„To będzie gorące lato” — karta walk Prime MMA 18: Summer Fest wygląda tak, jakby organizatorzy wzięli tę obietnicę dosłownie. Gala odbędzie się w sobotę, 8 sierpnia 2026 roku, a na widzów czeka łącznie 13 pojedynków. Całą imprezę wieńczy walka wieczoru: Arkadiusz Tańcula kontra Paweł „Scarface” Bomba — pojedynek bokserski na małe rękawice.
Karta główna: od Wacha po finały turniejów
Karta główna zaskakuje różnorodnością. Mariusz Wach stanie naprzeciwko reprezentanta Gypsy Team w formacie K-1 na małe rękawice — samo jego nazwisko wystarczy, by przyciągnąć uwagę. Nieco dalej w programie Gabriel „Arab” Al-Sulwi zmierzy się z Jackiem „Muranem” Murańskim w asymetrycznym układzie: Arab w dużych rękawicach, Muran w małych. Taki sam schemat zaplanowano dla pojedynku Michała „Bagieta” Gorzelańczyka z Dawidem „Wampirek” Baranem.
Kobiety mają na tej gali wyjątkowo dużo do powiedzenia. Na karcie głównej zaplanowano aż dwa półfinały turnieju kobiet w boksie na małe rękawice, które zwieńczy wielki finał. Dochodzą do tego dwa indywidualne starcia: Marianna Schreiber kontra Inez „Inezka” Kolasa oraz Paulina Porzucek kontra Anna „Decoann” Wardecna — obie walki również w boksie na małe rękawice. Całą kartę główną zamknie finał turnieju Prime Creators, także w boksie na małe rękawice.
Karta wstępna obejmuje trzy pojedynki. Krzysztof Ryta zmierzy się z Pawłem „Prezes” Jóźwiakiem w formule MMA. W boksie na małe rękawice zawalczą Wiola Kotelecka z Roksaną „Roksistar” Górną, a Katarzyna Kubiak z Patrycją „Mała Czarna” Hefką. Dobra wiadomość dla kieszeni: karta wstępna będzie dostępna bezpłatnie na YouTube, więc pierwsze walki wieczoru obejrzy każdy, kto tylko zechce.
Kursy bukmacherskie na galę wystawia na wyłączność bukmacher Fortuna.
„Podhale to potężna marka i hokejowa tradycja przez wielkie 'T’, a jego powrót do TAURON Hokej Ligi ucieszy całe środowisko” – tak sytuację skomentował Krzysztof Woźniak, prezes Polskiego Związku Hokeja na Lodzie. Słowa padają w gorącym momencie. Wokół popularnych „Szarotek” dzieje się teraz naprawdę dużo.
Miasto Nowy Targ powołało nową spółkę miejską – Podhale Nowy Targ Sp. z o.o. – której zadaniem jest ratowanie hokeja w tym mieście. Kluczowe ogniwo całej układanki to prezes zarządu. Rekrutacja trwa do 3 sierpnia 2026 roku, a pierwsze aplikacje już wpłynęły. Ostateczne słowo należy do Rady Nadzorczej spółki.
Władze Nowego Targu pozostają w stałym kontakcie z PZHL w sprawie działań dotyczących spółki. Woźniak entuzjazmu nie ukrywa, ale stawia sprawę jasno:
„Ostatecznym warunkiem udziału w rozgrywkach TAURON Hokej Ligi jest spełnienie przez klub obowiązujących wymogów licencyjnych, takich samych wobec wszystkich drużyn.”
Bez licencji – nie ma ekstraklasy. Tyle i aż tyle.
MMKS oddaje miejsce, ale zastrzega prawa do trenera
Fundamentem dla nowej spółki stało się bezprecedensowe posunięcie MMKS, który oddał jej swoje miejsce w ekstraklasie hokejowej. To gest otwierający drzwi do najwyższej klasy rozgrywkowej – o ile zostaną spełnione wymogi licencyjne.
W przestrzeni publicznej pojawiły się tymczasem spekulacje o obsadzie trenerskiej, w tym doniesienia o możliwym zatrudnieniu łotewskiego szkoleniowca. MMKS postanowił zabrać głos. W komunikacie podpisanym przez Stefana Leśniowskiego klub wyjaśnia, że rozmowy z trenerami faktycznie się odbyły – tyle że jeszcze przed formalnym powstaniem spółki:
„Informujemy, że propozycje współpracy z klubem ze strony trenerów pojawiły się jeszcze przed powstaniem spółki 'Podhale Nowy Targ Sp. z o.o.'”
