Termin jest już znany. Rozprawa przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu odbędzie się pod koniec października 2026 roku – tak ustalono w porozumieniu z IIHF. Sentencja orzeczenia ma trafić do stron wkrótce po jej zakończeniu.
Sprawa wpłynęła do lozańskiego trybunału 31 sierpnia 2026 roku – tego dnia Rosyjska Federacja Hokeja (FHR) złożyła oficjalną skargę. Jeszcze tego samego dnia do CAS trafiła pełna treść dokumentu. Rosjanie nie zgadzają się z decyzją Rady Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie, która 27 lipca 2026 roku podtrzymała zakaz udziału rosyjskich drużyn w międzynarodowych rozgrywkach.
Zwrot akcji sprzed kilku miesięcy
Cała sprawa ma dłuższą historię. Już w maju 2026 roku Rada Dyscyplinarna IIHF uchyliła wcześniejszą decyzję Rady IIHF o przedłużeniu zakazu dla wszystkich rosyjskich drużyn w zawodach pod egidą federacji. Nadzieja na powrót nie trwała jednak długo – lipcowa decyzja Rady IIHF ponownie zamknęła tę furtkę.
Niezależnie od tego, co postanowi arbitraż, jedno jest już przesądzone: reprezentacja Rosji nie zagra w mistrzostwach świata elity w 2027 roku – tak zdecydowała IIHF. To, czy ten stan utrzyma się na dłużej, czy Rosjanie znajdą jednak prawną drogę powrotu do międzynarodowego hokeja, pokaże rozstrzygnięcie CAS, spodziewane wkrótce po październikowej rozprawie.
Ile może być wart najlepszy obrońca współczesnej ligi NHL? Odpowiedź brzmi: 163,2 mln dolarów. Tyle zainkasuje Cale Makar po podpisaniu nowego, ośmioletniego kontraktu z Colorado Avalanche.
Jako pierwsza informację podała agencja Reuters. Zgodnie z warunkami umowy 27-letni Kanadyjczyk będzie inkasował średnio 20,4 mln dolarów rocznie. To on jako pierwszy zawodnik w historii NHL przebije psychologiczną granicę 20 mln dolarów rocznej pensji.
Nowa umowa nie zacznie działać od razu. Ruszy dopiero w sezonie 2027/2028 i potrwa aż do końca rozgrywek 2034/2035. Colorado zabezpieczyło sobie gwiazdę na kolejną dekadę, choć obecny kontrakt Makara jeszcze nie wygasł.
Rekord ustanowiony przez Makara nie zagrzał miejsca w tabelach zbyt długo – a raczej wyprzedził inny, świeżo ustanowiony przez młodego rywala. Kanadyjczyk przebił umowę Macklina Celebriniego, który w lipcu podpisał z San Jose Sharks pięcioletni kontrakt wart 94 mln dolarów. Sama różnica w skali obu umów mówi wiele o tym, jak dziś wycenia się obrońcę pokroju gwiazdy Avalanche na rynku transferowym NHL.
Dwie Norrisy i Puchar Stanleya
Kontrakt tej wielkości nie bierze się znikąd. Makar dwukrotnie sięgał po Norris Trophy dla najlepszego obrońcy NHL – w sezonach 2021/2022 i 2024/2025. A gdy w 2022 roku Colorado Avalanche zdobywało Puchar Stanleya, on sam odebrał jeszcze Conn Smythe Trophy dla MVP całych playoffów.
Ostatni sezon zasadniczy pokazał, że forma wcale nie opada. W rozgrywkach 2024/2025 Makar był najskuteczniejszym obrońcą całej ligi – 92 punkty, na które złożyło się 30 goli i 62 asysty. Od debiutu w NHL zebrał już 507 punktów w 470 meczach. Takie liczby u defensora zdarzają się w tej lidze naprawdę rzadko.
