Anwil Włocławek pokonał Górnik Zamek Książ Wałbrzych 88:87 po dogrywce w meczu otwierającym nowy sezon PGE Basket Ligi. Zadecydowały o tym dodatkowe pięć minut – po regulaminowym czasie na tablicy świecił remis.
Mecz w Hali Mistrzów to był skrót całego sezonu zmieszczony w 45 minutach. Włocławianie ruszyli z kopyta, wygrywając pierwszą kwartę 26:20, ale gospodarze z Wałbrzycha odpowiedzieli serią 26:15 w drugiej odsłonie. Trzecia część znów należała do Anwilu, 28:23, czwarta skończyła się po równo – 14:14. A w dogrywce górą byli włocławianie, o jeden punkt, 5:4.
O losach czwartej kwarty zadecydował Deon Edwin – jego trójka ustaliła wynik na 83:83 i wysłała mecz w dodatkowy czas. Chwilę wcześniej Ron Curry próbował wywalczyć faul na Mateuszu Szlachetce w ostatniej akcji kwarty, ale sędziowie machnęli, że nic się nie stało.
W dogrywce całą punktację dla Anwilu wziął na siebie Manu Lecomte – pięć z sześciu rzutów wolnych, wszystkie wymuszone faulami rywali. Belgijski rozgrywający skończył mecz z 19 punktami i ośmioma asystami. Górnik Zamek Książ też miał swoją szansę: w dogrywce prowadził przez 23 sekundy, zanim stracił jeden punkt, a decydującą akcję znów wziął na siebie Ron Curry. Tym razem nie trafił.
Freeman z double-double, Hines najlepszy na boisku
Oprócz Lecomte’a formę pokazał też Samuel Hines – 18 punktów i najlepszy wskaźnik +/- ze wszystkich zawodników na parkiecie. Lennard Freeman zaliczył double-double: 15 punktów, 12 zbiórek. Resztę punktów dla Anwilu dopisali: Szymon Wójcik 8, Adam Brenk 8, Hans Vanwijn 7, Deon Edwin 7, Mateusz Szlachetka 5 i Dawid Słupiński 1.
Po stronie gości najskuteczniejszy był Adam Rohosy – 20 punktów, a za nim Mike Scott z piętnastoma. Pozostałe punkty dla Górnika Zamek Książ zdobyli Leemet Bockler 12, Michał Nowakowski 10, Dariusz Wyka 8, Trey Diggs 7, Ron Curry 7 i Maciej Bojanowski 6. Kenneth Goins i Soprano Szelążek nie trafili do kosza w tym meczu.
Po pierwszej kolejce PGE Basket Ligi Anwil Włocławek zajmuje 8. miejsce w tabeli, z bilansem punktów 88:87 i dwoma punktami na koncie. Górnik Zamek Książ Wałbrzych jest miejsce niżej, na 9. pozycji, z bilansem 87:88 i jednym punktem.
Prokuratura przeszła przez materiały publikowane na kanałach związanych z federacją GROMDA – promocje, wpisy, nagrania – sprawdzając, czy nie doszło tam do złamania prawa. Śledczych interesuje jedno: czy te publikacje mogły nawoływać do nienawiści i przemocy wobec osób innej narodowości, pochodzenia etnicznego czy rasy. Jak twierdzi prokuratura, część analizowanych treści miała wydźwięk ksenofobiczny i rasistowski, również w odniesieniu do Ukraińców i migrantów.
Sprawa zyskała na wadze po pobiciu pary Ukraińców we Wrocławiu – zdarzeniu, które odbiło się szerokim echem w środowisku sportów walki. Wśród podejrzanych o udział w napaści jest Adam C., znany szerzej jako „Cycu”, wcześniej walczący na galach GROMDY. Właściciel organizacji, Mariusz Grabowski, nie zostawił na zachowaniu napastników suchej nitki.
Internetowa działalność podmiotów powiązanych z GROMDĄ trafiła natomiast do osobnego postępowania. We wrześniu służby przeprowadziły w jego ramach przeszukania w kilku miejscach w Polsce. U Mariusza Grabowskiego czynności zaczęły się o szóstej rano.
