„Prawdę mówiąc, uważam taką krytykę za absolutny wstyd. To niewiarygodny brak szacunku wobec jego osiągnięć” – grzmiał sześciokrotny mistrz wielkoszlemowy, Boris Becker, gdy przyszło mu bronić Alexandra Zvereva.
Bilans sezonu Zvereva? Dwa tytuły wielkoszlemowe – Roland Garros i US Open. To więcej niż udało się zdobyć Carlosowi Alcarazowi, który sięgnął tylko po Australian Open, i Jannikowi Sinnerowi, ograniczonemu do triumfu w Wimbledonie. A mimo to Niemiec od miesięcy odpiera zarzuty, że droga po trofea była mu wyjątkowo ułatwiona – krytycy wytykają, że po drodze pokonał łącznie zaledwie dwóch zawodników z czołowej dziesiątki rankingu.
Becker nie wytrzymał i zabrał głos w podcaście prowadzonym przez byłą tenisistkę Andreę Petković. Argumentował prosto: porażki i kontuzje rywali to nie wina Zvereva.
„To nie jego wina, że Sinner doznał kontuzji” – zauważył Niemiec. I przypomniał, że Alcaraz spędził cztery miesiące na leczeniu urazu, wrócił do gry, a i tak odpadł w ćwierćfinale z Benem Sheltonem.
Zverev był bliżej niż mówią liczby
Suche statystyki nie pokazują, jak blisko Zverev był kompletu finałów wielkoszlemowych w tym roku – zwrócił na to uwagę Becker. Niemiec zagrał w finale Wimbledonu. W półfinale Australian Open serwował po zwycięstwo w meczu z Alcarazem – i mimo to go nie wygrał.
Dla 58-letniego Beckera, rodem z Leimen, to wystarczający dowód, że krytyka wobec rodaka jest niesprawiedliwa. Dwa tytuły wielkoszlemowe i bliskość kolejnych finałów zasługują na uznanie – nie na ciągłe podważanie, powtarza była gwiazda kortów.