⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

„To jest po prostu fatalne. Kiedy o wynikach kwalifikacji decyduje to, czy komputer zadziałał prawidłowo, trudno uznać to za właściwy sposób ścigania”

— powiedział Oscar Piastri w rozmowie ze Sky Sports, komentując kwalifikacje, po których został bez sensownego wyjaśnienia.

Kierowcy Formuły 1 coraz głośniej narzekają na przepisy obowiązujące od sezonu 2026. Na celowniku ich frustracji znalazły się przede wszystkim algorytmy zarządzające pracą jednostek napędowych. Sprawa przybrała na sile po Grand Prix Belgii — wtedy problem przestał być abstrakcją i zamienił się w konkretną, policzalną stratę czasu na okrążeniu.

Piastri opowiedział, że podczas kwalifikacji jego samochód nagle stracił osiągi na prostych względem bolidu Lando Norrisa. McLaren przez dobrą chwilę nie umiał wskazać przyczyny tej różnicy. Dopiero szef zespołu Andrea Stella dotarł do sedna: oba samochody miały praktycznie identyczne ustawienia, a za rozjazd w osiągach odpowiadały samouczące się algorytmy jednostki napędowej. Innymi słowy — dwóch kierowców jednego zespołu, w tych samych warunkach, mogło dostać zupełnie inną moc, bo tak zdecydowało oprogramowanie, nie człowiek za kierownicą.

Trzeba tu jednak coś sprecyzować. Algorytmy jednostki napędowej analizują dane i na bieżąco korygują sposób wykorzystania energii podczas okrążenia — to nie są systemy sztucznej inteligencji w tym sensie, w jakim rozumiemy to słowo dzisiaj. Mimo to ich wpływ na wynik kwalifikacji czy wyścigu okazał się wystarczająco odczuwalny, by w padoku wybuchł otwarty bunt.

FIA: zakaz algorytmów byłby błędem

Nikolas Tombazis, dyrektor FIA ds. bolidów, patrzy na to inaczej. W rozmowie z motorsport.com przyznał, że rozumie frustrację kierowców, ale całkowite wyłączenie systemów zarządzających energią uznał za rozwiązanie złe.

„Ich uwagi są zrozumiałe. Problem wynika z faktu, że ilość dostępnej energii jest ograniczona, dlatego sposób jej wykorzystania ma ogromne znaczenie”

— wyjaśnił Tombazis.

Argument sprowadza się do prostej logiki inżynierskiej. Gdyby kierowcy mieli pełną swobodę w zarządzaniu energią, mogliby wypuszczać maksymalną moc elektryczną zaraz po wyjściu z zakrętu — i w efekcie wypalać cały zapas już na początku odcinka. Skutek? Częstszy tzw. clipping, czyli sytuacja, w której bateria wysiada przed końcem odcinka, a auto traci moc właśnie na prostych. Paradoksalnie problem, na który narzeka Piastri, mógłby się więc jeszcze pogłębić, gdyby stery przejęli kierowcy.

Limity energii, jaką można odzyskać i wykorzystać w trakcie okrążenia, nie wzięły się z niczego — regulamin wprowadził je specjalnie, żeby zespoły nie wpadły w wyścig technologiczny wymagający coraz większych i coraz ciężarszych akumulatorów. Tombazis idzie o krok dalej: dzisiejsze jednostki napędowe są tak skomplikowane, że kierowca za kierownicą po prostu nie zdołałby samodzielnie podejmować optymalnych decyzji o zarządzaniu tą energią. Stąd algorytm — nie jako zamiennik kierowcy, ale jako pośrednik.

Coś się jednak zmieni. Od 2028 roku proporcje mocy między silnikiem spalinowym a elektrycznym mają się przesunąć do układu 60:40. Piastri i tak zachowuje dystans — twierdzi, że ta zmiana nie rozwiąże kwestii algorytmów, bo problem tkwi w samej konstrukcji obecnych przepisów, a nie w konkretnej proporcji mocy.

