⚡ Aktualnie:
Istna deklasacja! Beniaminek LHT Lublin dostał bolesną lekcję hokeja od Warszawian Ponad 600 dni czekania! Sawicki po triumfie w Sanoku: „W końcu możemy wyjść z podniesioną głową” Patryk Krężołek nie zwalnia tempa! Hat trick i jasny cel przed Pucharem Kontynentalnym Dramat gwiazdy Euvic GTK Gliwice. „Jesteśmy z Tobą, Selton” Tom Nolan znokautował Renato Moicano w walce wieczoru gali UFC Fight Night 292 Zdradziła, jak Świątek zachowywała się jako dziecko. „W ogóle się z nami nie bawiła” Harriet Dart pokonała Lilli Tagger w finale w Kantonie i zdobyła pierwszy tytuł WTA w karierze Tajemniczy transfer Unii Leszno. Sam zawodnik wyśmiał plotki „Jeśli Gaethje nie chce tego zrobić…” – Volkanovski gotów na walkę z Tsarukyanem NRG poza wyścigiem o Majora, Wildcard i Imperial blisko Singapuru Istna deklasacja! Beniaminek LHT Lublin dostał bolesną lekcję hokeja od Warszawian Ponad 600 dni czekania! Sawicki po triumfie w Sanoku: „W końcu możemy wyjść z podniesioną głową” Patryk Krężołek nie zwalnia tempa! Hat trick i jasny cel przed Pucharem Kontynentalnym Dramat gwiazdy Euvic GTK Gliwice. „Jesteśmy z Tobą, Selton” Tom Nolan znokautował Renato Moicano w walce wieczoru gali UFC Fight Night 292 Zdradziła, jak Świątek zachowywała się jako dziecko. „W ogóle się z nami nie bawiła” Harriet Dart pokonała Lilli Tagger w finale w Kantonie i zdobyła pierwszy tytuł WTA w karierze Tajemniczy transfer Unii Leszno. Sam zawodnik wyśmiał plotki „Jeśli Gaethje nie chce tego zrobić…” – Volkanovski gotów na walkę z Tsarukyanem NRG poza wyścigiem o Majora, Wildcard i Imperial blisko Singapuru

Przy stanie 22:30 na tablicy w Lublinie mało kto zakładał, że to gospodynie będą świętować po ostatniej syrenie. Enea AZS Politechnika Poznań, broniąca niepokonanego dotąd rekordu, prowadziła wyraźnie. Mecz 5. kolejki PGE Basket Ligi Kobiet zapowiadał się jako rewanż za finałową serię, w której Lotto AZS UMCS Lublin wygrał 3-1. Poznanianki miały się jednak przekonać, że w Lublinie nic nie jest rozstrzygnięte do syreny końcowej.

Gospodynie odpowiedziały serią 16:0 i w jednej chwili odwróciły losy spotkania. W pewnym momencie przewaga Lotto AZS UMCS sięgnęła już 20 punktów. Ostatecznie lublinianki zamknęły mecz wynikiem 80:71, odbierając poznaniankom status jedynej niepokonanej ekipy ligi.

Twarzą zwycięstwa była Matea Tadić. Chorwacka rozgrywająca otarła się o triple-double, kompletując 18 punktów, dziewięć zbiórek, dziewięć asyst i cztery przechwyty. Pod koszem pomagały jej Catherine Reese i Kourtney Treffers, które także miały swój wkład w końcowy triumf gospodyń.

Polonia odrabia straty w Bydgoszczy, AJP demoluje Zagłębie

W Bydgoszczy SKK Polonia Warszawa pokonała Artego 81:78. O losach meczu zdecydowała czwarta kwarta – warszawianki wygrały ją 23:11. Erika Davenport zanotowała 20 punktów i 17 zbiórek, a Weronika Wesołowska dodała 14 punktów i dziewięć asyst. Po stronie przegranych najlepsza była Mar’shay Moore z 24 punktami przy skuteczności 10/17 z gry, siedmioma asystami i czterema zbiórkami.

