Zaledwie kilkanaście minut po wznowieniu jazdy w drugim treningu przed GP Meksyku na torze zapanował chaos. Max Verstappen zderzył się z Liamem Lawsonem, a sędziowie musieli wywiesić czerwoną flagę — części bolidów zalegały na asfalcie. Holender wcześniej w ogóle nie jeździł w pierwszej, poranna sesji. Na tor wrócił tylko po to, by w drugiej od razu znaleźć się w centrum incydentu.
Piątek w Meksyku od samego początku miał nietypowy scenariusz. Pierwszy trening w połowie oddano młodym kierowcom — to wymóg regulaminowy, który zobowiązuje zespoły do dawania szans zawodnikom bez doświadczenia w Formule 1. Efektem był debiutancki weekend dla części stawki. Gabriel Bortoleto wcześniej nie wyjechał na tor wcale, bo jego bolid przejął Freddie Slater. Brazylijczyk odrobił stracony czas w drugiej sesji, ale i tam ścigały go problemy — tym razem techniczne, które zabrały mu zdecydowaną część treningu.
Kontakt Verstappena z Lawsonem
Do zderzenia doszło na początku drugiej sesji. Liam Lawson, Nowozelandczyk jeżdżący dla Visa Cash App RB — siostrzanej ekipy Red Bull Racing — nie miał wątpliwości, kto zawinił. „Wjechał prosto we mnie” — powiedział po wyjściu z bolidu.
Wjechał prosto we mnie
Kontakt kosztował obu kierowców sprzęt. Lawson stracił przednie skrzydło, a w bolidzie Verstappena uszkodzona została podłoga. Porozrzucane na torze elementy wymusiły przerwę — czerwoną flagę. Stewardzi nie odpuścili sprawy i wezwali obu kierowców do pokoju sędziowskiego, by wyjaśnili swoje zachowanie podczas incydentu.
Dla Verstappena to był dzień pod znakiem strat czasowych. Zaczął od pominięcia pierwszego treningu, a skończył na kolizji z kierowcą zespołu, który formalnie wspiera jego własną stajnię Red Bull Racing.
Awaria Hamiltona i rekord Leclerca
Jeszcze gorsze popołudnie przeżył Lewis Hamilton. 41-letni kierowca Ferrari musiał zaparkować bolid na poboczu z powodu awarii. Łącznie w drugiej sesji przejechał tylko trzynaście okrążeń — stawka, która w normalnych warunkach pozwala na solidne przygotowanie do kwalifikacji, dla Brytyjczyka skończyła się na ułamku planowanej pracy.
Na przeciwległym biegunie piątkowego dnia znalazł się Charles Leclerc. Monakijczyk z Ferrari był najszybszy w obu sesjach — najpierw rano, a potem na zakończenie dnia z czasem 1:17.827. Co ciekawe, jeden z jego przejazdów na miękkim ogumieniu zniszczył komplet opon, a mimo to właśnie wtedy padł najlepszy czas sesji. Kontrast z problemami zespołowego kolegi Hamiltona trudno przeoczyć — ten sam garaż, dwa zupełnie różne piątki.