Nowy kontrakt wiąże więc przyszłość Colorado Avalanche z zawodnikiem, który przez ostatnie lata na nowo zdefiniował, czym może być pozycja obrońcy w NHL. Klub zapłaci za to rekordową w historii ligi stawkę. Ale patrząc na trofea w gablocie Makara, trudno nazwać to hazardem – to zakład na sprawdzoną wartość.
Kto poprowadził reprezentację Polski do remisu 93:93 z Bułgarią w pierwszym letnim sparingu? Mateusz Ponitka, autor 21 punktów, choć na parkiecie w Krakowie zabrakło trzech nazwisk, których kibice się spodziewali.
Spotkanie w Krakowie było elementem przygotowań do drugiego etapu eliminacji mistrzostw świata 2027 w Katarze. Mecz pokazał, jak zmienna bywa forma obu drużyn w ciągu czterdziestu minut — po kwartach padały wyniki 26:19, 26:26, 15:27 i 26:21. Polacy stracili przewagę w trzeciej odsłonie, żeby odrobić straty dopiero w końcówce.
To był dopiero pierwszy z trzech sparingów, jakie sztab zaplanował na sierpień. Kolejne testy czekają biało-czerwonych już w ramach właściwych eliminacji: 27 sierpnia zagrają w Rydze z Izraelem, a mecz ten odbędzie się bez udziału publiczności. Trzy dni później, na Ergo Arenie w Trójmieście, Polacy zmierzą się z Niemcami — aktualnymi mistrzami świata i Europy. Wcześniej, 20 sierpnia, drużyna Igora Miliczicia rozegra spotkanie w Sarajewie z Bośnią i Hercegowiną.
Na to okno eliminacyjne trener Miliczić powołał 17 zawodników. Zabrakło jednak Jakuba Szumerta i Jakuba Urbaniaka. Nie pojawił się też 19-letni Miłosz Majewski, który wrócił do Zastalu Zielona Góra z powodu problemów zdrowotnych — te trzy nieobecności najbardziej rzucały się w oczy przed meczem w Krakowie.
Kto punktował w Krakowie
Najskuteczniejszym zawodnikiem meczu okazał się Ponitka z 21 punktami. Blisko podium statystyk uplasował się Aleksander Balcerowski, notując 16 oczek, a Dominik Olejniczak dołożył 14 punktów. Kuba Piśla zdobył 13, natomiast Kamil Łączyński i Michał Sokołowski zanotowali po dziewięć punktów każdy. Sam Miliczić, występujący w tym meczu jeszcze jako zawodnik, dorzucił osiem punktów, a Jarosław Zyskowski zamknął listę strzelców trzema oczkami.
Po stronie Bułgarów najlepszy był Umoja Gibson z 18 punktami. Andrej Iwanow zdobył 16, a Borislaw Mladenow wpisał na konto 15 punktów. To właśnie ta trójka trzymała gości w grze aż do syreny końcowej i doprowadziła do remisu — dla Polaków to sygnał, że przed wrześniowym startem eliminacji wciąż jest nad czym pracować.
Czy rosyjscy i białoruscy koszykarze znów zagrają w międzynarodowych rozgrywkach? Odpowiedź padła we wtorek, 1 września, na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego FIBA.
Federacja postanowiła przywrócić do rywalizacji zawodniczki i zawodników z obu krajów. Decyzja obejmuje też szkoleniowców, arbitrów, komisarzy oraz innych sędziów działających zarówno w tradycyjnej koszykówce, jak i w formacie 3×3.
Ten ruch nie wziął się znikąd. FIBA przychyliła się do zniesienia przez MKOl zalecanych ograniczeń nałożonych na białoruskich sportowców i drużyny. Rosjan potraktowano podobnie — Komitet Wykonawczy zgodził się na tymczasowe zniesienie zawieszenia Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, obowiązującego od 7 lipca.
Konkrety dopiero za rok
Nie znaczy to jednak, że sprawa jest już zamknięta. Szczegółowe ustalenia, w tym program antydopingowy, poznamy dopiero na posiedzeniu Zarządu Centralnego FIBA w grudniu 2026 roku. Do tego czasu powrót Rosjan i Białorusinów pozostaje w zawieszeniu — coś pomiędzy formalnością a otwartym pytaniem.
