Reprezentacja Polski zagrała ze Szwecją w poniedziałek 28 września w Solnej pod Sztokholmem. To już dwunasty mecz Jana Urbana na ławce trenerskiej biało-czerwonych. I choć bilans przed tym starciem nie wygląda źle na papierze, pokazuje zarówno mocne strony, jak i słabości selekcjonera.
Urban przejął reprezentację Polski latem 2025 roku, po rezygnacji Michała Probierza. Od tamtej pory poprowadził drużynę w 11 spotkaniach. Statystyki same w sobie nie są złe: pięć zwycięstw, cztery remisy, dwie porażki. Bilans bramkowy też przemawia na korzyść trenera – 17 goli strzelonych, 13 straconych. Najskuteczniejszym strzelcem tego okresu pozostaje Robert Lewandowski, autor czterech trafień.
Od Rotterdamu do baraży
Debiut Urbana na ławce kadry przypadł na trudny sprawdzian w Rotterdamie, gdzie Polacy zremisowali z Holandią 1:1. Potem przyszły dwa udane występy, w kraju i za granicą – najpierw wygrana 3:1 z Finlandią na Stadionie Śląskim, później zwycięstwo 1:0 w meczu towarzyskim z Nową Zelandią. Polska poradziła sobie też z Litwą w Kownie, wygrywając 2:0.
W listopadzie 2025 roku przyszedł rewanż z Holandią, tym razem w Warszawie. Wynik był identyczny jak w Rotterdamie – 1:1. Kilka dni później drużyna Urbana wygrała na wyjeździe z Maltą 3:2. To dało jej drugie miejsce w grupie eliminacyjnej i przepustkę do baraży o mundial.
W decydującej fazie baraży Polacy najpierw upora li się z Albanią, wygrywając 2:1. Awans do mistrzostw świata był na wyciągnięcie ręki. Ale w finałowym meczu w Sztokholmie reprezentacja Urbana przegrała ze Szwecją 2:3, a wraz z tą porażką rozwiały się marzenia biało-czerwonych o wyjeździe na mundial. Ostatnim sprawdzianem przed poniedziałkowym starciem ze Szwecją był bezbramkowy remis z Bośnią i Hercegowiną w Warszawie, w ramach Ligi Narodów.
Frédéric Vosgröne, niemiecki wojownik MMA, w końcu przegrał. Stało się to we Frankfurcie nad Menem, na oczach blisko 60 tysięcy rodaków, którzy przyszli oglądać go jako niepokonanego zawodnika.
Gala odbyła się na stadionie Deutsche Bank Park. Trybuny wypełniło niemal 60 tysięcy widzów. To była już 94. edycja cyklu organizowanego przez Oktagon — i, jak podkreślają sami organizatorzy, największa gala MMA w Europie w 2026 roku.
Koniec passy niepokonanego
Do tego wieczoru Vosgröne, znany w sieci jako „Neandertalczyk”, nie znał smaku porażki na zawodowym ringu. Frankfurcka publiczność, tłumnie zgromadzona na trybunach Deutsche Bank Park, liczyła na ciąg dalszy jego niepokonanej serii. Nie doczekała się. Kariera popularnego w sieci zawodnika zaliczyła pierwszą rysę.
Skala wydarzenia mówi sama za siebie — Oktagon w Niemczech budzi dziś ogromne zainteresowanie. Blisko 60-tysięczna widownia na 94. gali organizacji to potwierdzenie, że frankfurcka impreza jest największą galą MMA na kontynencie w tym roku.
Legia Warszawa pokonała Zastal Zielona Góra 110:96 w finale Superpucharu Polski w koszykówce. Warszawski klub ma więc w gablocie kolejne trofeum.
To był rewanż za rywalizację sprzed kilku miesięcy. W sezonie 2025/2026 Legia pokonała Zastal w wielkim finale mistrzostw Polski, a seria zakończyła się wynikiem 4-3. Tym razem stołeczna drużyna nie zostawiła złudzeń co do tego, kto jest lepszy – choć początek meczu wcale na to nie wskazywał.
Zawodnicy Zastalu trafili trzy trójki w ciągu zaledwie dwóch minut od pierwszego gwizdka, a w całej pierwszej kwarcie zielonogórzanie wrzucili aż pięć rzutów za trzy punkty. Trener Legii Heiko Rannula zareagował od razu – przerwę poprosił już na początku spotkania.
