Manchester United znów przegląda listę kandydatów na lewego obrońcę przed nowym sezonem. Powód? Zainteresowanie Lewisem Hallem z Newcastle United od tygodni nie posuwa się do przodu. Klub planował złożyć oficjalną ofertę za zawodnika, ale do transferu nie doszło. Coraz bardziej prawdopodobne jest więc, że władze United po prostu wycofają się z tego pomysłu.
Problem tkwi w postawie samego Newcastle. Klub z St James’ Park nie zamierzał sprzedawać Halla, a gdyby jednak do tego doszło, wycenę wystawiłby bardzo wysoko. United wcześniej przeprowadził wstępne rozeznanie przez pośredników i odniósł wrażenie, że sam Hall byłby otwarty na przenosiny. Mimo to Newcastle się nie ugina, a rozmowy stoją w miejscu.
W tle całej sprawy jest też coś szerszego — filozofia transferowa klubu. United od dawna powtarza, że jednym z priorytetów jest unikanie przepłacania za zawodników na obecnym, mocno wywindowanym rynku.
Kto zamiast Halla?
Wśród rozważanych nazwisk pojawia się 28-letni David Raum z RB Lipsk — dostępny za 34 miliony funtów, gdyby United zdecydowali się na ofertę. Skauci przyglądają się też Joaquinowi Seysowi z Club Brugge, wycenianemu na podobnym poziomie co niemiecki reprezentant. Na liście znalazł się również 19-letni Jorge Salinas z hiszpańskiego Racing Santander.
Nie brakuje przy tym opcji dobrze znanych z angielskich boisk. Wymienia się reprezentanta USA Antonee Robinsona z Fulham oraz El Hadjiego Malicka Diouf z West Hamu United.
Na razie jednak United nie są zdani wyłącznie na rynek transferowy. Do dyspozycji na nadchodzący sezon pozostaje Luke Shaw. Patrick Dorgu ma być wykorzystywany zarówno na lewej flance ataku, jak i w obronie, a gdy zajdzie taka potrzeba, na tej pozycji może zagrać także Noussair Mazraoui.
Sprawa Halla to zresztą tylko fragment większej układanki. Klub liczy na powrót do składu Marcusa Rashforda — jeśli napastnik zostanie w Manchesterze, powalczy o miejsce na lewym skrzydle, choć trener może go też ustawiać jako środkowego napastnika. Idealny scenariusz United na to lato zakładał sprowadzenie trzeciego środkowego pomocnika, lewego obrońcy i napastnika. Impas wokół Halla pokazuje jednak, że przynajmniej jeden z tych celów wymaga teraz planu B.
W poniedziałek Łukasz Masłowski oficjalnie zaczął pracę w Widzewie – dzień zaczął od spotkania z dziennikarzami. Nowy szef pionu sportowego łódzkiego klubu to postać dobrze znana w polskiej piłce: były dyrektor sportowy Jagiellonii Białystok, a wcześniej piłkarz Widzewa. W klubie odpowiadać będzie przede wszystkim za transfery i budowę zespołu.
Do powrotu do Łodzi namawiał go od dawna właściciel Widzewa, Robert Dobrzycki. „Widzew ukształtował mnie jako człowieka i mam poczucie, że muszę mu coś oddać” – powiedział Masłowski.
Jestem już na tyle doświadczonym dyrektorem sportowym, że mam wyobrażenie oraz pomysł, jak doprowadzić ten klub do miejsca, o którym wszyscy marzymy.
Nowy dyrektor nie owija w bawełnę – obecny skład drużyny odbiega od jego wizji. Ile potrwa przebudowa, tego na razie nie potrafi powiedzieć.
Zmiany oczywiście będą, bo to jest normalne. Ale dziś trudno mi powiedzieć, czy ten proces zajmie jedno, dwa, czy cztery okienka transferowe. Mam wyobrażenie drużyny, ale czekam też, kto do tego projektu się wpisze.
Masłowski stawia na ofensywny futbol. I mówi to wprost: wśród obecnych zawodników nie widzi nikogo, kto zasługiwałby na miano lidera, wokół którego można by zbudować drużynę.
