⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

„Oczywiście, nie zagrał dzisiaj. Będziemy go oceniać dziś wieczorem i jutro, a następnie zobaczymy, w jakim jest stanie. Wciąż jest poddawany ocenie”

— powiedział po meczu Ryan Warsofsky, trener San Jose Sharks.

Macklin Celebrini miał zagrać w poniedziałek. Ostatecznie na lodzie go nie zobaczyliśmy. 20-letni napastnik, gwiazda zespołu, wyszedł na rozgrzewkę przed meczem na American Airlines Center razem z resztą kadry, ale chwilę później zdjęto go ze składu — powodem był uraz dolnej części ciała. Klub ogłosił jego absencję dopiero przed pierwszym wznowieniem gry, gdy kibice i dziennikarze na trybunach i przed ekranami już mieli w głowach inny skład na ten wieczór.

Bez najlepszego strzelca Sharks wypadli blado, nie da się tego inaczej opisać. W Dallas padł wynik 0:5 — zdecydowanie najsłabszy występ kalifornijskiej ekipy w tym sezonie. Wcześniej San Jose miało bilans 2-1-0, a Celebrini zdobywał punkty w każdym z tych trzech meczów.

Przed urazem 20-latek grał naprawdę dobrze. W wygranym 4:3 po dogrywce meczu z Florida Panthers zaliczył trzy asysty. Dwa dni później, w zwycięskim 5:4 po dogrywce starciu z Los Angeles Kings, dopisał do swojego konta kolejne dwie. Taka regularność sprawiła, że już w drugim sezonie w lidze stał się jednym z filarów składu Sharks.

Kim jest Celebrini

San Jose wybrało go z numerem jeden w drafcie NHL w 2024 roku. W poprzednim sezonie zanotował 115 punktów — 45 goli i 70 asyst w 82 meczach — co dało mu czwarte miejsce w klasyfikacji kanadyjskiej całej ligi. Łącznie w 154 meczach w NHL zgromadził już 183 punkty: 70 bramek i 113 asyst.

Jak poważny jest uraz i czy napastnik zdąży wrócić na kolejny mecz — tego na razie nie wiadomo. Warsofsky potwierdził jednak, że Celebrini przebywał w hali razem z zespołem, co można uznać za dobry znak.

„Zobaczymy, czy będziemy mogli grać dalej bez Celebriniego. Przejdziemy przez dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień, a potem podejmiemy decyzję”

— dodał trener Sharks.

Czasu na zwłokę nie ma zbyt wiele. Już w czwartek Sharks czeka wyjazd do St. Louis na mecz z Blues, a to, czy zagra Celebrini, zostaje najważniejszym pytaniem przed tym starciem.

„Skrzydłowy w 21 minut rzucił 17 punktów, trafiając 7 na 11 rzutów z gry” – tak wyglądał sparingowy debiut Yaxela Lendeborga, 24-letniego skrzydłowego wybranego z numerem 11 w tegorocznym drafcie NBA. We wtorek Golden State Warriors rozbili Los Angeles Lakers 124:98 w meczu kontrolnym, ale to nie wynik był tematem dnia – uwagę kibiców zabrał debiutant, jeszcze zanim ruszył właściwy sezon.

Mecz, który kwartałami układał się 45:31, 36:22, 15:22 i 28:23, miał być zwykłym sprawdzianem przedsezonowym – niczym więcej. Dla Lendeborga stał się jednak czymś więcej. Oprócz 17 punktów dopisał do swojego konta dziewięć zbiórek i dwie asysty. Takich liczb u debiutanta grającego przeciwko zespołowi NBA nie widuje się często, nawet jeśli to wciąż tylko sparing.

Warriors nie musieli sięgać po pełną moc, żeby rozstrzygnąć to spotkanie. Stephen Curry dołożył 16 punktów – tyle samo, co Brandin Podziemski. Lakers z kolei zagrali bez Luki Doncicia i Austina Reavesa, więc Golden State od pierwszej kwarty dyktowało tempo bez większego oporu.

Bronny James i korzenie Lendeborga

Po stronie Lakers niemałą szansę dostał Bronny James, syn LeBrona. W swoich 21 minutach zapisał cztery punkty i pięć asyst, choć nie obyło się bez trzech strat. Najskuteczniejsi w zespole z Los Angeles byli Mamukelashvili (15 punktów), Hardy (13) i Grimes (12).