Najbardziej jednostronne spotkanie kolejki rozegrano w Gorzowie Wielkopolskim. Pro-Network Enea AJP rozbiła tam MB Zagłębie Sosnowiec 79:59. Gospodynie w pewnym momencie prowadziły różnicą aż 34 punktów, nie dając rywalkom żadnych szans na dramatyczny finisz.

11 lipca 2025 roku Farid Basharat wychodzi na oktagon i na punkty rozprawia się z debiutantem organizacji Johnem Garzą. Wygrywa, kontrakt wydaje się formalnością. Jego rekord zawodowy pozostaje nieskazitelny — 16 zwycięstw, zero porażek. Mijają miesiące. Telefon milczy, a UFC nie proponuje nowej umowy.

Sam Basharat przyznał, że czekał na ofertę, która nigdy nie nadeszła. Urodzony w Afganistanie zawodnik reprezentujący Anglię trafił do UFC w 2022 roku przez program Dana White’s Contender Series. Stoczył tam siedem walk i wygrał wszystkie, choć tylko jedna z nich zakończyła się przed czasem — ostatni finisz zanotował jeszcze w 2023 roku. Na jego liście pokonanych rywali są Chris Gutierrez, Jean Matsumoto i Taylor Lapilus.

To nie pierwszy taki przypadek w tej rodzinie. Starszy brat Farida, Javid Basharat, również walczył w UFC i również został z niej zwolniony — z rekordem 4-2-1NC. Pół roku po rozstaniu z największą organizacją MMA na świecie Javid podpisał kontrakt z PFL.

Środowisko reaguje

Decyzja promocji szybko odbiła się echem wśród aktywnych zawodników UFC. Amir Albazi napisał wprost: „Lepszych słów nie sposób znaleźć. W naszych oczach jesteś mistrzem”. Marvin Vettori ograniczył się do jednego słowa — „Niepokonany”. Nasrat Haqparast poszedł dalej: „Allah jest najlepszym ze wszystkich strategów. Siedem zwycięstw z rzędu w najlepszej lidze świata. Wszyscy znamy twój poziom, bracie”. Głos zabrał też komentator Jon Anik, który odpowiedział samym symbolem serca. Do grona wspierających dołączyli Ikram Aliskerov i Belal Muhammad.

Zwolnienie Basharata wpisuje się w szerszy wzorzec, choć nie do końca ten typowy. Zwykle UFC rozstaje się z zawodnikami o ujemnym bilansie, problemach dopingowych albo kłopotach z prawem. Tym razem lista cięć wygląda inaczej — oprócz Basharata promocja pożegnała się z Michaelem Page’em (5-1), Rinatem Fakhretdinovem (6-0-1), Jailtonem Almeidą (8-3), Martinem Budayem (7-1) i Danielem Marcosem (5-1-1NC).

Dla kontrastu wystarczy spojrzeć na Movsara Evloeva — on wciąż pozostaje w UFC, wciąż niepokonany, z bilansem 20-0. Wszystkie dziesięć jego zwycięstw w oktagonie zapadło decyzją sędziów, a najbliższym testem ma być starcie z Alexandrem Volkanovskim na gali UFC 333. Basharat takiej szansy już nie dostał.

Strata ośmiu rund, zegar tykający w stronę porażki, wynik 3–10. Jak z tego wybrnąć w kilkanaście minut? Brazylijska drużyna LOUD znalazła odpowiedź w finale Valorant Champions 2026, pokonując Team Vitality 3:1 w mapach i sięgając po tytuł mistrza świata. Starcie rozegrano w Mercedes-Benz Arena w Szanghaju.

