Stan 9-8 w super tie-breaku. Coco Gauff z piłką meczową. Jedno uderzenie od finału Wimbledonu. Nie trafiła. I w tej właśnie chwili półfinał stał się historią Karoliny Muchovej.
Czeszka rozbiła Gauff 6:2, 1:6, 7:6(10) i po raz pierwszy w karierze stanęła w obliczu finału Wimbledonu. Trzy sety, trzy zmiany narracji i rozstrzygnięcie dosłownie na ostatniej piłce — trudno o lepszy przepis na wielkoszlemowy półfinał.
Trzy sety, trzy różne mecze
Pierwszy set należał do Muchovej bez żadnych zastrzeżeń. Od pierwszej wymiany Czeszka grała pewnie i agresywnie, domykając seta wynikiem 6:2. Gauff nie mogła odnaleźć swojego rytmu.
Drugi set to zupełnie inna historia. Amerykanka dosłownie odwróciła losy spotkania i wygrała go 6:1, nie pozostawiając rywalce żadnych złudzeń. Wszystko miało się rozstrzygnąć w trzecim secie — i rozstrzygnęło się naprawdę do końca.
Decydował super tie-break do dziesięciu punktów. Gauff prowadziła 9-8, serwowała po finał — i nie wykorzystała piłki meczowej. Muchova nie dała się złamać. Wygrała tie-break 12-10 i zamknęła mecz.
Warto pamiętać, z kim Czeszka mierzyła się w tym meczu. Gauff wchodziła na kort jako najwyżej rozstawiona tenisistka spośród wszystkich zawodniczek, które pozostały w turnieju. Zwycięstwo nad nią ma więc wymiar szczególny.
Droga Muchovej do półfinału też nie była pozbawiona trudnych momentów — po drodze wyeliminowała m.in. Naomi Osaką. Co więcej, awans do czołowej czwórki Wimbledonu sprawił, że Czeszka skompletowała półfinały we wszystkich czterech turniejach wielkoszlemowych. To osiągnięcie mówi samo za siebie.
Wimbledon ma ostatnio wyraźne upodobanie do czeskich triumfatorek. Trofeum wywoziły do Czech Marketa Vondrousova i Barbora Krejcikova. Muchova ma teraz szansę dołączyć do tego grona.
W finale Karolina Muchova zmierzy się ze zwyciężczynią drugiego półfinału, rozegranego między Martą Kostyuk a Lindą Noskową.
Czwartek, 9 lipca, kort centralny w Londynie. Marta Kostiuk, rozstawiona jako dwunasta, weszła na mecz z pokaźnym dorobkiem – po drodze do półfinału odprawiła Jasmine Paolini i Emmę Navarro. Linda Noskova nie pozwoliła jej jednak pójść dalej. Dwa sety, dwa razy 6:4 – Czeszka zameldowała się w finale.
Noskova jest rozstawiona z numerem 9 i nigdy wcześniej nie grała w finale Wielkiego Szlema. Teraz zagra o tytuł na Wimbledonie. Naprzeciwko stanie jej rodaczka – Karolina Muchova, która w drugim półfinale wyeliminowała Coco Gauff w trzech setach. Finał w sobotę, 11 lipca o 17:00, będzie więc w całości czeski.
Droga do finału
Noskova szła przez turniej bez zbędnych przestojów. W 3. rundzie wyeliminowała Soranę Cirsteę, w ćwierćfinale – Elise Mertens. Kostiuk poradziła sobie podobnie: najpierw Navarro w 3. rundzie, potem Paolini w ćwierćfinale. Ukrainka z Kijowa przez większość turnieju grała pewnie – tylko raz oddała pierwszego seta, w meczu 2. rundy z Anną Blinkową. W półfinale Noskova, sklasyfikowana na 13. miejscu w rankingu WTA, okazała się jednak wyraźnie lepsza.
