Jeszcze godzinę wcześniej Iga Świątek grała na najwyższym poziomie. Co więc zdecydowało o jej porażce w historycznym półfinale z Mają Chwalińską w Wuhanie? Odpowiedź padła na pomeczowej konferencji prasowej — i nie miała nic wspólnego z formą Chwalińskiej, a wszystko z lewym udem Świątek.
Obie Polki zmierzyły się w półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhanie, a sam pojedynek miał wymiar historyczny dla polskiego tenisa. Na kort Świątek, sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa, wchodziła jako faworytka. Po drugiej stronie siatki stała Chwalińska — wciąż na fali formy po finale Rolanda Garrosa, do którego doszła wcześniej.
Pierwsza godzina meczu to był tenis najwyższej próby z obu stron. Potem coś się zmieniło. Od 12. gema Świątek zaczęła zmagać się z silnym bólem w lewym udzie i od tamtej chwili nie była już w stanie prowadzić równorzędnej walki.
Ból, który zaczął się dużo wcześniej
Jak wyjaśniła sama Świątek, problem nie pojawił się nagle w trakcie meczu z Chwalińską — ból mięśnia czworogłowego towarzyszył jej od samego początku turnieju w Wuhanie. Już po meczu drugiej rundy z Magdą Fręch myślała o wycofaniu się z rywalizacji. Ona i jej zespół mieli nawet plan B: uśmierzanie bólu lekiem, gdyby sytuacja się pogorszyła. „Ale w sobotę to było za dużo” — przyznała Świątek.
Wiedziałam, że będzie trudno wygrać, ale chciałam, by Maja zwyciężyła w normalny sposób.
Mimo narastającego bólu Świątek nie chciała schodzić z kortu. Jak sama podkreśliła, czuła, że obie grały świetny tenis, i szkoda jej było przerywać to widowisko. Dlatego zdecydowała się grać dalej, choć wiedziała, jak trudne będzie dokończenie meczu w takich warunkach.