk, z których tylko raz musiał uznać wyższość przeciwnika. Ostatni raz wystąpił tam przeciwko Mamedowi Khalidovowi – wygrał w drugiej rundzie, choć polski zawodnik doznał po tym starciu bardzo poważnych urazów.

Po odejściu z KSW Chorwat nie wybrał od razu UFC. Postawił na One Championship. Azjatycka organizacja zaproponowała mu najwyższą ofertę finansową oraz możliwość walk w różnych formułach – to miało być dla Soldicia argumentem decydującym. Rzeczywistość okazała się jednak inna: w ciągu prawie czterech lat kontraktu stoczył tam zaledwie trzy pojedynki.

W tym czasie One Championship zgodziło się wypożyczyć go do Polski, na galę FAME MMA. Tam, w walce bokserskiej, Soldić pokonał Tomasza Adamka. Teraz, po latach krążenia między organizacjami, trafił wreszcie do UFC – i od razu zebrał pochwały od jednej z ikon tego sportu.

Pół roku bez walki. Kontrakt z FAME wciąż otwarty, a na horyzoncie majaczyła gala, na której Denis Labryga miał wreszcie wrócić do klatki. Zawodnik WCA Fight Team liczył na superfight podczas FAME 33. Nic z tego – na gali zaplanowanej na 17 października go nie zobaczymy.

Labryga nie owija w bawełnę i rozczarowania się nie wstydzi. Zapowiedział, że jeśli FAME nie zaproponuje mu zawodowego pojedynku, zacznie rozglądać się za walką w innej organizacji. W obecnej umowie zostały mu jeszcze trzy pojedynki do odbycia, tyle że czekać w nieskończoność nie ma zamiaru.

„Jeszcze w tym roku chciałbym zawalczyć. Jeśli nie FAME, który jest 17 października, to będę próbował w innej organizacji zawalczyć” – powiedział Labryga na kanale „FanSportuTV”.

Cel: Contender Series i UFC

Ambicje Labrygi sięgają dalej niż FAME. W planach ma start w Dana White’s Contender Series – traktuje go jako furtkę do kontraktu z UFC.

„Ja jestem skupiony na Contenderze. Wiele ludzi się ze mnie śmieje, że KFC a nie UFC… Spokojnie, spokojnie, mamy rękę na pulsie, będziemy dążyć do celu. Daj bóg pod koniec roku (przyszłego), żeby przez ten rok przynajmniej z pięć waleczek zawodowych” – mówił zawodnik.

Pięć zawodowych walk w ciągu roku? Ambitnie, zwłaszcza gdy spojrzeć na dotychczasowy bilans Labrygi. Karierę w zawodowym MMA zaczynał od zwycięstwa nad Konradem Karwatem na gali High League 6. Potem, na Babilon MMA 50, znokautował uderzeniami w parterze w pierwszej rundzie Karola Frąckowiaka – dla tego ostatniego był to zawodowy debiut w klatce.

Na koncie Labrygi są też dwa starcia pod szyldem FAME, a ich status wciąż dzieli bazy statystyczne. Na FAME 24 przegrał przez dyskwalifikację z Michałem Pasternakiem po niedozwolonym kolanie. Na FAME 25 pokonał jednogłośną decyzją sędziów Jaya Silvę, byłego zawodnika UFC i KSW, który już nie żyje. Sherdog wlicza te starcia do bilansu zawodowego i daje Labrydze wynik 3-1. Tapology widzi to inaczej – obie walki uznaje za pokazowe, co zmienia jego zawodowy rekord na 2-0.

Jeszcze kilka okrążeń przed metą GP Bahrajnu w Malezji George Russell realnie myślał o zwycięstwie. Chwilę później jego Mercedes zaczął zwalniać na torze — jednostka napędowa po prostu odmówiła dalszej pracy. Tak skończył się wyścig, który Brytyjczyk zaczynał z dość odległego, siódmego pola startowego.

Start niedzielnej gonitwy wyszedł mu wyjątkowo dobrze. Opony pośrednie na mokrą nawierzchnię okazały się trafnym wyborem, a mocne ruszenie z miejsca dało mu drugą pozycję jeszcze przed pierwszym zakrętem. Moment później wyprzedził Maxa Verstappena i znalazł się tuż za zespołowym kolegą, Andreą Kimim Antonellim.

Pierwsza neutralizacja wyścigu samochodem bezpieczeństwa otworzyła mu drogę do ataku. Przy ponownym starcie minął Antonellego po zewnętrznej stronie piątego zakrętu i w bezpośrednim starciu przejął prowadzenie, zepchnawszy kolegę z zespołu na trzecią pozycję. Przewaga nie trwała długo. Osiem okrążeń później Antonelli odebrał mu drugie miejsce.

