„To bardzo smutny moment. Musimy się zastanowić i spojrzeć w lustro, zaczynając ode mnie, a kończąc na ostatnim zawodniku reprezentacji” – powiedział Ianis Hagi po tym, jak reprezentacja Polski rozbiła Rumunię 6:0 w trzeciej kolejce Ligi Narodów. Spotkanie rozegrano w Warszawie. Kapitan rumuńskiej kadry nie szukał po meczu żadnych wymówek.
Hagi stanął przed mikrofonem Anteny 1 zaraz po ostatnim gwizdku – wciąż wyraźnie poruszony tym, co zobaczył na boisku. Przypomniał wcześniejszą porażkę Rumunii z Hiszpanią, dając do zrozumienia, że kłopoty jego zespołu nie zaczęły się dopiero w Warszawie. „To od nas zależy, czy z tego wyjdziemy. Potrzebujemy odwagi i musimy zdecydować, w jakim kierunku pójdziemy” – dodał.
Osiem lat w kadrze, ogromny ból
Dla 26-letniego pomocnika ta porażka boli inaczej niż zwykła przegrana – z reprezentacją Rumunii związany jest od ośmiu lat. „Presja dotyczy wszystkich. Tym bardziej boli, gdy wiesz, że wcześniej zrobiłeś coś dobrego dla kadry. Jestem tu od ośmiu lat, dlatego ból jest ogromny. Głowa w dół i do pracy” – mówił Hagi.
Kapitan nie próbował zrzucać winy na innych. Wziął na siebie część odpowiedzialności za katastrofalny wynik. „Wyszedłem pierwszy na boisko i jako pierwszy ponosiłem odpowiedzialność. Presja zawsze spada na tego, kto wychodzi pierwszy. Zaufanie i odwaga zaczynają się ode mnie oraz od doświadczonych liderów” – stwierdził.
Na koniec zwrócił się do kibiców, którzy śledzili mecz w Warszawie. Krótko, bez owijania w bawełnę. „To był smutny wieczór. Musimy znaleźć rozwiązanie. To reprezentacja, więc odpowiedzialność spoczywa na nas wszystkich” – przekazał.