Doświadczenie bywa bezcenne, ale na gali bokserskiej w Międzyzdrojach to nie ono zadecydowało. Po pełnym dystansie werdykt był jednoznaczny.
Gołębiewski (8-0, 4 KO) zmierzył się z zawodnikiem o bilansie 22-6-1, 6 KO, notowanym jako doświadczony przeciwnik. Jak podkreślono, to była najcenniejsza jak dotąd wygrana w jego zawodowej karierze.
Lepiej wszedł w pojedynek Gołębiewski, przebijając się sztywnym lewym prostym przez gardę rywala. Runowski odpowiedział — po przerwie zaatakował kilkoma hakami na korpus i efektownym lewym sierpem na szczękę. Potem, od drugiej rundy, walka układała się wyrównanie, a o przewadze zdecydowała w końcu kondycja. Dopiero w szóstej odsłonie zaczął ją zyskiwać lepiej przygotowany Gołębiewski.
Pojedynek dotrwał do ostatniego gongu, a co do zwycięzcy wszyscy trzej sędziowie byli zgodni. Karty punktowe mówiły 77:75 i dwukrotnie 78:74 na korzyść Gołębiewskiego.
Udany debiut Urbańskiego
Na tej samej gali w Międzyzdrojach swój pierwszy zawodowy pojedynek stoczył Aleks Urbański. Naprzeciw niego stanął Łukasz Kucharski, legitymujący się przed walką rekordem 1-5.
Urbański pochodzi z bokserskiej rodziny — to syn Daniela i brat Fabiana. Debiut zaliczył udanie: pokonał Kucharskiego na pełnym dystansie, poprawiając swój bilans na 1-0. Sędziowie ocenili starcie 39:37 i dwukrotnie 40:36.
Co może skłonić kolarza, który ma jeszcze ważny kontrakt na kolejny sezon, do zmiany barw? W przypadku Richarda Carapaza odpowiedź brzmi: nowa, trzyletnia umowa z hiszpańsko-szwajcarskim NSN Cycling Team. Ekwadorczyk podpisał kontrakt obejmujący starty w latach 2027–2029, mimo że miał jeszcze ważną umowę z EF Education-EasyPost na kolejny sezon.
Carapaz, mistrz olimpijski z Tokio z 2021 roku w wyścigu ze startu wspólnego, trafi do nowej ekipy po dekadzie kariery. A to dekada naprawdę bogata – 26 zwycięstw na koncie. Wśród największych osiągnięć jest triumf w Giro d’Italia w 2019 roku oraz podium we wszystkich trzech wielkich tourach. W 2020 roku dopisał do tego jeszcze wygrany etap Tour de Pologne.
NSN Cycling Team nie kryje, że widzi w tym transferze coś więcej niż wzmocnienie składu. Zespół ocenił, że przybycie ekwadorskiej gwiazdy „stanowi jasną deklarację intencji” i wzmocni skład oraz ambicje w wielkich tourach i wyścigach etapowych. Warto dodać, że jednym z właścicieli hiszpańsko-szwajcarskiej grupy jest były słynny hiszpański piłkarz Andres Iniesta – to on w nagraniu ogłaszającym transfer powitał Carapaza i życzył mu „wiele szczęścia na nowej drodze”.
Carapaz: „Wciąż mam w sobie tę samą motywację”
Sam kolarz przyznał, że jest bardzo podekscytowany rozpoczęciem rywalizacji w nowych barwach.
Wciąż mam w sobie tę samą motywację, co tamtego dnia. To doprawdy niesamowite uczucie.
Do ekipy EF Education Carapaz dołączył w 2023 roku. Teraz zespół traci swojego lidera – i w osobnym materiale wideo, przypominającym jego najważniejsze zwycięstwa, podziękował mu „za wszystko”.
Co może wystraszyć człowieka, który latami przesiedział tuż za kulisami zawodowego boksu? Mateusz Borek, znany dziennikarz, odpowiedział na to pytanie na antenie Kanału Sportowego, wracając do wieczoru, który do dziś wspomina jako jeden z najtrudniejszych w swojej karierze.
Mowa o walce Tomasza Adamka z Witalijem Kliczką, która odbyła się 10 września 2011 roku we Wrocławiu. Polak nie zdobył wówczas mistrzostwa świata w wadze ciężkiej. Utytułowany Ukrainiec okazał się zbyt wymagającym rywalem i wygrał przez techniczny nokaut w dziesiątej rundzie. Adamek liczył wtedy na przewagę szybkości, która miała zniwelować fizyczną dominację Kliczki, ale nie zdołał tej przewagi wykorzystać.