Nie mam poczucia, że któryś z obecnych piłkarzy zasługuje na status osoby, wokół której można budować tę drużynę. Są natomiast piłkarze, którzy mogą w niedalekiej przyszłości pełnić taką rolę, ale czas pokaże, czy oni to „dźwigną”.
Zwycięstwo w Białymstoku i plany transferowe
Widzew wchodzi w nowy etap po udanym weekendzie. W niedzielę drużyna wygrała w Białymstoku z Jagiellonią 2:0 – to już pięć punktów po trzech kolejkach ekstraklasy. Sam Masłowski studzi jednak nastroje: jego zdaniem triumf nad byłym klubem nie obył się bez odrobiny szczęścia.
Mecz w Białymstoku był zwycięski, ale też z dużą dozą szczęścia.
Na kadrowym froncie sprawa jest już jasna: Senegalczyk Papa Meissa Ba i Szwajcar Andi Zeqiri nie będą uwzględniani w meczowej kadrze, a klub szuka sposobu, by rozstać się z obydwoma. Inaczej wygląda sytuacja Albańczyka Lindona Selahiego – z nim rozstania nie planuje się. Masłowski zapowiedział też, że okno transferowe dla Widzewa wciąż jest otwarte.
Cały czas jesteśmy aktywni na rynku transferowym i nie wykluczamy, że jeszcze ktoś do nas dołączy. Mamy poczucie, że potrzebujemy jeszcze jakichś ruchów.
Klub pomyślał też o motywacji finansowej – piłkarze mają zagwarantowane premie za zajęcie na koniec sezonu miejsc 1-8. Taki właśnie wynik satysfakcjonowałby na razie nowego dyrektora sportowego.
Jeśli w tym przedziale się zmieścimy, to będę usatysfakcjonowany, przynajmniej na tym etapie.
Ambicje sięgają jednak dalej. Masłowski mówi o budowaniu drużyny z własnym DNA – takiej, z którą liczyć się będzie cała ekstraklasa.
Musimy stworzyć tu coś nowego, ale ze swoim DNA i poczuciem wartości. Chciałbym, żeby był to zespół, z którym każdy w ekstraklasie się liczy. Trudno powiedzieć, ile czasu nam to zajmie, ale wierzę, że niebawem ta drużyna rozkocha w sobie kibiców.
Kolejna okazja, by potwierdzić dobrą passę, nadejdzie już w sobotę – Widzew podejmie wtedy w lidze Koronę Kielce.
Klubowe mistrzostwa świata mężczyzn w siatkówce w 2026 i 2027 roku wrócą do Polski. Organizacji podejmie się Aluron Zawiercie – decyzję FIVB ogłosiło w piątek.
Drużyną z Zawiercia dowodzi Michał Winiarski, a klubem Aluron CMC Warty Zawiercie kieruje prezes Kryspin Baran. To on tłumaczy, czemu rozegranie turnieju na własnym terenie to dla klubu prawdziwe odetchnięcie. „Dla niego to wielka ulga, że turniej odbędzie się w Polsce. Nie będziemy musieli odbywać długich podróży w trakcie rozgrywek ligowych i przekładać spotkań Tauron Ligi” – powiedział Baran.
I nietrudno zrozumieć, dlaczego. W poprzednim sezonie Aluron musiał ruszyć aż do Belem w Brazylii na klubowe mistrzostwa świata, a zaraz po powrocie odpadł z turnieju finałowego Pucharu Polski – forma po takiej podróży po prostu siadła. Rok wcześniej było lepiej: ekipa z Zawiercia przywiozła z Brazylii brąz, ulegając w półfinale Osace Bluteon. Złota żadna polska drużyna jeszcze nie zdobyła. Najbliżej była Skra Bełchatów – dwukrotnie, w 2009 i 2010 roku, przegrywała finał z Itasem Trentino, a w 2011 roku ten sam los, przegraną z włoskim klubem w finale, przeżył Jastrzębski Węgiel.