W historii Lendeborga jest i polski ślad. Jednym z jego indywidualnych trenerów jest Aaron Johnson, który grał w Polsce w barwach Stali Ostrów Wielkopolski. Sam Lendeborg skończył UAB – uczelnię, której ikoną jest właśnie Johnson. To on tłumaczy mu teraz niuanse gry na poziomie, na który skrzydłowy dopiero wchodzi.

Prawdziwy egzamin dopiero przed nim. Sezon zasadniczy NBA 2026/2027 startuje 20 października, a po takim występie w sparingu z Lakers kibice Warriors mają chyba większy niż zwykle powód, żeby czekać na debiut 11. wyboru tegorocznego draftu.

„19 grudnia wracam do PFL” – takie słowa padły z ust Jana Ciepłowskiego podczas programu „Octagon Live” na Kanale Sportowym. Tak Polak ogłosił swój najbliższy start. W Lyonie czeka na niego niepokonany Mauricio Partida, dla którego będzie to zarazem debiut w amerykańskiej organizacji.

Dla Ciepłowskiego to powrót do klatki PFL po ponad roku przerwy. Ostatni raz w barwach tej organizacji walczył we wrześniu 2025 roku – w półfinale turnieju kategorii koguciej trafił na Deana Garnetta. Brytyjczyk zatrzymał tamten marsz i zadał mu pierwszą porażkę w zawodowej karierze.

Od tamtej porażki gorzki smak przegranej Polaka już nie dotyczy. Na początku 2026 roku wystąpił na gali DWM Fight Night 10, gdzie znokautował Reimisona Saraivę w ciągu około dwóch minut. Potem przyszła kolej na King’s Arena 4 w Łodzi – tam rozprawił się z Deiby’m Tachonem, kończąc walkę po około czterech minutach. To jedenaste zawodowe zwycięstwo w karierze Ciepłowskiego.

Kim jest Mauricio Partida?

Rywal czekający na Polaka w Lyonie to 28-letni Wenezuelczyk Mauricio Partida. Całą dotychczasową karierę zawodową rozegrał w meksykańskiej organizacji Lux Fight League. Do starcia podejdzie z bilansem jedenastu wygranych i żadnej porażki – siedem z tych zwycięstw odniósł przed czasem.

19 grudnia w Lyonie zderzą się więc dwie drogi, które do niedawna wyglądały podobnie – niepokonane. Ciepłowski odbudowuje się po pierwszej porażce w karierze, Partida wchodzi do PFL wciąż bez skazy.

Jakub Kamiński zszedł z boiska już w 24. minucie meczu reprezentacji Polski z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów. Powód? Naciągnięty mięsień przywodziciela.

Na pomeczowej konferencji selekcjoner Jan Urban starał się studzić emocje – przekonywał, że kontuzja nie powinna wykluczyć skrzydłowego na długo. Od razu jednak dodał, że w pozostałych meczach kadry Kamiński już nie zagra.

„Nie naderwał, ale naciągnął tak mocno, że podejrzewam, że nie będzie to długa kontuzja, natomiast wyklucza go z pozostałych meczów”

Nazajutrz przyszło oficjalne potwierdzenie – Kamiński opuścił zgrupowanie reprezentacji Polski. Zawodnik wrócił do Lizbony, gdzie na co dzień gra w barwach Benfiki.

Głos w sprawie zabrał też portugalski „Record”, który opisał aktualny stan zdrowia 24-letniego Polaka. Z ustaleń tamtejszych dziennikarzy wynika, że jego udział w najbliższym meczu ligowym z Vitorią Guimaraes stoi pod znakiem zapytania.

Kamiński jest już w klubie, ale nie ma pewności, czy zdąży dojść do siebie przed sobotnio-niedzielnym starciem. Jego stan ma być monitorowany przez cały tydzień – ostateczna decyzja o ewentualnym powrocie zapadnie dopiero bliżej terminu meczu.

Sprawy nie ułatwia to, że w obecnym sezonie 2026/27 Polak rozegrał w lidze portugalskiej zaledwie jedno spotkanie. Benfica zagra z Vitorią Guimaraes w niedzielę o godzinie 19 na Estadio da Luz.

