„Kiedyś nazywali mnie 'mistrzem świata’, a teraz uważają mnie za członka mafii! To niewiarygodnie okrutne” — mówi Vincenzo Iaquinta w rozmowie z „La Gazzetta dello Sport”. Były napastnik reprezentacji Włoch, mistrz świata z 2006 roku, pierwszy raz otwarcie mówi o cieniu, który od lat ciąży nad jego nazwiskiem.
Do Iaquinty przylgnęła łatka osoby powiązanej z 'Ndranghetą. Ostatecznie oczyszczono go z zarzutów — ale proces, w którym figurował, dotyczył blisko 350 osób oskarżonych o mafijne powiązania. I to właśnie w tym samym postępowaniu zapadł wyrok wobec jego ojca: 19 lat więzienia. Sam piłkarz usłyszał wyrok w zawieszeniu, choć za coś zupełnie innego — niewłaściwe przechowywanie legalnie posiadanej broni.
Ból w jego głosie jest trudny do przeoczenia. „A mój ojciec skończy zabity w więzieniu” — powiedział wprost w rozmowie z włoskim dziennikiem. I zaraz dodał, że nie odpuści. „Jesteśmy zniesmaczeni mafią i będę walczyć do końca, aby udowodnić jego niewinność!” — zadeklarował.
Kariera pełna anegdot
Piętnaście lat na najwyższym poziomie, w tym hat-trick strzelony w Lidze Mistrzów — to sportowy dorobek Iaquinty. W rozmowie z „La Gazzetta dello Sport” znalazło się też miejsce na lżejsze wspomnienia z szatni. Sam siebie określa klubowym mistrzem siłowania na rękę — podobno nie miał sobie równych wśród kolegów z drużyny. Passa skończyła się jednak, gdy naprzeciw niego stanął Luciano Spalletti. „Pewnego dnia pojawił się Luciano Spalletti, wyzwał mnie na pojedynek i o mało nie złamał mi ręki! Powalił mnie w trzy sekundy i powiedział: 'Przestań się wygłupiać'” — wspominał Iaquinta.
A najlepszy partner z szatni? Tu nie było wątpliwości. „Gianluigi Buffon! Gdyby nie pozwolił nam strzelić gola na treningu, moglibyśmy spokojnie pójść pod prysznic. Nie było mowy, żeby go ograć. To najlepszy bramkarz wszech czasów!” — ocenił, stawiając legendarnego bramkarza na pierwszym miejscu wśród wszystkich piłkarzy, z którymi dzielił boisko i szatnię.