Żadna z tych rozmów nie była wiążąca. Klub tłumaczy to wprost:
„Żadna z nich nie miała charakteru wiążącego, ponieważ w tamtym czasie nie zapadły jeszcze żadne decyzje dotyczące udziału drużyny w rozgrywkach.”
MMKS nie ma wątpliwości, kto powinien podjąć ostateczną decyzję w sprawie szkoleniowca:
„Podzielamy stanowisko, że wybór kandydata na trenera powinien należeć do Prezesa i zostać dokonany we współpracy z nowymi władzami klubu.”
Innymi słowy: kto stanie za ławką Podhala, zadecyduje prezes, którego jeszcze nie ma. Rekrutacja trwa. Nowy Targ czeka.
„Wieloletniego bramkarza i jednej z najważniejszych postaci najnowszej historii Lechii Gdańsk” – tymi słowami gdański klub pożegnał Mateusza Bąka, którego śmierć ogłoszono 3 sierpnia 2026 roku.
Mateusz Bąk nie żyje. Przez blisko dwie dekady był nierozerwalnie związany z Lechią Gdańsk – i trudno wyobrazić sobie historię białe-zielonych bez jego nazwiska.
Bąk bronił barw Lechii w dwóch etapach kariery: najpierw od 2001 do 2011 roku, potem wrócił i grał do 2017. W sumie rozegrał dla klubu 245 spotkań. Do tej liczby dołożył nawet jedną zdobytą bramkę.
Od A-klasy do Ekstraklasy
To nie była zwykła kariera ligowego bramkarza. Bąk przeszedł z Lechią całą drogę – od A-klasy aż po Ekstraklasę. Stał w gdańskiej bramce, gdy klub walczył o przetrwanie, i świętował z drużyną każdy awans na wyższy szczebel polskiej piłki. Rękawice powiesił na kołku w 2017 roku.
Z Lechią jednak nie skończył. Trafił do Akademii Lechii Gdańsk jako trener bramkarzy, przekazując młodym adeptom wiedzę i doświadczenie wypracowane przez lata w gdańskiej bramce.
Klub ogłosił jego śmierć 3 sierpnia 2026 roku. Lechia straciła człowieka, który był jej częścią przez niemal całe dorosłe życie.
Haas nie dysponuje budżetem sięgającym limitu wydatków obowiązującego w Formule 1 w sezonie 2026. Szef zespołu Ayao Komatsu powiedział to bez owijania w bawełnę — i zadeklarował, że zmiana tej sytuacji to dla niego sprawa numer jeden.
Limit wydatków w bieżącym sezonie wynosi 215 milionów dolarów. Wzrost względem poprzednich lat to efekt nowych przepisów technicznych i rosnącej inflacji. Haas, który na dzień 2 sierpnia 2026 roku zajmuje 7. miejsce w klasyfikacji konstruktorów, tej kwoty nie osiąga.
„Chciałbym, żebyśmy mogli mieć taki budżet, ale nie mamy. To jeden z najwyższych priorytetów na mojej liście zadań – być w stanie finansować ten zespół, byśmy mogli operować w limicie wydatków. To jest podstawa. Powinniśmy byli to osiągać w pierwszej kolejności.”
Tak Komatsu opisał finansową rzeczywistość swojego zespołu. Skutki tych ograniczeń widać gołym okiem: symulator i narzędzia rozwojowe Haasa są przestarzałe w porównaniu z rywalami.
„Nie jestem w stanie dać im wystarczających narzędzi”
Komatsu nie kryje, że braki infrastrukturalne uderzają wprost w pracowników. Jednocześnie ocenia personel zespołu jako bardzo zdolny i chwali kulturę pracy panującą w organizacji.
„Chłopaki robią fantastyczną robotę, szczerze. Każdy, kto myśli o Formule 1, wie, jakie są nasze zasoby jako zespołu i zrozumieją to przesłanie. Personel Haasa jest bardzo zdolny. Pracują jako zespół, nikt się nie obwinia. Kultura oraz umiejętności są na miejscu.”
A jednak — mimo tych słów uznania — Komatsu przyznał, że nie jest w stanie zapewnić pracownikom warunków, na jakie zasługują.
„Nie jestem im jednak w stanie dać wystarczających narzędzi, by pokazali, na co są zdolni.”