Jak Polska odzyskała organizację turnieju
Klubowe mistrzostwa świata wracają nad Wisłę po ośmiu latach. Wcześniej gościliśmy je dwukrotnie: w 2017 roku w Opolu, Łodzi i Krakowie, oraz rok później w Płocku, Rzeszowie i Częstochowie. Potem rywalizacja przeniosła się za ocean, do Brazylii, a w 2023 roku turniej trafił aż do Indii. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle i Jastrzębski Węgiel, choć miały prawo startu, niejednokrotnie rezygnowały z wyjazdu – głównie z powodów logistycznych: daleka podróż i zmiana stref czasowych w środku sezonu PlusLigi to nie byle co.
Baran przyznaje bez ogródek, że sam pomysł organizacji turnieju wcale nie wyszedł od klubu. „Muszę przyznać, że nie wpadliśmy na to, że możemy walczyć o tytuł w naszym kraju. To nie my wyszliśmy z propozycją zorganizowania turnieju” – wyjaśnił prezes Aluronu. Inicjatywa przyszła z zewnątrz. „Firma Volleyball World zwróciła się do nas z pytaniem, czy nie chcemy być gospodarzem imprezy, bo Brazylii skończyła się umowa” – dodał Baran. Prawo startu w KMŚ Aluron zapewnił sobie sam, sięgając po srebrny medal Ligi Mistrzów po raz drugi.
Klub podpisał dwuletnią umowę na organizację turnieju i wpłacił wymagane wpisowe. Nieoficjalnie mówi się o kwocie rzędu 500 tysięcy euro. Do zadań Aluronu należy ugoszczenie ośmiu drużyn, oficjeli i sędziów. Przedstawiciele Volleyball World zjawili się w Polsce już w lipcu, przy okazji turnieju Ligi Narodów w Gliwicach, i lustrowali polskie hale pod kątem organizacyjnym. Swoje zrobiły też zastrzeżenia, jakie zgłaszano wobec ostatniej edycji w Belem.
Mecze grupowe w 2026 roku rozegrane zostaną w Arenie Katowice oraz w hali w Sosnowcu – tej samej, w której Aluron na co dzień gra w europejskich pucharach i w najważniejszych meczach Tauron Ligi. Półfinały i mecze o medale zaplanowano w Częstochowie.
Kto zagra w tegorocznej edycji
Zanim jednak siatkówka na dobre zadomowi się w Polsce, przed nami tegoroczna edycja KMŚ – od 15 do 20 grudnia. W turnieju zagrają dwie najlepsze drużyny Ligi Mistrzów: Sir Sicoma Perugia z Kamilem Semeniukiem w składzie oraz Aluron. Z Ameryki Południowej awans wywalczyły brazylijskie Volei Renata Campinas i Sada Cruzeiro, z Azji zagrają irański Foolad Sirjan oraz Jakarta Bhayangkara Presisi z Indonezji, a Afrykę reprezentować będzie mistrzowski egipski Al Ahly Kair. Gdyby któryś z tych klubów nie dotarł do Polski, Volleyball World zaprosi kolejny zespół z tego samego kontynentu.
Aluron najpewniej będzie jedynym polskim przedstawicielem w tegorocznym turnieju. Ani Norwid Częstochowa, ani GKS nie wystąpią, choć część meczów odbędzie się właśnie w ich miastach. Zdaniem Barana wolne miejsce z puli europejskiej powinno trafić do trzeciej drużyny Ligi Mistrzów. „Na razie nie wiemy komu, choć według regulaminu powinna to być trzecia drużyna Champions League, czyli Ziraat Ankara” – powiedział prezes Aluronu. Gdyby turecki klub zrezygnował, w kolejce czekałby PGE Projekt Warszawa. Jak ustaliła nasza redakcja, warszawski klub na razie nie dostał żadnej oferty udziału w turnieju.
Lech Poznań zmierzy się z farerskim KI Klaksvik w IV rundzie eliminacji Ligi Europy. Pierwszy mecz w Poznaniu zakończył się skromnym zwycięstwem 1:0, rewanż czeka Kolejorz na Wyspach Owczych. O szansach na awans mówił Wojciech Kowalczyk w programie WeszłoTV.
