⚡ Aktualnie:
Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”? Czy Conor McGregor jeszcze wróci do klatki? Jego trener nie ma wątpliwości „Poluję na tego kurczaka” – Khamzat Chimaev domaga się rewanżu z Seanem Stricklandem Które kraje powalczą o igrzyska 2036? MKOl podał termin decyzji NBA. Ile zawodników potrzeba do meczu? Pacers odpowiedzieli – sześciu Ile czasu dał klub Ante Simundzy po porażce z Radomiakiem? Niespełna godzinę Kogo szukał Urban na meczu Raków – Pogoń? Selekcjoner nie był tam sam Jak ostatni w tabeli Raków rozbił trzecią Pogoń grającą w dziewięciu? Kto poprowadzi Bena Sheltona po US Open? Do sztabu wchodzi Juan Carlos Ferrero Świątek straciła punkty za WTA Finals. Oto najnowszy ranking Czy Maja Chwalińska zostanie Sportowcem Roku „Przeglądu Sportowego”?

Czy to przypadek, że w półfinałach mistrzostw świata 2026 spotkają się wyłącznie byli mistrzowie globu? Raczej nie — FIFA zadbała o to na długo przed pierwszym gwizdkiem.

W półfinałach MŚ 2026 zagrają Argentyna z Anglią oraz Francja z Hiszpanią. Wszystkie cztery drużyny to byli mistrzowie świata. I nie ma w tym żadnego zbiegu okoliczności. Tuż przed losowaniem fazy pucharowej FIFA wprowadził specjalne rozstawienia dla czterech najwyżej notowanych reprezentacji w rankingu FIFA. Cel? Oficjalnie:

„zapewnienie wyrównanego poziomu rywalizacji”

Mechanizm jest prosty, ale skuteczny. Nowe zasady gwarantują, że Hiszpania, Argentyna, Anglia i Francja mogą się spotkać najwcześniej w półfinale — jednak wyłącznie pod warunkiem, że wszystkie cztery wygrają swoje grupy. Wszystkie ten warunek spełniły. Scenariusz z katalogu marzeń stał się rzeczywistością.

Koniec niespodzianek à la Maroko i Belgia?

Wystarczy spojrzeć wstecz, by zrozumieć, co skłoniło FIFA do zmiany zasad. W półfinałach MŚ 2022 w Katarze grały Chorwacja i Maroko — drużyny bez tytułu mistrzowskiego. Cztery lata wcześniej, na mundialu 2018, do czołowej czwórki dotarły Belgia i Chorwacja, które nigdy wcześniej nie sięgnęły po tytuł. Dla kibiców — piękne niespodzianki. Dla sponsorów i nadawców telewizyjnych — niekoniecznie.

W starym systemie gospodarz turnieju trafiał do grupy A, a drabinka pucharowa łączyła drużyny z grup A–B, C–D i tak dalej. Przy 48 drużynach w rozszerzonym turnieju i nowej zasadzie dopuszczającej do fazy pucharowej nawet ekipy z trzecich miejsc w grupach stare reguły przestały gwarantować, że gwiazdy dotrą do końcowych rund. FIFA postanowiła to naprawić.

Podobne rozwiązania znane są w sporcie od lat. Rozstawienia chroniące faworytów przed wczesnym starciem testowano już podczas Klubowych Mistrzostw Świata, a od dawna funkcjonują w Lidze Mistrzów i turniejach tenisowych Wielkiego Szlema.

Za całym przedsięwzięciem stoją liczby, które mówią same za siebie. FIFA ma zarobić na MŚ 2026 rekordowe 9 miliardów dolarów. Dla porównania: na mundialu 2022 w Katarze przychody organizacji wyniosły 7,0–7,5 miliarda dolarów. Półfinał Argentyna–Anglia albo Francja–Hiszpania to gwarancja oglądalności na wszystkich kontynentach — i niemal pewność, że rekord zostanie pobity.

Czy Zverev, świeżo upieczony triumfator Roland Garros, zdoła w jednym sezonie wygrać dwa wielkie szlemy z rzędu? Odpowiedź nadeszła 12 lipca 2026 roku na kortach All England Club — i była jednoznaczna: nie.

