Co może zrobić 18-letni zawodnik w drodze do klatki, by o organizacji znów rozpisywały się amerykańskie media? Odpowiedzi trzeba szukać na gali FAME 33, która odbyła się 18 października 2026 roku.
Organizacja FAME po raz kolejny wzbudziła zainteresowanie zagranicznych mediów, głównie amerykańskich. Powodem jest zachowanie Marka Franka, znanego jako „Bad Boy Junior”. Idąc do klatki, 18-latek zaatakował jednego z kibiców siedzących na trybunach. Zdarzenie od razu przyciągnęło uwagę publiczności zgromadzonej na gali.
To nie pierwszy raz, kiedy FAME trafia na pierwsze strony zagranicznych portali – i chyba nie ostatni. Amerykańskie media już wcześniej zwracały uwagę na trend wpuszczania do klatek zawodników nieprzygotowanych do walki podczas pierwszych gal tej organizacji. Pisano choćby o pojedynku Mateusza „Mini Majka” Krzyżanowskiego z Markiem „Lordem Kruszwilem” Kruszlem na gali FAME MMA 5 w Gdańsku – właśnie z powodu udziału osoby niskorosłej. W 2022 roku świat komentował z kolei kontrowersyjne kopnięcie Amadeusza „Ferrariego” Roślika w starciu z Adrianem „Polakiem” Polańskim. FAME ma więc już swoją, choć niechcianą, historię w zagranicznych nagłówkach.
Teraz popularne amerykańskie konta w mediach społecznościowych krytykują Marka Franka za incydent z kibicem.
Walka, która zakończyła się dogrywką
Sam pojedynek, w którym wystąpił Frank, też nie obył się bez absurdu. Na gali FAME 33 zmierzył się z Kamilem „LeQu” Rosikiem. Starcie odbyło się w formule K-1 w małych rękawicach. Różnica wagowa była ogromna – LeQu ważył 136 kg, Frank zaledwie 62 kg.
Mimo tej dysproporcji po czterech rundach sędziowie orzekli remis, co wymusiło dogrywkę. W niej skuteczniejszy okazał się Kamil Rosik, który wygrał jednogłośną decyzją sędziów.
Jedna bramka w pierwszej tercji i 43 minuty obrony tego skromnego prowadzenia — tak w skrócie można opisać taktykę JKH GKS Jastrzębie. Plan się sprawdził: zespół pokonał KH Energę Toruń 1:0 w meczu 10. kolejki TAURON Hokej Ligi.
O losach spotkania zdecydowała jedna akcja. W 17. minucie Emil Bagin wykorzystał podanie Martina Kasperlíka i efektownym uderzeniem pokonał Romana Kałmykowa. Więcej goli w tym meczu nie padło — jedyny strzelił słowacki obrońca JKH. Spotkanie odbyło się w Karwinie, gdzie jastrzębski klub rozgrywa mecze domowe.
W drugiej tercji nerwy dały się odczuć już po stronie gospodarzy. Robert Ossipov trafił w słupek — krążek zatrzymał się dosłownie milimetry od linii. To właśnie w takich momentach skromną jedynkę skutecznie osłaniał Paavo Hölsä.
Sam Bagin próbował podwyższyć prowadzenie samodzielnie. W 51. minucie dostał rzut karny, lecz po raz drugi Kałmykowa nie pokonał. Zespół mimo to nie oddał inicjatywy przeciwnikowi.
W końcówce Toruń zagrał w otwartą kartę — bramkarz zjechał do zmiennikowej, na lodzie został dodatkowy polowy. Obrona JKH nie puściła jednak ani jednej dziury. „Torunianie wycofali bramkarza, lecz mimo gry w przewadze nie znaleźli sposobu na defensywę gospodarzy” — podsumowano tę fazę meczu.
„Wygraliśmy, nie? Bardzo dobrze”
Po meczu Emil Bagin nie krył ulgi, choć własnej drużynie nie szczędził też krytyki. „No i co, wygraliśmy, nie? Bardzo dobrze. 1:0. To był ciężki mecz. W drugiej tercji sami trochę sobie skomplikowaliśmy sytuację. Nie graliśmy tak, jak powinniśmy” — przyznał słowacki defensor.
Bohater meczu podkreślił też, jak jego zespół poradził sobie z presją w ostatnich minutach: „W trzeciej tercji graliśmy odpowiedzialnie, żeby nie stracić bramki. Wszyscy mieliśmy emocje do samego końca” — powiedział Bagin.