Borek był tej nocy w samym centrum wydarzeń. Przez lata kariery Adamka znajdował się w najbliższym otoczeniu pięściarza, a tamten pojedynek obserwował na żywo z pierwszego rzędu. Po walce to on prowadził konferencję prasową, podczas której Adamek siedział tuż przy nim.
Ja byłem na konferencji pierwszy raz w życiu przerażony.
To wyznanie nie jest szukaniem mocnych słów przez komentatora, który chce zabrzmieć efektownie. Borek opisał stan Adamka bez ogródek: „Prowadziłem konferencję, on siedział koło mnie tak zbity, że nie był w stanie wypowiedzieć słowa. Już ten aparat mowy nawet nie pracował, było tylko: 'aaa…'”. Obrazowo wspominał też rękę Kliczki, która po walce wyglądała, jakby Ukrainiec „nałożył jak Lord Vader nakładkę, gdzie była to ręka o metr dłuższa”. A skutki tamtego wieczoru podsumował krótko, bez owijania w bawełnę: „No zbił go strasznie”.
Boks nie wybacza
Tym wspomnieniem Borek przypomniał o brutalnej prawdzie, jaką niesie ten sport. Jak stwierdził, pięściarz jest ciałem, które z czasem się kruszy, a w boksie nie ma ludzi nieśmiertelnych. Te słowa, wypowiedziane przy wspomnieniu zbitego do nieprzytomności Adamka, brzmią jak gorzkie podsumowanie kariery, która dla wielu kibiców miała się zakończyć inaczej.
Ile goli trzeba strzelić, żeby RB Lipsk zjechał z czoła tabeli i pojął, z kim ma do czynienia? Odpowiedź przyszła w 6. kolejce Bundesligi – Bayern Monachium rozbił Lipsk 6:1 na własnym stadionie.
To nie był jednorazowy wybryk formy. W poprzednim sezonie Bawarczycy ograli tego samego rywala 6:0 u siebie w sierpniu 2025 roku, a kilka miesięcy później dołożyli 5:1 na wyjeździe w styczniu 2026. Z Bayernem i trenerem Vincentem Kompanym Lipsk ma więc problem strukturalny, nie przypadkowy.
Belgijski szkoleniowiec przed meczem nie krył, że jego zespół jest bliski szczytowej formy. Podkreślał przy tym, że ostatnie remisy Bayernu w lidze i europejskich pucharach wcale nie oddają realnego poziomu drużyny. Słowa te zabrzmiały jak zapowiedź. I okazały się prorocze.
Po 34 minutach na tablicy było już 3:0 dla gospodarzy. Do 69. minuty licznik doszedł do 6:0 – Lipsk nie miał na to żadnej odpowiedzi. Gościom udało się wywalczyć jedynie honorową bramkę, którą w doliczonym czasie gry strzelił Andrija Maksimović[ref:fad:fact-10]
Diaz w roli egzekutora, Kane w roli jubilata
Bohaterem wieczoru okazał się Luis Diaz, który skompletował hat-trick. Kolumbijczyk rozbierał defensywę Lipska praktycznie sam, a resztę dołożyli Aleksandar Pavlović, Michael Olise i Harry Kane.
Dla angielskiego napastnika wieczór był szczególny z innego powodu – rozegrał setny mecz w Bundeslidze. Jubileusz uczcił golem i dwiema asystami, czyli bezpośrednim udziałem przy trzech trafieniach.
Kontrast między formą RB Lipsk u siebie i na wyjeździe robi się wręcz komiczny. We własnych czterech ścianach w tym sezonie zespół wygrał wszystkie trzy mecze bez straty gola, a tydzień wcześniej rozgromił Eintracht Frankfurt 6:0. W podróży jednak przegrał wszystkie trzy ligowe starcia, a w Lidze Mistrzów bilans wygląda identycznie – porażka na wyjeździe, zwycięstwo u siebie w dwóch rozegranych kolejkach.
Bayern na szczycie, Freiburg czeka na szansę
Po tym widowisku Bayern wrócił na pierwsze miejsce w tabeli z 14 punktami na koncie. Przewagę nad Borussią Dortmund zawdzięcza wyłącznie lepszemu bilansowi bramek – Dortmund zremisował bezbramkowo na wyjeździe z Unionem Berlin.