Jannik Sinner, rozstawiony z numerem pierwszym, pokonał Alexandra Zvereva (Niemcy, rozstawiony nr 2) w finale Wimbledonu 2026 i obronił tytuł wywalczony rok wcześniej. Wynik: 6:7 (7-9), 7:6 (7-2), 6:3, 6:4. Cztery sety, dwa tie-breaki i coraz pewniejsza ręka Włocha w miarę upływu meczu.

Zverev zaczął lepiej, Sinner odpowiedział

Pierwsza partia była wyrównana do ostatniej piłki. Tie-break rozstrzygnął się na korzyść Niemca — Zverev wygrał go 9-7. Sinner stracił seta, lecz nie głowę. W drugiej partii historia niemal się powtórzyła: znów tie-break, tym razem jednak Włoch był bezlitosny. Wygrał go 7-2 i wyrównał stan meczu.

Od tej chwili spotkanie toczyło się już tylko w jednym kierunku. Trzeci set dla Sinnera 6:3, czwarty 6:4. Zverev nie miał już złudzeń, kto rządzi na trawie.

Dla Niemca był to wyjątkowy sezon. Przed finałem w Londynie Zverev triumfował na Roland Garros 2026 i marzył o wygraniu dwóch kolejnych turniejów wielkoszlemowych. Sinner przekreślił te plany.

W tegorocznej rywalizacji zabrakło Carlosa Alcaraza — Hiszpan nie wystąpił na Wimbledonie 2026 z powodu kontuzji. To właśnie otworzyło drogę do finału dwóm najwyżej rozstawionym zawodnikom, którzy kibiców nie zawiedli.

Sinner po raz drugi z rzędu sięgnął po trofeum na kortach All England Club. Włoch umacnia swoją pozycję lidera światowego tenisa.

Czy Erling Haaland w końcu zaznaczy swoją obecność na wielkim turnieju? W Miami dostał odpowiedź — i zdecydowanie nie była to ta, na którą liczył.

W meczu o trzecie miejsce mundialu 2026 Anglia pokonała Norwegię 2:1 po dogrywce. Spotkanie rozegrano w Miami, a na trybunach zasiadło ponad 64 tysiące kibiców. Bohaterem wieczoru okazał się Jude Bellingham z Realu Madryt — to on strzelił oba gole dla Anglii i niemal w pojedynkę przyniósł swojej drużynie brązowy medal.

Pierwsi uderzyli Norwedzy. W 36. minucie Andreas Schjelderup trafił do siatki strzałem z linii bocznej pola karnego. Prowadzenie nie przetrwało jednak długo — Bellingham wyrównał w doliczonym czasie pierwszej połowy, w 45+2 minucie, lewą nogą po podaniu z boku boiska. Na przerwę obie drużyny schodziły przy remisie 1:1.

VAR, poprzeczka i dramat w dogrywce

Druga połowa nie poskąpiła emocji. W 55. minucie Torbjorn Heggem wpakował piłkę do siatki, ale sędzia po weryfikacji VAR anulował trafienie — powodem był faul Erlinga Haalanda. Symboliczny moment dla napastnika Manchesteru City: zamiast asysty, piętno człowieka, który odebrał własnej drużynie prowadzenie. W 74. minucie Fredrik Aursnes trafił głową w poprzeczkę, a chwilę potem sam Haaland posłał piłkę obok bramki. Norwegia parła do przodu — bez efektu.

Po 90 minutach na tablicy wciąż widniało 1:1 i konieczna była dogrywka. Rozstrzygnięcie przyszło w 93. minucie — Bellingham wykorzystał błąd bramkarza Orjana Nylanda i strzelił na 2:1. W 100. minucie sędzia cofnął decyzję o rzucie karnym dla Anglii, ale to nie miało już żadnego znaczenia. Anglia wygrała 2:1.

Pod wodzą Thomasa Tuchela Anglicy zameldowali się w półfinale mundialu 2026. Rywalem będzie lepszy z pary Argentyna – Szwajcaria. Przed nimi szansa na powtórzenie tego, co udało się tylko raz — w 1966 roku, gdy Anglia sięgnęła po tytuł mistrza świata.