I to podziałało. Legia stopniowo przejmowała kontrolę nad wydarzeniami na parkiecie, a jej przewaga urosła w pewnym momencie do rekordowych 20 punktów. O wyniku zdecydowała gra pod koszem – warszawianie zdobyli tam 50 punktów, Zastal zaledwie 28.
Ilver bez pudła zza łuku, MVP dla Danielsa
Liderem Legii był Markus Ilver – 25 punktów i komplet, wszystkie pięć prób, trafionych trójek. Blisko podwójnego wsparcia był też Zach Freemantle, który dorzucił 20 punktów. Nagrodę dla najbardziej wartościowego zawodnika finału odebrał jednak Devon Daniels: 18 punktów, 10 asyst i cztery zbiórki na jego koncie.
Pozostali punktujący w drużynie mistrzów to Kristers Zoriks z 14 punktami, Gyorgy Goloman z dziewięcioma, Jakub Andrzejewski z ośmioma, Wojciech Tomaszewski z sześcioma, Kuba Piśla z pięcioma, Wojciech Jasiewicz z trzema oraz Błażej Czapla i Dawid Niedziałkowski, którzy dorzucili po jednym punkcie.
Po stronie pokonanych błyszczał Conley Garrison – 17 punktów. Blisko double-double był Trazarien White z 14 oczkami. Dalej punktowali: Beau Beech (11), Veljko Brkić i Filip Matczak (po 10), Gauthier Denis (9), Jan Wójcik i Andrzej Mazurczak (po 8), Krzysztof Sulima (7) oraz Jakub Galewski (2).
Trójek w tym meczu nie brakowało. Legia trafiła ich łącznie 14, ale to Zastal był celniejszy zza łuku – aż 15 trafień. Mimo to o triumfie warszawian zdecydowała przewaga pod koszem, nie gra z dystansu.
Rok wcześniej Superpuchar Polski wywalczył PGE Start Lublin, który w finale rozgrywanym w Warszawie pokonał Energę Trefl Sopot 82:77.
Reprezentacja Niemiec przegrała z Grecją 0:1 w Augsburgu. To dopiero drugi mecz Juergena Kloppa na ławce selekcjonera, a on wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo.
W debiucie Klopp musiał zadowolić się remisem z Holandią. Niemcy prowadziły wtedy po golu Felixa Nmechy z 32. minuty, jednak Cody Gakpo doprowadził do wyrównania już w doliczonym czasie gry. Mecz z Grecją miał to zmienić – pierwsze zwycięstwo, do tego na własnym stadionie.
Przed spotkaniem to Niemcy typowano na faworyta. Grecja zajmowała dopiero 42. miejsce w rankingu FIFA, a gospodarze mieli swoją szansę, by przełamać rywala – Karim Adeyemi trafił w poprzeczkę. Z tego jednak nic nie wyszło.
O losach spotkania zdecydowała 74. minuta. Dimitrios Kourbelis huknął zza pola karnego, piłka odbiła się od nogi Joshuy Kimmicha, zmyliła bramkarza Niemiec i wpadła do siatki. Ten rykoszet przesądził sprawę.
Dla Greków to spotkanie miało dodatkowy ciężar gatunkowy. Po wcześniejszym zwycięstwie 2:1 nad Serbią drużyna umocniła się na czele tabeli grupy B dywizji A Ligi Narodów. Warto pamiętać, że to właśnie Grecja jest mistrzem Europy z 2004 roku – ekipa, która w Portugalii sprawiła jedną z największych niespodzianek w historii futbolu, wciąż potrafi zaskoczyć faworyta.
Niemieckie media nie oszczędzają Kloppa
Reakcja tamtejszej prasy przyszła błyskawicznie i była surowa. Portal focus.de opublikował tekst zatytułowany „Nie jesteśmy już drużyną z czołówki, jesteśmy przeciętni”.
Nie jesteśmy już drużyną z czołówki, jesteśmy przeciętni
Ten sam serwis opublikował drugi materiał, jeszcze mocniejszy w tonie: „Pierwsze buczenie za czasów Kloppa; nie jest on żadnym cudotwórcą”.