W tle widać coś więcej niż samą koszykówkę. Działacze liczą, że reprezentacje Rosji i Białorusi pojawią się znów na igrzyskach olimpijskich — w 2028 roku.
Czy tym razem polskie siatkarki wreszcie przełamią klątwę ćwierćfinału? Odpowiedź poznamy w czwartek 3 września o godzinie 15:00 – wtedy zmierzą się z Holandią o awans do półfinału mistrzostw Europy.
Stawka jest wyjątkowa. Polska reprezentacja nie stanęła na podium mistrzostw Europy od 17 lat. To kawał czasu – najmłodsza zawodniczka obecnej kadry, Maja Koput, miała wtedy zaledwie dwa lata. Ostatnie złote medale Polki wywalczyły w latach 2003 i 2005. Od tamtej pory nic.
Nie brakowało chwil, w których wydawało się, że posucha wreszcie dobiegnie końca. Siedem lat temu, w 2019 roku, Polki uwierzyły w sukces tuż przed walką o medal ME. I znów skończyło się tak, jak kończyło się już wielokrotnie – wcześniej i później.
Ćwierćfinał jako pułapka
Statystyki ostatnich pięciu lat nie zostawiają złudzeń. Polska kadra kończyła na etapie ćwierćfinału niemal każdą wielką imprezę – wyjątkiem była tylko Liga Narodów. Lista porażek na tym samym etapie robi się długa: mistrzostwa Europy 2021, mistrzostwa świata 2022, mistrzostwa Europy 2023, igrzyska olimpijskie 2024, mistrzostwa świata 2025. Dwa razy drogę zagradzały Włoszki – najpierw na Euro 2023, potem na mundialu 2025.
Tym razem rywalem nie są jednak faworytki z Italii, lecz Holenderki. I to Holenderki w wydaniu słabszym niż to z 2023 roku. W 1/8 finału musiały się mierzyć z Portugalią – rywalem, którego pokonanie samo w sobie niczego jeszcze nie przesądzało o formie na miarę medalu.
Dla polskiej kadry to może być najlepsza okazja od lat, by przerwać serię ćwierćfinałowych rozczarowań. Czwartkowe starcie o 15:00 pokaże, czy historia wreszcie się zmieni.
Kto usiądzie przy radiu Maxa Verstappena, gdy Gianpiero Lambiase odejdzie z Red Bulla? Odpowiedź jest już oficjalna: Tom McCullough.
Red Bull Racing potwierdził transfer 50-letniego inżyniera z Aston Martina. McCullough dołączy do zespołu w 2027 roku i obejmie stanowisko szefa ds. osiągów Verstappena. Od sezonu 2027 ma docelowo pracować jako inżynier wyścigowy Holendra – zastąpi na tym stanowisku Gianpiero Lambiase.
Ta decyzja kosztowała McCullougha zmianę wcześniejszych planów. Miał trafić do Williamsa, ale zrezygnował z tego pomysłu na rzecz oferty z Milton Keynes.
Sam Lambiase, przez lata głos w słuchawkach Verstappena podczas jego mistrzowskich sezonów, z padoku nie zniknie. Najpóźniej w sezonie 2028 przeniesie się do McLarena, zamieniając rolę szefa operacji wyścigowych w Red Bullu na nowe wyzwanie w Woking.
W komunikacie zespołu entuzjazmu wobec nowego nabytku nie brakowało. „Jesteśmy zachwyceni, że Tom dołączy do zespołu na początku 2027 roku i czekamy na bogactwo doświadczenia oraz ekspercką wiedzę, które wniesie do tej roli” – napisał Red Bull Racing.