Cała sprawa ma gorzkie tło. Lech odpadł z eliminacji Ligi Mistrzów po rzutach karnych z duńskim GF Aarhus – a przecież po pierwszym meczu w Danii prowadził aż trzema golami. Drużynę Lecha prowadzi Niels Frederiksen.
Kowalczyk nie dziwi się rozgoryczeniu po tamtej porażce. „Rozumiem Lecha Poznań. Nie spodziewali się, że mogą roztrwonić taką przewagę w eliminacjach Ligi Mistrzów. Wcześniej zagrali wyśmienity mecz w Danii i z Górnikiem w Superpucharze. Wszystko rozwaliło się w rewanżu. Odpadnięcie z Ligi Mistrzów powoduje, że wkurzeni są wszyscy – od najwyższych stołków po zawodników, bo wiedzą, że uwalili coś dla Lecha historycznego. Ale trzeba bronić Ligi Europy” – mówił w WeszłoTV.
Złudzeń co do skali przewagi z Klaksvik ekspert jednak nie ma. „Pierwszy mecz z drużyną z Wysp Owczych też nie przejdzie do historii, a do kompromitacji jest bliziutki krok. Trzeba utrzymać to 1:0. Widziałem Lecha w ostatni weekend, może trzeba zagrać tak, jak drugą połowę z Piastem. Pytanie, czy tak to się okaże – tam wiatry wieją, jest dziwna, sztuczna nawierzchnia i znów może być problem” – ostrzegał Kowalczyk.
„Nie potrafią się odnaleźć”
Najbardziej niepokoi jednak liga. Zdaniem Kowalczyka Lech psychicznie wciąż nie otrząsnął się po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, a to widać gołym okiem w meczach Ekstraklasy. „Powiedzmy sobie jasno – nie życzę Lechowi kompromitacji, bo to byłoby chyba za wiele dla tego zespołu. Ta drużyna nie potrafi się odnaleźć po blamażu z mistrzem Danii i to widać na boiskach Ekstraklasy. Jest skuteczność, bo są zawodnicy, jest szeroka kadra, ale werwy i polotu już brak” – podsumował.
Ben Simmons wraca do pełnych treningów. Ma wziąć udział w prywatnym zgrupowaniu reprezentantów Australii w Melbourne. 30-letni koszykarz nie rozegrał ani jednego meczu w sezonie NBA 2025/26 i teraz szuka drogi powrotu na parkiet.
Simmons ma być pełnoprawnym uczestnikiem minicampu kadry narodowej Australii, który rozpoczyna się w poniedziałek. Co ciekawe, sam pokrył koszty swojego udziału w tym zgrupowaniu — gest, który mówi więcej o jego determinacji niż jakiekolwiek deklaracje. Ostatnie miesiące poświęcił na powrót do zdrowia po problemach m.in. z plecami, które od lat skutecznie niszczyły jego karierę.
Ostatni raz w NBA Simmons występował w barwach Los Angeles Clippers. Trafił tam w lutym 2025 roku po rozstaniu z Brooklyn Nets. Bilans tego epizodu był skromny: 18 spotkań sezonu zasadniczego i pięć w play-offach.
Mimo słabej dyspozycji w ostatnich latach, Simmons wciąż nie zniknął z radaru klubów. Jak mówi się w kuluarach, kilka drużyn interesuje się jego usługami. Sam koszykarz deklaruje gotowość podpisania kontraktu za minimalną stawkę — byle tylko wrócić do gry. Ma już nawet niegwarantowaną ofertę udziału w obozie jednej z drużyn Konferencji Zachodniej.
Sygnały płynące z jego otoczenia brzmią zachęcająco. David Patrick, ojciec chrzestny Simmonsa i asystent reprezentacji Australii, przekazał serwisowi Andscape, że koszykarz odzyskał swoją sprawność atletyczną.
Simmons trenował przede wszystkim w Miami, gdzie mieszka.