Grabowski: lepiej było zadzwonić
Szef GROMDY opisał całą sytuację na kanale „GROMDA” na YouTube. Jego zdaniem wystarczyłoby zadzwonić i zapytać, jakie materiały są potrzebne – zamiast urządzać nalot.
„Ta sytuacja i pukanie o 6:00 rano… Ja powiem szczerze, że tutaj lepiej było zadzwonić, zapytać i po prostu my byśmy wszystko dali, bo my nie jesteśmy przeciwko nikomu… My po prostu chcemy robić sport i ten sport jest dla nas najważniejszy, my tutaj nie idziemy w politykę”.
Grabowski zapewnia, że oddałby wszystko, o co poprosiłyby go służby, bez żadnych oporów. Nie rozumie tylko jednego: czego szukano w jego telefonie, jeśli sprawa dotyczy treści, które i tak są publicznie dostępne w sieci.
„Jak się czujesz pewny siebie, nic nie zrobiłeś, to po prostu nie musisz się niczego obawiać. Tutaj w dzisiejszych czasach chce się zrobić w jakiś tam sposób jakąś szopkę, żeby po prostu pokazać, że ktoś jest zły… Przypisywanie nam jakiś rzeczy, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca, no to jest słabe. Dziwię się, że w tej sytuacji rozchodziło się o materiały publicznie dostępne… no to ja nie wiem, kto szukał i co chciał znaleźć w moim telefonie, jeśli mówimy o materiałach publicznie dostępnych… No ale wiadomo, służby działają, taka ich rola, po prostu muszą wyjaśnić tę sprawę”.
Grabowski twierdzi, że zachowuje spokój – kto jest przekonany o własnej niewinności, nie ma powodu bać się wyjaśniania sprawy. Dodaje jednak przy tym, że służby mają swoją rolę i muszą wykonać niezbędne czynności.
Bośnia i Hercegowina pokonała Polskę 1:0 w meczu Ligi Narodów. O losach spotkania zdecydował Ivan Basić, który w 84. minucie nie pomylił się przy rzucie karnym.
Na wynik szybko zareagował Edin Dżeko – mimo że sam na boisku już nie zagrał. We wpisie w mediach społecznościowych napisał krótko: „Brawo chłopaki. Jestem z was dumny”. Pod tekstem pojawiły się liczne flagi Bośni i Hercegowiny.
Gest byłego kapitana nie jest przypadkowy. Dopiero trzy dni wcześniej Dżeko rozegrał swój ostatni mecz w narodowych barwach. To spotkanie, ze Szwecją, skończyło się wynikiem 1:1.
Bośnia umacnia się w tabeli
Dla Bośni i Hercegowiny to zwycięstwo ma też konkretną wartość w tabeli. Reprezentacja utrzymała drugie miejsce w grupie, wypracowując sobie cztery punkty przewagi nad Polską, która zajmuje trzecią pozycję.
Biało-czerwonym nie zostaje jednak czas na rozpamiętywanie tej porażki. W listopadzie czeka ich wyjazd do Szwecji, a potem domowy mecz z Rumunią.
Grand Prix Bahrajnu, choć w nazwie wciąż bahrajńskie, odbyło się tym razem na torze Sepang w Malezji. I właśnie tam Formuła 1 zaliczyła jedną z najbardziej kuriozalnych scen całego sezonu – na okrążeniu formującym bolidy po prostu znieruchomiały na torze, bo nadeszła burza z ulewnym deszczem.
Start, pierwotnie zaplanowany na godz. 15 czasu lokalnego, organizatorzy przesunęli o 40 minut z powodu nawałnicy. To jednak był tylko początek kłopotów. Na asfalcie stała woda, a bolidy nie mogły ruszyć z miejsca – podczas okrążenia formującego dochodziło do nagłych spadków mocy. Z awariami zmagali się między innymi Lewis Hamilton z Ferrari i Max Verstappen z Red Bulla.