Pierwsze buczenie za czasów Kloppa; nie jest on żadnym cudotwórcą
Podobnie do sprawy podszedł sport1.de, tytułując swój materiał „Katastrofalny debiut Kloppa na własnym boisku”.
Katastrofalny debiut Kloppa na własnym boisku
Stern.de z kolei zajął się presją, jaka towarzyszy trenerowi. Tekst nosi tytuł „Jak Klopp przytłacza swoją drużynę – i siebie samego”.
Jak Klopp przytłacza swoją drużynę – i siebie samego
Na długie rozpamiętywanie porażki Klopp nie ma jednak czasu. Kolejny mecz w tym zgrupowaniu Niemcy rozegrają 1 października u siebie z Serbią. Trzy dni później czeka ich rewanżowy wyjazd do Grecji – okazja, by odpowiedzieć na pytania, jakie po Augsburgu zadaje sobie cały kraj.
Justin Gaethje, urzędujący mistrz wagi lekkiej UFC, przegapił niemal całą pierwszą rundę walki Arman Tsarukyan – Ruffy podczas gali UFC 331. Powód? W tym samym momencie odebrał telefon od Donalda Trumpa.
Tego wieczoru Gaethje siedział w pierwszych rzędach jako honorowy gość. Wybrzmiał gong rozpoczynający walkę wieczoru i niemal w tej samej chwili na ekranie jego telefonu pojawiło się nazwisko prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Gdy tylko zabrzmiał gong, zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na ekran, a tam Donald Trump. Odebrałem i przez około cztery minuty rozmawialiśmy o golfie, przez co przegapiłem niemal cały pierwszą rundę. Później spojrzałem do oktagonu i pomyślałem – co się stało z okiem Armana?
Cała rozmowa – jak sam przyznał – zeszła na golfa i trwała jakieś cztery minuty. Dopiero po odłożeniu telefonu mistrz zorientował się, jak burzliwy przebieg miała pierwsza runda starcia Tsarukyan – Ruffy.
Droga Gaethje do pasa
38-letni Gaethje ma na koncie 28 wygranych i 5 porażek. Pas mistrzowski trafił w jego ręce w czerwcu 2026 roku, gdy jako tymczasowy mistrz zmierzył się w walce unifikacyjnej z niepokonanym wówczas Ilią Topurią. Do starcia doszło na gali UFC Freedom 250 rozegranej w Białym Domu. Topuria, z twarzą poważnie poobijaną, nie wyszedł do piątej, ostatniej rundy – walkę przerwano. Wtedy właśnie Gaethje po raz pierwszy w karierze stanął się pełnoprawnym, niekwestionowanym mistrzem.
W rozmowie dla kanału One Night with Steiny Gaethje potwierdził nazwisko kolejnego pretendenta: będzie nim Arman Tsarukyan – ten sam zawodnik, którego walkę omal przegapił, gawędząc przez telefon z prezydentem.
Arman jest bezapelacyjnym pretendentem i gdybym był w pełni zdrowy oraz zamierzał bronić pasa jeszcze w tym roku, zrobilibyśmy to z nim jeszcze przed jego końcem. Muszę jednak wyleczyć kontuzje, które odniosłem w ostatnich dwóch walkach.
Sam zainteresowany zapowiedział jednak, że do końca roku w oktagonie się nie pojawi. Starcie z Tsarukyanem musi więc jeszcze poczekać.
Widzew Łódź pokonał KSSSE Enea AJP Gorzów Wielkopolski 76:71 w 1. kolejce PGE Basket Ligi Kobiet. To jedna z sześciu par, które otworzyły sezon 2026/2027. Cztery mecze rozegrano w sobotę, dwa kolejne dzień później.
Łodzianki prowadziły przez zdecydowaną większość spotkania – dokładnie 39 minut i 31 sekund. W pewnym momencie przewaga Widzewa sięgała już 20 punktów. Potem Gorzów rzucił się w pościg w czwartej kwarcie. Beniaminek rozstrzygnął mecz cząstkowymi wynikami w kwartach 26:11, 19:19, 17:17 i 14:24 – te liczby najlepiej pokazują, jak mocno goście odrabiali straty w końcówce.