Tombazis widzi to inaczej, choć bez triumfalizmu w głosie. Jego zdaniem zmiany zapowiedziane na 2028 rok powinny zmniejszyć skalę problemu i oddać kierowcom trochę więcej kontroli nad samochodem — ale całkiem go nie wyeliminują.

„To rzeczywiście bardzo skomplikowane rozwiązanie i zgadzam się, że jest bardziej złożone, niż chcielibyśmy. Jednak jest to konsekwencja podstawowych założeń obecnych przepisów dotyczących jednostek napędowych”

— podsumował dyrektor FIA.

A co ciekawe — sama F1 nie ma poczucia, że ma na tym tle jakiś kryzys wizerunkowy. Program F1 Fan Voice pokazał, że kibice są zadowoleni z widowiska sportowego, jakie oferuje seria. Pytanie, czy ten entuzjazm przetrwa, jeśli kolejne kwalifikacje zaczną rozstrzygać komputery, a nie ludzie za kierownicą, wciąż wisi w powietrzu.

„Budapeszt był moim ostatnim Grand Prix z Mercedesem, co kończy niezwykły rozdział po jedenastu niezapomnianych sezonach” — napisał Gwen Lagrue w pożegnalnym wpisie, którym zamknął jeden z ważniejszych rozdziałów w historii programu juniorskiego zespołu z Brackley. Wieloletni doradca ds. rozwoju kierowców w Mercedesie i opiekun jego programu juniorskiego oficjalnie zakończył pracę dla niemieckiego giganta.

Bez zajęcia Francuz nie zostaje długo. Po GP Węgier jego pozyskanie potwierdził Red Bull Racing — czyli zespół, z którym Mercedes rywalizuje o tytuły od lat. Przejście prosto do głównego rywala, i to na stanowisko odpowiedzialne za przyszłość zespołu, samo w sobie mówi wiele.

W Red Bull Racing Lagrue zastąpi Helmuta Marko — człowieka, który przez dwie dekady wyszukiwał młode talenty dla „czerwonych byków”. To symboliczna zmiana wart. Marko od lat uchodził za architekta systemu, z którego wyszli Max Verstappen i Sebastian Vettel, ale ostatnimi czasy program juniorski Red Bulla nie wydał F1 zawodnika światowego formatu.

Sam transfer nie odbędzie się z dnia na dzień. Lagrue formalnie zacznie pracę w Red Bullu w sezonie 2027, choć z Mercedesem rozstał się już teraz. Drugą część 2026 roku Francuz przesiedzi na tzw. urlopie ogrodniczym — tak w Formule 1 nazywa się okres zakazu konkurencji.

Jedenaście sezonów i lista nazwisk

W pożegnalnym wpisie Lagrue wrócił do początków swojej przygody z Mercedesem. „Kiedy Toto Wolff dał mi szansę dołączenia do zespołu, nie wyobrażałem sobie, jaka podróż mnie czeka” — napisał.

Ta podróż trwała jedenaście sezonów i przewinęła się przez nią cała galeria nazwisk. Francuz wymienił Estebana Ocona i Nycka de Vriesa, George’a Russella i Kimiego Antonellego, a także Freda Vestiego i Doriane Pin — wszystkich, którzy byli albo są częścią programu juniorskiego Mercedesa.

Najgłośniejszym odkryciem Lagrue jest dziś Andrea Kimi Antonelli. Włoski kierowca ma zaledwie 19 lat, a mierzy w tytuł mistrza świata w klasyfikacji kierowców. Właśnie takie rezultaty pracy sprawiają, że jego odejście z Brackley trudno nazwać rutynową zmianą personalną. Dla Red Bulla, który od lat boryka się z jałowym programem juniorskim, to zastrzyk doświadczenia, na który zespół liczy już od sezonu 2027.

„Daniel Michalski awansował do II rundy turnieju ATP Challenger Tour na kortach ziemnych w Todi” – tak w skrócie można podsumować poniedziałkowe zmagania Polaka we Włoszech. Awans przyszedł w stylu, jakiego trudno się było spodziewać – bez straty seta i bez większego wysiłku.