Cel: Los Angeles 2028
Ambicje Simmonsa sięgają dalej niż najbliższy kontrakt w NBA. Marzy o występie w barwach narodowych na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku. To byłoby dla niego coś zupełnie nowego — w seniorskiej kadrze Australii grał dotąd tylko raz, na mistrzostwach Oceanii w 2013 roku, mając 17 lat.
Warto przypomnieć, jak wysoko startował. Simmons był pierwszym numerem draftu NBA z 2016 roku, a już dwa lata później sięgnął po tytuł debiutanta roku. Między 2019 a 2021 rokiem trzykrotnie z rzędu wystąpił w Meczu Gwiazd NBA. Wtedy mówiono o nim jako o przyszłej twarzy ligi.
Od tamtej pory jego kariera to głównie seria przestojów i nawrotów kontuzji. Od sezonu 2018/19 Simmons ani razu nie rozegrał więcej niż 60 spotkań w jednych rozgrywkach. Teraz, w wieku 30 lat, próbuje po raz kolejny odwrócić ten trend. Zaczyna nie od kontraktu w NBA, lecz od zgrupowania reprezentacji, za które sam zapłacił z własnej kieszeni.
Lewis Hamilton trafił do Ferrari z jednym zadaniem – przywrócić włoski zespół na szczyt Formuły 1. Rob Smedley spędził w Maranello dekadę, jeszcze w erze Michaela Schumachera, i twierdzi, że pracownicy zespołu zatrudnieni od co najmniej 20 lat dostrzegają wyraźne podobieństwa między obecnym siedmiokrotnym mistrzem świata a jego wielkim poprzednikiem.
41-letni Brytyjczyk zyskał w tym sezonie na nowych przepisach technicznych Formuły 1. Pierwsze zwycięstwo w barwach Ferrari odniósł w Barcelonie, a na przerwę wakacyjną wyjechał z drugim miejscem w klasyfikacji generalnej kierowców.
Zapytany o wpływ Hamiltona na zespół w podcaście „High Performance Racing”, Smedley nie krył entuzjazmu. „Chcę tu wyróżnić Lewisa. Czuć, że mocno naciska na zespół. Mówiliśmy o tym wcześniej: gdy masz kierowcę o takim statusie, zespół czuje się o 1 proc. bardziej kompetentny” – ocenił, dodając, że Hamilton wnosi do Ferrari dodatkową energię.
Kochają go. Gdy rozmawiam z chłopakami, jeden na jeden albo na czatach grupowych, wszyscy absolutnie go uwielbiają, bo dostarcza odpowiednie wyniki, prawda? Jest siedmiokrotnym mistrzem świata i wiedzą, że to ktoś, kto potrafi dowieźć rezultat. Wciąż może zdobywać tytuły, ale też ich popycha. Popycha ich we właściwy sposób i oni to dostrzegają
Były inżynier wyścigowy dodał coś jeszcze: mechanicy i inżynierzy w fabryce widzą w Hamiltonie kogoś, kto realnie może przynieść kolejne tytuły.
Ferrari czekało na takiego kierowcę od lat
Historia zna już ten scenariusz. Michael Schumacher dołączył do Ferrari w 1996 roku – zespół nie miał wtedy mistrzostwa kierowców od 1979 roku, a tytułu konstruktorów od 1983 roku. Niemiec sięgnął w Maranello po pięć z siedmiu swoich tytułów mistrzowskich, w latach 2000, 2001, 2002, 2003 i 2004. Ferrari w tej erze zgarnęło łącznie sześć tytułów konstruktorów.
Od tamtego czasu włoski zespół czeka na powtórkę tego sukcesu. Ostatni tytuł mistrza świata wśród kierowców Ferrari zdobyło w 2007 roku za sprawą Kimiego Raikkonena, rok później dołożyło jeszcze klasyfikację konstruktorów. Potem – cisza, bez mistrzostwa. I właśnie w tym kontekście porównania między Hamiltonem a Schumacherem nabierają wagi dla tych, którzy pamiętają obie epoki z bliska.