Fernando Alonso może wystartować w Rajdzie Dakar na początku 2027 roku – tak przynajmniej twierdzi hiszpański portal SoyMotor. Miałby usiąść za kierownicą samochodu kategorii T1+, przygotowanego przez Prodrive i stylizowanego na Astona Martina. Pierwsze testy z jego udziałem mają ruszyć już w tygodniu następującym po publikacji tej informacji. Umowy jeszcze nie podpisano, ale rozmowy – jak słychać – są mocno zaawansowane.

Ciekawe jest to, że przygotowania trwają pełną parą, mimo że projekt formalnie nie jest jeszcze zamknięty. Samochody i ciężarówki zespołu stoją już w Wielkiej Brytanii, a z karoserii zdjęto charakterystyczne oznaczenia Dacii. Bazą ma być Dacia Sandrider – konstrukcja Prodrive, która zadebiutowała w Dakarze jako fabryczny projekt rumuńskiej marki. Tyle że Grupa Renault, właściciel Dacii, postanowiła wycofać się z rajdów terenowych. W 2027 roku maszyna ma więc przejść gruntowną metamorfozę i trafić pod szyldem Aston Martina.

Powrót starego duetu

Pilotem Alonso – jak podaje SoyMotor – ma zostać ponownie Marc Coma. Nie byłoby to ich pierwsze wspólne przedsięwzięcie: Hiszpan startował z Comą u boku już w 2020 roku. Za przygotowanie auta na pierwsze testy odpowiadać ma inżynier Daniel Gratacos, znany z wcześniejszej pracy przy dakarowych Daciach.

W Dakarze 2020 Alonso jechał Toyotą Hilux, z Comą jako pilotem, i dowiózł auto do mety na 13. miejscu. Najlepszy wynik etapowy? Drugie miejsce. Zresztą sam kierowca już wcześniej dawał sygnały, że szykuje coś nietypowego – przed GP Bahrajnu w Malezji zapowiedział, że w najbliższych tygodniach może ogłosić projekt, który dla wielu będzie brzmiał jak coś niemożliwego.

Chcę sprawdzać granice tego, co jest możliwe w sportach motorowych

Poza Formułą 1 Alonso od lat zbiera trofea, jakby F1 mu nie wystarczało. Wygrał 24h Le Mans, triumfował w Daytona 24h, a w samej F1 dwukrotnie sięgnął po tytuł mistrza świata. Dziś jeździ dla Aston Martina – zespołu, który o czołowe lokaty na razie powalczyć nie ma jak. Nowe przepisy techniczne obowiązujące od 2026 roku niewiele tu zmieniły: ekipa wciąż zmaga się z jednostką napędową Hondy, awaryjną i mało wydajną. W tym kontekście rajdowa przygoda może być dla 44-latka właśnie tym – sposobem na zaspokojenie ambicji, których Formuła 1 obecnie mu nie daje.

SMS PZHL Katowice pokonał GKS Stoczniowiec Gdańsk 4:3 (0:0, 3:1, 1:2) w niedzielnym meczu 6. kolejki 1. ligi hokejowej. Tego samego dnia Opole United urządziło istną egzekucję, rozbijając Naprzód Janów Katowice 6:2 (1:0, 2:1, 3:1).

W Katowicach pierwsza tercja minęła bez goli, za to od drugiej zrobiło się naprawdę gorąco. Łukasz Sikora II otworzył wynik w 23. minucie, wykorzystując przewagę 5 na 4. Chwilę później na listę strzelców wpisał się Aliaksandr Kamliuk, a tuż przed końcem drugiej odsłony dołożył swoją bramkę Antoni Galant. Gdańszczanie odpowiedzieli trafieniem Nicholasa Zająca, ale to nie wystarczyło, by odwrócić losy spotkania. Trzecia tercja znów przyniosła emocje – najpierw do siatki trafił Gleb Wojcicki, po nim Kirył Wojcicki wykorzystał kolejną przewagę 5 na 4, a 28 sekund przed końcowym gwizdkiem kontaktową bramkę dla Stoczniowca zdobył Jan Połącarz. Ostatecznie to Katowice utrzymały prowadzenie i zgarnęły komplet punktów.