Michalski, klasyfikowany na 338. miejscu w rankingu ATP, zmierzył się w pierwszej rundzie z Lorenzo Carbonim, notowanym na 481. pozycji. Papierowy układ sił nic tu nie znaczył – Włoch przez cały mecz nie miał nic do powiedzenia, a warszawianin pewnie pokonał go 6:0, 6:3.

Cały pojedynek zajął zaledwie 63 minuty. Michalski aż pięć razy przełamał serwis rywala, a sam nie stracił ani jednego gema przy własnym podaniu. Statystyka punktowa mówi sama za siebie: z 87 rozegranych akcji Polak wygrał 55.

To nie jedyny front, na którym Michalski działa w Todi. W poniedziałek zainaugurował także zmagania w turnieju debla. Jego partnerem jest Hiszpan Oriol Roca Batalla, a już w środę para zagra w ćwierćfinale, mierząc się z włoskim duetem Tommaso Compagnucci i Giorgio Ricca.

Trudniejszy test przed Polakiem

W singlu Michalski dzięki zwycięstwu nad Carbonim awansował do 1/8 finału Internazionali di Tennis Citta di Todi 2026. Tam czeka go zdecydowanie wyższe piętro turnieju. W czwartek zmierzy się z Austriakiem Lukasem Neumayerem, który plasuje się na 169. miejscu rankingu ATP i jest rozstawiony w Todi z numerem drugim.

Turniej Internazionali di Tennis Citta di Todi rozgrywany jest na kortach ziemnych w ramach cyklu ATP Challenger Tour, a jego pula nagród wynosi 97,6 tys. euro. Dla Michalskiego starcie z rozstawionym Neumayerem będzie okazją, by sprawdzić, czy poniedziałkowa forma z Todi to nie przypadek.

„19-letni Rafael Jodar” – tak przedstawiają go organizatorzy turnieju w Montrealu, odkąd Hiszpan wywrócił do góry nogami dolną część tamtejszej drabinki. Młodzieniec z Madrytu pokonał w ćwierćfinale ATP Masters 1000 22-letniego Arthura Filsa i po raz pierwszy w karierze awansował do półfinału tej rangi.

Jodar wygrał 7:6(5), 6:3. Całe spotkanie zamknęło się w 102 minutach. Rozstawiony z numerem 20 Hiszpan okazał się lepszy od Francuza, który w Montrealu figurował na liście rozstawionych z numerem 18. To był ich czwarty pojedynek w karierze – i drugi wygrany przez Jodara, który po tym meczu prowadzi w bezpośrednim bilansie 2-1.

Pogoda nie oszczędzała tenisistów przez cały dzień. Ćwierćfinały w dolnej części drabinki musiały zostać przeniesione z poniedziałku na wtorek z powodu opadów deszczu. Deszcz dopadł zawodników również w trakcie samego meczu – przy stanie 4:4 w pierwszym secie spotkanie przerwano na półtorej godziny. Mimo tej przerwy Jodar nie stracił koncentracji. W drugim secie trzykrotnie przełamał rywala i zamknął partię wynikiem 6:3.

Nakashima bez straty gema serwisowego

W drugim ćwierćfinale dolnej połowy drabinki równie przekonująco wypadł Brandon Nakashima. Rozstawiony z numerem 28 Amerykanin rozprawił się z Luciano Darderim 6:2, 6:3. Włoch, notowany w turnieju jako 19. rakieta imprezy, nie miał żadnej odpowiedzi na jego serwis.

Nakashima posłał w tym meczu 11 asów i ani razu nie oddał gema serwisowego. Sam wykorzystał trzy z ośmiu okazji na przełamanie – tyle wystarczyło do pewnego zwycięstwa w dwóch setach.

To właśnie Nakashima zmierzy się z Jodarem w półfinale. Dla obu będzie to debiut na tym etapie turnieju kategorii Masters 1000. National Bank Open w Montrealu rozgrywany jest na kortach twardych, a pula nagród imprezy wynosi 9,415 mln dolarów.