Po wyścigu Verstappen porównał całą sytuację do „wyścigu lego” – wcześniejszej zabawy organizowanej na torze Silverstone przed Grand Prix Wielkiej Brytanii. Hamilton przeżył z kolei coś, czego nie pamięta z żadnego innego wyścigu w karierze: musiał zatrzymać bolid na torze i uruchomić go ponownie.
FIA: winna aktualizacja oprogramowania
Federacja nie zwlekała z techniczną diagnozą. Jak podała FIA, niezamierzoną utratę mocy w wielu bolidach wywołało połączenie kilku czynników naraz: niskich obrotów silnika, warunków o niskiej przyczepności, ustawień zarządzania energią dopasowanych do mokrej nawierzchni oraz specyficznej konfiguracji sektorów Sepangu. Dział techniczny FIA wcześniej zniósł ograniczenie dotyczące zużycia energii, wprowadzając w tym celu aktualizację oprogramowania. Trafiła ona do wszystkich zespołów w trakcie przerwy spowodowanej ulewą, właśnie po to, by mogły wprowadzić niezbędne zmiany. Nikt jednak nie wychwycił problemu – ani FIA, ani zespoły – na etapie testów czy dojazdów na pola startowe.
Federacja zapowiedziała teraz pełną analizę całej sytuacji, którą przeprowadzi wspólnie z zespołami i producentami jednostek napędowych. Nikolas Tombazis, dyrektor FIA ds. wyścigów bolidów jednomiejscowych, wskazał przy tym na konkretną przyczynę zamieszania.
Przyczyną chaosu był brak przedsezonowych testów w warunkach deszczowych.
Jak dodał Tombazis, podobnej sytuacji można było prawdopodobnie uniknąć, a błąd oprogramowania wykryć na czas, gdyby F1 przeprowadziła więcej testów. Wyścig w Malezji był pierwszym w tym roku rozegranym w deszczowych warunkach – choć nawierzchnia zdążyła wyschnąć, zanim rywalizacja się skończyła.
Sam wyścig, mimo kuriozalnego początku, dojechał do końca bez dalszych usterek technicznych. Triumfował czterokrotny mistrz świata Max Verstappen, notując swoje pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Drugie miejsce zajął lider klasyfikacji generalnej, Włoch Kimi Antonelli, który powiększył tym samym przewagę nad kolegą z Mercedesa George’em Russellem do 84 punktów. Sam Russell nie dojechał do flagi. Na podium stanął też siedmiokrotny mistrz świata Lewis Hamilton, finiszując na trzecim miejscu.
Stawka F1 przenosi się teraz do Singapuru. 17. runda sezonu odbędzie się 11 października na ulicznym torze Marina Bay, a start zaplanowano na godz. 14 czasu polskiego. Rok wcześniej na tym samym torze triumfował George Russell.
W nocy z poniedziałku na wtorek, 5 na 6 października 2026 roku, wyszła kolejna aktualizacja CS2. Lista zmian jest tym razem naprawdę skromna – mieści się na trzech punktach. Całość waży niecałe 600 MB, co w zasadzie mówi wszystko o skali tego patcha.
Od ostatniej dużej aktualizacji minęły zaledwie dwa tygodnie. Tamten update zapamiętano przede wszystkim za sprawą nowości, która wywołała sporo śmiechu – hodowania kurczaków. Przy tamtej łatce najnowsza wypada więc dość blado, i to pewnie zdecydowało o milczeniu twórców w mediach społecznościowych. Administrator profilu CS2 na X (dawniej Twitter) nie poświęcił jej osobnego posta, bo po prostu niewiele się w niej dzieje.
Co faktycznie zmieniono?
Pierwsza poprawka dotyczy błędu z wyświetlaniem tekstu na stronach fotoksiążki z kurczakami. Strony fotoksiążki zwierząt mają teraz zlokalizowane elementy tekstowe – drobna rzecz, ale wygodna dla graczy korzystających z gry w różnych językach.