„Jesteśmy zachwyceni, że Tom dołączy do zespołu na początku 2027 roku i czekamy na bogactwo doświadczenia oraz ekspercką wiedzę, które wniesie do tej roli”
Droga McCullougha od Reynarda do Red Bulla
McCullough to postać dobrze znana w padoku Formuły 1. Karierę zaczynał w wytwórni podwozi Reynard. Potem przez lata był inżynierem zespołu Aston Martin – funkcję tę pełnił do końca sezonu 2024.
Na początku 2025 roku jego obowiązki w Aston Martinie przejął ówczesny szef zespołu Mike Krack, w ramach wewnętrznych zmian organizacyjnych. McCullough trafił wtedy do projektów pozawyścigowych, obejmując stanowisko kierownicze w spółce-córce Aston Martin Performance Technologies. Teraz wraca na pierwszą linię rywalizacji – tym razem u boku czterokrotnego mistrza świata.
Czy Isack Hadjar stanie na starcie Grand Prix Włoch w pełni zdrowy? To pytanie zadaje sobie dziś cały Red Bull, odkąd Francuz doznał bolesnego urazu na treningu bokserskim tuż przed Grand Prix Holandii. 21-letni kierowca ucierpiał, uderzając w wypełniony piaskiem worek treningowy podczas zajęć na siłowni.
Hadjar jeździ w barwach Red Bull Racing u boku Maxa Verstappena – samo to miejsce w garażu oznacza presję nie do przecenienia. A kontuzja przyszła w najgorszym możliwym momencie: sezon wchodzi w decydującą fazę, kalendarz nie zostawia czasu na spokojną rekonwalescencję.
Najbliższy sprawdzian to Grand Prix Włoch, pierwszy weekend września na legendarnym torze Autodromo Nazionale di Monza, w dniach 4-6 września. Tydzień później – kolejne wyzwanie, i to jakie: historyczny debiut Formuły 1 na torze Madring w Madrycie, gdzie Grand Prix Hiszpanii odbędzie się w dniach 11-13 września.
Walka o punkty trwa
Mimo urazu Hadjar wciąż trzyma się stawki mocno. Po 12 weekendach wyścigowych zajmuje ósme miejsce w klasyfikacji generalnej kierowców z dorobkiem 68 punktów. Jak na kierowcę, który przez cały sezon ściera się z tak wymagającym kolegą z zespołu, to wynik więcej niż przyzwoity.
Do Verstappena, który zdominował ostatnie lata Formuły 1, traci jednak 44 punkty. Przepaść spora, ale przy dwóch wyścigach sprintowych jeszcze do rozegrania i zbliżającej się końcówce sezonu wciąż jest o co grać – o ile kontuzja nie wytrąci Francuza z rytmu przed Monzą.
Ile właściwie zarobi Max Verstappen na nowym kontrakcie z Red Bullem? Liczby ujawnione przez znawcę biznesowej strony Formuły 1 robią spore wrażenie.
Red Bull w oficjalnym komunikacie poinformował o przedłużeniu kontraktu ze swoim kierowcą do 2030 roku. Ogłoszenie padło tuż przed weekendem wyścigowym na torze Zandvoort. 28-letni Verstappen zostaje więc tam, gdzie jest od początku kariery w Formule 1 – w barwach Red Bulla.
„Jestem naprawdę zadowolony z przedłużenia kontraktu. Kontynuowanie tej podróży z tym samym zespołem, z którym byłem przez całą karierę, jest naprawdę wyjątkowe i zawsze tego pragnąłem” – powiedział Verstappen, cytowany za serwisem F1.
Kwoty robią wrażenie
Szczegóły finansowe umowy ustalił Marc Limacher, autor książek „Business/book GP” poświęconych biznesowej stronie Formuły 1. Według jego informacji Red Bull zaoferował Holendrowi wynagrodzenie w wysokości 92 mln euro za sezon. To ponad 396,3 mln złotych rocznie.