Tuż za podium czyha Freiburg z 13 punktami. W niedzielę zespół zagra w Leverkusen z Bayerem, który w czwartek pokonał Lecha Poznań w Lidze Europy. Wygrana dałaby Freiburgowi powrót na szczyt tabeli.
Osiem pozycji niżej plasuje się Werder Brema, który w tej kolejce zapisał się w historii ligi w nietypowy sposób – jako pierwszy zespół, który odrobił dwubramkową stratę w trzech kolejnych meczach ligowych. Tym razem był to remis 2:2 z Paderborn po tym, jak gospodarze tracili dwa gole. Na boisku od 79. minuty pojawił się Dariusz Stalmach, Oskar Wójcik zaś przez cały mecz czekał na ławce rezerwowych.
W innych meczach kolejki Elversberg pokonał u siebie Augsburg 4:3 – Łukasz Poręba rozegrał tam pełne 90 minut. Mainz wygrał na wyjeździe ze Schalke 1:0, a Kacper Potulski przebiegł na boisku Schalke całe spotkanie w barwach gospodarzy.
Jak pokonać trzeci zespół tabeli na jego terenie, zostać w dziesiątkę po czerwonej kartce dla rywala i dwukrotnie patrzeć, jak przeciwnik wraca do gry – a i tak wygrać różnicą trzech goli? FC Barcelona w sobotę dała na to odpowiedź, demolując Real Betis 5:2 na wyjeździe w 9. kolejce Primera Division.
Mecz ruszył błyskawicznie. Już w 10. minucie Lamine Yamal huknął z dystansu i dał Barcelonie prowadzenie. Betis nie pozostał dłużny – w 27. minucie Argentyńczyk Valentin Gomez wyrównał na 1:1. Katalończycy odpowiedzieli jeszcze przed przerwą: w 43. minucie trafił Rodri.
Po zmianie stron Barcelona odskoczyła na trzy gole. W 51. minucie Brazylijczyk Gabriel Jesus ustalił wynik na 3:1. Betis zareagował właściwie natychmiast – już dwie minuty później Marokańczyk Abde Ezzalzouli zmniejszył straty do 3:2. I w tej samej minucie mecz nabrał nowego kierunku: sędzia pokazał czerwoną kartkę Urugwajczykowi Facundo Bernalowi za uderzenie głową Lamine Yamala. Sam Yamal też nie wyszedł z tego bez konsekwencji – dostał żółtą kartkę za prowokowanie rywala. Do akcji wkraczał również VAR – obie strony straciły po jednym golu anulowanym po analizie systemu.
W przewadze liczebnej Barcelona domknęła sprawę dwoma kolejnymi trafieniami. W 62. minucie Eric Garcia przywrócił dwubramkową przewagę, a w 81. ostateczny wynik na 5:2 ustalił Dani Olmo.
Powrót Raphinhi i rekordowa skuteczność Barcelony
Symbolicznym momentem spotkania było wejście na boisko Raphinhi w 70. minucie. Brazylijczyk pauzował od końcówki września z powodu urazu mięśniowego doznanego w towarzyskim meczu reprezentacji. Mimo tej przerwy to wciąż on jest najskuteczniejszym strzelcem Barcelony i całej ligi – ma na koncie 12 trafień.
Liczby, jakie Barcelona notuje w tym sezonie, robią wrażenie. Przed tym weekendem klub notował średnią 4,3 gola na mecz, a w 11 spotkaniach wszystkich rozgrywek zdążył strzelić już 48 goli.
Dla Betisu ta porażka niczego nie psuje w ogólnym obrazie sezonu – wciąż bardzo dobrego. Zespół zajmuje trzecie miejsce w tabeli z 19 punktami, a w ostatnich tygodniach zdołał pokonać samego Realu Madryt.
Na szczycie tabeli Barcelona ma komplet 27 punktów po dziewięciu kolejkach. Drugie miejsce zajmuje Atletico Madryt z 22 punktami, pięcioma mniej od liderów – Atletico wcześniej w sobotę wygrało na wyjeździe z Espanyolem 1:0. Czwarty jest Real Madryt z 18 punktami, ale już w niedzielę, u siebie, przeciwko piątej w tabeli Sevilli (14 punktów), ma szansę wyprzedzić Betis.
Przed Barceloną gęsty terminarz. Zanim dojdzie do październikowego El Clasico, katalońska ekipa musi rozegrać mecz Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain, broniącym tytułu zdobywcą trofeum. Samo El Clasico odbędzie się w niedzielę 25 października, a gospodarzem będzie Barcelona.