Druga zmiana to ta, na którą część społeczności czekała od dawna. Dodano przyciski umożliwiające zarządzanie mapami z Warsztatu Steam bezpośrednio z poziomu menu gry. Nowe opcje pozwalają od razu przejść do strony konkretnej mapy w warsztacie Steam albo odinstalować wszystkie pobrane z nią pliki. I to właśnie ta funkcja kryje się pod tytułowym „przydatnym dodaniem” – wcześniej zarządzanie mapami wymagało zabawy poza samą grą.
Trzecia i ostatnia pozycja na liście to już czysta technikalia – dostosowano flagi rozszerzeń pamięci podręcznej shaderów VK. Takie poprawki mogą nieco podnieść wydajność, choć to z pewnością nic, co rzuci się w oczy podczas rozgrywki.
17 maja 2026 roku, kilka godzin przed meczem GKS Katowice – Jagiellonia, na telefonie sędziego Arkadiusza Kamila Wójcika pojawiają się wiadomości od trenera białostoczan. „Paweł dzisiaj Nam sędziuje” – pisze Adrian Siemieniec i po chwili dodaje: „jeżeli może poczekać i Nas uprzedzić że ktoś jest blisko to będę mógł zareagować”. Chodziło o ostrzeganie zawodników zagrożonych żółtymi kartkami, by trener mógł w razie potrzeby zdjąć ich z boiska. Mecz miał prowadzić Paweł Raczkowski.
Stawka była niemała. Przed meczem aż ośmiu piłkarzy Jagiellonii mogło opuścić ostatnie spotkanie sezonu po kolejnej żółtej kartce – a klub walczył wtedy o drugie miejsce w tabeli i udział w eliminacjach Ligi Mistrzów. Siemieniec nie zostawił tego tylko na wiadomościach. Przed rozpoczęciem spotkania podszedł jeszcze do głównego arbitra i ponownie poruszył temat zawodników zagrożonych napomnieniem. Efekt? Raczkowski pokazał w całym meczu tylko jedną żółtą kartkę – otrzymał ją Jesus Imaz, zawodnik, któremu w ogóle nie groziło zawieszenie. Spotkanie skończyło się wynikiem 2:2.
Wójcik przesłał zrzuty rozmowy z Siemieńcem Raczkowskiemu, a ten odpowiedział mu krótko: „Pozdrawiam serdecznie”. Całą sprawę nagłośnili dziennikarze Wirtualnej Polski. Teraz serwis Weszło dotarł do uzasadnienia wszczęcia postępowania wyjaśniającego przez Komisję Dyscyplinarną PZPN w sprawie podejrzenia niedozwolonych kontaktów sędziów z trenerami. Dokument ujawnia coś więcej – kto i kiedy przekazał sporną korespondencję dalej.
53 dni zwłoki i wniosek prezesa
Rzecznik dyscyplinarny PZPN otrzymał wiadomości Siemieńca i Wójcika 9 lipca – związek przekazał, że wcześniej nie dysponował tą korespondencją. To 53 dni po rozegraniu meczu. Przekazał je przewodniczący Kolegium Sędziów PZPN Marcin Szulc, i to – jak wynika z uzasadnienia opublikowanego przez Weszło – na wniosek prezesa PZPN Cezarego Kuleszy. Zapytany przed Komisją Ligi o datę swojej rozmowy z Szulcem, sędzia Raczkowski odpowiedział wymijająco: „Skoro przewodniczący wskazał datę naszej rozmowy jako 25 czerwca, to pewnie to jest ta data”.
Tego samego dnia, 9 lipca 2026 roku, Wójcik złożył w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie zawiadomienie przeciwko Szulcowi. Dotyczyło ono gróźb z art. 191 kk, zniesławienia z art. 212 kk i złośliwego naruszania praw pracowniczych z art. 218 kk. Sprawę przejęła później Prokuratura Okręgowa w Warszawie.
Wójcik nie ma wątpliwości, do czego miało doprowadzić całe postępowanie – uważa, że służyło usunięciu go ze struktur polskiej piłki. W rozmowie z Weszło mówił otwarcie: „Powiedzieli, że to ja byłem inicjatorem, a było na odwrót. Liczyłem, że Komisja Ligi to będzie… Komisją Ligi. Więcej tam mówił mój pełnomocnik, a miałem wrażenie, że odgrywamy sceny z 'Psów’ i Bogusław Linda odpowiada przed komisją weryfikacyjną”.