Tegoroczny Wimbledon przebiega bez największych faworetek. Aryna Sabalenka, liderka rankingu WTA, odpadła już w pierwszej fazie turnieju. Iga Świątek i Jelena Rybakina pożegnały się z rywalizacją równie wcześnie. To właśnie te nieobecności otworzyły drogę tenisistkom z drugiego szeregu – i teraz dwie z nich powalczą o trofeum.
Muchova zna już smak wielkoszlemowego finału. W 2023 roku przegrała decydujący mecz Rolanda Garrosa z Igą Świątek. Noskova tego doświadczenia nie ma. Czy to zaważy w sobotę – przekonamy się o 17:00.
Pięć lat z rzędu bez przerwy między sezonami, dziewięć sesji treningowych i testowych w Formule 1 — i w końcu dość. 27-letni Pato O’Ward poprosił szefa McLarena Zaka Browna o zwolnienie z roli kierowcy rezerwowego w F1. Meksykanin zamknął ten rozdział sam, z własnej woli.
Na torach F1 pojawiał się pięciokrotnie podczas sesji treningowych — trzy razy w Abu Zabi i dwa razy na domowym wyścigu w Meksyku. Do tego cztery razy zasiadał za kierownicą podczas posezonowych testów w Abu Zabi. Doświadczenia zebrał sporo. Mimo to uznał, że to wystarczy.
„Przez ostatnie pięć lat nie miałem przerwy między sezonami.”
Właśnie brak kontroli nad własnym harmonogramem okazał się kluczowy. O’Ward wprost przyznał, że zobowiązania wobec F1 odbierały mu jakikolwiek wpływ na własny kalendarz. Dla kierowcy wchodzącego w siódmy sezon z McLarenem w IndyCar to zbyt wysoka cena.
IndyCar zamiast F1 — świadomy wybór
O’Ward nie ukrywa, że ta decyzja nie wynika z rozczarowania. To kwestia przekonania o własnej pozycji. W poprzednim sezonie IndyCar był wicemistrzem. Trudno się dziwić, że czuje się tam u siebie.
„Nie czuję żadnej potrzeby, by kontynuować pracę jako kierowca rezerwowy w Formule 1, ponieważ w IndyCar jestem w świetnym miejscu.”
Dochodzi do tego sceptycyzm wobec kierunku, w jakim zmierza F1. O’Ward nie kryje braku entuzjazmu wobec nowych przepisów technicznych, zakładających podział napędu mniej więcej po połowie między silnik spalinowy a jednostkę elektryczną. Swoją relację z królewską serią skwitował krótko: „To nie jest miejsce, w którym w tym momencie widzę swoją przyszłość.”
Zamiast tego stawia na serię, o której mówi bez wahania: „IndyCar to najlepsze miejsce do uprawiania sportów motorowych.”
Jest też szerszy kontekst. W sezonie 2027 McLaren w IndyCar szykuje odświeżony skład. Do ekipy dołączyć ma sześciokrotny mistrz IndyCar Scott Dixon, a także Felix Rosenqvist — zwycięzca tegorocznego Indianapolis 500. W obliczu takich zmian O’Ward wyraźnie woli walczyć o swoje miejsce w serii, którą zna najlepiej, niż pełnić funkcję rezerwowego w innym championacie.
Trzydzieści meczów. Ani jednego opuszczonego. A jednak Czarni Słupsk zamknęli sezon 2025/2026 z zaledwie dziewięcioma wygranymi — i Dominik Wilczek postanowił poszukać nowego miejsca. Znalazł je na Śląsku.
26-letni skrzydłowy podpisał kontrakt z Tauron GTK Gliwice na sezon 2026/2027. Pod wodzą trenera Nebojšy Vidicia trafi do składu liczącego już czterech obcokrajowców i czterech polskich graczy.
Kompletny sezon w Słupsku, nowy rozdział w Gliwicach
W barwach Energi Czarnych Słupsk Wilczek rozegrał wszystkie 30 spotkań ligowych. Średnio zdobywał 7,6 punktu i 1,9 zbiórki na mecz, rzucał z gry na poziomie 33 procent, a za trzy punkty trafiał w 30 procentach prób. Liczby może nie porywają, ale dyspozycyjność — stuprocentowa.