Pierwszą mapę, Summit, wybrało LOUD. Na starcie jednak warunki dyktowała Vitality – po pierwszej połowie Francuzi prowadzili 9–3, a po zmianie stron powiększyli przewagę do 10–5. I wtedy Brazylijczycy odpowiedzieli serią pięciu rund z rzędu, wyrównując na 10–10. Drugą połowę LOUD wygrało 10–2, zamykając mapę wynikiem 13–11. Roberto „erde” Lobos skończył starcie ze statystykami 19/16/13, a po stronie Vitality najskuteczniejszy był Derke z 19 fragami.

Odpowiedź Vitality przyszła na drugiej mapie. Lotus wybrali Francuzi i od razu przejęli inicjatywę, prowadząc 8–4 w połowie, a po zmianie stron rozciągnęli przewagę do 10–4. Mapę zamknęli wynikiem 13–8, wyrównując stan serii na 1:1. Derke był tu liderem zespołu z bilansem 21 zabójstw przy 14 zgonach i bez żadnej asysty.

Trzecią mapę, Sunset, ponownie wybrało LOUD i ponownie zaczęło od tyłu – Vitality wygrało pierwsze cztery rundy. Brazylijczycy zdołali jednak odwrócić tempo gry i w połowie prowadzili już 7–5. Po zmianie stron wygrali wszystkie sześć rund, co dało im serię jedenastu wygranych rund z rzędu i mapę zamkniętą wynikiem 13–5. Najlepszym zawodnikiem spotkania był Enzo „tkzin” Zimiani ze statystykami 26/10/3 i wskaźnikiem ACS 1,99.

O tytule zdecydowała czwarta mapa, Haven, wybrana przez Team Vitality. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 6–6. LOUD wygrało wtedy cztery rundy z rzędu, obejmując prowadzenie 10–6, a chwilę później było już o jedną rundę od mistrzostwa przy wyniku 12–7. Vitality nie poddało się bez walki – odpowiedziało trzema rundami z rzędu, zmniejszając stratę do 10–12. Nie wystarczyło to jednak: LOUD zamknęło mapę 13–10 i sięgnęło po tytuł. Erde ponownie był najlepszy w zespole Brazylijczyków, notując 21/17/8.

Tkzin najlepszym graczem finału

Gdy spojrzeć na cały wielki finał, to właśnie tkzin wyróżnił się najbardziej. Zdobył najwięcej zabójstw w całym meczu – 77 przy 66 zgonach na czterech mapach, miał najwyższy wskaźnik ACS wśród wszystkich uczestników finału – 251, najlepszy bilans zabójstw do śmierci wynoszący +11 oraz najwięcej pierwszych fragów w meczu – 18. Najlepszą formę pokazał na Sunset, gdzie zapisał na koncie 26 zabójstw.

Tytuł mistrzów świata LOUD zdobyło w składzie: Lucca „lukxo” Travaioli, Juan „Darker” Castro, Roberto „erde” Lobos, Enzo „tkzin” Zimiani i David „DaviH” Cruz. Za zwycięstwo w turnieju drużyna odebrała milion dolarów. To drugie trofeum Champions w historii organizacji, po tytule z 2022 roku – a tym samym LOUD jako pierwsza organizacja wygrała ten turniej dwukrotnie. Dla regionu Ameryk to już czwarty tytuł mistrza świata. Team Vitality musiało zadowolić się drugim miejscem i premią w wysokości 400 000 dolarów.

Valorant Champions 2026 trwał od 24 września do 18 października i odbywał się w formacie LAN w Szanghaju. Faza grupowa oraz wczesne rundy playoffów rozgrywane były w Jing’an Sports Center, a mecze czterech najlepszych drużyn oraz wielki finał przeniesiono do Mercedes-Benz Arena. O pulę nagród w wysokości 2 250 000 dolarów rywalizowało łącznie 16 drużyn.

Co mogło sprowadzić do jednego narożnika ojca i syna, którzy jeszcze niedawno nie odzywali się do siebie słowem? Odpowiedzi trzeba było szukać na gali FAME 33 — tam Denis Załęcki pogodził się ze swoim ojcem Dawidem Załęckim.