„Powiedzieli, że to ja byłem inicjatorem, a było na odwrót”
Zgodnie z Konwencją Sędziowską PZPN obowiązuje bezwzględny zakaz nieuprawnionego kontaktu telefonicznego lub osobistego sędziego z przedstawicielami klubów, a każdą próbę takiego kontaktu arbiter musi zgłosić. W sprawie trenera zastosowano przepisy dotyczące naruszenia norm etyczno-moralnych.
Na początku października Komisja Ligi opublikowała komunikat z karami. Siemieniec dostał sześć meczów dyskwalifikacji, karę pieniężną w wysokości stu tysięcy złotych oraz zakaz udziału w zawodach Ekstraklasy przez dwa lata w zawieszeniu na trzy lata. Wójcik został zdyskwalifikowany na dwa lata. Raczkowski zapłaci 50 tysięcy złotych grzywny.
6:4, 3:2 dla Alexa de Minaura – przy takim wyniku Hubert Hurkacz zszedł z kortu w trakcie półfinału China Open 2026 w Pekinie. Kontuzja przerwała mu mecz, który mógł dać Polakowi awans do drugiego z rzędu finału turnieju głównego cyklu ATP.
Mimo przerwanego występu w Pekinie, nazwisko Hurkacza znalazło się już w drabince kolejnego turnieju – ATP Masters 1000 w Szanghaju, zaplanowanego na 7-18 października 2026. Losowanie odbyło się w poniedziałek, a Polak trafił na Australijczyka Jamesa Duckwortha jako pierwszego rywala. Zwycięzca tej konfrontacji zmierzy się w kolejnej rundzie z Novakiem Djokoviciem.
Niepewny start
Samo umieszczenie w drabince niczego jeszcze nie gwarantuje. Uraz nabyty w Pekinie wciąż stawia pod znakiem zapytania sam udział Polaka w turnieju. Decyzja powinna zapaść w najbliższym czasie – i to szybko, bo mecze pierwszej rundy zaplanowano już na środę i czwartek.
Szanghaj ma dla Hurkacza szczególny wydźwięk – to właśnie tam Polak triumfował w 2023 roku. W zeszłym sezonie obrony tytułu nie było – wtedy w ogóle nie startował w turnieju w Chinach. Teraz, gdy wraca na ten kort, wszystko rozbije się o jedno: jak szybko uda mu się wyleczyć kontuzję wyniesioną z Pekinu.
Sandecja Nowy Sącz pożegnała się z Rafałem Smalcem. Klub zdecydował się na zmianę trenera w poniedziałek, krótko po porażce z Lechią Zielona Góra 1:3.
Z wyborem następcy nie czekano długo. Ławkę trenerską drugoligowca objął Ireneusz Mamrot – 55-latek podpisał kontrakt do końca sezonu 2026/27, z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy.
Mamrot szukał nowego klubu od zakończenia sezonu 2025/26, kiedy to wygasła jego umowa ze Stalą Mielec. Po rozmowach obie strony uznały, że dalsza współpraca nie ma sensu. To doświadczony szkoleniowiec – w swojej karierze prowadził już Miedź Legnica, Górnik Łęczna, Jagiellonię Białystok, ŁKS Łódź, Arkę Gdynia i Chrobry Głogów.
Sandecja liczy na awans do baraży
Nowy szkoleniowiec trafia do ekipy, która wciąż ma o co grać. Sandecja zajmuje obecnie dziewiąte miejsce w tabeli Betclic II ligi z 15 punktami na koncie, a do strefy barażowej brakuje jej jedynie dwóch punktów.
Debiut Mamrota na ławce Sandecji wyznaczono na 9 października, godz. 15.30 – zespół zagra na wyjeździe z Rekordem Bielsko-Biała.