Jedno zdanie, a mówi wszystko. Zdolny personel, zgrany zespół, dobra kultura pracy — a za plecami przestarzały symulator, który blokuje każdy krok naprzód. Dopóki Haas nie zbliży się do pułapu 215 milionów dolarów, przepaść między ambicjami a wynikami na torze będzie trudna do zasypania.
Na kortach Legii w Warszawie rusza WTA 125 Warsaw T-Mobile Polish Open – największy kobiecy turniej tenisowy w Polsce. Rywalizacja potrwa do 8 sierpnia. W drabince aż siedem Polek, a jedną z najważniejszych chwil imprezy będzie pożegnanie Alicji Rosolskiej, która zamyka zawodową karierę.
Trzy polskie zawodniczki zakwalifikowały się do turnieju głównego dzięki rankingowi. Katarzyna Kawa (WTA 131.) ominęła kwalifikacje bez problemów; dołączają do niej Martyna Kubka (WTA 187.) i Linda Klimovicova (WTA 206.). Pozostałe cztery Polki dostały dzikie karty: Gina Feistel (WTA 294.), Weronika Falkowska (WTA 330.), Weronika Ewald (WTA 396.) oraz Zuzanna Pawlikowska (WTA 410.).
Zainteresowanie turniejem przeszło najśmielsze oczekiwania organizatorów. Prezes Polskiego Związku Tenisowego Dariusz Łukaszewski nie ukrywa zadowolenia – sprzedaż biletów już przebiła ubiegłoroczny wynik.
„Przed nami największe wydarzenie roku w polskim tenisie. Zainteresowanie jest bardzo duże, sprzedaliśmy więcej biletów niż na ubiegłoroczną edycję imprezy.”
Pożegnanie Rosolskiej – koniec ery
Oficjalne pożegnanie Alicji Rosolskiej zapowiada się jako jeden z najbardziej wzruszających momentów całej imprezy. Warszawianka ogłosiła, że to jej ostatni turniej w karierze. Jej dorobek mówi sam za siebie – w 2018 roku dotarła do półfinału Wimbledonu w grze podwójnej, co pozostaje jednym z najważniejszych wyników w historii polskiego debla. Z tenisem jednak nie zrywa.
„Swoje już się w życiu napodróżowałam oraz nagrałam. Teraz przyszedł czas na kolejny rozdział, choć nie żegnam się z tenisem i wciąż będę przychodzić na korty z nadzieją na podziwianie młodych polskich gwiazd.”
Mecze toczą się na kortach Legii. Przez pierwsze pięć dni wstęp jest bezpłatny – bilety zaczną obowiązywać dopiero w piątek i sobotę, gdy na program wejdą finał debla, półfinały i finał singla. Od 6 do 8 sierpnia na terenie kompleksu czynna będzie bezpłatna strefa kibica, a 7 i 8 sierpnia zaplanowano Narodowy Dzień Tenisa. Dla najmłodszych przygotowano towarzyszący imprezie turniej tenisowy dla dzieci.
Jeremy Sochan, 23-letni Polak, podpisał roczny, niegwarantowany kontrakt z Portland Trail Blazers. Ruch zaskakuje — miejsca w pierwszej piątce nikt mu nie obiecał, a o skład rywalizować będzie z takimi nazwiskami jak Deni Avdija czy świeżo sprowadzony Ja Morant. Mimo to decyzja o wyborze Portland ma więcej sensu, niż na pierwszy rzut oka widać.
Trudna droga do tej decyzji
Miniony sezon był dla Sochana wyjątkowo bolesny. W San Antonio Spurs wypadł z rotacji i w lutym porozumiał się z klubem w sprawie wykupu kontraktu. Trafił do New York Knicks — ale nie po to, by grać. W Nowym Jorku zaliczył zaledwie 16 meczów sezonu zasadniczego, spędzając na parkiecie średnio niespełna siedem minut. Rok zakończył jednak z pierścieniem mistrza NBA.
Kontrast z pierwszymi trzema sezonami jest uderzający. W tym czasie Sochan rozegrał 184 mecze, z czego 149 w wyjściowej piątce, notując średnio 11,4 punktu, 6,1 zbiórki i 2,8 asysty. Za Gregga Popovicha wychodził w pierwszej piątce w 126 spośród 130 meczów. Potrafił też błyszczeć — 33 punkty z Atlanta Hawks, 31 punktów i 14 zbiórek z Portland, 26 punktów i rekordowe 18 zbiórek z Phoenix Suns w marcu 2025 roku. W Boże Narodzenie 2024 roku na Madison Square Garden, w cieniu 42-punktowego show Victora Wembanyamy, Sochan zdobył 21 punktów, trafił 8 z 10 rzutów z gry i wszystkie trzy próby za trzy — Spurs i tak przegrali 114:117.