„W trzeciej tercji graliśmy odpowiedzialnie, żeby nie stracić bramki. Niestety, nie wykorzystałem karnego, ale emocje mieliśmy do samego końca” — dodał strzelec jedynego gola meczu.
Dla JKH to kolejny dowód, że w hokeju czasem wystarczy jedna skuteczna akcja i twarda obrona do syreny.
Kto obok LOUD zagra o miejsce w wielkim finale Valorant Champions 2026? Odpowiedź padła na Mercedes-Benz Arena – 100 Thieves pokonało tam G2 Esports 2:1 w półfinale dolnej drabinki.
Dla amerykańskiej organizacji był to swoisty rewanż. To właśnie G2 wyeliminowało ich wcześniej w ćwierćfinale górnej drabinki, odbierając szansę na walkę o najwyższe cele. Tym razem role się odwróciły.
Pierwszą mapę wybrało G2 – padło na Lotus. Pierwsza połowa skończyła się po równo, 6:6, a po zmianie stron to 100 Thieves wysunęło się na prowadzenie 8:6. Europejczycy jednak szybko odpowiedzieli: sześć wygranych rund z rzędu i prowadzenie 12:8. 100 Thieves zdołało jeszcze podejść na 10:12, lecz mapę zamknęło G2, wygrywając 13:10. Błysnęli na niej jawgemo i leaf – po 22 zabójstwa na koncie każdy.
Drugą mapę wybierało już 100 Thieves i postawiło na Ascent. Scenariusz z pierwszej mapy powtórzył się, tylko z zamienionymi rolami: przed przerwą cztery rundy z rzędu zgarnęło G2, prowadząc 7:5, a po zmianie stron powiększyło przewagę do 10:8. Wtedy do głosu doszło 100 Thieves – pięć rund z rzędu i mapa zamknięta wynikiem 13:10, stan serii wyrównany na 1:1. Statystyki mówią same za siebie: Cryocells zanotował 20/14/9, bang odpowiedział 20/15/11.
Decydujący Summit
O awansie do finału dolnej drabinki musiała zatem zadecydować trzecia mapa, Summit. G2 ruszyło z miejsca i wygrało pierwsze trzy rundy. Nie dało się jednak zdominować 100 Thieves, które odpowiedziało serią pięciu rund i objęło na półmetku prowadzenie 7:5. Po zmianie stron przewaga tylko rosła – aż do 11:6. Amerykanie dowieźli wynik do końca, zamykając mapę i całą serię rezultatem 13:7. Najlepszym zawodnikiem decydującej mapy był, znowu, Cryocells – bilans 22/12/1.
Tym zwycięstwem 100 Thieves wywalczyło awans do finału dolnej drabinki i zagwarantowało sobie co najmniej trzecie miejsce w turnieju. W kolejnym meczu, w serii do trzech zwycięstw, zmierzy się z Team Vitality. Zwycięzca tego starcia stanie w wielkim finale przed LOUD.
G2 Esports kończy turniej na czwartym miejscu – z premią w wysokości 130 000 dolarów.
Valorant Champions 2026 trwa od 24 września do 18 października i odbywa się w formacie LAN w Szanghaju. Fazę grupową i wczesne rundy playoffów rozegrano w Jing’an Sports Center, podczas gdy mecze czołowej czwórki oraz wielki finał przeniesiono do Mercedes-Benz Arena. Na turnieju rywalizuje 16 drużyn, a do podziału jest pula nagród w wysokości 2 250 000 dolarów. Zwycięzca zabierze do domu milion dolarów i tytuł mistrza świata.
Sześć sekund do końca. Tyle czasu wystarczyło, by cały mecz rozsypał się jak domek z kart – a zaczęło się od jednego rzutu wolnego, który nawet nie doleciał do kosza. W niedzielę w Wałbrzychu Górnik Zamek Książ pokonał Dziki Warszawa 74:71.
Spotkanie przypominało jazdę kolejką górską. Pierwszą kwartę wygrał Górnik 24:16, ale potem inicjatywę przejęły Dziki – 23:18 w drugiej odsłonie i 23:13 w trzeciej. Jeszcze przed ostatnimi minutami goście z Warszawy prowadzili 71:68. I wtedy coś się zacięło: gospodarze w czwartej kwarcie zdobyli tylko 19 punktów, ale to i tak wystarczyło, bo Dziki w tym samym czasie trafiły zaledwie dziewięć.