Co Red Bull zrobi, gdy Max Verstappen sięgnie po klauzule kontraktowe i opuści zespół przed sezonem 2027? Odpowiedź może być zaskakująco prosta: Oliver Bearman.

Według Sky Sports, Red Bull poważnie interesuje się ściągnięciem Bearmana z Haasa — Brytyjczyka, który w tym sezonie ściga się właśnie pod szyldem tej amerykańskiej ekipy. Sprawa nie jest jednak oczywista. Bearman należy do Ferrari Driver Academy i formalnie pozostaje juniorem Scuderii. Mimo tej zależności zainteresowanie ze strony Red Bulla jest jak najbardziej realne.

Mekies — łącznik między dwoma światami

Centralną postacią całej układanki jest Laurent Mekies, obecny szef Red Bulla. To on niegdyś wprowadził Bearmana do Ferrari Driver Academy — zna go więc od podszewki i najwyraźniej darzy sporym zaufaniem. Jeśli rozmowy nabiorą tempa, ta relacja może okazać się ważniejsza niż jakikolwiek kontrakt.

Verstappen tymczasem pozostaje wielką niewiadomą. Holender ma możliwość skorzystania z klauzul i odejścia przed sezonem 2027, a jednym z rozważanych kierunków jest McLaren. Red Bull, dysponując Verstappenem i trzema młodymi kierowcami w składzie, musi mieć gotowy scenariusz na każdą ewentualność.

Nie brakuje przy tym kandydatów wewnętrznych. Nicola Tsolov coraz głośniej puka do drzwi F1 — co oznacza, że Red Bull ma swoich własnych pretendentów do awansu. Bearman byłby opcją z zewnątrz, nie kolejnym krokiem w akademijnej hierarchii.

Dla samego Bearmana sprawa sprowadza się do jednego pytania: czy Ferrari znajdzie dla niego miejsce w 2027 roku? Skład Scuderii na przyszły sezon ma pozostać niezmieniony — Lewis Hamilton i Charles Leclerc. Bez wolnego fotela w Maranello Bearmanowi zostaje trzeci sezon w Haasie — chyba że z Milton Keynes nadejdzie konkretna propozycja.

Czy 22-latek może być wart ponad ćwierć miliarda dolarów? W przypadku Victora Wembanyamy — jak najbardziej. Francuski center podpisał nowy, pięcioletni kontrakt z San Antonio Spurs, wyceniony na 252 miliony dolarów. Jako pierwszy poinformował o tym Shams Charania z ESPN.

Najbardziej uderza jednak nie sama kwota, lecz ta, z której Wembanyama świadomie zrezygnował. Mógł sięgnąć po kontrakt wart nawet 303 miliony dolarów. Wybrał inaczej — 22-letni Francuz zostawił na stole 51 milionów dolarów po to, by Spurs dysponowali większą przestrzenią budżetową. W epoce, gdy zawodnicy bez mrugnięcia okiem wybierają maksimum, to gest rzadki i wymowny.

Z pierwszego numeru draftu do filaru franczyzy

Spurs wybrali Wembanyamę z numerem jeden w drafcie NBA w 2023 roku. Od tamtej pory stał się twarzą odbudowy klubu — i trudno się dziwić. W minionym sezonie notował średnio 25 punktów, 11,5 zbiórki i 3,1 asysty na mecz. Cyfry z najwyższej półki.

W wyścigu o tytuł MVP ligi uplasował się na trzecim miejscu, za Shaiem Gilgeous-Alexanderem i Nikolą Jokiciem. Dla gracza dopiero rozkręcającego swój potencjał — wynik więcej niż imponujący.

Sezon przyniósł też historyczny przełom drużynowy. San Antonio po raz pierwszy od 12 lat dotarło do finałów NBA. Tam jednak przygoda dobiegła końca — New York Knicks rozbili Spurs 4:1. Nowy kontrakt to jasny sygnał: klub ma apetyt na więcej.