Konflikt między nimi zaostrzył się w 2025 roku i doprowadził do zerwania kontaktu. Jednym z głównych powodów napięć były różnice w podejściu do życia i kariery Denisa. Publiczne zachowania syna spotykały się z krytyką ojca — Dawid „Crazy” Załęcki nie owijał w bawełnę i otwarcie wyrażał niezadowolenie po kolejnych kontrowersjach Denisa w świecie freak fightów.

Scena pojednania rozegrała się jednak nie przy mikrofonie, a w klatce. Dawid Załęcki wziął udział w turnieju Grand Freaks na gali FAME 33, rozgrywanym w formule K-1 w małych rękawicach. W ćwierćfinale zmierzył się z Kacprem „Legionistą” Musiałem i wygrał już w pierwszej rundzie przez nokaut techniczny.

To właśnie w jego narożniku stał syn. W narożniku Dawida Załęckiego podczas tej walki można było zobaczyć Denisa — obraz, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej trudno było sobie wyobrazić.

Turniejowa przygoda Dawida Załęckiego zakończyła się jednak przedwcześnie. Doznał kontuzji ręki, która uniemożliwiła mu przystąpienie do półfinałowego starcia. W półfinale miał zmierzyć się z Michałem Pasternakiem.

Propozycja walki dwóch na dwóch

Pojednanie ojca i syna szybko zaczęło żyć własnym życiem w show-biznesie freak fightów. Dziennikarze Kanału Sportowego, Maciej Turski i Hubert Mściwujewski, zaproponowali walkę w wadze ciężkiej w formule dwóch na dwóch. Według tej propozycji przeciwnikami Dawida i Denisa Załęckich mieliby być Bartosz Szachta i Denis Labryga.

Co może przeważyć losy meczu, w którym obie strony trzymają się do samej serii rzutów karnych? Zawodnicy ECZD Zagłębia Sosnowiec po przegranej z Comarch Cracovią nie mieli wątpliwości – zawiniły detale.

Spotkanie na lodowisku przy ulicy Siedleckiego w Krakowie rozstrzygnęło się dopiero po dogrywce i serii rzutów karnych. Gospodarze objęli prowadzenie już w czwartej minucie gry. Zagłębie odpowiedziało jednak błyskawicznie: w odstępie jedynie 76 sekund sosnowiczanie zdołali wyrównać, a następnie wyjść na prowadzenie. Drugi z tych goli był dziełem Maksymiliana Dawida.

Ostatecznie to Cracovia, prowadzona przez trenera Matiasa Lehtonena, okazała się lepsza w decydujących momentach. Drużyna Krystiana Dziubińskiego nie zdołała dowieźć prowadzenia do końcowej syreny, a do zwycięstwa gospodarzy swoją cegiełkę dołożył również czujny od pierwszego wznowienia bramkarz Santeri Lipiäinen.

„Myślę, że kluczowe były momenty, w których mogliśmy lepiej zachować się pod bramką przeciwnika. W takich meczach detale robią różnicę. Mieliśmy swoje sytuacje, ale nie udało się ich wykorzystać tak, jak byśmy chcieli” – powiedział po meczu Maksymilian Dawid.

Niespełna 21-letni środkowy czwartego ataku Zagłębia nie kryje, że goście jechali do Krakowa po coś więcej niż punkt do klasyfikacji. „Cracovia pokazała, że jest w dobrej formie i potrafi być groźnym przeciwnikiem. Spodziewaliśmy się trudnego meczu, ale przyjechaliśmy po zwycięstwo. Niestety, nie udało się wrócić z kompletem punktów” – mówił Dawid.