„Choć turniej rangi WTA 1000 w Toronto jeszcze nie dobiegł końca, to poznaliśmy już drabinkę imprezy w Cincinnati” – tak wygląda sytuacja: w Toronto wciąż padały piłki, a losowanie do kolejnego turnieju było już faktem. Drabinkę WTA 1000 w Cincinnati wylosowano we wtorek, 11 sierpnia. Znalazło się w niej miejsce dla sześciu Polek oraz jednego znanego z przeszłości nazwiska, które może skrzyżować losy z Igą Świątek.

Świątek jedzie do Cincinnati jako obrończyni tytułu. Ten sezon jednak nie należy do niej pod względem trofeów – Polka jak dotąd nie wygrała w nim żadnego turnieju. Jako zawodniczka rozstawiona zacznie rywalizację od drugiej rundy. I już tam może natrafić na nazwisko, które wciąż elektryzuje kibiców, mimo upływu lat.

Jeśli w pierwszej rundzie kwalifikantka nie sprawi niespodzianki, przeciwniczką Świątek w drugiej rundzie może okazać się Venus Williams. Amerykanka, wielokrotna liderka rankingu i legenda kortów, od ponad roku nie zaznała smaku singlowego zwycięstwa. Najpierw musi jednak przejść kwalifikantkę – bez tego do spotkania ze Świątek w ogóle nie dojdzie.

Gdyby Polka przeszła dalej, w trzeciej rundzie czekałaby ją znacznie trudniejsza przeszkoda. Za najgroźniejszą potencjalną rywalkę na tym etapie uznaje się Marię Sakkari. Kolejny krok mógłby przynieść starcie z Belindą Bencić – zawodniczką, która w ostatnich sezonach nierzadko dawała się poznać jako niewygodna przeciwniczka dla najlepszych.

W tej samej części drabinki co Świątek znalazły się też Magdalena Fręch, Diana Sznaider, Maja Chwalińska, Jelena Ostapenko i Jelena Rybakina. Obecność Rybakiny, wiceliderki światowego rankingu, oznacza, że górna część siatki nie odpuści faworytkom żadnej łatwej drogi.

Chwalińska z szansą na starcie ze Świątek w ćwierćfinale

Maja Chwalińska otrzymała status zawodniczki rozstawionej i czeka na rywalkę z drugiej rundy. Jej przeciwniczką na tym etapie będzie zwyciężczyni meczu Cristiny Bucsy z Panną Udvardy. Gdyby Polka wygrała, w trzeciej rundzie mogłaby zmierzyć się z Dianą Sznaider. A jeśli i tę przeszkodę udałoby się pokonać, w ćwierćfinale naprzeciw Chwalińskiej mogłaby stanąć sama Iga Świątek. Scenariusz odległy, ale już zapisany w strukturze drabinki.

Magdalena Fręch turniej zacznie od pierwszej rundy, w której zmierzy się z Antonią Ruzić. Zwyciężczynię tego pojedynku czeka od razu kolejne trudne zadanie – Jelena Ostapenko. Gdyby Polka przeszła i tę rundę, na horyzoncie majaczy starcie z Jeleną Rybakiną – kolejny sprawdzian z zawodniczką z absolutnego topu rankingu.

Turniej w Cincinnati zainauguruje również Magda Linette, która w pierwszej rundzie zagra z Eleną-Gabrielą Ruse. Zwyciężczyni tego meczu trafi na Alexandrę Eală. W trzeciej fazie turnieju na Linette może czekać Amanda Anisimova – kolejna z zawodniczek, które w tym sezonie regularnie mieszają w czołowych turniejach.

Sześć Polek w drabince jednego turnieju WTA 1000 – to solidna reprezentacja. Jak długo utrzymają się w Cincinnati, okaże się już w najbliższych dniach. W tle wciąż trwa jednak turniej w Toronto, a jego wynik może jeszcze wpłynąć na układ sił przed startem kolejnej imprezy.

„Prawdopodobnie stare chusteczki higieniczne” – tak Iga Świątek odpowiedziała organizatorom turnieju w Toronto, gdy zapytali ją o najdziwniejszą rzecz w jej torbie tenisowej.