GTK Gliwice to klub wciąż piszący swoją historię w PLK — najwyżej sięgnął dotąd po 12. miejsce w lidze. Na nadchodzący sezon gliwiczanie skompletowali czterech zagranicznych wzmocnień: rozgrywającego Erica Nottage’a, niskiego skrzydłowego Quintona Greena, centra Milana Suskavcevicia i silnego skrzydłowego Anthony’ego Smitha. Z Polaków kontrakty zachowali Kacper Gordon, Kajetan Misztal i Marcel Walczuk.
Wilczek nie jest jedynym w rodzinie, który tego lata zmienił klub. Jego młodszy brat Maksymilian — dwukrotny mistrz Polski z Legią Warszawa — trafił do Twardych Pierników Toruń, gdzie pracuje trener Srdjan Subotić. Bracia rozjadą się po Polsce, każdy z własną ambicją na nowy sezon.
Środa. Konferencja prasowa przed UFC 329 właśnie się skończyła, a Max Holloway opuścił salę z uśmiechem i planem, który trudno jednoznacznie nazwać — strategia szachowa? Prowokacja? Jedno i drugie. Nie zamierza niszczyć Conora McGregora. Chce go zostawić na tyle w jednym kawałku, żeby Irlandczyk sam uwierzył, że ma ochotę na jeszcze jedną walkę.
„Sprawię, że będzie mu się wydawało, że stać go na jeszcze jedną walkę, abyśmy stanęli pod koniec roku do trylogii” — powiedział Holloway.
To nie jest skromność. To zimna kalkulacja.
Debiut w kategorii półśredniej i trzynaście lat przerwy
W sobotę w Las Vegas obaj stają naprzeciwko siebie po raz drugi. Tym razem w limicie kategorii półśredniej — 170 funtów — co oznacza, że Holloway po raz pierwszy w karierze walczy na tej wadze. Pierwsze starcie rozegrano trzynaście lat temu i zakończyło się zwycięstwem McGregora. Od tamtej pory drogi obu zawodników rozeszły się diametralnie.
McGregor wraca do klatki po pięciu latach nieobecności. Holloway przez ten czas wyrósł na jedną z największych gwiazd UFC. Bukmacherzy, kibice i eksperci są zgodni — Hawajczyk to zdecydowany faworyt. A jednak nie zamierza wchodzić do klatki z poczuciem wyższości.
„Przygotowuję się pod najgroźniejszego Conora McGregora w historii. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej” — zadeklarował przed galą.
Obóz Hollowaya do debiutu w nowej kategorii wagowej podszedł metodycznie. Na sparingi ściągnięto byłego mistrza wagi półśredniej Jacka Dellę. Planowano tydzień wspólnych treningów — wyszły dwa.
„Mieliśmy trenować tylko przez tydzień, ale tak nam się spodobało, że trenowaliśmy przez dwa tygodnie” — przyznał Holloway.
Plan jest więc gotowy. Wygrać — ale z głową. Zostawić McGregora z przekonaniem, że rewanż ma sens, i zaprosić go na jeszcze jedną noc w klatce przed końcem roku. Jeśli to zadziała, Las Vegas może zobaczyć trylogię, na którą kibice MMA czekają od dekady.
24 lipca, gdzieś w Tajlandii, Mariusz Wach stanie naprzeciwko Tysona Fury’ego. Nie jako tło. Nie jako sparingpartner. Jako bokser z gotowym planem — i z wolą, żeby go wykonać.
Wach zbliża się do 47. urodzin. Na koncie ma 39 wygranych, 13 przegranych i 20 nokautów. Fury to zupełnie inna półka: 35 wygranych, 2 przegrane, 1 remis i 24 nokauty. Polak doskonale zdaje sobie sprawę, z kim się mierzy.