Oliver Bearman, kierowca zespołu Haas w Formule 1, otworzył sklep rowerowy połączony z kawiarnią, w górach w okolicy Monako. Wiadomość podał sam zawodnik, goszcząc w podcaście „Beyond The Grid”.
„Mamy sklep rowerowy z kilkoma przyjaciółmi. Otworzyliśmy go w rejonie górskim nad Monako. To naprawdę popularna okolica do kolarstwa. To super. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak to się rozwija” – powiedział Bearman. Brytyjczyk na co dzień mieszka w Monako, a sam lokal działa w paśmie górskim w okolicach Monte Carlo – to popularny przystanek dla cyklistów z całej okolicy.
Dla kierowcy to jednak coś więcej niż zwykła inwestycja. „To bardziej projekt z pasji dla nas wszystkich, bo naprawdę lubimy kolarstwo i fajnie jest mieć coś do powiedzenia w kwestii działania sklepu” – tłumaczył Bearman. Kolarstwo stało się zresztą elementem jego przygotowań do sezonu 2026 – na lokalnych podjazdach w Monako trenuje regularnie.
Lokal łączy dwie funkcje. Oprócz sprzedaży rowerów działa jako kawiarnia i miejsce postoju na długich, górskich trasach. „Oferujemy m.in. nasz własny chlebek bananowy. To nasze własne ciasta, robione przez nas, więc jest miło. To przyjemne” – opowiadał Bearman. Padło też słowo o kawie, choć akurat sam kierowca specjalnie jej nie przepada. „To jest naprawdę najważniejsze. Stawiamy na dobrą kawę. Chociaż ja kawy za bardzo nie lubię, to wiem, że to niezwykle ważne, a kolarze są bardzo wybredni w kwestii kawy. Tego się nauczyłem. Za to lubię ciasta, a mamy dobre ciasta. Jestem z tego dumny” – dodał.
Treningi w towarzystwie gwiazd
Na kolarskich wyprawach Bearmanowi towarzyszą partnerzy niebanalni – kierowca Williamsa Carlos Sainz oraz pięciokrotny zwycięzca Tour de France Tadej Pogacar. Monako od lat ściąga do siebie kierowców F1. Oprócz Bearmana mieszkają tam także Lewis Hamilton, Max Verstappen, Lando Norris, George Russell i Fernando Alonso – głównie z powodów podatkowych.
Na torze sezon 2026 układa się Bearmanowi nierówno. W dwóch pierwszych rundach, w Australii i Chinach, zdobył 17 punktów, w Kanadzie dorzucił jeszcze jeden. Nie ukończył za to wyścigów w Japonii, Monako i Hiszpanii, a w ostatnich czterech rundach sezonu kończył poza pierwszą dziesiątką. Obecnie zajmuje trzynaste miejsce w klasyfikacji kierowców z dorobkiem 18 punktów.
Trzeci set, stan 0:3. Właśnie wtedy Jelena Rybakina przypomniała, dlaczego należy do ścisłej czołówki światowego tenisa. Kazaszka wygrała cztery gemy z rzędu, a w ostatniej grze przełamała Ludmiłę Samsonową przy jej serwisie – i to wystarczyło, by przypieczętować awans do ćwierćfinału turnieju WTA 1000 w Toronto w niedzielę 9 sierpnia 2026 roku.
Ostateczny wynik: 6:4, 4:6, 6:4 dla Rybakiny. Rozstawiona z numerem 2 wiceliderka rankingu WTA pokonała Samsonową, która plasuje się na 55. miejscu w światowej hierarchii. Na papierze to Rosjanka była jednak faworytem – przed tym meczem prowadziła w bezpośrednich starciach 4-2, a cztery z sześciu dotychczasowych pojedynków obu tenisistek kończyły się dopiero po trzecim secie. Zacięta walka nikogo nie zaskoczyła. Poprzednim razem spotkały się w finale w Strasbourgu w 2025 roku – i tam też ostatnie słowo należało do Rybakiny.