Kluczowy moment nadszedł na 16 sekund przed końcem, przy prowadzeniu Widzewa 74:71. Gorzów miał wtedy piłkę do wznowienia zza linii bocznej po przerwie na żądanie – i nie zdołał jej wprowadzić do gry. Ta jedna strata przesądziła o losach meczu.
Liderką zwycięzców była Cameron Swartz – 22 punkty i 13 zbiórek na jej koncie. Wsparły ją Svatonova (14 punktów) i Beh (12). Po stronie pokonanych błysnęła Stephanie Jones: 27 punktów i 12 zbiórek to dorobek, który w innych okolicznościach zwykle wystarcza do wygranej. Tym razem nie wystarczył. Do jej wyniku dołożyły Hurt (14) i Stasiak (13).
Gorzów znów zawodzi na start sezonu
Dla KSSSE Enea AJP Gorzów Wielkopolski to bolesne déjà vu. Drugi rok z rzędu zespół prowadzony przez trenera Dariusza Maciejewskiego przegrywa inauguracyjny mecz sezonu z beniaminkiem – rok temu stało się to w Bochni, teraz w Łodzi. Efekt widać w tabeli: po 1. kolejce Gorzów zajmuje dopiero 7. miejsce.
W innym meczu kolejki SKK Polonia Warszawa rozgromiła Lotto MKS Pruszków 97:76. Warszawianki zdominowały rywalki pod tablicami, zbierając aż 18 piłek w ataku. Najskuteczniejsza na parkiecie była Erika Davenport – 24 punkty i dziewięć zbiórek. Do zwycięstwa dołożyły też Kusiak (16), Burse (14) i Stępińska (14). U gości najlepiej spisały się Bukraba (19), Furman (17) i Trzymkowska (16). Przebieg meczu w kwartach – 25:13, 24:18, 26:19, 22:26 – pokazuje, że Polonia zbudowała przewagę już na starcie i spokojnie dowiozła ją do końca.
Po pierwszej kolejce na szczycie tabeli plasuje się Lotto AZS UMCS Lublin z bilansem punktowym 114:60. Pruszków, po porażce z Polonią, zamyka na razie stawkę na 10. miejscu. Enea AZS Politechnika Poznań wciąż czeka na swój pierwszy mecz w tym sezonie.
Rodolfo Vieira pokonał Roberta Bryczka na gali UFC w Las Vegas. Starcie przetrwało komplet trzech rund po pięć minut, a wszyscy trzej sędziowie byli zgodni: 30-27 dla Brazylijczyka. Sam werdykt niewiele jednak mówił o tym, co naprawdę działo się w klatce — i przyznał to zresztą sam zwycięzca zaraz po wyjściu z oktagonu.
Vieira, specjalista od brazylijskiego jiu-jitsu, miał wejść do klatki z jednym planem: ściągnąć walkę do parteru, zmęczyć Polaka i tam szukać zakończenia. Częściowo się to udało. Dociskał Bryczka do siatki, odbierając mu przestrzeń potrzebną do ciosów. Kłopoty zaczęły się w drugiej połowie starcia.
W dwóch ostatnich rundach Brazylijczyk stracił skuteczność w obalaniach i nie zdołał rozkręcić swojej gry na ziemi. To otworzyło Bryczkowi drogę do stójki. W drugiej rundzie Polak zadał więcej znaczących ciosów niż rywal, a w trzeciej ta przewaga była już wyraźna.
Słowa uznania dla Polaka
Wygrana na kartach sędziowskich nie zmieniła faktu, że Vieira po walce nie krył zaskoczenia. Siłą uderzeń Bryczka i jego odpornością. Przyznał, że żaden z dotychczasowych rywali nie trafiał go tak mocno. Docenił też jego obronę — to właśnie ona najbardziej krzyżowała mu plany na tę walkę. Brazylijczyk powiedział wprost: obrona Bryczka okazała się lepsza, niż zakładał, jeszcze zanim wszedł do klatki.
Podhale Nowy Targ przegrało we własnej hali z ECZD Zagłębiem Sosnowiec aż 2:9 w meczu 5. kolejki TAURON Hokej Ligi. Wynik po tercjach mówi sam za siebie: 1:3, 1:4, 0:2 – im dłużej trwało spotkanie, tym bardziej gospodarze tonęli. Bohaterem wieczoru został Ołeksandr Peresunko, autor kompletnego hat tricka. W bramce Zagłębia zadebiutował w tym sezonie Maciej Miarka.