„Wyobrażam sobie, że to będzie najtrudniejsza walka w mojej karierze i tak ją traktuję. Dlatego trenuję bardzo ciężko.”
Ostatnie lata nie były dla Wacha łaskawe — sam przyznaje, że przegrał kilka ostatnich walk. Ale właśnie ta świadomość działa na niego jak paliwo. Wielka scena nie jest mu obca: był już pretendentem do mistrzostwa świata w wadze ciężkiej, a w listopadzie 2012 roku stanął do walki z Władimirem Kliczką i przegrał na punkty. Wie, co to znaczy walczyć o najwyższe stawki.
Fury myślami już przy Joshuie?
Taktyka Wacha to nie tylko robota w narożniku — to też praca głową. Fury ma wstępnie dogadaną walkę z Anthonym Joshuą pod koniec roku, a Polak jest przekonany, że Brytyjczyk nie podejdzie do lipcowego starcia z pełnym skupieniem.
„A moim zdaniem Tyson nie będzie przygotowany na nią w stu procentach. On już jest myślami przy walce z Joshuą.”
Do tego dochodzi kolejny czynnik rozpraszający: Fury kręci właśnie nową serię dokumentu o swojej rodzinie. Wach obserwuje to wszystko z uwagą. Zna rywala nie tylko z nagłówków — sparowali ze sobą kilka lat temu, więc Polak wie dokładnie, co go czeka.
Ocenia go wysoko. „Tyson to świetny zawodnik, według mnie wciąż należący do najlepszej trójki obecnej wagi ciężkiej” — mówi Wach. Tym cenniejsza byłaby wygrana: Joshua ma rekord 29 wygranych, 4 przegranych i 26 nokautów, a pojedynek z nim to dla Fury’ego absolutny priorytet sezonu. Wach chce ten scenariusz zburzyć.
„Przegrałem ostatnio kilka walk, zrobię jednak wszystko, aby pokrzyżować plany promotorom i nie dopuścić do walki Fury’ego z Joshuą” — mówi bez owijania w bawełnę. 24 lipca w Tajlandii zobaczymy, czy słowa zamienią się w czyn.
Był 2012 rok. John Graham — kierowca rajdowy, promotor hokejowy i wizjoner w jednej osobie — siedział przy stole negocjacyjnym z marzeniem, które wydawało się niemal w zasięgu ręki: przenieść Phoenix Coyotes do zachodniej Kanady, do prowincji Saskatchewan. Zastępca komisarza NHL Bill Daly odbył spotkania zarówno z grupą Grahama, jak i z władzami Saskatoon. Don Cherry obwieścił w swoim programie Coach’s Corner, że transakcja jest praktycznie dogadana. Kanada wstrzymała oddech.
Nic z tego nie wyszło.
Phoenix Coyotes zostały w Arizonie — od 2014 roku pod szyldem Arizona Coyotes. Historia Saskatoon stała się czymś więcej niż tylko lokalną porażką. To symbol strukturalnej bariery, która od dekad odcina kanadyjskie miasta od ligi, którą Kanada de facto współtworzyła.
Siedem z trzydziestu dwóch
NHL liczy dziś 32 drużyny. Tylko siedem z nich ma siedzibę w Kanadzie. Ta liczba boli — zwłaszcza gdy zestawimy ją z faktem, że hokej na lodzie to w tym kraju religia, nie rozrywka. Quebec był odrzucany w procesie ekspansji dwukrotnie w ciągu zaledwie trzech lat, za każdym razem przegrywając z Las Vegas i Seattle. A Florida Panthers? Zdobyli Puchar Stanleya w 2024 i 2025 roku — drużyna z rynku, gdzie naturalny lód to egzotyka.
Saskatoon miało argumenty. Gospodarka prowincji Saskatchewan rosła w tamtym okresie o blisko 3%, co plasowało ją na drugim miejscu w kraju, tuż za Albertą. Miasto rozrosło się z ośrodka poniżej 200 tysięcy mieszkańców do 230 tysięcy. Lokalna hala mieściła 15 200 widzów, a Saskatoon gościło już wcześniej kilka meczów pokazowych z udziałem klubów NHL. Fundament gospodarczy — potaż, uran, przemysł naftowy, rolnictwo — był solidny. Żadnej spekulatywnej bańki.