Gol napastnika, który strzela tylko na wyjazdach

Trafienie w Krakowie to już trzeci gol Dawida w tym sezonie THL, a liga rozegrała dotychczas jedynie 10 kolejek. Progres widać od razu, bo w poprzedniej kampanii w barwach GKS-u Katowice zdobył w całym sezonie ligowym tylko 3 bramki. Ciekawostka: wszystkie trzy gole w barwach Zagłębia strzelił właśnie na wyjeździe – sam zawodnik mówi o statystycznym zbiegu okoliczności, nie o jakimś wzorcu. „Faktycznie, jak na razie wszystkie bramki zdobyłem na wyjeździe, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Mam nadzieję, że kolejne bramki przyjdą w domu, jak i na wyjeździe” – zaznaczył.

Dla jednego z weteranów zespołu gości mecz w Krakowie miał też osobisty wymiar. Skrzydłowy Zagłębia Sebastian Brynkus rozegrał w tym spotkaniu swój 400. mecz w Ekstralidze. 25-letni zawodnik pochodzący z Nowego Targu zaliczył ten jubileusz akurat na lodowisku klubu, w którym spędził siedem sezonów i gdzie zaczynał seniorską karierę.

„Szczerze powiedziawszy nie miałem o tym pojęcia, że to akurat w tym meczu wypadało. Natomiast zawsze mecze w Krakowie są wyjątkowe, gdyż pierwsze kroki w seniorskim hokeju stawiałem właśnie tam” – wyznał Brynkus.

Doświadczony skrzydłowy odniósł się także do ogólnej sytuacji w lidze, w której jego zespół wciąż walczy o punkty mimo porażki w Krakowie. „Generalnie liga się zmieniła na przestrzeni lat. To już nie są tylko dwie drużyny, które wygrywają każdy mecz, a pozostałe znacznie odstają. Mamy wyrównaną ligę i tu praktycznie każdy może wygrać z każdym” – ocenił Brynkus.

Jedno trafienie kolanem w drugiej rundzie wystarczyło, by walka wieczoru gali UFC Fight Night 291 w Edmonton zakończyła się efektownym nokautem. Mike Malott rozprawił się z Joaquinem Buckleyem przed własną publicznością i zrobił to w stylu, o którym długo się będzie mówić.

Scenariusz starcia zapadnie kibicom w pamięć na dłużej. Buckley, znany w środowisku jako „New Mansa”, wszedł w drugą rundę agresywnie i szybko zepchnął Malotta na siatkę oktagonu — wyglądało na to, że Amerykanin przejmuje inicjatywę. Stało się jednak inaczej. „Proper” odwrócił pozycję w klinczu i zaczął pracować kolanem, a gdy Buckley na moment obniżył gardę, Malott trafił w idealnym tempie i zakończył walkę.

Piąte zwycięstwo z rzędu dla gospodarza

Dla Kanadyjczyka był to wieczór szczególny — wystąpił w roli reprezentanta gospodarzy przed własną publicznością i tym zwycięstwem zanotował już piątą wygraną z rzędu. Przed starciem z Buckleyem jego zawodowy bilans wynosił 15 wygranych, 2 porażki i 1 remis. W karierze zdążył już pokonać Kevina Hollanda i Gilberta Burnsa, więc choć nazwisko Buckleya brzmi głośno, dla Malotta nie było to wyzwanie nieporównywalnie trudniejsze od poprzednich.

Buckley przyjechał do Edmonton z bilansem 21 wygranych i 9 porażek. W historii MMA zapisał się już wcześniej jednym z najbardziej spektakularnych nokautów — tym razem jednak role się odwróciły i to on padł ofiarą efektownego skończenia.

Malott startuje w kategorii wagi półśredniej, a to właśnie to zwycięstwo powinno zapewnić mu awans do TOP 10 rankingu tej dywizji. Pięć wygranych z rzędu i nokaut nad zawodnikiem o takim nazwisku jak Buckley — przy układaniu kolejnych rankingów trudno będzie to zignorować.