Scenariusz odwrócił się jeszcze raz w końcówce, gdy na trasę ponownie wyjechał samochód bezpieczeństwa — i Russell znów miał realną szansę na walkę o wygraną. I właśnie w tym momencie przyszła awaria jednostki napędowej, która wyeliminowała go z rywalizacji kilka okrążeń przed finiszem.

Dla Mercedesa i jego kierowcy to już trzeci nieukończony wyścig w sezonie 2026 i drugi przypadek, w którym o odpadnięciu zdecydował wyłącznie problem techniczny, a nie wypadek czy błąd kierowcy.

Właściwie trzeba się z tego śmiać

— powiedział Russell po wyścigu, dodając, że skala pecha zaczyna wykraczać poza zwykłe rozczarowanie. „To coś więcej niż rozczarowanie. Taka sytuacja przydarzała mi się już w tym sezonie wiele razy. Oczywiście to wielka szkoda, ale trzeba dalej walczyć i próbować jechać naprzód”.

Tytuł odpływa, punkty też

Awaria ma bezpośrednie konsekwencje dla walki o mistrzostwo. Strata Russella do lidera klasyfikacji, Andrei Kimiego Antonellego, wynosi już 84 punkty. Brytyjczyk nie owijał w bawełnę, oceniając swoje szanse na koniec sezonu: „Nie muszę mówić, że wszystko jest już stracone. Oczywiście szanse są wyjątkowo małe i taka jest rzeczywistość” — przyznał.

Policzył też, ile punktów stracił w jednej chwili. „Gdyby problem dotknął drugiego samochodu, zyskałbym 18 punktów. To naprawdę szkoda, ale tak właśnie wygląda ten sport” — powiedział, odnosząc się do tego, że awaria uderzyła właśnie w jego bolid, a nie w maszynę Antonellego.

Szef zespołu Toto Wolff nie kryl frustracji po wyścigu — GP Bahrajnu w Malezji nazwał jednym z najgorszych osobistych doświadczeń. Gorycz porażki dodatkowo powiększył fakt, że to Red Bull Racing odniósł w tym wyścigu swoje pierwsze zwycięstwo w sezonie. „Jestem ogromnie zirytowany. Nie jestem teraz w dobrym nastroju” — powiedział Wolff.

Austriak wprost połączył awarię silnika z realnymi stratami w dwóch klasyfikacjach. „Trudno o większego pecha. Na kilka okrążeń przed końcem awaria jednostki napędowej w samochodzie George’a dodatkowo uderzyła w jego walkę o mistrzostwo i nasze punkty w klasyfikacji konstruktorów” — stwierdził szef Mercedesa.

Skutki widać też w tabeli konstruktorów. To właśnie w tym wyścigu Ferrari po raz pierwszy od przerwy wakacyjnej zdobyło więcej punktów niż Mercedes. Strata włoskiego zespołu do Niemców wciąż jest jednak ogromna — 151 punktów. Pogłębiła się także przepaść w klasyfikacji kierowców: strata Lewisa Hamiltona do Antonellego wzrosła do 106 punktów.

Za techniczną stronę problemu i poszukiwanie rozwiązania odpowiada w Mercedesie James Allison wraz ze swoim zespołem. Wolff deklaruje spokój — wierzy, że inżynierowie poradzą sobie z usterką. „To poprawia mój nastrój, bo wiem, jak świetnych ludzi mamy w zespole. Tak samo jak w dziale silnikowym, poradzą sobie z tym problemem. Daje mi to spokój, ponieważ wiem, że są najlepsi i znajdą rozwiązanie. Wierzę, że wrócimy silniejsi” — podsumował szef zespołu.

Echa walki w Paryżu jeszcze nie ucichły, a w sieci już huczy o kolejnym starciu Salahdine’a Parnasse’a. To właśnie tam, w rodzinnym mieście Francuza, Parnasse rozprawił się z Danem Hookerem w pierwszej rundzie, w walce wieczoru całej gali UFC. Teraz były dwukrotny mistrz KSW ma stanąć przed czymś znacznie większym.

Ilia Topuria, były mistrz UFC w wadze piórkowej i lekkiej, od pewnego czasu wraca do formy i szuka przeciwnika na powrót do oktagonu. Gruzin od miesięcy jest jednym z najgorętszych nazwisk w organizacji, a jego ostatnia walka — stoczona w czerwcu 2026 roku — zakończyła się czymś, czego nikt się nie spodziewał. Topuria przegrał z Justinem Gaethje, nie wychodząc do ostatniej rundy walki wieczoru. To była pierwsza porażka w jego zawodowej karierze.