Słabym punktem pozostaje skuteczność za trzy punkty. W całej karierze Sochan trafia z dystansu na poziomie zaledwie 28,6% — liczba, która w nowoczesnej NBA zamyka wiele drzwi.
Portland po przebudowie — i dlaczego to może być właściwe miejsce
Trail Blazers wchodzą w sezon 2026/27 jako zupełnie inny klub. W marcu 2026 roku po raz pierwszy od 1988 roku zmienili właściciela — nową grupę inwestorów prowadzi Tom Dundon, właściciel Carolina Hurricanes z NHL. Tiago Splitter odszedł do Chicago Bulls, a stanowisko głównego trenera objął Micah Nori, dotychczasowy pierwszy asystent Minnesota Timberwolves. W Minnesocie współtworzył sztab, który dwa razy z rzędu dotarł do finału konferencji. Dla Noriego będzie to pierwsza samodzielna praca jako head coach w NBA.
Największym transferem pozostaje jednak Ja Morant, sprowadzony z Memphis Grizzlies za Jeremiego Granta i Krisa Murraya. Do składu dołączyli też Branden Carlson z Oklahoma City Thunder i Micah Potter z Indiana Pacers. Damian Lillard ma wrócić po zerwaniu ścięgna Achillesa, choć klub nie podał konkretnej daty jego powrotu.
Bazę tworzy młody i atletyczny skład. Deni Avdija zakończył poprzedni sezon ze średnimi 24,2 punktu, 6,9 zbiórki i 6,7 asysty i został wybrany do meczu Gwiazd. Scoot Henderson ma 22 lata. Portland zamknęło sezon 2025/26 z bilansem 42–40 i ósmym miejscem na Zachodzie — rok wcześniej wygrało tylko 36 spotkań. Po przerwie All-Star wygrali 15 z 26 meczów i po pięciu latach wrócili do play-offów.
W play-in Avdija zdobył 41 punktów, miał siedem zbiórek i 12 asyst w wygranej z Phoenix Suns. W pierwszej rundzie Portland przegrało jednak 1–4 z San Antonio Spurs. Statystycznie drużyna była druga w lidze w zbiórkach ofensywnych, szósta w zbiórkach ogółem i siódma w blokach — ale ostatnia w stratach (17,3 na mecz) i 28. w skuteczności za trzy (34,3%).
Tu właśnie pojawia się rola Sochana. Nie jest strzelcem z dystansu — to wiadomo. Jest za to fizycznym, wszechstronnym skrzydłowym z udowodnioną zdolnością do gry w pierwszej piątce, który potrafi walczyć o zbiórki i kryć kilka pozycji. Portland kogoś takiego potrzebuje, by odciążyć Avdiję. Niegwarantowany kontrakt to ryzyko, ale też konkretna szansa. Wolne miejsca miały też m.in. Minnesota Timberwolves, Golden State Warriors, Cavaliers, Heat, Nuggets i Kings. Sochan wybrał Portland. Teraz musi udowodnić, że dobrze wybrał.
Prime Show MMA 18 zagości w koszalińskim Amfiteatrze im. Ignacego Jana Paderewskiego 8 sierpnia 2026 roku. Nie będzie to jednak jednodniowe wydarzenie — organizatorzy postawili na dwudniowy festyn, a pierwsze atrakcje ruszą już w piątek 7 sierpnia. Dostęp do Prime 18: Summer Fest można było kupić od 2 sierpnia 2026 roku.
Walka wieczoru i główne starcia
Gwóźdź programu to pojedynek Arkadiusza Tańculi z Pawłem Bombą — boks z małymi rękawicami, walka wieczoru. Bezpośrednio za nią plasują się dwa starcia na specjalne zasady: Gabriel Al-Sulwi kontra Jacek Murański oraz Michał Gorzelańczyk naprzeciwko Dawida Barana.
W MMA zmierzą się Paweł Jóźwiak i Krzysztof Ryta. Osobny rozdział wieczoru to Mariusz Wach, który stanie do walki K-1 z małymi rękawicami jednocześnie przeciwko sześciu przeciwnikom: Pawłowi Koziorze, Tymonowi Ondyczowi, Ricardo Pawłowskiemu, Aurelianiowi Szczerbie, Adrianowi Widze i Konradowi Zielińskiemu. Sześciu rywali. Jeden Wach.