Ile serii dzieli jeszcze Karmine Corp od głównego turnieju Mistrzostw Świata 2026? Po starciu z MVK Esports odpowiedź jest prosta: tylko jedna. Francuska organizacja rozbiła rywali 3:0 w drugiej rundzie górnej drabinki fazy Play-In – w serii grano w formacie Bo5 według zasad Fearless Draft.

Kierunek całego meczu wyznaczyła już pierwsza mapa. Karmine Corp postawiło na Jaxa, Vi, Syndrę, Dravena i Nautilusa, z Dravenem na dolnej linii. MVK odpowiedziało wyborem Ambessy, Maokaia, K’Sante, Tristany i Lulu, stawiając K’Sante na środkowej linii. Po 30 minutach przewaga Francuzów była już wyraźna – tablica zabójstw wskazywała 9-4.

Na drugiej mapie MVK próbowało odwrócić losy starcia. Zespół wybrał Twisted Fate’a, Qiyanę, Rumble’a, Ezreala i Pyke’a, z Rumble’em na środku jako narzędziem do wczesnej agresji. Karmine odpowiedziało Galio, Lee Sinem, Ahri, Ashe i Seraphine. To wystarczyło, by utrzymać kontrolę nad serią.

Koniec bez walki o smoka

Trzecia mapa zamknęła sprawę w stylu, który najlepiej podsumowuje dominację Karmine tego dnia. Przy doborach Kennena, Jarvana IV, Viktora, Xayah i Rakana przeciwko Yorickowi, Wukongowi, Kog’Maw, Lucianowi i Milio francuski zespół nawet nie zawracał sobie głowy walką o Starszego Smoka. Canna i kyeahoo ruszyli prosto na bazę MVK i zburzyli Nexus.

Wynik 3:0 daje Karmine Corp awans do czwartej rundy play-in – już tylko jedna seria oddziela ich od turnieju głównego. Dla MVK Esports to jednak nie koniec rywalizacji: zespół spada do dolnej drabinki trzeciej rundy, gdzie czeka na niego zwycięzca pojedynku Cloud9 – FURIA.

Cała faza Play-In trwa od 15 do 18 października i rozgrywana jest w formacie podwójnej eliminacji – cztery drużyny walczą w seriach Bo5 według zasad Fearless Draft o jedno miejsce w fazie szwajcarskiej. Zwycięzca tej kwalifikacji trafi do turnieju głównego Worlds 2026, gdzie o Puchar Przywoływacza powalczy przy puli nagród wynoszącej 5 000 000 dolarów.

Trzy spotkania w Lidze Mistrzów, trzy porażki. Jak na taki fatalny start europejskich rozgrywek zareaguje mistrz Polski? Odpowiedzi wciąż brak, a kibice w Tychach po kolejnym niepowodzeniu drużyny prowadzonej przez Pekkę Tirkkonena mają coraz więcej pytań.

GKS Tychy przegrał na własnym lodowisku z HC Davos 2:4 w trzecim meczu tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Szwajcarzy rozstrzygnęli losy spotkania już w pierwszej tercji, wygranej 2:0, a później utrzymali przewagę, remisując 1:1 w drugiej i trzeciej części gry. HC Davos to zespół ze Szwajcarii – dla Tyszan był to już drugi rywal z tego kraju w obecnej fazie zasadniczej.

Mecz w Tychach miał swoją dramaturgię. Już w 8. minucie na 0:1 trafił Lukas Frick, a tuż przed końcem pierwszej tercji, w 18. minucie, Lars Steiner podwyższył na 0:2. Gospodarze odpowiedzieli w 28. minucie – gola kontaktowego zdobył Bartłomiej Pociecha, ustalając wynik na 1:2. Radość nie trwała długo. Pięć minut później, w 33. minucie, Filip Zadina przywrócił Davos dwubramkowe prowadzenie, 1:3. W ostatniej, 60. minucie zrobiło się nerwowo: najpierw Jakub Janik zmniejszył straty na 2:3, ale chwilę później Rasmus Asplund ustalił ostateczny wynik na 2:4.