Polka przebywa obecnie w Toronto, gdzie rywalizuje w turnieju WTA 1000 National Bank Open 2026. W ćwierćfinale rozprawiła się z Dianą Sznaider bez większych problemów, wygrywając 6:2, 6:1. Ten wynik dał jej awans do półfinału, gdzie o miejsce w finale zagra z Eliną Switoliną. Sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa wciąż więc liczy się w walce o kolejny tytuł.

Same wyniki na korcie to jednak nie wszystko, co zainteresowało kibiców w Toronto. Organizatorzy National Bank Open opublikowali w mediach społecznościowych nagranie, w którym zawodniczki zdradzały, co najdziwniejszego noszą w swoich torbach. Świątek nie musiała długo myśleć – padło na chusteczki higieniczne, które od dawna towarzyszą jej na korcie.

Zaraz potem sama wytłumaczyła, czemu akurat one zalegają jej w torbie. „Ponieważ mam chusteczki, które wracają do torby, a potem ich nie wyrzucam, bo jestem zbyt leniwa” – przyznała bez ogródek.

Co jeszcze skrywają torby tenisistek?

Świątek nie była jedyną, która odsłoniła zawartość swojej torby. Naomi Osaka wyznała, że wśród jej rzeczy można znaleźć pałeczki do jedzenia. Elina Switolina – najbliższa rywalka Świątek w drodze do finału – przyznała, że kiedyś nosiła ze sobą sos tabasco. Alexandra Eala postawiła na coś prostszego: w jej torbie leżą niewielkie opakowania z solą.

Teraz liczy się już tylko to, co wydarzy się na korcie. Starcie Świątek z Switoliną zdecyduje, kto zagra o tytuł w Toronto.

„Saba Purceladze (Gruzja, LL) – Fryderyk Lechno-Wasiutyński (Polska, Q) 6:4, 7:5” – ten wynik pierwszej rundy Challengera ATP w Hamburgu, rozgrywanego na kortach ziemnych, zamknął krótki występ Polaka w turnieju głównym.

21-letni Lechno-Wasiutyński jeszcze dzień wcześniej mógł czuć się bohaterem. Do turnieju głównego przebił się przez kwalifikacje, w których najpierw pokonał Mariano Dedurę-Palomero, a potem rozstawionego z numerem jeden Hynka Bartona. Oba mecze musiały trwać po trzy sety – Polak zdążył się więc już przetestować w trudnych warunkach.

W pierwszej rundzie zabrakło mu jednak formy z poprzedniego dnia. Purceladze trafił do turnieju głównego jako „szczęśliwy przegrany” – do Hamburga wrócił po tym, jak w kwalifikacjach przegrał z Denisem Jewsiejewem. Mimo to akurat Gruzin okazał się tym razem skuteczniejszy.

Dwa przełamania, dwa sety

Pierwsza partia rozstrzygnęła się w piątym gemie – Purceladze przełamał wtedy serwis Polaka i tej przewagi już nie oddał do końca seta. W drugiej odsłonie Lechno-Wasiutyński długo dotrzymywał kroku rywalowi, ale w 11. gemie znów stracił podanie. To przesądziło losy całego meczu.

Purceladze ma za to bilet do drugiej rundy, gdzie zagra z Maxem Hansem Rehbergiem. Dla Lechno-Wasiutyńskiego przygoda w Hamburgu skończyła się na etapie, do którego dotarł po dwóch trzysetowych bojach w kwalifikacjach.

„30 czerwca doszli do porozumienia z Toronto Raptors” — tak w skrócie opisano moment, w którym Los Angeles Clippers i Toronto Raptors uzgodniły transfer Kawhiego Leonarda. Minął ponad miesiąc, a transakcja wciąż wisi w powietrzu. Powód jest prosty: NBA sprawdza, czy Clippers nie przekazywali Leonardowi dodatkowych milionów dolarów poza oficjalnym kontraktem, korzystając z firm współpracujących z klubem.

