71 minut na boisku, zero goli, zero asyst – a trybuny i tak były pełne. Robert Lewandowski znów zapełnił Soldier Field. Na meczu Chicago Fire z New York City, zakończonym wynikiem 2:1, zjawiło się tam 31 893 widzów. To nie przypadek. To wzór, który powtarza się od miesięcy.
Od podpisania kontraktu z polskim kapitanem klub nie zszedł na żadnym meczu domowym poniżej 25 759 widzów. I właśnie ta liczba może teraz przejść do historii. Jeśli w środę na mecz z Philadelphią Union przyjdzie przynajmniej 25 759 kibiców, Chicago Fire pobije własny rekord frekwencji w sezonie MLS. A sezon się jeszcze nie kończy – klubowi zostają dwa mecze przed własną publicznością.
Żeby docenić skalę tego zjawiska, warto spojrzeć na to, co było wcześniej. Od sezonu 2020 Chicago Fire ogłosiło frekwencję przekraczającą 30 tysięcy widzów dziesięć razy – i aż pięć z tych meczów padło w obecnym sezonie, w tym jeden przeciwko Interowi Miami.
Lewandowski liczy się nie tylko na trybunach
Polski napastnik trafił do Chicago Fire latem 2025 roku. Od tego czasu zagrał już 18 spotkań, strzelił osiem goli i dołożył trzy asysty – bilans solidny, choć w ostatnim starciu z New York City Lewandowski zszedł z boiska po 71 minutach bez wpisania się na listę strzelców.
Mecz z Philadelphią Union zaplanowano na czwartek 15 października, na 2.30 w nocy czasu polskiego, i ma on swoją małą historię w tle. Bilety na to starcie pierwotnie sprzedawano jako wejściówki na debiut Lewandowskiego w barwach Fire – zanim zmieniono terminarz. Po drugiej stronie stanie zespół z 17-letnim Cavanem Sullivanem, uznawanym za jeden z największych talentów amerykańskiej piłki.
W tabeli Konferencji Wschodniej Chicago Fire wypada solidnie: po 28 kolejkach drużyna ma 48 punktów i zajmuje trzecie miejsce. Rekord frekwencji byłby więc naturalnym podsumowaniem sezonu, w którym wyniki na boisku idą ręka w rękę z tłumami na Soldier Field.