Jak zatrzymać napastnika, który już raz ograł cię na tej samej połowie boiska? Rafał Augustyniak nie znalazł odpowiedzi na to pytanie dwukrotnie w jednym meczu, a Cracovia zremisowała z Legią Warszawa 1:1 w 11. kolejce PKO BP Ekstraklasy. Spotkanie odbyło się w sobotę w Krakowie.
Prowadzenie dała Legii bramka Michala Sevcika. Czech wykorzystał podanie Pawła Wszołka – i było 1:0 dla gości. Jak ujął to opis meczu, „Czech resztę wziął już na siebie”.
Cracovii jednak nie dało się tak łatwo zepchnąć do kąta. Jeszcze przed przerwą Lasse Nordas ograł Rafała Augustyniaka, uciekł kolejnym wślizgom legionistów i z osiemnastu metrów trafił tuż przy słupku, ustalając wynik na 1:1. Przy takim rezultacie zespoły zeszły do szatni.
Druga połowa bez bramek, ale nie bez emocji
Po przerwie gra długo stała pod obiema bramkami. Legia czekała na pierwszy strzał niemal 20 minut – wtedy Rafał Adamski uderzył głową, ale posłał piłkę nad poprzeczką. W 72. minucie obraz z pierwszej połowy wrócił jak w powtórce: Nordas znów wygrał bieg z Augustyniakiem, lecz tym razem jego strzał zablokował bramkarz Legii Otto Hindrich.
Chwilę później role się odwróciły. W 84. minucie Ajdin Hasić, Bośniak w barwach Legii, wszedł w pole karne pod ostrym kątem i uderzył minimalnie niecelnie. Przy kolejnej okazji trafił już w światło bramki, ale piłkę złapał bramkarz Cracovii Sebastian Madejski. Ostatnią szansę miał wprowadzony z ławki Damian Szymański – oddał strzał z piłką meczową na nogach, jednak Madejski po raz drugi okazał się nie do pokonania.
Dla Legii to już piąty remis w tym sezonie i piąty raz, gdy mecz kończy się wynikiem 1:1. Cracovia z kolei po raz pierwszy w tej kampanii podzieliła się punktami. Mimo tego potknięcia Legia po meczu awansowała na drugie miejsce w tabeli PKO BP Ekstraklasy, Cracovia zaś zajmuje 11. pozycję.
Tydzień wcześniej oba zespoły pokazywały zupełnie inną formę. Legia wygrała krakowski klasyk z Wisłą, a Cracovia pokonała Zagłębie Lubin, przerywając serię pięciu kolejnych porażek w oficjalnych meczach.
Dwa dni wcześniej Maja Chwalińska wyrzuciła z turnieju Igę Świątek. Czy sięgnie teraz po pierwszy w karierze tytuł WTA 1000? Na kortach Wuhan Open wciąż trwa decydujący, trzeci set finału, więc odpowiedzi jeszcze nie znamy.
25-letnia Polka mierzy się z Brytyjką Sonay Kartal w finale rozgrywanego na twardych kortach turnieju WTA 1000 w Wuhanie. To pierwszy pojedynek obu zawodniczek w cyklu WTA – Kartal, rówieśniczka Chwalińskiej, w rankingu zajmuje miejsce zdecydowanie niższe od Polki.
Mecz o tytuł zaczął się o 12.30, przy serwisie Brytyjki. Kartal ruszyła agresywnie i szybko wyszła na prowadzenie 2:0, potem 3:1, a pierwszego seta zamknęła wynikiem 6:2. W drugiej partii obraz gry się odwrócił: Chwalińska przejęła inicjatywę, doprowadziła do wyrównania i triumfowała 6:4. O tytule zdecyduje więc trzeci set – w chwili publikacji tej relacji wciąż się toczy.
Droga do finału: pięć zwycięstw i sensacyjny pogrom Świątek
Do meczu o tytuł Chwalińska doszła po pięciu zwycięstwach w turnieju. Po drodze pokonała dwie zawodniczki notowane wyżej od niej w rankingu, a kulminacją była sobotnia rozprawa w półfinale z Igą Świątek, zajmującą 9. miejsce na liście WTA. Emocji po tym meczu Polka nie kryła. „Chyba sobie jeszcze nie zdaje sprawy, co się dzieje. Zwycięstwo z nią to dla mnie jakieś szaleństwo” – powiedziała.