„Ostatecznie to moja wina, że wcześniej nie chciałem od nich pieniędzy” — to wyznanie Andrzeja Kościelskiego zelektryzowało słuchaczy ponad godzinnego wywiadu. 57-letni założyciel poznańskiego klubu Ankos MMA powiedział to bez owijania w bawełnę, w rozmowie dla portalu InTheCage.pl opublikowanej 11 lipca 2026 roku.

Wywiad ukazał się w cieniu głośnego konfliktu, który od kilku tygodni elektryzuje polskie środowisko MMA. Na początku czerwca 2026 roku Mateusz Gamrot ogłosił, że został wyrzucony z klubu Czerwony Smok — miejsca, z którym był związany od rozstania z Ankos MMA w 2017 roku. Publicznie przyznał, że nie odpowiadało mu oddawanie pięciu procent swojego wynagrodzenia na rzecz klubu. Szef Czerwonego Smoka, Bartosz Jezierski — trener Gamrota — odpowiedział obszernym oświadczeniem i nagraniem wrzuconym do sieci, przekonując, że w sporze nie chodziło o pieniądze, lecz o szacunek.

Na tym tle Kościelski postanowił zabrać głos. Ujawnił, jak naprawdę wyglądały jego rozliczenia z Gamrotem i Borysem Mańkowskim. Obraz jest jednoznaczny: przez lata nie dostał od nich ani złotówki. Obaj korzystali ze wszystkich udogodnień Ankos MMA zupełnie za darmo.

„Wracałem z portfelem uboższym o 1500 zł”

Kościelski nie mówił ogólnikami — wyliczał konkretne kwoty. Opłacał wyjazdy obu zawodników, między innymi na obóz sportowy w Wałczu. Wspólne wyjazdy na gale KSW kosztowały go każdorazowo 1500 złotych — tyle pochłaniały paliwo i wynajem pokoju. Do tego dochodził jeden szczegół, który szczególnie go uwiera: KSW zwracało zawodnikom pieniądze za paliwo, ale ani Gamrot, ani Mańkowski nigdy nie przekazali mu tych środków.

Wsparcie wykraczało daleko poza sport. Kościelski twierdzi, że pomagał obu zawodnikom również w życiu prywatnym — załatwiając im mieszkania po bardzo atrakcyjnych cenach.

Skąd takie podejście? Założyciel Ankos MMA przyznał wprost, że traktował ich szkolenie jako inwestycję. Liczył, że gdy zarobią duże pieniądze, sami zaczną oddawać mu procent z gaży. Ten moment nigdy nie nadszedł. Obaj odeszli w 2017 roku, nie rozliczywszy się z nim finansowo.

Kościelski nie zrzuca jednak całej winy na byłych podopiecznych. „To moja wina” — powiedział, mając na myśli własną decyzję, by nie pobierać opłat na bieżąco. W dniu publikacji wywiadu ani Mateusz Gamrot, ani Borys Mańkowski nie odnieśli się publicznie do jego słów.

„W ciągu godziny dostałem ponad 600 nieprzeczytanych wiadomości i nieodebranych połączeń” — powiedział Nick Paul tuż po ogłoszeniu swojego transferu. Trudno się dziwić. Dla 31-letniego napastnika przeprowadzka do Toronto Maple Leafs to coś więcej niż kolejny ruch na szachownicy NHL — to dosłowny powrót do domu.

Leafs pozyskali Paula z Tampa Bay Lightning. Urodzony w Mississaudze pomocnik przez cztery i pół sezonu bronił barw Lightning, zanim generalny menedżer Toronto, John Chayka, postanowił go ściągnąć na północ.

Szczegóły wymiany

Do Tampy popłynęły trzy elementy: bramkarz Dennis Hildeby, wybór w czwartej rundzie draftu 2027 oraz wybór w trzeciej rundzie draftu 2028. Paul nie był zresztą jedynym wzmocnieniem — Chayka zdążył już wcześniej sprowadzić Sergeia Bobrowskiego, Gavina McKennę i Brandona Duhaime’a. Tampa z kolei uzupełniła skład, podpisując kontrakty z Johnem Carlsonem i Ilyą Michejewem.