W centrum sprawy są dwie firmy. Pierwsza to Aspiration, z umową wartą 28 mln dolarów. Druga to Daktronics, producent ekranu w hali Intuit Dome, gdzie Clippers rozgrywają swoje meczy domowe. Mimo to 35-letni Leonard, jak donosi Jake Fischer, wciąż liczy na to, że zdąży dołączyć do Raptors przed startem obozu przygotowawczego.

Komisarz Adam Silver mówił w połowie lipca, że kancelaria prowadząca śledztwo zebrała już większość materiałów i teraz je analizuje. Silver chciałby zamknąć sprawę zanim zacznie się sezon. Clippers z kolei szykują się na możliwość walki w arbitrażu — na wypadek, gdyby sankcje okazały się zbyt surowe albo oparte na niewystarczających dowodach.

Historia sięga 2019 roku

Leonard zdobył mistrzostwo NBA z Toronto Raptors w 2019 roku i został MVP finałów. Po tym sezonie podpisał kontrakt z Clippers — a liga już wtedy sprawdzała sygnały, że jego wujek i doradca Dennis Robertson miał domagać się dla niego korzyści niezgodnych z przepisami. Wówczas NBA nie znalazła dowodów, że Clippers spełnili niedozwolone żądania.

12 sierpnia 2021 roku Clippers podpisali z Leonardem czteroletnie przedłużenie kontraktu warte około 176 mln dolarów. Miesiąc później firma należąca do właściciela klubu Steve’a Ballmera zobowiązała się zainwestować 50 mln dolarów w Aspiration. Dwa tygodnie po tej inwestycji Clippers ogłosili z Aspiration partnerstwo warte około 300 mln dolarów, rozpisane na 23 lata. Firma szybko stała się jednym z najważniejszych partnerów powstającej hali Intuit Dome.

W listopadzie 2021 roku powstała spółka KL2 Aspire LLC związana z Leonardem. Od kwietnia 2022 roku obowiązywała jego czteroletnia umowa z Aspiration o wartości 28 mln dolarów. We wrześniu 2024 roku dziennikarz Pablo Torre opublikował materiał, według którego Leonard miał otrzymać te 28 mln dolarów w ciągu czterech lat. Byli pracownicy Aspiration opisywali tę umowę jako tzw. „no-show” — Leonard miał dostawać pieniądze bez żadnej normalnej aktywności reklamowej.

Sprawa robi się jeszcze bardziej pokręcona, gdy dodać do niej Dennisa Wonga, mniejszościowego udziałowca Clippers. Wong zainwestował około 1,99 mln dolarów w Aspiration w momencie, gdy firma już tonęła w problemach finansowych. Dziewięć dni po tej inwestycji Aspiration wypłaciła Leonardowi zaległe 1,75 mln dolarów. Firma ostatecznie ogłosiła bankructwo, a jej współzałożyciel Joe Sanberg przyznał się do oszustw na kwotę przekraczającą 248 mln dolarów.

NBA formalnie ruszyła ze śledztwem we wrześniu 2025 roku. Śledczy zdążyli już przesłuchać Leonarda, Ballmera, Dennisa Robertsona, przedstawicieli Clippers oraz osoby związane z Aspiration.

Co miałoby trafić do Toronto

W minionym sezonie Leonard zagrał w 65 spotkaniach, notując średnio 27,9 punktu, 6,4 zbiórki i 3,6 asysty. Clippers i tak odpadli już w play-inach. Zgodnie z uzgodnionym transferem Toronto miałoby oddać za Leonarda Brandona Ingrama, Gradeya Dicka, niechronione wybory pierwszej rundy draftu 2031 i 2033, prawo do zamiany picków w 2027 roku oraz dwa wybory drugiej rundy.