O losach meczu zadecydowało kilka sekund chaosu. Na niespełna sześć przed końcem Trey Diggs wymusił faul i poszedł na linię po trzy rzuty wolne. Trafił dwa z trzech – 72:71 dla Górnika. Dwie sekundy przed syreną Dariusz Wyka, walcząc o piłkę, sfaulował przypadkowo, oddając rywalom kolejne dwa rzuty wolne.
Niedolot, który zdecydował
Do linii podszedł Makai Ashton-Langford – z szansą, by odwrócić losy całego meczu. Spudłował obie próby, a druga nawet nie doleciała do obręczy. Zmarnowana szansa gości oznaczała jedno: Trey Diggs wrócił na linię i tym razem trafił oba rzuty, ustalając wynik na 74:71.
Diggs zasłużył na tytuł bohatera meczu nie tylko dzięki ostatnim sekundom. Amerykanin skończył spotkanie z 19 punktami – najwięcej w zespole gospodarzy. Po 12 dorzucili Mike Scott i Leemet Bockler. W statystykach Górnika znaleźli się też Nowakowski (9), Goins (8), Curry Jr. (7), Bojanowski (4), Wyka (3) i Rohosy Jr. (2), a Szelążek zakończył mecz bez punktu na koncie.
U Dzików najlepszy był Joseph Girard III – 23 punkty. Gorzej zapamięta ten wieczór Grzegorz Kamiński, który w decydujących momentach przestrzelił kilka ważnych trójek. Resztę punktów dla warszawian zdobyli Jackson (11), Ashton (10), Kamiński (9), Krasuski (8), Osunniyi (6), Kempa (2) i Luke (2); Frąckiewicz i Aleksandrowicz zeszli z parkietu bez punktu.
Dla Górnika Zamek Książ to drugie zwycięstwo w trzech meczach sezonu 2026/2027 – bilans 2-1. Dziki Warszawa mają identyczny bilans, 2-1, z tą różnicą, że porażka w Wałbrzychu była dla nich pierwszą w tym sezonie.
Jak zatrzymać lidera, który do tej pory szedł od zwycięstwa do zwycięstwa? Unia Oświęcim poradziła sobie z tym we własnej hali, pokonując BS Polonię Bytom 3:2. Spotkanie rozegrano w ramach 10. kolejki TAURON Hokej Ligi, a stawka była wysoka – Polonia przyjechała do Oświęcimia jako liderka rozgrywek.
Gospodarze szybko odskoczyli na 2:0 i tę przewagę Bytom długo nie mógł odrobić. Drugie trafienie dla biało-niebieskich zapisał na swoim koncie napastnik Unii Damian Tyczyński. Polonia odpowiedziała jednak golem, po którym na tablicy świetlnej pojawiło się 2:1 dla gospodarzy. W 56. minucie Jere Jokinen przywrócił Unii dwubramkową przewagę, ustalając wynik na 3:1. Bytomianie do końca walczyli o coś więcej – w końcówce meczu Ołeksij Worona zdobył kontaktowego gola, ustalając ostateczny wynik na 3:2.
Statystyka strzałów wcale nie przemawiała na korzyść Unii – to Polonia oddała więcej uderzeń na bramkę gospodarzy. Tym bardziej zaważyła postawa bramkarza Unii Igora Tyczyńskiego, który zanotował w tym meczu 30 udanych interwencji. Obydwa gole dla Bytomia stracił dopiero w trzeciej tercji.
Igor Tyczyński ma w Oświęcimiu nie tylko swoich kibiców – na trybunach i w szatni czeka na niego też rodzina. To brat strzelca drugiego gola, Damiana Tyczyńskiego. Napastnik nie szczędził bramkarzowi uznania, choć nie obyło się bez żartu. „Myślę, że gdyby nie on, wynik mógłby być inny, bo Polonia w kilku momentach naprawdę nas przycisnęła i mogła strzelić bramki” – powiedział Damian Tyczyński. Przyznał też, że forma brata nie była ostatnio najwyższa. „Miał ostatnio słabszy okres, ale tak to w hokeju jest – raz jest lepiej, raz gorzej” – ocenił, dodając od razu, żeby bratu „sodówka nie uderzyła do głowy”.