Paul to zawodnik z prawdziwego zdarzenia wszechstronny. Gra zarówno na środku, jak i na skrzydle, a trenerzy mogą na niego liczyć w grze w przewadze i w osłabieniu. W poprzednim sezonie zasadniczym zebrał 15 punktów — 7 bramek i 8 asyst — w zaledwie 51 meczach. Przez całą karierę w NHL rozegrał 537 spotkań sezonu zasadniczego, notując 104 bramki, 110 asyst i 214 punktów łącznie. W play-offach dołożył do tego 10 bramek i 14 punktów w 45 meczach.

Wielkie mecze go nie peszą. Paul był częścią Tampa Bay Lightning podczas dwóch kolejnych finałów Pucharu Stanleya. Na arenie międzynarodowej w 2015 roku sięgnął po złoto mistrzostw świata juniorów z Kanadą, a sześć lat później powtórzył ten wyczyn na poziomie seniorskim — to jego gol w dogrywce finału z Finlandią przypieczętował tytuł mistrzów świata 2021.

Jest tu jednak pewna ironia. W pierwszej rundzie play-offów 2022 roku Paul strzelił dwie bramki w siódmym meczu serii i to właśnie on wyeliminował Toronto Maple Leafs z walki o Puchar Stanleya. Rok później, w 2023 roku, zdobył zwycięskiego gola w piątym meczu znów przeciwko Leafs, podtrzymując nadzieje Lightning — choć tym razem Toronto wygrało całą rywalizację. Były kat zostaje sojusznikiem.

„Dorastałem w Mississaudze, kibicowałem Maple Leafs, moi koledzy ze szkoły również byli fanami tej drużyny” — przyznał Paul. Sześćset wiadomości w godzinę mówi samo za siebie.

„Connor długo czeka na tę szansę, wszak wygrał eliminator do drugiego miejsca już blisko dwa lata temu. To walka z rodzaju 50 na 50 i wierzę, że mój zawodnik może to wygrać. Jeśli jednak zespół Whittakera chce, abyśmy przylecieli do nich, to musi sięgnąć głęboko do kieszeni. W przeciwnym razie podejdziemy do przetargu i podziału pieniędzy” – powiedział Mick Francis, szef grupy Tasman Fighters.

Waga półciężka IBF szykuje się na poważne rozstrzygnięcie. Mick Francis potwierdził wstępne porozumienie w sprawie eliminatora – pojedynku, w którym staną naprzeciwko siebie Conor Wallace i Ben Whittaker. Termin? Wstępnie 3 października, miejsce – Birmingham.

Stawka jest konkretna: zwycięzca zostanie obowiązkowym challengerem mistrza IBF. Pas ten należy do Dmitrija Biwoła, który legitymuje się bilansem 25 zwycięstw, 1 porażki i 12 nokautów.

Rankingi i bilanse

Wallace zajmuje drugie miejsce w rankingu IBF, Whittaker – trzecie. Irlandczyk może pochwalić się rekordem 17-1 z 12 nokautami. Jego rywal jest niepokonany – bilans 12-0-1, 9 KO – i do zawodowstwa wszedł z medalem olimpijskim: srebrem z Tokio.

Na tę szansę Wallace czeka wyjątkowo długo. Eliminator do drugiego miejsca w rankingu IBF wygrał blisko dwa lata temu – i wciąż bez walki o tytuł. Francis mówi wprost: cierpliwość ma swoją cenę. Obóz Whittakera chce gościć rywala w Birmingham? Musi za to odpowiednio zapłacić. Jeśli nie – sprawa trafia do przetargu.

„Zdecydowanie nie stałabym tutaj, gdyby nie ona, więc dziękuję” – tymi słowami Linda Noskova zadedykowała swój tytuł wimbledoński zmarłej mamie Ivanie, przesłała całusa w stronę nieba i zalała się łzami. Kort Centralny zamarł.

21-letnia Czeszka pokonała w finale Wimbledonu 2026 rodaczkę Karolinę Muchovą wynikiem 6:2, 5:7, 6:3. Mecz trwał blisko półtorej godziny. Był to pierwszy wielkoszlemowy finał Noskovej — i od razu przyniosł jej tytuł. Jej pierwszy wielkoszlemowy tytuł w singlu.