Karta przewiduje też kilka starć kobiet. Marianna Schreiber zmierzy się z Inez Kolasą na zasadach boksu z małymi rękawicami. Paulina Porzucek stanie naprzeciwko Anny Freindorf-Wardeckiej, Wioletta Kotelecka — Roksany Górnej, a Katarzyna Kubiak zmierzy się z Patrycją Hefką.
Wieczór zamkną turnieje. Najpierw rozegrane zostaną półfinały kobiecego turnieju bokserskiego z małymi rękawicami, potem jego finał. Całość zwieńczy finał turnieju Prime MMA Creators — również na zasadach boksu z małymi rękawicami.
Brytyjski bokser Dimeji Shittu wyszedł z finału Igrzysk Wspólnoty Narodów 2026 w kategorii 80 kg bez złotego medalu. Sędziowie oddali zwycięstwo Ankushowi stosunkiem głosów 4-1 — i natychmiast rozpętała się burza. Komentatorzy i eksperci zgodnie zarzucili arbitrom rażący błąd.
Pięciorundowy finał przyniósł kontrowersje jeszcze przed ostatnim gongiem. W trakcie walki Shittu stracił aż dwa punkty za odepchnięcie rywala — bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia ze strony sędziego ringowego. To właśnie ta decyzja mogła przesądzić o wyniku. Kiedy ogłoszono werdykt, Shittu nie krył emocji — doprowadził go do łez.
„Został całkowicie okradziony”
Komentator TNT Sports Richie Woodhall nie szukał dyplomatycznych słów.
„To szokujące, straszne, został całkowicie okradziony” — Richie Woodhall
W tym samym tonie wypowiedział się Delicious Orie, były złoty medalista Igrzysk Wspólnoty Narodów w boksie, który zabrał głos w studiu TNT Sports.
„Moim zdaniem to była totalna kradzież” — Delicious Orie
Sam Shittu zareagował inaczej — i to właśnie jego postawa zaskoczyła chyba najbardziej. Brytyjczyk, który mimo łez zachował klasę przed kamerami, powiedział w rozmowie z TNT Sports:
„Możemy tu siedzieć cały dzień i zwalać winę na sędziów. Ja nie jestem takim typem.”
A potem poszedł jeszcze dalej.
„To ja jestem winny i biorę na siebie całą odpowiedzialność za to, co się stało.”
Słowa te brzmią tym mocniej, że — według zgodnej oceny ekspertów i komentatorów — przez całą walkę to właśnie Shittu prezentował wyższy poziom. Odjęcie dwóch punktów bez uprzedniego ostrzeżenia pozostaje kluczowym znakiem zapytania tej rywalizacji. Organizatorzy dotąd milczą.
Spółka Podhale Nowy Targ opublikowała obszerne oświadczenie w sprawie organizacji klubu i przygotowań do powrotu do TAURON Hokej Ligi. Przekaz jest jednoznaczny: trwa rekrutacja nowego prezesa zarządu, a Polski Związek Hokeja na Lodzie stoi po stronie nowotarżan.
Władze klubu przyznały bez ogródek, że wokół procesu budowania nowej struktury narosło wiele „fałszywych głosów i celowo wprowadzających w błąd komunikatów”. Mimo to Podhale nie zamierza zmieniać obranego kursu — ani pod wpływem medialnej presji, ani internetowych dyskusji.
Prezes do 3 sierpnia — pierwsze zgłoszenia już wpłynęły
Nabór na stanowisko prezesa zarządu potrwa do 3 sierpnia. Pierwsze zgłoszenia kandydatów już dotarły do spółki. Rada Nadzorcza zastrzegła jednak wyraźnie, że wybór musi być poprzedzony szczegółową analizą kompetencji każdego z aplikujących.
„Wybór lidera to kluczowa i niezwykle odpowiedzialna decyzja, której nie wolno podejmować pochopnie ani pod czyjąś presją. Zależy nam na tym, aby nowy prezes miał pełną autonomię w realizacji strategii rozwoju spółki i nowotarskiego hokeja.”
Żadnych skrótów. Żadnego pośpiechu — tak najkrócej można streścić filozofię, którą władze Podhala chcą wcielić w życie.