Ten triumf ma też wymiar finansowy i rankingowy. Za awans do finału Chwalińska zapewniła sobie już 385 tysięcy dolarów, czyli około 1,5 miliona złotych, a zdobycie tytułu podniosłoby tę sumę do 665 tysięcy dolarów, to jest ponad 2,5 miliona złotych, z jakimi opuściłaby Chiny. Wygrana oznaczałaby dla niej też awans na 11. miejsce w rankingu WTA – najwyższe w karierze.
Kartal, choć notowana niżej, do finału doszła równie spektakularną drogą. W tym tygodniu w Wuhanie pokonała pięć rywalek z czołowej pięćdziesiątki rankingu. Ostatnią przeszkodą przed finałem była Łotyszka Jelena Ostapenko, zajmująca 34. miejsce w rankingu WTA – i to właśnie z nią Brytyjka wygrała. Nie pierwszy to jej duży wyczyn w ostatnim czasie: w ubiegłym roku, będąc wówczas na 44. pozycji w rankingu, dotarła do 1/8 finału Wimbledonu. Obecny sezon był dla niej jednak trudny – większość rozgrywek straciła z powodu kontuzji, co tylko dodaje wagi jej występowi w Wuhanie.
Przed finałem Chwalińska zdradziła, że śledziła grę swojej rywalki. „Widziałam kilka meczów. Bardzo podoba mi się jej styl gry” – powiedziała Polka o Kartal.
„Chyba sobie jeszcze nie zdaje sprawy, co się dzieje. Zwycięstwo z nią to dla mnie jakieś szaleństwo” – Maja Chwalińska po pokonaniu Igi Świątek w półfinale.
Jak długo Chelsea przyjdzie radzić sobie bez swojego pierwszego bramkarza? Emiliano Martinez doznał wstrząśnienia mózgu w sobotnim meczu Premier League z Evertonem. Lekarze szacują, że jego przerwa w grze potrwa około 40 dni.
Argentyński golkiper, broniący barw Chelsea, zderzył się z obrońcą Evertonu Jarradem Branthwaite’em we własnym polu karnym. Do kolizji doszło w 68. minucie, gdy Martinez próbował przejąć piłkę po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Kiernana Dewsbury’ego-Halla. Mecz stał w miejscu osiem minut, a siedem minut po samym zderzeniu, w 75. minucie, bramkarz zjechał z boiska na noszach. Między słupkami zastąpił go Mike Penders.
Mimo zamieszania na boisku Chelsea dowiozła wynik do końca. Zespół Xabiego Alonso wygrał na wyjeździe 2:0 – obie bramki strzelił Pedro Neto. To było pierwsze zwycięstwo The Blues w Premier League bez straty gola od dziewięciu miesięcy. Statystyka, która w świetle stanu zdrowia Martineza nabrała gorzkosłodkiego wydźwięku.
Tuż po meczu menedżer Chelsea nie miał jeszcze pełnego obrazu sytuacji. „To było wstrząśnienie mózgu, ale nic więcej na razie nie wiem. Widziałem tylko jedną powtórkę tej sytuacji, więc musimy poczekać” – przekazał Xabi Alonso.
Wiemy tyle, że opuścił stadion przytomny i przebywa obecnie w szpitalu, gdzie przechodzi badania kontrolne. Musimy czekać. Miejmy nadzieję, że uraz nie okaże się zbyt poważny, ale na ten moment pozostaje nam tylko czekać
Operacja szczęki zakończona sukcesem
Martinez trafił do szpitala jeszcze w dniu meczu. Przeprowadzone tam badania wykazały konieczność operacji szczęki, którą bramkarz przeszedł jeszcze na miejscu. Zabieg zakończył się sukcesem.
Sam Argentyńczyk dał znak życia ze szpitalnego łóżka i od razu pomyślał o zespole, nie o sobie. „Najważniejsze są trzy punkty i czyste konto. Wrócę za kilka tygodni!” – napisał Martinez.
Co zrobić, gdy koszykarz tuż przed startem sezonu NBA zostaje bez klubu, choć wystąpił we wszystkich sparingach swojej drużyny? W przypadku Jeremy’ego Sochana odpowiedź jest prosta: czekać na telefon od agenta. 23-letni Polak został zwolniony przez Portland Trail Blazers w przededniu startu ligi. Decyzję klubu skomentował Marcin Gortat.
Do zwolnienia doszło po ostatnim sparingu Blazers – zespół przegrał wtedy na wyjeździe z Golden State Warriors 118:128. Sochan zagrał we wszystkich czterech meczach przygotowawczych Portland, a w jednym z nich zebrał najwięcej zbiórek w swojej drużynie. W debiucie w barwach Blazers zdobył dziesięć punktów, spędzając na parkiecie dziewięć minut.