Dziewięć dni po uzgodnieniu transferu wymianę zamrożono — Toronto dowiedziało się, że przejęłoby na siebie ryzyko konsekwencji śledztwa dotyczącego zawodnika i jego kontraktu. Na początku sierpnia Pablo Torre opublikował kolejny materiał, tym razem o nieujawnionej wcześniej, wielomilionowej umowie sponsorskiej Leonarda z Daktronics. Jedna z osób pracujących przy projekcie hali Intuit Dome twierdziła, że pieniądze miały płynąć od Clippers przez Daktronics do Leonarda. Marc Stein i Jake Fischer piszą, że kancelaria prowadząca dochodzenie dla NBA już wcześniej analizowała relacje Leonarda z Daktronics oraz jego związki z klubem piłkarskim Rhode Island FC.

CBA NBA przewiduje za obchodzenie salary cap m.in. wysoką grzywnę dla klubu, utratę wyborów draftu, możliwość unieważnienia kontraktu zawodnika oraz karę finansową dla samego gracza. Kara dla klubu za naruszenie przepisów dotyczących niedozwolonych umów może wynieść nawet 7,5 mln dolarów. Wobec zawodnika CBA przewiduje z kolei możliwość unieważnienia kontraktu, grzywnę do 350 tys. dolarów oraz zwrot niedozwolonych korzyści.

Obecny kontrakt Leonarda obowiązuje jeszcze jeden sezon — ma w nim zarobić 50,3 mln dolarów. Według ESPN, jeśli strony nie dojdą do porozumienia, cała sprawa może przeciągnąć się nawet do 2027 roku.

„Zdecydowanie czuję, że w lidze są gracze, do których można mnie porównać. Powiedziałbym, że jestem mieszanką różnych graczy – pod względem rozmiarów, siły i umiejętności rzutowych” – mówi Tyler Nickel, opisując swój styl gry. Najbliżej mu, jak sam twierdzi, do Duncana Robinsona z Detroit, Maxa Strusa z Cleveland i Sama Hausera z Bostonu. „Jednocześnie mam swój własny styl gry. Jestem więc swego rodzaju mieszanką wielu zawodników, ale przede wszystkim pozostaję sobą” – zaznacza.

22-letni Nickel ma przed sobą decyzję, która na pierwszy rzut oka nie trzyma się kupy finansowo. New York Knicks wybrali go z 47. numerem tegorocznego draftu NBA. Problem w tym, że w NCAA, grając na zasadach NIL, mógłby zarabiać więcej niż jako zawodowiec – szacowana wartość rynkowa zawodnika w ubiegłym sezonie wynosiła od 1 do 1,4 miliona dolarów. Standardowy kontrakt typu „two-way”, jaki realistycznie czeka go w NBA, gwarantuje w sezonie 2026/27 zaledwie 678 882 dolarów.

Mimo to Nickel deklaruje, że wybiera NBA i Knicks. I ma argument pod ręką: Liga Letnia w Las Vegas, gdzie notował średnio 12,2 punktu na meczu, trafiając przy tym 41,3% rzutów za trzy punkty. Dla sztabu Knicks to liczby, które potwierdzają, że snajperskie umiejętności – te, które sam zawodnik porównuje do Robinsona, Strusa i Hausera – mogą przełożyć się na realną rolę w rotacji.

Miejsce w składzie i kontekst draftu

Knicks mają już 13 zawodników z gwarantowanymi kontraktami, więc pola do eksperymentów kadrowych zostało niewiele. Klub wciąż potrzebuje wzmocnienia na pozycji środkowego – miejsce dla skrzydłowego-strzelca typu Nickel nie jest więc oczywiste, choć drzwi wciąż stoją otworem. W tym samym drafcie Knicks wybrali z numerem 39 Jacka Kayila. Ten jednak ma kontynuować karierę w Europie, a New York zachowuje do niego prawa na przyszłość.

Inną ścieżkę wybrał Robbie Avila. Podpisał umowę typu Exhibit 10 z Los Angeles Lakers, zachowując przy tym gwarancję rozegrania jeszcze jednego sezonu w NCAA. Widać więc, że rezygnacja z bezpieczniejszych i lepiej płatnych opcji akademickich, na którą zdecydował się Nickel, nie jest jedyną drogą dla młodych zawodników wybranych w drugiej rundzie draftu.