Cracovia już w niedzielę
Dzisiaj wszystko funkcjonowało. Blokowaliśmy strzały, nakręcaliśmy się w boksie, czego brakowało ostatnim razem
Tak Tyczyński podsumował zwycięstwo nad liderem. Chwilę później już mówił o kolejnym wyzwaniu. W niedzielę Unia Oświęcim zmierzy się z Comarch Cracovią – zespołem w świetnej formie, który, jak zauważył napastnik Unii, wygrał już szósty mecz z rzędu. „Gramy u siebie i chcemy wygrać ponownie” – zadeklarował Tyczyński, podkreślając, że Unia podejmie rywala na własnym lodowisku.
O pozycji Polonii w tabeli napastnik mówił bez nadmiernego respektu. „Nie patrzymy na to, że Polonia jest liderem. Za dwie kolejki może nim być ktoś inny” – stwierdził. Liczy też na to, że sobotnie zwycięstwo przyciągnie więcej kibiców na mecz z Cracovią. „Mam nadzieję, że zachęcimy kibiców, by w niedzielę przyszli w jeszcze większej liczbie” – powiedział Damian Tyczyński.
Pierwszy mecz przegrany po fatalnym błędzie własnego dżunglera. Jak z takiej pozycji zepchnąć rywala na samo dno tabeli turnieju w ciągu trzech kolejnych gier? FURIA pokonała Cloud9 wynikiem 3:1 w serii Bo5 w fazie Play-In Mistrzostw Świata 2026. Był to eliminacyjny mecz drugiej rundy dolnej drabinki fazy Play-In, rozegrany zgodnie z zasadami Fearless Draft – reguła ta nie pozwala obu zespołom powtórzyć wybranego bohatera w kolejnych grach serii.
Początek wcale nie wskazywał na dramatyczny zwrot. W pierwszym meczu Cloud9 wybrało Rumble, Qiyana, Syndra, Lucian i Milio, a FURIA odpowiedziała Ambessą, Jarvanem IV, Ahri, Kalistą i Renatą Glasc. Właśnie w tej grze Cloud9 pokazało lepszą grę makro, sprawniejsze rotacje po mapie i czystsze walki drużynowe na starcie. Przełomowym momentem był błąd dżunglera FURII, Tatu, który nadmiernie wysunął się w głąb mapy i bez wsparcia rzucił się na linię frontową Cloud9. Rywale wymusili walkę po tym potknięciu, zgarniając czystego asa oraz przewagę w złocie i doświadczeniu. Cloud9 zamknęło pierwszą grę, obejmując prowadzenie 1:0 w serii.
Druga gra zaczęła się podobnie – przewagę na starcie miało Cloud9, choć złoto trafiało przede wszystkim do Lee Sina i K’Sante, a nie do głównych carry’ów zespołu. W doborach bohaterów Cloud9 postawiło na K’Sante, Lee Sina, Sylasa, Caitlyn i Barda, FURIA zaś na Olafa, Sejuani, Akali, Yunarę i Lulu. Punktem zwrotnym okazał się moment, w którym dżungler Cloud9, Blaber, źle oszacował siłę swoich obrażeń wybuchowych i próbował zabić Lulu jednym uderzeniem – błąd, który kosztował jego i całą drużynę. FURIA wykorzystała tę okazję i wygrała drugą grę, wyrównując stan serii na 1:1.
Zmiażdżenie w trzeciej grze i kontrola w czwartej
W trzecim meczu Cloud9 wybrało Volibeara, Cho’Gatha, Viktora, Sivir i Karmę, a FURIA postawiła na skład wyraźnie skalujący się w późnej fazie gry: Renektona, Blabera, Oriannę, Ezreala i Alistara. Strategia zadziałała. W 28. minucie Cloud9 nie miało już żadnej odpowiedzi na linię frontu FURII, która po prostu zmiażdżyła rywala. Zwycięstwo dało FURII prowadzenie 2:1 w serii.
Czwarta gra przebiegła pod dyktando FURII od początku do końca. Zespół wybrał Jaxa, Vi, Twisted Fate’a, Miss Fortune i Rell, podczas gdy Cloud9 postawiło na Aatroxa, Trundle’a, Locke’a, Ziggsa i Nautilusa. FURIA stosowała precyzyjne rotacje po mapie, nieustannie tworząc przestrzeń dla swojej Miss Fortune, i zakończyła mecz z przewagą 10 000 złota nad rywalem.
Wygrana 3:1 oznacza dla FURII awans do trzeciej rundy dolnej drabinki, gdzie czeka na nią rewanż z MVK Esports – zespołem, który wcześniej pokonał FURIĘ 0:3. Dla Cloud9 turniej się skończył. Organizacja zamyka Mistrzostwa Świata 2026 na ostatnim, 19. miejscu w tabeli.