Mama Lindy, Ivana, zmarła w 2024 roku po długiej walce z nowotworem — tuż przed Wimbledonem. Dwa lata później jej córka stała na tej samej trawie jako mistrzyni.

„Wiem, że nie lubisz latać”

W przemowie po zwycięstwie Noskova zwróciła się najpierw do ojca siedzącego na trybunach: „Chcę podziękować tacie za to, że tu przyjechał, i całej mojej rodzinie za przybycie. Wiem, że nie lubisz latać, więc bardzo to doceniam”. Chwilę później padła dedykacja dla mamy — i łzy.

Wzruszona była nie tylko sama mistrzyni. Martina Navratilova, obserwująca finał z Loży Królewskiej, z trudem powstrzymywała łzy podczas tej przemowy. Navratilova, która w karierze zdobyła 18 tytułów wielkoszlemowych w singlu, wie lepiej niż ktokolwiek, co znaczy stać na wimbledońskim korcie z trofeum w rękach.

Noskova dołączyła tym samym do wyjątkowego grona — jest szóstą Czeszką z tytułem wimbledońskim w singlu. Przed nią dokonały tego Martina Navratilova, Jana Novotna, Petra Kvitova, Marketa Vondrousova i Barbora Krejcikova.

Do Karoliny Muchovej Noskova odniosła się z ciepłem. „Cieszę się, że swój pierwszy wielkoszlemowy finał zagrałam z tobą” — powiedziała. Obie znają się dobrze: razem grały w deblu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu.

Finał 12. dnia turnieju zapisze się w historii Wimbledonu nie tylko wynikiem. Zapisze się gestem — całusem posłanym w niebo.

Czeski pomocnik Lukáš Ambros oficjalnie przeszedł do belgijskiego Anderlechtu, a Górnik Zabrze inkasuje za niego około sześciu milionów euro — to rekord w historii transferów wychodzących z zabrskiego klubu. Transakcję ogłoszono w piątek, 10 lipca 2026 roku.

Ambros podpisał z Anderlechtem czteroletni kontrakt. Cztery lata to wyraźny sygnał: klub z Brukseli widzi w nim gracza pierwszoplanowego, nie rotacyjnego. Patrząc na to, co Ambros pokazał w minionym sezonie w Górniku, trudno uznać tę decyzję za zaskoczenie.

Dla Zabrza to transferowy triumf i sportowy ból jednocześnie — i to w najgorszym z możliwych momentów. Górnik zakończył sezon na drugim miejscu PKO BP Ekstraklasy, sięgnął po Puchar Polski i wywalczył udział w eliminacjach Ligi Mistrzów. Tego lata klub opuścili już także Marcel Łubik i Patrik Hellebrand. Ubytki są poważne.

Fenerbahçe czeka, sezon już za chwilę

Pierwszym rywalem Górnika w eliminacjach Ligi Mistrzów będzie turecki Fenerbahçe. Pierwszy mecz dwumeczu rozegrany zostanie w Turcji. Zmierzyć się z jednym z największych klubów europejskich bez kluczowego pomocnika — to zadanie na miarę wyzwania sezonu.

Wcześniej jednak Zabrze stanie do walki o Superpuchar Polski. Rywalem będzie Lech Poznań, mistrz kraju — mecz zaplanowano na 16 lipca 2026 roku. Nowy sezon PKO BP Ekstraklasy ruszy 25 lipca, a Górnik zainauguruje go spotkaniem ze Śląskiem Wrocław.

Wszystko to rozegra się pod okiem człowieka, który sam zna smak wielkich scen. Lukas Podolski — były piłkarz i mistrz świata — objął stery w Górniku Zabrze, a nadchodzący sezon będzie jego pierwszym na tej ławce trenerskiej. Rekordowe pieniądze ze sprzedaży Ambrosa mogą pomóc w budowie nowej kadry. Ale czasu jest mało. Fenerbahçe nie będzie czekać.

Instalacja aplikacji
Pobierz