Selekcjonerzy się zmieniają, kadra się zmienia, a problem zostaje ten sam. Dlaczego reprezentacja Polski wciąż traci bramki po rzutach rożnych i wolnych? Za kadencji Michała Probierza kadra rozegrała 21 spotkań i straciła w nich 29 goli, czyli średnio 1,38 na mecz. Trzeba jednak dodać, że rywalami byli wtedy m.in. Portugalia, Chorwacja, Holandia i Francja – przeciwnicy najwyższej klasy w Lidze Narodów i w finałach Euro.
Jan Urban objął kadrę w innych okolicznościach, ale mimo to jego zespół nie zdołał wywalczyć awansu na wielki turniej. Poziom rywali był przy tym wyraźnie niższy – jedynym naprawdę silnym przeciwnikiem była Holandia, a obok niej Szwecja. I mimo słabszych przeciwników statystyki strat wcale się nie poprawiły: w 12 meczach Polska straciła 16 goli, średnio 1,33 na spotkanie. Liczba niemal identyczna jak za Probierza – choć rywale byli zdecydowanie skromniejsi.
Mecze bez straconego gola można policzyć na palcach jednej ręki. Za Urbana zdarzyły się dokładnie trzy: z Nową Zelandią (1:0), z Litwą (2:0) i z Bośnią (0:0). W poniedziałek kadra przegrała ze Szwecją 1:3 i to starcie tylko podkreśliło skalę problemu.
Stałe fragmenty gry jako pięta achillesowa
Bo właśnie tam tkwi sedno sprawy. Kadra Urbana straciła już siedem goli po stałych fragmentach gry, co odpowiada za blisko 44 proc. wszystkich straconych przez nią bramek. W sztabie selekcjonera nie ma jednak typowego specjalisty od defensywnych ustawień przy rzutach rożnych i wolnych. Dla porównania: Szwecja zatrudnia w tej roli Andreasa Georgsona, na co dzień pracującego w Tottenhamie.
Tomasz Kłos, były reprezentacyjny obrońca, nie ma wątpliwości, gdzie leży problem. „Naszą bolączką jest to, że potrafimy strzelić ładnego gola, a jednocześnie zachowujemy się nieodpowiedzialnie we własnym polu karnym” – ocenia. Zwraca też uwagę na odwrócenie dawnych proporcji. „Kiedyś reprezentacja słynęła z tego, że dużo goli strzelała po stałych fragmentach. Dziś bardzo dużo po nich traci” – mówi Kłos.
Błędy, jakie popełniliśmy w starciu ze Szwecją, były karygodne.
Tak mecz z Ekspressen komentuje Jacek Bąk, kolejny były obrońca kadry. Jego zdaniem rozwiązanie jest proste na papierze: „Powinniśmy grać czwórką w obronie. Niech Bednarek z Kiwiorem grają na środku”. Jan Bednarek i Jakub Kiwior na co dzień faktycznie tworzą parę stoperów w Porto. Bąk ma za to zastrzeżenia do lewej strony defensywy: „Na lewej stronie Puchacz nie udowodnił, że daje radę na tym poziomie” – uważa.
Nie wszyscy jednak wierzą, że duet z Porto to gotowe rozwiązanie problemów kadry. Łukasz Gikiewicz, dziś ekspert telewizyjny, studzi entuzjazm: „Nie róbmy z nich pary Pique – Puyol. Oni grają w Porto, więc poważny mecz rozgrywają raz na dwa miesiące” – zaznacza. Tomasz Kłos idzie w podobnym kierunku i dorzuca kontekst ligowy: „W Portugalii mało kto może sobie pozwolić na otwartą grę przeciwko Porto” – mówi, sugerując, że w reprezentacji Bednarek i Kiwior są znacznie częściej testowani niż w klubie.
A trzeci z obrońców typowanych do gry w kadrze? Przemysław Wiśniewski wrócił z Włoch do Polski i występuje dziś w Widzewie Łódź. Samo to pokazuje, jak wąska jest ławka defensywna, z której może dziś wybierać Urban.