Co robi zespół, który w LCK Cup nie wygrał ani jednej serii, żeby nie rozpadł się przed kolejnym sezonem? HANJIN BRION znalazł odpowiedź w najprostszym z możliwych ruchów – przedłużył umowy z całym podstawowym składem na sezon LCK 2027. Jako pierwszy poinformował o tym informator LEC_Wooloo za pośrednictwem konta Sheep Esports Reporter na Twitterze.
Południowokoreańska organizacja zatrzymała komplet pięciu zawodników. Na topie zostaje Shin „Casting” Min-je, w dżungli Kim „GIDEON” Min-seong, na środkowej linii Cho „Roamer” Woo-jin, na pozycji ADC Park „Teddy” Jin-seong, wsparcia udzieli zaś Namgung „Namgung” Seong-hoon. Według danych Global Contract Database umowy wszystkich pięciu graczy wygasały z końcem sezonu 2026 – decyzja musiała więc zapaść, zanim skład zdążyłby się rozejść do innych organizacji. Cała piątka zgodziła się grać wspólnie co najmniej jeszcze jeden rok, co daje BRION drugi z rzędu sezon w niezmienionym składzie. W lidze, gdzie roszady po sezonie są normą, to rzadkość.
Decyzja nabiera wagi, gdy spojrzeć na budżet klubu. BRION dysponuje jednym z najskromniejszych budżetów w całej LCK, a mimo to postawił na ciągłość, nie na rewolucję. Sezon 2026 nie był łatwy – w LCK Cup zespołowi nie udało się wygrać ani jednej serii. W rundach 1-2 sezonu zasadniczego BRION zajął szóste miejsce, co wystarczyło do awansu do fazy Play-In. Tam jednak czekała ściana: dwie porażki w pięciomeczowych seriach z rzędu, najpierw z KT Rolster, potem z BNK FEARX. Te dwie porażki zamknęły drogę do playoffów.
A jednak siódme miejsce w klasyfikacji końcowej okazało się drugim najlepszym wynikiem w historii klubu – lepiej BRION wypadł tylko wiosną 2022 roku. I właśnie ten kontekst wyjaśnia, czemu organizacja chce rozwijać obecny skład, a nie go rozbierać na części. Podział ról w zespole jest jasny: Namgung i Roamer to talentowani debiutanci, Teddy i GIDEON wnoszą zaś doświadczenie weteranów. Rok zamknął się występem w Demacia Cup Global Invitational, gdzie BRION doszedł do półfinału i przegrał 2-3 z Team WE – tym turniejem drużyna pożegnała sezon.
Wzór podpatrzony u rywala
BRION nie jest pierwszym klubem w LCK, który stawia na kontynuację, a nie przebudowę. BNK FEARX zastosowało podobną strategię przed sezonem 2026, i to właśnie zatrzymanie składu przyczyniło się do awansu tej drużyny do First Stand. Dla BRION, który w Play-In przegrał właśnie z FEARX, to może być sygnał, że chemia zespołowa potrzebuje po prostu więcej czasu niż jeden sezon.
Ile rund potrzebował Karol Welter, by obronić pas WBA Baltic? Wystarczyły trzy. Legniczanin wygrał walkę wieczoru gali w Międzyzdrojach, broniąc tytułu w kategorii wagi średniej.
Naprzeciw Weltera (22-1, 10 KO) stanął Holender Stephen Danyo (23-8-3, 8 KO). Pierwsze dwie rundy przebiegały w bardziej ostrożnym tempie – Danyo w tym czasie głównie reagował na akcje Polaka. W trzeciej jednak wszystko się zmieniło.
Welter trafił rywala prawym sierpowym za rękawicę, w okolice ucha, i natychmiast poprawił tą samą akcją, posyłając Danyo na deski. Holender wstał po liczeniu do ośmiu, choć wyraźnie było widać, że wciąż jest ranny. To nie dało mu jednak szans na dokończenie starcia – kolejny prawy sierpowy Polaka sprowokował drugi nokdaun, po którym sędzia przerwał walkę i poddał Danyo.
Awans w rankingu na horyzoncie
Przed walką Welter zajmował 14. miejsce w światowym rankingu WBA. Po tak przekonującej obronie pasu WBA Baltic w Międzyzdrojach legniczanin ma realne szanse na poprawienie tej pozycji.