Wyścig o fotel liderki rankingu nabiera tempa
Ten awans ma smak nie tylko sportowy. Aryna Sabalenka, liderka rankingu WTA, odpadła z turnieju w Toronto już w 1/8 finału – i nagle dystans między nią a Rybakiną stopniał do 789 punktów. Gdyby Kazaszka sięgnęła po tytuł w Toronto, dzieliłyby je zaledwie cztery punkty.
W ćwierćfinale Rybakina zmierzy się ze zwyciężczynią starcia Naomi Osaki (Japonia, 11. WTA) z Leylah Fernandez (Kanada, 30. WTA).
Do najlepszej ósemki awansowała też Iga Świątek – w sobotę Polka pokonała Martę Kostiuk (Ukraina) 3:6, 6:1, 6:2 i trafi teraz na Dianę Sznajder, która wyeliminowała Jessikę Pegulę (USA) 6:3, 6:3. Pegula była triumfatorką poprzedniej edycji turnieju w Toronto, rozegranej w 2024 roku.
Pierwszy set z Sarą Bejlek zakończył się wynikiem 6:0. Mecz z Marią Kostjuk – po katastrofalnym otwarciu – dopiero po trzech setach. Iga Świątek jest już w ćwierćfinale WTA Toronto i wróciła na kort po nieudanym Wimbledonie z jednym wyraźnym komunikatem: forma wraca. W poniedziałek, 10 sierpnia 2026 roku, stanie naprzeciwko Diany Sznajder.
Mecz rozpocznie się nie wcześniej niż o godzinie 16:00 czasu polskiego. Transmisję przeprowadzi CANAL+ Sport 2, a kibice preferujący stream znajdą spotkanie na platformie CANAL+ Online.
Droga do ćwierćfinału – co pokazały obie zawodniczki
Świątek awansowała, pokonując po kolei Bejlek, Golubić i Kostjuk. Mecz z Golubić był jednostronny – 6:2 i 6:1. Zupełnie inaczej wyglądało starcie z Kostjuk. W pierwszym secie Polka miała zaledwie 9% skuteczności pierwszego serwisu, wygrywając tylko 1 z 11 punktów po pierwszym podaniu, a po drugim serwisie nie zdobyła ani jednego. Przegrała tamtego seta 3:6. Potem coś się przełączyło – i to wyraźnie. Drugi set padł 6:1, trzeci 6:2, a skuteczność pierwszego serwisu wskoczyła do 69% i 63%. Dla Świątek był to też rewanż za wcześniejszą porażkę z Kostjuk na French Open.
Sznajder – Rosjanka – do ćwierćfinału dotarła po zwycięstwach nad Rebeccą Sramkovą (2:1), Anną Kalinskają (2:0) i Jessicą Pegulą (2:0). To ostatnie miało szczególny smak: wcześniej Sznajder przegrała z Pegulą w półfinale w Waszyngtonie, a w Toronto wzięła rewanż.
Na kortach w Toronto Świątek spędziła łącznie 4 godziny i 50 minut, Sznajder – 4 godziny i 15 minut. Obie wchodzą w ćwierćfinał względnie świeże, choć Rosjanka ma o 35 minut mniej gry w nogach.
Statystyki turnieju – kto ma przewagę?
Liczby dają ciekawy obraz. Sznajder serwuje w Toronto skuteczniej – 70% trafień pierwszym podaniem wobec 62% Świątek, przy drugim serwisie 56% do 51%. Przewaga Rosjanki widoczna jest też w asach: 7 do 3. Świątek popełniła za to tylko 4 podwójne błędy serwisowe, podczas gdy Sznajder – aż 9.
Przy break pointach obie są niemal identyczne: Świątek 18 z 36 (50%), Sznajder 13 z 25 (52%). Bilans sezonu 2026 na twardej nawierzchni mówi: Świątek 15-6, Sznajder 13-8.
To zaledwie ich drugi bezpośredni pojedynek w tourze. Poprzedni odbył się w 1/8 finału na mączce w Madrycie rok wcześniej – Świątek wygrała 2:1, wynikami 6:0, 6:7(3), 6:4. Tym razem twarda nawierzchnia, inny kontekst i Sznajder z wyraźnie rosnącą pewnością siebie po rewanżu na Peguli.