To był już trzeci występ Tychów w tej edycji rozgrywek i trzecia porażka. Fazę zasadniczą zaczęli od wyjazdowego meczu z czeskim Dynamo Pardubice, przegranego aż 0:6. Potem znów pojechali do Czech, tym razem do HC Pilzno, i wrócili bez punktów po porażce 1:2. Teraz przyszła kolej na domowe spotkanie z Davos, które też zakończyło się na niekorzyść podopiecznych Tirkkonena.

Co dalej w fazie zasadniczej

Kalendarz nie daje chwili wytchnienia. W najbliższą sobotę GKS Tychy zagra u siebie ze Servette Genewa, kolejną szwajcarską ekipą. Potem na drodze Tyszan staną jeszcze Tappara Tampere, mistrz Finlandii, niemiecki Adler Mannheim oraz, po raz drugi w tej edycji, HC Davos.

W sezonie regularnym Ligi Mistrzów 2026 rywalizuje 24 zespoły, a tytułu broni szwedzka Frolunda Goeteborg. Wśród uczestników jest aż czterech przedstawicieli Szwecji, po trzy zespoły z Austrii, Czech, Finlandii, Niemiec i Szwajcarii, a Polskę, Danię, Francję, Norwegię i Słowację reprezentuje po jednym klubie. Do dalszej fazy – 1/8 finału – awansuje najlepszych szesnaście ekip z tego grona.

Historia startów GKS Tychy w Lidze Mistrzów sukcesami nie obfituje. W poprzedniej edycji zespół wygrał tylko jedno z sześciu spotkań – na wyjeździe pokonał austriacki KAC Klagenfurt 4:1 – po czym pożegnał się z rozgrywkami już po fazie zasadniczej. To w ogóle wspólny los wszystkich polskich klubów w historii turnieju: żadnej drużynie z Polski nie udało się jeszcze przebić do fazy pucharowej. Pierwszym polskim uczestnikiem Ligi Mistrzów była Comarch Cracovia w 2016 roku, a w kolejnych latach w europejskich pucharach grały też Unia Oświęcim i JKH GKS Jastrzębie.

Sama Liga Mistrzów ma już swoją burzliwą historię. Rozgrywki powstały w 2008 roku, a pierwszym triumfatorem były Lwy z Zurychu i. Sezon po debiutanckiej edycji turniej musiał zostać zawieszony z powodów finansowych, a na jego reaktywację trzeba było czekać do 2014 roku.

Słaby start w Europie kontrastuje z tym, co Tyszanie pokazali na krajowym froncie. W minionym sezonie ekstraligi GKS Tychy obronił tytuł mistrza Polski, rozbijając w finale play-off GKS Katowice i wygrywając serię 4-0. Teraz, po trzech kolejkach Ligi Mistrzów bez punktu, mistrz kraju musi szybko odnaleźć formę – w najbliższą sobotę czeka go kolejny szwajcarski rywal.

Jak traci się 26 punktów przewagi w jednym meczu i mimo to wygrywa na wyjeździe? King Szczecin odpowiedział na to pytanie w Sopocie, pokonując Energa Trefl 91:81, choć w pewnym momencie spotkanie wydawało się rozstrzygnięte na wiele kwadransów przed syreną.

Początek był wręcz szokujący. Po czterech minutach gry, dzięki trójce Ondreja Sehnala, szczecinianie prowadzili 14:0. Pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 7:29, co dało gościom przewagę 22 punktów jeszcze przed pierwszą przerwą. Energa Trefl grał bez Michała Michalaka, a drużyna Krzysztofa Roszyka od pierwszych minut gubiła się w obronie wobec rozpędzonego Kinga.

Przewaga szczecinian rosła dalej, aż sięgnęła rekordowych rozmiarów – King prowadził 49:23. Druga kwarta (22:22) i trzecia (23:21) przebiegały już wyrównanie, bez takiej dominacji, ale Sopocianie wciąż nie byli w stanie odwrócić losów meczu.