Spotkanie sędziowali Marcin Kołodziej i Łukasz Barutowicz, a na linii dyżurowali Adam Grzegorczyk i Natalia Suchanek. W statystykach kar był remis – a właściwie niemal remis: 6 minut dla gospodarzy wobec 4 dla gości. Gdańszczanie za to zdecydowanie górowali liczbą strzałów, oddając ich 42 wobec 29 Katowic. Na trybunach zasiadło zaledwie 30 widzów.

Opole bez litości dla Naprzodu

Znacznie bardziej jednostronny przebieg miało starcie w Janowie. Tam Opole United zdemolowało miejscowy Naprzód, wygrywając 6:2. Już w ósmej minucie prowadzenie dla gości dał Alexis Toussaint – a to dopiero początek jego popisu, bo Kanadyjczyk skompletował tego dnia hat-tricka, trafiając jeszcze w 34. i 54. minucie, przy czym to ostatnie trafienie padło przy przewadze 5 na 4. Dwukrotnie pokonywał bramkarza również Isaiah Socha – najpierw w 31., potem w 44. minucie. Listę strzelców Opole zamknęli Jakub Kurcab, Jace Shuttleworth oraz Iwan Kosteczka, który w 59. minucie ustalił ostateczny wynik.

Sam wynik sugerował spacerek, ale przebieg meczu był znacznie bardziej nerwowy. Sędziowie Maciej Gąsienica-Makowski i Paweł Bajon musieli upilnować aż 89 minut kar łącznie – 33 przypadły na gospodarzy, 56 na gości. Na linii pracowali Oskar Guzda i Mikołaj Ratusznik. Co ciekawe, mimo porażki to właśnie Naprzód oddał więcej strzałów – 36 wobec 23 rywala. Na trybunach w Janowie zjawiło się aż 200 widzów, czyli znacznie więcej niż na katowickim pojedynku ze Stoczniowcem.

Niedzielne wyniki namieszały w tabeli 1. ligi. Liderem po tej kolejce jest Opole United – po 4 rozegranych meczach ma na koncie 26 strzelonych i 10 straconych bramek, bilans +16 oraz 12 punktów. Tuż za plecami lidera czai się Naprzód Janów Katowice: 2. miejsce, 6 meczów, 25 bramek strzelonych, 18 straconych, bilans +7 i także 12 punktów. Trzecie miejsce zajmuje GKS Stoczniowiec Gdańsk z dorobkiem 4 meczów, 12 bramek strzelonych, 22 straconych, bilansem -10 i 3 punktami. Zaraz za nim, na 4. pozycji, uplasował się niedzielny triumfator – SMS PZHL Katowice, również z 3 punktami po 4 meczach, przy bilansie bramkowym 10-15 i różnicy -5. Stawkę zamyka Fudeko GAS Gdańsk, które po 2 meczach ma na koncie zaledwie 4 strzelone i 12 straconych goli, bilans -8 oraz 0 punktów.

Kibice w Katowicach nie będą musieli długo czekać na kolejną porcję lokalnego hokeja na najwyższym poziomie zaplecza ekstraligi. SMS PZHL Katowice zmierzy się z Opole United już 10 października 2026 roku o godzinie 17:15 w hali Jantor w Janowie.

3 października Gliwice zmieniły się w stolicę amatorskiego MMA – miasto gościło 17. Mistrzostwa MMA. Za organizacją stało Stowarzyszenie MMA Polska, a areną zmagań była PreZero Arena Gliwice.

Na starcie stanęło blisko 800 amatorskich zawodniczek i zawodników – i to naraz, w sześciu klatkach ustawionych jednocześnie. Rywalizację podzielono na kategorie kadetów, juniorów i seniorów. Chętnych było jeszcze więcej, bo zgłoszenia nadesłało blisko tysiąc osób. Ostatecznie na listach startowych znalazło się 797 zawodników i zawodniczek z 170 klubów z całej Polski.

Dla Stowarzyszenia MMA Polska był to już szósty raz, kiedy organizacja przywiozła swoje zawody do Gliwic. Najliczniejszą grupę, jak zwykle, stanowili najmłodsi: ponad 400 osób zapisało się do kategorii kadetów, obejmującej młodzież w wieku od 10 do 17 lat. W kategorii juniorów, czyli zawodników w wieku 18-21 lat, wystartowało blisko 170 osób, a wśród seniorów powyżej 21. roku życia zapisanych było niemal 200. Wiekowy rekord zawodów należał do 44-letniego zawodnika, najstarszego uczestnika turnieju.