I mimo to klub zdecydował się z nim rozstać. Sprawę skomentował na platformie X Marcin Gortat – były koszykarz NBA, który rozegrał w lidze 892 mecze i jako pierwszy Polak dotarł ze swoją drużyną do wielkiego finału NBA. „Jeremy 'upuszczony’ przez Portland. Trochę przewidywalny ruch, ale trzeba przyznać, że dobrze się pokazał w sezonie przygotowawczym” – napisał.
Zrobił dobrą pracę. Teraz musi zadziałać agent
Gortat trafił w sedno. Sochan grał na podstawie kontraktu typu Exhibit 9 – jednorocznej, niegwarantowanej umowy obozowej, która pozwalała klubowi rozstać się z nim praktycznie w każdej chwili.
Matematyka, nie wysiłek
Dusty Garza, dziennikarz śledzący sprawy kadrowe NBA, uważa, że za decyzją Blazers stała czysta matematyka i sytuacja na konkretnych pozycjach w rosterze – nie brak zaangażowania Polaka. „Decyzja klubu zależała od czystej matematyki oraz sytuacji na danych pozycjach, a nie od wysiłku koszykarza” – stwierdził Garza. Dodał przy tym, że tego typu umowy dziś praktycznie nie dają prawa do błędu: „W dzisiejszych czasach takie umowy mają praktycznie zerowy margines błędu”.
Gwarantowany kontrakt był dla Sochana poza zasięgiem – nadchodzący sezon byłby już jego piątym w lidze, a takie umowy przysługują zawodnikom z co najwyżej czterema sezonami na koncie. To techniczny szczegół przepisów, nie forma sportowa, zdecydował o jego losach w Portland.
Teraz Polak może wkrótce zostać niezastrzeżonym wolnym zawodnikiem, czyli UFA. Teoretycznie otwiera to drogę do podpisania kontraktu z innym klubem NBA, choć większość zespołów ligi ma już skompletowane składy przed startem sezonu. Jak zauważył Gortat, piłka jest teraz po stronie agenta Sochana.
Ile jeszcze może potrwać posucha strzelecka napastnika, którego klub ma już zapewnione miejsce w fazie play-off? Chicago Fire przegrało na wyjeździe z New England Revolution 0:1, a Robert Lewandowski po raz kolejny zszedł z boiska bez gola. Porażka nie zmienia jednak sytuacji drużyny z Illinois – udział w fazie pucharowej MLS mają już zagwarantowany, a do tego po raz pierwszy od 17 lat Chicago Fire awansowało do play-off dwa sezony z rzędu.
Na Gillette Stadium w Foxborough zebrało się ponad 68 tysięcy widzów. O wyniku zdecydowała jedna akcja, w 26. minucie: Carles Gil po solowym rajdzie w polu karnym podał do Matta Polstera, ten uderzył płasko po ziemi i pokonał bramkarza Chicago Fire Chrisa Brady’ego.
Same statystyki posiadania piłki mówiły co innego niż wynik. Chicago Fire rozgrywało akcje przy piłce aż 62 proc. czasu meczu i oddało sześć strzałów na bramkę rywali wobec czterech ze strony New England Revolution. Przewaga na boisku jednak nie przełożyła się na gola – Lewandowski, jak i cała resztą zespołu, nie zdołał przebić się przez obronę gospodarzy, choć na boisku spędził pełne 90 minut.
Lewandowski czeka na gola od 10 września
Ostatni ligowy gol Polaka padł 10 września, w zremisowanym 1:1 meczu z Interem Miami. Od tamtej pory minęło już kilka kolejek. Bilans Lewandowskiego w tym sezonie MLS zatrzymał się na 15 meczach, 6 golach i 3 asystach. Do tego porażka z New England Revolution jest dla Chicago Fire już drugą z rzędu.
Tabela Konferencji Wschodniej dobrze pokazuje, jak blisko siebie plasują się oba zespoły: New England Revolution zajmuje trzecie miejsce, Chicago Fire jest zaraz za nim, na czwartej pozycji. Sezon regularny ma jeszcze cztery kolejki, a ostatnią z nich Chicago Fire rozegra 7 listopada. Czasu na odzyskanie formy strzeleckiej przed play-off – do którego awans jest już pewny – Lewandowski ma więc jeszcze kilka szans.