Piłka meczowa na Wimbledonie, walka o zwycięstwo w pierwszym spotkaniu turnieju. I nagle coś w kolanie Mai Chwalińskiej odmawia posłuszeństwa. Kilka tygodni wcześniej Polka awansowała do finału Rolanda Garrosa – największego sukcesu w swojej karierze. Kontuzja przerywa passę w najgorszym możliwym momencie.
Powrót do gry okazał się trudniejszy, niż ktokolwiek się spodziewał. Po wznowieniu rywalizacji Chwalińska w czterech kolejnych turniejach wygrała zaledwie jeden mecz. Jej trener, Jaroslav Machovsky, nie owija w bawełnę, opisując tamten okres. „Po kontuzji było bardzo trudno, bo nie mogła trenować, brakowało jej meczów, więc nie dało się startować na fali sukcesu z Rolanda Garrosa” – powiedział WP SportoweFakty.
W Singapurze forma wreszcie zaczyna wracać. W pierwszym meczu Chwalińska pokonała Rebeccę Sramkovą 6:4, 6:2. Drugie starcie było jeszcze bardziej jednostronne – Polka rozprawiła się z Oleksandrą Olijnikową, oddając rywalce zaledwie jednego gema w całym meczu. Robi to wrażenie tym większe, że Olijnikowa plasuje się w piątej dziesiątce rankingu WTA.
Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. W środę Chwalińska miała zagrać mecz deblowy w parze z Barborą Krejcikovą, ale spotkanie nie doszło do skutku – Czeszkę zawiodły plecy. Sztab szkoleniowy szybko przestawił się z powrotem na grę pojedynczą.
Kolejną przeszkodą na drodze Polki będzie Elise Mertens, zajmująca 19. miejsce w rankingu WTA. Belgijka przyjeżdża do Singapuru jako obrończyni tytułu wywalczonego przed rokiem. To będzie najtrudniejszy sprawdzian formy Chwalińskiej od czasu jej powrotu na kort.
„Nie ma mowy o przypadku”
Machovsky nie ma wątpliwości, że sukces w Paryżu nie był dziełem przypadku. „U Mai nie ma mowy o przypadku. Nie da się dotrzeć do finału Wielkiego Szlema tylko dlatego, że się miało szczęście” – ocenił trener Polki. Po miesiącach zmagań z kontuzją i słabszymi wynikami mecze w Singapurze mają udowodnić, że te słowa wciąż są aktualne.