Przy takiej skali liczba pojedynków musiała być imponująca – przez cały dzień w sześciu klatkach stoczono ponad 650 walk. To dopiero szósty turniej w historii Stowarzyszenia MMA Polska, w którym liczba startujących przekroczyła siedmiuset fighterów, i jednocześnie czwarty pod względem frekwencji w całej historii organizacji.

Gdzie szukać wyników i co dalej

Pełne wyniki ze wszystkich kategorii wagowych i wiekowych trafiły już na stronę Stowarzyszenia MMA Polska. Kto wolałby zobaczyć walki na własne oczy, znajdzie nagrania ze wszystkich sześciu klatek na profilu organizacji w serwisie YouTube.

Zawody w Gliwicach to dopiero trzeci turniej z planów Stowarzyszenia na 2026 rok. Kolejna odsłona cyklu, 18. Mistrzostwa MMA, odbędzie się 12 grudnia w Łodzi.

Stowarzyszenie MMA Polska powstało w 2019 roku i wciąż jako jedyna organizacja w kraju należy do IMMAF (International Mixed Martial Arts Federation) oraz EUMMAF (European Mixed Martial Arts Federation). Jest też członkiem zwyczajnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego i działa jako organizacja pożytku publicznego. Poza organizacją ogólnopolskich zawodów MMA to właśnie stowarzyszenie powołuje oficjalną kadrę Polski na turnieje międzynarodowe.

Carlos Alcaraz sięgnął po tytuł w finale ATP 500 w Tokio, pokonując Jiriego Leheckę 7:6(4), 6:4. Mecz zajął godzinę i 36 minut. Na korcie spotkali się najwyżej rozstawiony w stawce Hiszpan, trzeci obecnie w rankingu ATP, i nierozstawiony Czech, zajmujący 19. miejsce.

Pierwsze minuty finału należały do Leheckiego – Alcaraz oddał własny serwis już w otwierającym gemie. Hiszpan nie dał się jednak wepchnąć w defensywę. Punkt po punkcie odrabiał straty, aż doprowadził do wyrównania 3:3. O losach seta zadecydował tie-break: Lehecka prowadził w nim 4:2, ale potem stracił pięć akcji z rzędu i oddał partię rywalowi.

W drugim secie Alcaraz uderzył tam, gdzie bolało najbardziej – w siódmym gemie wywalczył jedyne przełamanie tej odsłony. To wystarczyło, żeby zamknąć spotkanie i obronić zeszłoroczny tytuł.

Towarzystwo Edberga i Samprasa

To trzecie trofeum Alcaraza w sezonie 2026 i 27. w jego karierze. Ważniejsze jest jednak co innego: Hiszpan wszedł do wąskiego grona zawodników, którym udało się obronić tytuł w Tokio. Przed nim dokonali tego tylko Stefan Edberg (1989-1991) i Pete Sampras (1993-1994). Zwycięstwo poprawiło też bilans Alcaraza w starciach z Leheką w cyklu ATP – teraz 4-1 na korzyść Hiszpana.

Dla 22-letniego Alcaraza ten tytuł smakuje inaczej niż poprzednie. Między kwietniem a sierpniem wypadł z gry przez kontuzję nadgarstka i stracił kilka miesięcy sezonu.

Bardzo się cieszę, że znów mogę wznieść trofeum. Minęło sporo czasu, a po kontuzji ten sukces smakuje wyjątkowo. To, że zdobywam tytuł już w drugim turnieju po powrocie, wiele dla mnie znaczy.

Sam zawodnik przyznał, że forma nie zawsze mu dopisywała w tym tygodniu, choć ostatecznie i tak wygrał.

Jestem z tego bardzo zadowolony. To był trudny tydzień. Nie prezentowałem może swojego najwyższego poziomu, ale znajdowałem właściwe rozwiązania i myślę, że ostatecznie to właśnie się liczy – by jak najlepiej rozgrywać najważniejsze piłki. Uważam, że w tym tygodniu mi się to udawało. Powiedziałbym, że dzisiejszy mecz był najlepszym w całym turnieju – a przynajmniej takim, w którym prezentowałem najbardziej równą formę.