Dla Nickela nie chodzi jednak o same pieniądze. Liczy się szansa na grę w drużynie, w której występują Jalen Brunson i Karl-Anthony Towns. To właśnie obecność takich gwiazd w składzie Knicks czyni ofertę NBA atrakcyjną – nawet gdy bilans finansowy wygląda korzystniej po stronie NCAA.

„I agree, yeah” – odpowiedział Victor Wembanyama, gdy francuski twórca internetowy zapytał go, czy zgadza się ze stwierdzeniem, że jest w stanie zdobyć ponad 100 punktów w jednym meczu NBA. Krótkie Q&A, pomyślane jako żartobliwa wymiana zdań, w mgnieniu oka rozniosło się po sieci jako poważna deklaracja gwiazdy San Antonio Spurs.

Wembanyama nie musiał się długo zastanawiać. Padło pytanie, padła zgoda – żadnych „być może”, żadnych zastrzeżeń.

Deklaracja pojawiła się w cieniu świeżego rekordu. W marcu tego roku Bam Adebayo zdobył 83 punkty w meczu Miami Heat przeciwko Washington Wizards. To jeden z najwyższych wyników w historii ligi – i punkt odniesienia, który natychmiast ożywił dyskusję o tym, ile punktów można w ogóle zdobyć w jednym spotkaniu.

Sam Wembanyama do takiego wyniku jeszcze nie dotarł. Jego najlepszy występ w NBA to 50 punktów, zdobytych w 2024 roku – także przeciwko Washington Wizards. Do 83 punktów Adebayo wciąż daleko, a co dopiero do stu. Francuz jednak nie ma wątpliwości, że pewnego dnia może tę granicę przekroczyć.

Jak wygląda droga do 100 punktów

Historia NBA zna tylko jednego zawodnika, który faktycznie dotarł do stu punktów w jednym meczu – Wilta Chamberlaina. Stało się to w 1962 roku, gdy Chamberlain grał dla Philadelphia 76ers w meczu rozegranym w Pensylwanii. Wynik przetrwał ponad sześćdziesiąt lat i wciąż traktowany jest jako granica niemal nieprzekraczalna.

Taki rekord nie powstaje przypadkiem. W meczu Chamberlaina 76ers, mając już bezpieczną przewagę na tablicy, konsekwentnie szukali swojego centra w każdej akcji ofensywnej. Pod koniec spotkania drużyna wprost faulowała rywali, zatrzymując zegar, odzyskiwała piłkę i za każdym razem oddawała ją Chamberlainowi. Cały zespół grał w jednym celu – jak najwięcej punktów dla jednego zawodnika.

Podobny mechanizm zadziałał w marcu tego roku podczas rekordowego meczu Adebayo. Miami Heat w końcówce spotkania praktycznie nie robiło nic innego, jak dostarczanie piłki swojemu centrowi. Heat celowo faulowali rywali, by odzyskać posiadanie, a nawet umyślnie pudłowali rzuty wolne, żeby zebrać piłkę z tablicy i ponownie przekazać ją Adebayo. Wniosek jest prosty: rekordowe wyniki punktowe rzadko są dziełem jednego człowieka. Potrzebny jest cały zespół grający pod jeden scenariusz.

Nie każdy historyczny wieczór wyglądał jednak tak samo. Gdy Kobe Bryant zdobył 81 punktów przeciwko Toronto Raptors w 2006 roku, Los Angeles Lakers przegrywali i po prostu potrzebowali, by Bryant przejął kontrolę nad meczem. Bryant został na parkiecie nieco dłużej, niż wymagał tego sam wynik – był w fenomenalnej formie i miał realną szansę wpisać się do historii. To była gorąca noc jednego zawodnika, nie z góry zaplanowana operacja całego zespołu.

Wembanyama wierzy we własne możliwości, ale droga od 50 punktów do granicy stu jest usłana warunkami, które nie zależą tylko od jednego koszykarza. Potrzebny byłby mecz, w którym trener San Antonio Spurs zdecyduje się grać właśnie w ten sposób – z jednym celem wypisanym na tablicy wyników.

Instalacja aplikacji
Pobierz