Sam Parnasse nie kryje ambicji. Po zwycięstwie nad Hookerem Francuz wymienił dwa nazwiska przyszłych rywali — Paddy’ego Pimbletta albo właśnie Ilię Topurię. W medialnym rankingu wagi lekkiej UFC Topuria zajmuje pierwsze miejsce, Pimblett jest piąty, a sam Parnasse dziewiąty. Starcie z liderem dywizji byłoby więc dla Francuza skokiem o kilka pozycji w hierarchii — i szansą, jaka nie trafia się dwa razy.

Co dokładnie napisano w sieci?

Iskrę do całej sprawy podał użytkownik serwisu X występujący pod nazwą mmadbm. Według jego wpisu, powołującego się na nieujawnione źródła, Topuria zmierzy się z Parnasse’em na gali UFC 336 w styczniu 2027 roku jako walka wieczoru numer dwa, czyli co-main event. Dodał również, że Paddy Pimblett wypada z planowanego pojedynku z powodu kontuzji, a informacje o głównej walce wieczoru nazwał „szalonymi”, choć zaznaczył, że są nieoficjalne.

„BREAKING NEWS: Per sources, Ilia Topuria will be fighting Salahdine Parnasse at #UFC336 in January of 2027. Co-Main Event. I have information about the main event which is insane but not official. Paddy Pimblett is out with injury.”

UFC 336 ma być pierwszą numerowaną galą organizacji w nowym roku, co samo w sobie podkręca temperaturę wokół każdej plotki na jej temat. Problem w tym, że na razie to tylko plotka — żadna ze stron, czyli UFC, obóz Topurii i obóz Parnasse’a, nie potwierdziła oficjalnie tych doniesień. Kontraktu nikt nie podpisał, a ze strony UFC nie padł żaden oficjalny kontakt w tej sprawie.

Mimo braku potwierdzeń otoczenie Parnasse’a nie zamierza robić, że tematu nie ma. Menedżer Francuza odniósł się do sprawy na Instagramie, zapewniając, że Parnasse i jego trener Atch w żadnym wypadku nie odrzuciliby takiej szansy. To nie dementi. To raczej zaproszenie do rozmów, jeśli UFC rzeczywiście rozważa taki scenariusz.

Na razie więc wszystko wisi w powietrzu. Topuria dopiero wraca do treningów po pierwszej porażce w karierze, Pimblett miałby wypadać z gry przez uraz, a Parnasse czeka z otwartymi ramionami. Czy styczniowa gala UFC 336 rzeczywiście przyniesie to starcie? Pokaże najbliższy czas — na papierze nic jeszcze nie jest zapięte na ostatni guzik.

Do startu kolejnego sezonu zostało jeszcze kilka tygodni, a GKS Tychy już ogłosił wzmocnienie ofensywy. Do zespołu mistrza Polski dołączył Leevi Viitala, 25-letni fiński napastnik.

Viitala mierzy 181 centymetrów, waży 90 kilogramów, gra na skrzydle i operuje prawym uchwytem kija. Poza Finlandią radził sobie już wcześniej – w ostatnich sezonach grał w macierzystej Liidze, a potem w szwedzkiej HockeyAllsvenskan.

W fińskiej elicie rozegrał łącznie 116 meczów. Zdobył w nich 19 goli i dodał 15 asyst. W styczniu 2025 roku postawił na zmianę otoczenia i podpisał kontrakt z BIK Karlskoga w Szwecji.

Debiut w nowych barwach wyszedł mu całkiem nieźle. W końcówce sezonu 2024/25 zagrał w 19 spotkaniach HockeyAllsvenskan, strzelił 7 goli i zanotował 4 asysty. Licząc cały miniony sezon w BIK Karlskoga, bilans robi się jeszcze solidniejszy: 59 meczów, 10 goli, 9 asyst.

Charakter na lodzie

Same gole i asysty nie mówią jednak wszystkiego o Viitali. W minionym sezonie sędziowie wysłali go na ławkę kar na 27 minut – znak, że nowy napastnik GKS-u umie też grać twardo i kontaktu się nie boi.

Dla Tychów to kolejny transfer z fińskiego rynku i czytelny sygnał: mistrz Polski chce budować skład z zawodnikami, którzy mają za sobą granie w mocnych ligach skandynawskich.

Instalacja aplikacji
Pobierz