To jednak nie wszystko. Doliczmy premie – i robi się z tego nawet 115 mln euro rocznie, czyli ponad 495,3 mln złotych. A licząc od 2027 do 2030 roku, łączna kwota, jaką może zainkasować Holender, sięga 460 mln euro. Po przeliczeniu to ponad 1,98 mld złotych.
Na torze wygląda to jednak zupełnie inaczej niż w księgowości Red Bulla. Liderem klasyfikacji generalnej kierowców jest obecnie Kimi Antonelli z dorobkiem 219 punktów. Drugie miejsce zajmuje Lewis Hamilton ze 169 punktami, trzecie – George Russell ze 160 punktami. Verstappen? Dopiero szósty, ze stratą aż 110 punktów do lidera.
Nowy kontrakt niczego w najbliższym czasie nie zmienia. W sobotę na torze Zandvoort kierowcy zmierzą się w sprincie, a w niedzielę czeka ich wyścig główny o Grand Prix Holandii.
Jedno uderzenie i cała hala zamarła w niedowierzaniu. Co właściwie było w tym ciosie, że Dariusz Michalczewski wylądował na deskach? 10 sierpnia 1996 roku, w walce z Graciano Rocchigianim, „Tiger” padł po ciosie Włocha, a sytuacja natychmiast wzbudziła kontrowersje.
Ten pojedynek do dziś wraca w dyskusjach kibiców i ekspertów boksu jako jeden z bardziej zagadkowych momentów w karierze polskiego pięściarza. Sam upadek – po jednym, konkretnym ciosie Rocchigianiego – od razu wywołał pytania o jego autentyczność.
Trzydzieści lat pytań bez jednoznacznej odpowiedzi
Data 10 sierpnia 1996 roku zapisała się w historii polskiego boksu nie tylko ze względu na wynik, ale właśnie przez okoliczności tego upadku. Kontrowersje wokół starcia Michalczewski – Rocchigiani wybuchły od razu i nie ucichły przez kolejne dekady.
Mija trzydzieści lat, a pytanie postawione na wstępie wciąż czeka na jednoznaczną odpowiedź. Pewne jest jedno: to właśnie ten pojedynek z 1996 roku sprawił, że nazwiska Michalczewski i Rocchigiani na stałe połączyła jedna z najbardziej dyskutowanych scen w historii polskiego boksu.
Kto właściwie jest teraz mistrzem świata WBC w wadze junior ciężkiej – Michał Cieślak czy Noel Mikaelian? Odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać, a organizacja Zuffa Boxing dorzuciła do całej sprawy kolejny element zamieszania.
Zuffa Boxing ogłosiła, że 12 września na gali Benn – Garcia dojdzie do starcia Jaia Opetaii z czempionem WBC Noelem Mikaelianem. Kłopot w tym, że status samego pasa od miesięcy budzi wątpliwości. Decyzja o zestawieniu tej pary tylko je pogłębiła.
Nie wiadomo bowiem, czy Michał Cieślak wyjdzie w przyszłości do ringu jako tymczasowy mistrz WBC, czy zostanie wcześniej oficjalnie mianowany pełnoprawnym następcą Mikaeliana na tronie World Boxing Council. To rozróżnienie ma znaczenie kluczowe – w boksie różnica między tytułem tymczasowym a pełnym potrafi zdecydować o tym, kto naprawdę rządzi w danej kategorii wagowej.
Polak czeka na swoją szansę
Michał Cieślak wciąż czeka na powrót do ringu. Nie ukrywa przy tym, że jego celem jest zdobycie tytułu mistrza świata. Argumenty ma po swojej stronie – w karierze zawodowej zanotował 28 zwycięstw przy zaledwie dwóch porażkach.
Zapowiedziana na 12 września walka Opetaia – Mikaelian sprawia jednak, że polski pięściarz musi uzbroić się w cierpliwość. Zanim WBC ostatecznie rozstrzygnie, komu przypadnie jego pas, Cieślak pozostaje w zawieszeniu – z rekordem, który mówi sam za siebie, ale bez jasności co do własnej pozycji w hierarchii organizacji.