Klub potwierdził również, na czym oprze skład sportowy. Trzon zespołu mają stanowić zawodnicy, którzy wywalczyli awans, uzupełnieni przemyślanymi wzmocnieniami. W oświadczeniu podkreślono wprost: „Nie idziemy drogą skrótów. Wielkie sukcesy wymagają czasu, spokoju i profesjonalnego zarządzania”.
Prezes PZHL Krzysztof Woźniak zabrał publicznie głos w sprawie Podhala i nie pozostawił wątpliwości co do swojego stanowiska:
„Z wielką uwagą obserwujemy determinację Nowego Targu w ratowaniu i profesjonalizacji hokejowych tradycji. Podhale to potężna marka i hokejowa tradycja przez wielkie 'T’, a jego powrót do TAURON Hokej Ligi ucieszy całe środowisko. Wierzymy, że odpowiedzialne podejście władz miasta i powołanie profesjonalnej spółki otworzy stabilny kierunek rozwoju.”
Woźniak zaznaczył jednocześnie, że warunkiem dopuszczenia Podhala do rozgrywek pozostaje spełnienie wszystkich wymogów licencyjnych — takich samych, jakie obowiązują każdy inny klub w lidze.
Władze spółki zapewniły, że utrzymują stały kontakt z PZHL, który jest na bieżąco informowany o prowadzonych działaniach. Kibice mogą spodziewać się kolejnych komunikatów — przedstawiciele Podhala zapowiedzieli regularne informowanie o decyzjach dotyczących funkcjonowania spółki i przygotowań do nowego sezonu.
Glasgow Rangers przystępują do dwumeczu trzeciej rundy eliminacji Ligi Europy z Jagiellonią Białystok w stanie, który trudno inaczej nazwać niż kryzysem. Kontuzje, transferowe zawirowania i problemy wizowe doprowadziły do sytuacji, w której na pozycji środkowego obrońcy szkocki klub dysponuje dosłownie jednym nominalnym zawodnikiem.
Pierwszy mecz rozegrany zostanie 6 sierpnia na stadionie przy Słonecznej, z pierwszym gwizdkiem o godzinie 18:00. Po drugiej stronie stanie Jagiellonia prowadzona przez Adriana Siemieńca — i to właśnie białostoczanie mają dziś powody do optymizmu.
Jeden stoper na cały dwumecz
Jedynym nominalnym środkowym obrońcą zdolnym do gry pozostaje 24-letni reprezentant Nigerii Emmanuel Fernandez. Tyle. To cała dyspozycyjna kadra Rangersów na tę pozycję.
Ben Godfrey nabawił się urazu w ligowym meczu z Dundee, który zakończył się remisem 1:1. W optymistycznym scenariuszu wróci za dwa lub trzy tygodnie — czyli długo po tym, jak oba spotkania z Jagiellonią zostaną już rozstrzygnięte. John Souttar jest poza kadrą i o krok od zmiany barw klubowych.
Jakby tego było mało, dochodzi jeszcze jeden absurd. Olwethu Makhanya, południowoafrykański stoper sprowadzony za trzy miliony funtów, wciąż czeka na przyznanie wizy i według doniesień ominie najbliższy dwumecz europejskich pucharów. Miliony wydane, zawodnik niedostępny.
Według „Daily Record” nowy szkoleniowiec Derek McInnes — który przejął stery w klubie od początku sezonu 2026/27 — na środku defensywy najprawdopodobniej wystawi Dujona Sterlinga lub Rossa McCroriego, czyli któregoś z prawych obrońców grającego nie na swojej pozycji. McInnes domaga się pozyskania co najmniej dwóch nowych zawodników na tę pozycję, ale żaden transfer nie zmaterializuje się przed pierwszym gwizdkiem w Białymstoku.
Kłopotów jest więcej. Oliver Antman pożegnał się już z klubem, a przyszłość Nico Raskina stoi pod znakiem zapytania — pomocnik wzbudza zainteresowanie większych klubów po udanych występach na mundialu.
Jagiellonia również nie weszła w nowy sezon bez strat. Po ostatniej kampanii odeszli m.in. Afimico Pululu, Bartłomiej Wdowik i Bartosz Mazurek. Jest jednak atut, który może okazać się kluczowy: Niki Prelec zdążył już strzelić dwa gole w dwóch pierwszych meczach sezonu. Białostoczanie mają na kogo liczyć w ataku — i trafili na rywala, który defensywnie ledwo się trzyma kupy.