Liga wybrała inaczej. Dlaczego?
Odpowiedź tkwi w strukturze własności i siatce interesów finansowych, które rządzą NHL od środka. Wśród częściowych akcjonariuszy ligi znajdziemy same kanadyjskie marki: Tim Hortons, Canadian Tire, Ford of Canada, Rogers, Bell, Bank of Nova Scotia oraz Kraft. Rogers Communications kontroluje znaczną część kanadyjskiego rynku praw telewizyjnych do rozgrywek NHL. BCE i Rogers wspólnie posiadają pakiet większościowy w Toronto Maple Leafs. Nowy kanadyjski klub to potencjalny konkurent — dla oglądalności, dla sponsorów, dla wyceny istniejących franczyz.
Jedynym wymiernym sukcesem ostatnich lat było przeniesienie Atlanty Thrashers do Winnipeg i przemianowanie ich na Jets. Jeden przypadek na całą dekadę. Komisarz Gary Bettman niezmiennie kieruje wzrok ligi ku południu Stanów Zjednoczonych — większe rynki, niższe podatki, a walka o widza przynajmniej w teorii łatwiejsza.
Kanada ma hokej we krwi. NHL ma w głowie bilans. Na razie bilans wygrywa.
28. minuta na Gillette Stadium pod Bostonem. Kylian Mbappé podchodzi do piłki, rozpędza się — i posyła jedenastkę obok słupka. Bounou nawet nie musiał się ruszać. Francja wciąż 0:0, największa gwiazda turnieju właśnie przepuściła szansę na szybkie prowadzenie.
Skończyło się jednak wygraną Les Bleus. Francja pokonała Maroko 2:0 w pierwszym ćwierćfinale mistrzostw świata 2026 i pewnie zameldowała się w półfinale.
Sześć minut, dwa gole
Pierwsza połowa zakończyła się bez bramek. Najbliżej zmiany wyniku był Digne, który uderzył w poprzeczkę pod koniec pierwszej części. Maroko broniło się skutecznie — pierwszego celnego strzału drużyna z Afryki oddała dopiero w 83. minucie.
Francja rozstrzygnęła mecz w sześć minut. W 60. minucie Mbappé, piłkarz Realu Madryt, odkupił błąd z karnego i wpisał się na listę strzelców. Chwilę później, w 66. minucie, podał do Dembélé, a ten uderzył z dystansu, sprzed pola karnego — 2:0. Mecz był skończony.
Wicemistrz świata w drugiej połowie pokazał klasę, której brakowało mu w pierwszej. Maroko walczyło, ale przez większość spotkania nie zdołało zagrozić bramce Francuzów.
W półfinale Francja zmierzy się ze zwycięzcą pary Hiszpania – Belgia. Mecz zaplanowany jest na piątek 10 lipca o godzinie 21:00 czasu polskiego. Na marginesie warto dodać, że zmarnowane karne to w tym turnieju nie tylko domena Mbappégo — Leo Messi nie wykorzystał na tych mistrzostwach aż dwóch jedenastek.
Jak sprawić, by parada kierowców Formuły 1 była czymś więcej niż tylko przejazdem przed trybunami? Odpowiedź okazała się prosta: zamienić tradycyjne pojazdy na miniaturowe bolidy złożone z ponad 28 000 klocków każdy.
Wszyscy 22 kierowcy Formuły 1 wzięli udział w Paradzie Kierowców LEGO przed British Grand Prix 2026 na torze Silverstone. Po raz pierwszy w historii tej imprezy każdy z nich prowadził własny, dedykowany minipojazd LEGO. Każda maszyna to ponad 28 000 klocków i prędkość maksymalna sięgająca 25 km/h.