Kinoshita Group Japan Open Tennis Championships 2026 rozegrano w Tokio na kortach twardych, a pula nagród sięgnęła 2,342 mln dolarów. Za triumf Alcaraz zainkasował czek na 437,9 tys. dolarów i 500 punktów rankingowych. Lehecka, choć przegrał finał, nie wyszedł z pustymi rękami – 235,6 tys. dolarów i 330 punktów do rankingu.

Julian Alvarez myśli o rozstaniu z Fernando Hidalgo, który zarządzał jego karierą przez blisko dziesięć lat. Taką informację podał hiszpański dziennik „AS”.

Argentyńczyk nie rozgląda się za nowym klubem – chodzi o kogoś, kto zajmie się jego sprawami poza boiskiem. Ostateczne słowo w tej kwestii należy do jego ojca, Gustavo Alvareza. Najbliżej porozumienia jest podobno argentyńska firma powiązana z byłym piłkarzem Javierem Pastore. Rozmowy są już na zaawansowanym etapie, choć podpisów pod żadnym dokumentem jeszcze nie złożono.

Burzliwe lato w Atletico

Cała sprawa to pokłosie tego, co działo się wokół napastnika latem. Kilka miesięcy temu odżyły plotki o zainteresowaniu FC Barcelony Julianem Alvarezem, a dyskusja o jego przyszłości wywołała spore napięcie w klubie z Madrytu.

Pod koniec sierpnia sprawę skomentował Miguel Angel Gil Marin, dyrektor generalny Atletico Madryt. „Jest naprawdę źle. Są osoby, które go oszukały i zdezorientowały, a bardzo tego żałuję. Znam go, od dawna z nim pracujemy. To wspaniały człowiek, który znalazł się w trudnym momencie osobistym i zawodowym” – powiedział wtedy Gil Marin.

„Jest naprawdę źle. Są osoby, które go oszukały i zdezorientowały, a bardzo tego żałuję. Znam go, od dawna z nim pracujemy. To wspaniały człowiek, który znalazł się w trudnym momencie osobistym i zawodowym”

Mimo tego zamieszania Julian Alvarez został w Atletico Madryt po zamknięciu letniego okienka transferowego. Z klubem wiąże go kontrakt do 2030 roku.

Jan Bednarek nie zobaczy boiska w meczu z Rumunią. Powód: żółta kartka. Obrońca FC Porto obejrzał ją w poniedziałek w Zenicy, w starciu Bośnia i Hercegowina – Polska. Sędzia Jeremie Pignard ukarał go za faul, po którym padł rzut karny dla gospodarzy. A w Lidze Narodów obowiązuje twarda zasada – dwie żółte kartki oznaczają przymusową pauzę. Bednarek w kolejnym spotkaniu nie zagra.

Rumunia zmierzy się z Polską w Bukareszcie 14 listopada o godzinie 20.45. Dla Jana Urbana to spory kłopot – Bednarek od dłuższego czasu jest u niego pierwszym wyborem na środku obrony.

Kogo wystawi Urban?

Selekcjoner ma kilka nazwisk do wyboru. Mówi się o Kacprze Potulskim, Tomaszu Kędziorze i Przemysławie Wiśniewskim, a gdyby trzeba było sięgnąć po deskę ratunku ostatniej szansy – o młodym Wojciechu Mońce. Nie każdy jednak widzi w tym gronie dobre rozwiązanie. Jacek Bąk, były kapitan kadry, bez ogródek wykreślił z listy Przemysława Wiśniewskiego.

I tu zaczyna się drugi wątek tej historii – bo kartkowy problem może się jeszcze rozrosnąć. Po meczu z Bośnią i Hercegowiną na celowniku pauzy znaleźli się też Matty Cash, Piotr Zieliński, Karol Świderski, Jakub Kiwior, Tymoteusz Puchacz, Nicola Zalewski i Norbert Wojtuszek. Wystarczy, że któryś z nich zobaczy żółty kartonik w Bukareszcie, a czeka go dokładnie ten sam los co Bednarka.

Jest jednak i dobra wiadomość. Robert Lewandowski ma za sobą odbytą pauzę i wraca do gry – z Rumunią zagrać może.

Instalacja aplikacji
Pobierz