Ile rund potrzebował Sebastian Wiktorzak, by poradzić sobie z doświadczonym Kolumbijczykiem Leonardo Carrillo? Trzy. Carrillo nie wstał ze stołka, gdy zabrzmiał gong na czwarte starcie, co oznaczało koniec walki i zwycięstwo szczecinianina.
Przed pojedynkiem Wiktorzak zjawił się na ringu z czystym rekordem 8-0, 4 KO. Carrillo nie był jednak przeciwnikiem bez historii – na koncie miał 17 wygranych i 7 porażek, w tym 16 przez nokaut, a wcześniej pokonał przez nokaut w drugiej rundzie Mateusza Tryca. Właśnie ta wygrana budowała mu renomę groźnego pięściarza, który wchodził do ringu w Polsce.
Szczecinianin od pierwszych sekund narzucił własny rytm. Już w pierwszej rundzie trafił Carrillo lewym sierpowym na szczękę, raniąc Kolumbijczyka. Rywal nie odpuszczał bez walki – w trzeciej rundzie ruszył ostro do ataku, szukając mocnego sierpowego, który mógłby odwrócić losy pojedynku. Nie znalazł go. Po trzeciej rundzie Carrillo usiadł ciężko na stołek i już z niego nie wstał, a sędzia uznał walkę Wiktorzaka za zakończoną wygraną.
Gorzelak bez straty punktu
Na tej samej gali inny polski pięściarz, Radosław Gorzelak, rozprawił się z Włochem Nicolą Ciriani na punkty po ośmiu rundach. Wszyscy trzej sędziowie byli jednomyślni – 80:70 dla Polaka. W praktyce oznacza to walkę bez straty rundy.
Gorzelak, broniący rekordu 8-0-2 z jednym nokautem na koncie, dwukrotnie posłał Ciriani na deski. Włoch, legitymujący się bilansem 19-4-1 i 12 nokautami, mimo dwóch liczeń przetrwał pełne osiem rund. Jego odporność nie wystarczyła jednak, by zachwiać werdyktem – przewaga Gorzelaka na punktach była zbyt wyraźna.
Dla obu Polaków to kolejne wpisy do niepokonanych jak dotąd rekordów zawodowych, choć zdobyte w zupełnie różny sposób: Wiktorzak nokautem technicznym po trzeciej rundzie, Gorzelak jednogłośną decyzją sędziów po pełnym dystansie.
Lawrence Okolie może już spokojnie wracać do treningów i rozglądać się za kolejnym przeciwnikiem. World Boxing Council nie ma wątpliwości. Organizacja oczyściła Brytyjczyka z zarzutu świadomego przyjmowania dopingu, a sama WBC potwierdziła, że nie podejmie przeciwko niemu żadnych działań.
Sprawa zaczęła się w kwietniu, cztery dni przed planowaną walką z Tonym Yoką. Wtedy właśnie Okolie wpadł na badaniu organizacji VADA — pojedynek z Francuzem w efekcie się nie odbył. Konsekwencje nie czekały długo: bokser spadł z pierwszego miejsca rankingu federacji WBC w wadze ciężkiej.
Okolie ma na koncie 23 wygrane, 1 porażkę i 17 zwycięstw przed czasem, w przeszłości był mistrzem w kategoriach cruiser i bridger. Wynik testu od początku wyjaśniał kontuzjami. Jak przyznał, w zeszłym roku doznał urazu bicepsa, a podczas obozu przygotowawczego do walki z Yoką uszkodził łokieć w tym samym ramieniu. Przeszedł wówczas odpowiednie leczenie i zadeklarował pełną współpracę z organami antydopingowymi, zapewniając, że śledztwo oczyści jego imię.
Co ustaliła WBC
Federacja podała, że Okolie w pełni współpracował z jej przeglądem i przedstawił dowody łagodzące, wskazujące, że zabroniona substancja trafiła do jego organizmu za sprawą osoby trzeciej, bez jego wiedzy i zgody. Komisja wzięła pod uwagę te dowody, a także nieskazitelną wcześniejszą historię testów zawodnika oraz jego postawę w trakcie całego postępowania.
Uczciwy sport zawsze był dla mnie niezwykle ważny. Przez cały czas trwania postępowania w pełni współpracowałem z odpowiednimi organami i nadal jestem oddany najwyższym standardom etycznym w boksie.
Bokser nie kryje, że czeka już na powrót do rywalizacji. Jak sam zapowiedział, z niecierpliwością czeka na kolejny rozdział swojej kariery i planuje aktywnie uczestniczyć w życiu sportowym w najbliższych miesiącach.