Żaden z tych pojazdów nie powstał przypadkowo. Każdy odwzorowuje bolid konkretnego zespołu F1 na sezon 2026 — z barwami, logo i numerem kierowcy. Nad całością czuwał zespół 20 projektantów, inżynierów i konstruktorów LEGO. Łącznie projekt pochłonął ponad 6400 godzin pracy, a fizycznie wszystkie pojazdy zbudowano w fabryce Grupy LEGO w Kladnie w Czechach.
Od Miami do Silverstone
Parada Kierowców LEGO zadebiutowała podczas Miami Grand Prix 2025. Na tor wjechało wtedy 10 pełnowymiarowych samochodów LEGO w skali 1:1, inspirowanych kolekcją zestawów LEGO Speed Champions F1. Reakcja — zarówno kibiców, jak i samych zawodników — nie pozostawiała wątpliwości.
„Zawsze wsłuchujemy się w głos naszych fanów, dlatego po Paradzie Kierowców MIAMI GRAND PRIX 2025 było jasne, że zarówno kibice, jak i kierowcy chcą więcej.”
Słowa te należą do Julii Goldin, Chief Product & Marketing Officer w Grupie LEGO. Wtóruje jej Emily Prazer, Chief Commercial Officer w Formule 1.
„Ubiegłoroczna Parada Kierowców F1 w Miami z udziałem naturalnej wielkości samochodów LEGO była jednym z najbardziej niezapomnianych i najgłośniej komentowanych momentów sezonu.”
Silverstone podniosło poprzeczkę. W Miami — 10 pojazdów. W Wielkiej Brytanii — 22, po jednym dla każdego kierowcy startowego. Liczby mówią same za siebie.
Przez lata ćwierćfinał Wimbledonu był dla Zvereva murem nie do przebicia. W środę, 8 lipca 2026 roku, Niemiec w końcu go zburzył. Rozstawiony z numerem drugim Alexander Zverev rozgromił Taylora Fritza 6:4, 6:4, 6:2 i po raz pierwszy w karierze stanął w półfinale Wimbledonu.
Godzina i 59 minut — tyle wystarczyło, by rozmontować szóstego w rozstawieniu Fritza bez cienia wahania. 29-letni Zverev ani razu nie dał się przełamać, posłał 14 asów i wykorzystał cztery z sześciu break pointów. Do tego dorzucił 29 uderzeń wygrywających przy zaledwie 15 niewymuszonych błędach. Zimna, chirurgiczna skuteczność.
Kontekst czyni to zwycięstwo jeszcze smaczniejszym. Przed meczem Zverev prowadził w bezpośrednich pojedynkach z Fritzem zaledwie 5-10, a siedem ostatnich starć z Amerykaninem kończyło się porażką Niemca. Na trawiastych kortach Wimbledonu ta seria wreszcie dobiegła końca.
Fritz walczył z kontuzją, statystyki nie kłamią
Amerykanin nie był w pełni sił — kontuzjowane wiosną prawe kolano dało o sobie znać już po trzech gemach drugiej partii, kiedy Fritz poprosił o przerwę medyczną. Zaserwował 17 asów i posłał 31 uderzeń wygrywających, lecz 28 niewymuszonych błędów ostatecznie go pogrzebało. Zverev nie wybaczył ani jednej słabości.
To już 12. półfinał Niemca na poziomie Wielkiego Szlema. Awans na SW19 przyniósł mu coś jeszcze: Zverev dołączył do wąskiego grona 27 graczy w erze zawodowego tenisa, którzy dotarli do półfinałów wszystkich czterech turniejów wielkoszlemowych — osiągnięcie, które mówi samo za siebie na tle całej historii dyscypliny. Triumfator niedawnego Rolanda Garrosa jest w tym sezonie po prostu w innej lidze.
W piątkowym półfinale Zverev zmierzy się z Arthurem Ferym. Stawką jest nie tylko finał — w tle rywalizacja o pulę nagród wynoszącą 64,2 mln funtów.