Gospodarze zaczęli zaskakująco dobrze. Już w 5. minucie Eero Savilahti wykorzystał grę w przewadze i dał Podhalu prowadzenie. Radość trwała jednak krótko. W 9. minucie Peresunko odpowiedział pierwszym trafieniem w swoim koncie tego meczu. Nowotarżanie nie odpuszczali – w 13. minucie Dawid Majoch podwyższył na 1:2. To był zarazem ostatni moment, gdy gospodarze utrzymywali kontakt z rywalem. Tuż przed końcem pierwszej tercji, w 19. minucie, Maksymilian Dawid ustalił wynik na 1:3.
Druga tercja to już festiwal Zagłębia. W 25. minucie Peresunko trafił po raz drugi, podwyższając na 1:4. Dwie minuty później, w 27. minucie, Aron Chmielewski wykorzystał przewagę i zrobił 1:5. Podhale zdołało jeszcze zareagować – w 28. minucie Adrian Słowakiewicz strzelił po nieszczęśliwej interwencji Miarki, ustalając wynik na 2:5. Więcej goli gospodarze tego wieczoru już nie strzelili. W 35. minucie Peresunko skompletował hat tricka, podwyższając na 2:6, a cztery minuty później, w 39. minucie, Väinö Sirkiä otworzył swoje konto bramkowe i ustalił wynik tercji na 2:7.
Sirkiä i Chmielewski z dubletami
W trzeciej tercji Zagłębie kontrolowało już wszystko bez wyjątku. W 49. minucie Sirkiä dołożył drugą bramkę, kompletując dublet i podwyższając na 2:8. Ostatnie słowo należało do Sebastiana Brynkusa, który w 58. minucie ustalił wynik meczu na 2:9. Oprócz Peresunki i Sirkii po dwie bramki zapisał na swoim koncie także Chmielewski, kompletując dublet.
Statystyki nie pozostawiają złudzeń co do przebiegu gry. Zagłębie oddało 45 strzałów na bramkę rywali, Podhale zaledwie 17. Kar minutowych było 6 dla gospodarzy i 8 dla gości. W bramce Podhala od 40. do 60. minuty Oskara Polaka zastąpił K. Zając. Trybuny w Nowym Targu wypełniło 521 widzów. Nad przebiegiem gry czuwali sędziowie główni Bartosz Kaczmarek i Paweł Bajon oraz liniowi Kacper Król i Dawid Kubiszewski.
Wynik ma też swoją wagę tabelaryczną. ECZD Zagłębie Sosnowiec, broniący tytułu brązowego medalisty ligi, awansował na 4. miejsce z dorobkiem 9 punktów po czterech meczach. Podhale Nowy Targ zamyka z kolei stawkę – 10. miejsce, zero punktów po pięciu spotkaniach i fatalny bilans bramkowy 8:48.
Irlandia rozgromiła Izrael 3:0 w meczu Ligi Narodów UEFA. Spotkanie odbyło się w niedzielę, 27 września, na Nagyerdei Stadion w Debreczynie. Wynik szybko zszedł jednak na drugi plan – tego wieczoru bardziej niż piłka liczyły się gesty solidarności z Palestyną, jakie jeden po drugim prezentowali irlandzcy zawodnicy.
Zaczęło się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Gdy grano hymn Izraela, cała reprezentacja Republiki Irlandii stała ze spuszczonymi głowami. Kapitanowie obu drużyn nie podali sobie rąk i nie wymienili proporczyków – wbrew wieloletniej tradycji.
W 13. minucie wynik otworzył Troy Parrott, na co dzień napastnik Realu Betis. Po golu złożył dłonie w kształt serca i uniósł je ku niebu.
Prawdziwa burza rozpętała się jednak dwanaście minut później. W 25. minucie trzecią bramkę dla Irlandii strzelił rezerwowy Jack Moylan, zawodnik Cardiff City. Zaraz po trafieniu na 3:0 odwrócił się w stronę sektora z izraelskimi kibicami i pokazał im czarną opaskę – symbol pamięci o ofiarach walk.