Dwie godziny i 31 minut walki — i na końcu szok. Jekaterina Aleksandrowa wyeliminowała Arynę Sabalenkę z turnieju WTA 1000 w Toronto wynikiem 7:6(3), 4:6, 6:4. Liderka światowego rankingu nie wygrała żadnego tytułu od marca 2025 roku, a teraz musi pozbierać się przed US Open, gdzie broni tytułu. Presja rośnie.
Toronto i Montreal: wyniki dnia
Podczas gdy Sabalenka pakuje walizki, Coco Gauff idzie jak burza. Amerykanka rozbiła Alinę Korneevą 6:3, 6:1 — siedem z dwunastu break-pointów wykorzystanych, ani jeden gem stracony przy własnym serwisie. Awans pewny, bezbolesny.
Więcej nerwów kosztował awans Elenę Rybakinę. Druga rakieta świata potrzebowała trzech setów, by pokonać Liudmiłę Samsonową 6:4, 4:6, 6:4 i zameldować się w kolejnej rundzie Canadian Open.
W Montrealu, na turnieju Masters 1000, do ćwierćfinału awansował Rafael Jodar (15. ATP) — Czechowi Jiriemu Lehece (12. ATP) nie dał żadnych szans, wygrywając 6:3, 6:3. Do ćwierćfinału przeszedł też Arthur Fils (24. ATP). Learner Tien natomiast odprawił Thiago Agustina Tirante 6:4, 6:4 — Argentyńczyk popełnił w tym meczu aż 38 niewymuszonych błędów. Daniel Aguilar bez straty seta pozbył się Tallona Griekspoora, za to Arthur Rinderknech (29. ATP) pożegnał się z turniejem po porażce z Brandonem Nakashimą (31. ATP).
Jannik Sinner nie wystąpi w Cincinnati Open. Ubiegłoroczny mistrz tego turnieju wycofał się z powodu kontuzji prawego kolana. Organizatorzy opublikowali oficjalny komunikat:
„Jannik Sinner wycofał się z Cincinnati Open z powodu kontuzji prawego kolana. Życzymy wszystkiego najlepszego naszemu mistrzowi z 2024 roku i nie możemy się doczekać, aby zobaczyć Cię ponownie w przyszłym roku!”
Dobra wiadomość z polskiego podwórka. Marcel Zieliński (589. ATP) sięgnął po tytuł w turnieju ITF M15 w Bielsku-Białej, pokonując w finale Daniela Salazara (774. ATP) 3:6, 6:3, 7:6(3). Droga nie była prosta — w trzecim secie Polak prowadził 5:1, a mimo to musiał ratować się tie-breakiem. Wygrał go 7:3. Zimna krew w decydującym momencie zrobiła robotę.
W Kozerkach koło Grodziska Mazowieckiego tytuł Challenger ATP 75 zgarnął Austriak Joel Schwaerzler (182. ATP). Rozstawiony z numerem trzecim, w finale rozbił Włocha Andreę Guerrieriego (213. ATP) 7:6(4), 6:1.
Z kwalifikacji challengera w Hamburgu meldunki mieszane. Fryderyk Lechno-Wasiutyński (636. ATP) awansował do finału kwalifikacji po wygranej z Mariano Dedurą-Palomero (2153. ATP) 6:4, 5:7, 6:3 — w finale czeka go Hynek Barton (263. ATP). Alan Ważny (859. ATP) odpadł już w pierwszej rundzie, przegrywając z Janem Kumstatem (336. ATP) 6:2, 7:6(3).
Na koniec temat, który rozgrzał środowisko bardziej niż niejeden mecz. Novak Djoković zaproponował w wywiadzie, by zmniejszyć liczbę gemów w secie i zrezygnować z gry na przewagi. João Fonseca na konferencji prasowej podczas turnieju Masters w Kanadzie skomentował to bez ogródek — stwierdził, że Serb się starzeje i właśnie dlatego chce zmian. W tenisie nigdy nie jest nudno, nawet gdy rakiety leżą w torbie.