30 sierpnia Scott McTominay zagrał swój ostatni meczu przed długą przerwą. Kilka dni później lekarze wykryli u szkockiego pomocnika łagodną arytmię serca. Przygotowania do sezonu trzeba było przerwać, a sam zawodnik przeszedł zabieg ablacji. Teraz, po tygodniach rekonwalescencji, przed graczem Napoli kolejny decydujący moment.
We wtorek 6 października McTominay ma przejść ważne testy medyczne. Taką datę podał Sky Sport. Od wyniku tych badań zależy, czy Szkot dostanie zdolność sportową pozwalającą na pełne obciążenia treningowe.
Powrót do zdrowia przebiegał w dwóch etapach. Najpierw rekonwalescencję McTominay odbywał w Anglii. Od niemal trzech tygodni kontynuuje ją już w ośrodku Napoli w Castelvolturno – pod stałym nadzorem sztabu medycznego klubu, czekając na zielone światło do normalnego rytmu zajęć.
Allegri liczy na powrót przed Frosinone
Stan zdrowia Szkota na bieżąco śledzi trener Napoli Massimiliano Allegri. Włoski szkoleniowiec ma nadzieję, że pomocnik zdąży wrócić do kadry na najbliższe spotkanie z Frosinone. Mecz zaplanowano na sobotę, godzina 20:45, na Stadio Diego Armando Maradona.
W tym sezonie Serie A McTominay zagrał jak na razie tylko w dwóch pierwszych kolejkach. Napoli wygrało wtedy z Genoą 2:0, a potem przegrało u siebie 1:2 z Como. To był ostatni występ Szkota przed przerwą zdrowotną.
To już jego trzeci sezon w barwach klubu z Neapolu. W dwóch poprzednich McTominay regularnie znajdował się wśród najskuteczniejszych zawodników zespołu – i właśnie dlatego Allegri tak niecierpliwie wyczekuje jego powrotu do pełnej formy. Reprezentant Szkocji zdaje sobie sprawę, że wtorkowe badania mogą otworzyć mu drogę do pierwszego występu od ponad miesiąca.
Pięć minut gry jeszcze nie minęło, a tablica świetlna w Nowym Targu pokazywała już 0:3 dla gości. Unia Oświęcim rozstrzygnęła mecz praktycznie w pierwszych minutach i ostatecznie rozbiła Podhale Nowy Targ 8:0 na jego własnym lodzie.
Trener gospodarzy Andrzej Świstak nie czekał długo z reakcją na kiepski start zespołu. Jak wspominał po meczu obrońca Podhala Krzysztof Jarczyk, szkoleniowiec poprosił o czas po trzeciej lub czwartej straconej bramce – próbował wtedy po prostu uspokoić drużynę.
Jarczyk nie szukał wymówek po klęsce. „Myślę, że Oświęcim bardzo dobrze grał. Od pierwszej tercji bardzo mocno zaczęli na nas, wrzutki do tercji, kręcili nami bardzo. My staraliśmy się bronić, ale nie wychodziło. Dobrze zaczęli, dobrze weszli w ten mecz, my trochę gorzej, ale staraliśmy się. W drugiej tercji trochę lepiej nam już poszło, mi się wydaje” – ocenił przebieg spotkania.
Powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej
To pierwszy sezon Podhala w ekstralidze po awansie – jeszcze rok temu klub z Nowego Targu grał na zapleczu TAURON Hokej Ligi. Mimo bolesnego wyniku Jarczyk podkreślał, że sama obecność w elicie to dla zespołu powód do satysfakcji.
„Cieszymy się z tego, że możemy grać. Tak naprawdę ja lubię grać w hokeja. Myślę, że cała drużyna lubi grać w hokeja. Fajnie, że dostaliśmy tę szansę, że gramy właśnie w Ekstralidze, bo w ostatnim sezonie byliśmy w pierwszej lidze. Fajnie, że dostaliśmy tę szansę, że możemy grać na najwyższym poziomie w Polsce”
Słowa obrońcy mówią same za siebie: mimo ciężkiej lekcji od Unii Oświęcim, w szatni Podhala dominuje raczej pokora i wdzięczność za awans niż rozpacz po dotkliwej porażce.