Dramatyczna końcówka

W czwartej kwarcie Energa Trefl Sopot zafundował Kingowi prawdziwe nerwy. Seria 10:0 odrobiła spore straty, a gospodarze wracali z tyłu po stracie nawet 26 punktów. Szczecinianie roztrwonili niemal 20-punktową przewagę w ostatniej kwarcie, a minutę przed końcem na tablicy widniał wynik zaledwie 83:78 dla gości. W kluczowych momentach to Przemysław Żołnierewicz skutecznie wykonywał rzuty wolne, domykając zwycięstwo Kinga.

Mimo dramatycznego finiszu drużyna trenera Macieja Majcherka dowiozła prowadzenie do końca, wygrywając 91:81. Energa Trefl Sopot wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo w sezonie.

W szczecińskim zespole nie było jednego dominującego gracza – punkty rozłożyły się równomiernie. Najwięcej, po 14, zdobyli Noah Reynolds, Ondrej Sehnal i Tomasz Gielo, a najskuteczniejszy z całej drużyny był Przemysław Żołnierewicz z 16 punktami. Zach Porter dodał 13, Mateusz Kostrzewski 6, Patrick McCaffery 3, a Alexandre Chassang 1.

Osobny rozdział tego meczu napisał Mikołaj Witliński, który wrócił do Sopotu – miasta, z którym wcześniej był związany. W 19 minutach na parkiecie zanotował 10 punktów i 8 zbiórek.

Po stronie gospodarzy najlepszy był Trey Anderson z 19 punktami, a tuż za nim Stefan Simanić z 18. Perttu Blomgren dodał 11, Szymon Zapała 10, Jakub Schenk 8, Carter Gilmore 7, Tobias Rotegard 5 i Szymon Kiejzik 3. Karol Prochorowicz zakończył spotkanie bez punktów.

Kto pokonał legendę polskich freak fightów w swoim debiucie? Julia Stasiuk. Jej wygrana na gali FAME 33: Grand Freaks w Warszawie odbiła się echem również w domu byłego mistrza KSW, Sebastiana Przybysza.

Stasiuk zmierzyła się z Martą Linkiewicz w pojedynku rozegranym w formule boksu w małych rękawicach, zakontraktowanym na trzy rundy po trzy minuty. W drugiej rundzie to Stasiuk zadała serię trafień, która posłała rywalkę na deski i zmusiła sędziego do liczenia. Po dziewięciu minutach rywalizacji werdykt był jednomyślny — wszyscy sędziowie wskazali Julię Stasiuk jako zwyciężczynię.

Dla Stasiuk był to debiut w FAME MMA, i od razu udany. U Linkiewicz sytuacja wygląda inaczej — porażka przerwała jej serię czterech zwycięstw z rzędu. A to nie byle jaka przeciwniczka. Marta Linkiewicz uchodzi za legendę polskich freak fightów i ma na koncie sukcesy także w profesjonalnym kickboxingu. Pokonanie jej na debiut to więc wizytówka, której nie da się przecenić.

Sukces partnerki nie uszedł uwadze Sebastiana Przybysza. To były mistrz wagi koguciej KSW i jeden z najbardziej rozpoznawalnych zawodników tej dywizji w Polsce, a prywatnie partner Julii Stasiuk.

Przybysz celuje w rewanż, ale plany rywala są inne

Sam Przybysz wciąż myśli o powrocie na szczyt. Liczy na rewanż z Vitaliyem Yakimenko i kolejną szansę na pas mistrzowski KSW. Yakimenko, Ukrainiec z urodzenia, ma jednak inne priorytety — marzy o starciu z mistrzem wagi piórkowej Patrykiem Kaczmarczykiem. Na wymarzony rewanż Przybysz może więc poczekać dłużej, niż by chciał.

Instalacja aplikacji
Pobierz