„Po prostu klasa” – reakcje na gest Moylana
Brytyjski „The Irish Sun” nie owijał w bawełnę, opisując tę scenę: „Jack Moylan pokazuje izraelskim kibicom czarną opaskę, noszoną w dowód uznania dla wszystkich ofiar konfliktu w Gazie, po zdobyciu trzeciego gola dla swojego zespołu”.
Jack Moylan pokazuje izraelskim kibicom czarną opaskę, noszoną w dowód uznania dla wszystkich ofiar konfliktu w Gazie, po zdobyciu trzeciego gola dla swojego zespołu.
Korzenie tych gestów sięgają 7 października 2023 roku – dnia ataku Hamasu, który doprowadził do eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie i skłonił Izrael do rozpoczęcia działań militarnych w Strefie Gazy. Mecz w Debreczynie pokazał coś więcej niż wynik: emocje związane z tą wojną od dawna nie mieszczą się w granicach regionu i regularnie trafiają na murawy stadionów w całej Europie.
Maja Chwalińska pożegnała się z turniejem WTA 500 w Singapurze na etapie półfinału. Lepsza okazała się Leylah Fernandez, która wygrała 1:6, 6:4, 6:2. Kanadyjka fatalnie zaczęła spotkanie, ale zdołała odrobić straty i ostatecznie to ona zameldowała się w finale.
Pierwsza partia należała bez dyskusji do Polki — 6:1. Różnica w jakości gry rzucała się wtedy w oczy: Fernandez nazbierała w tym secie aż 21 niewymuszonych błędów, Chwalińska tylko cztery. Potem wszystko się odwróciło. Kanadyjka wygrała kolejno 6:4 i 6:2, przejmując kontrolę nad meczem i ostatecznie zamykając go na swoją korzyść.
Po spotkaniu Chwalińska nie próbowała się tłumaczyć. „Oczywiście jestem trochę rozczarowana, ale Leylah to świetna zawodniczka i na pewno zasłużyła na wygraną” — powiedziała. „Zagrała znacznie lepiej w końcówce drugiego seta, a potem utrzymała tę przewagę w trzecim, więc zdecydowanie zasłużyła dziś na zwycięstwo” — dodała.
Oczywiście jestem trochę rozczarowana, ale Leylah to świetna zawodniczka i na pewno zasłużyła na wygraną.
Zapytana wprost, czy decydującą partię dało się rozegrać inaczej, Polka przyznała, że na chłodną analizę potrzebuje jeszcze czasu. „Cóż, być może… To znaczy, jestem świeżo po meczu, więc oczywiście nie miałam jeszcze zbyt wiele czasu, żeby to przeanalizować, ale tak – zagrała lepiej, zasłużyła na wygraną i to na razie tyle” — mówiła. „A kiedy będę miała czas, obejrzę ten mecz ponownie i zobaczę, co zrobiłam źle i co mogłoby wyglądać lepiej w kolejnym spotkaniu” — zapowiedziała.
Najlepszy tydzień od finału French Open
Dla Chwalińskiej to najlepszy wynik od wielkoszlemowego French Open, gdzie doszła do finału. Droga od Paryża do Singapuru bynajmniej nie była usłana różami. Na Wimbledonie, już w pierwszej rundzie przeciwko Mananchayi Sawangkaew, Polka doznała urazu w kluczowym momencie meczu. Dokończyła spotkanie przy wyraźnie obniżonym poziomie gry, po czym musiała zrobić przerwę od rywalizacji. Zanim przyjechała do Singapuru, na twardej nawierzchni po powrocie z przerwy wygrała zaledwie jeden z pięciu meczów.
Mimo porażki w półfinale Chwalińska podsumowała miniony tydzień z wyraźną satysfakcją. „Tak, myślę, że grałam solidny tenis przez cały tydzień. Każda zawodniczka tutaj jest groźna, więc musiałam zagrać naprawdę dobrze, żeby wygrać mecze” — oceniła. „Zdecydowanie jestem bardzo wdzięczna za ten tydzień, cieszę się, że w końcu odniosłam kilka zwycięstw. I wiecie, to jest proces, więc wyciągniemy wnioski z tego tygodnia i idziemy dalej” — dodała.
Co dalej? Kolejnym przystankiem w kalendarzu Polki będzie turniej rangi WTA 1000 w Pekinie, który rozpoczyna się 30 września. Dzięki rozstawieniu Chwalińska dostanie tam wolny los w pierwszej rundzie.