Już przed pierwszym gwizdkiem w Kędzierzynie-Koźlu dało się wyczuć, że coś tego dnia jest inaczej. Leon przyjechał do hali z całą drużyną Bogdanki LUK Lublin, rozgrzewał się razem z kolegami, po czym usiadł na ławce – i tak zostało już do końca spotkania. Reprezentant Polski i gwiazda klubu nie rozegrał ani jednej akcji, a jego zespół i tak rozbił wicemistrzowską pieczęć na ZAKSIE 3:0.
Taki wynik w hicie 1. kolejki Tauron Ligi mógłby sugerować łatwiznę. Nic bardziej mylnego. Sami zwycięzcy przyznali, że mecz kosztował ich sporo nerwów. „Wygraliśmy 3:0, ale były momenty, w których musieliśmy się mocno napocić” – podsumował klub po spotkaniu. Decydujący moment przyszedł dopiero w trzeciej partii, gdy Bogdanka szybko wypracowała przewagę i konsekwentnie nie oddała jej aż do końcowego gwizdka.
Statuetkę dla MVP spotkania odebrał Aleks Grozdanov, bułgarski środkowy lubelskiej drużyny. Jego wizytówką był blok – pięć punktów zdobytych właśnie w ten sposób zaważyło na przebiegu kilku kluczowych akcji. Rozgrywający Bogdanki, Marcin Komenda, nie krył, że wyjazd do Kędzierzyna-Koźla nigdy nie jest formalnością. „Łatwo o zwycięstwo dziś nie było. Kędzierzyn-Koźle to zawsze trudny teren. Odkąd pamiętam, drużyny, w których grałem, toczyły tu ciężkie boje” – mówił po meczu.
„ZAKSA była niewygodnym przeciwnikiem. Grała mądrze, technicznie” – dodał Komenda.
Drużyna Andrei Gianiego zmierzyła się z rywalem w osłabionym składzie. Ze względów zdrowotnych zabrakło rozgrywającego Quinna Isaacsona oraz przyjmującego Bartosza Zycha. Na miejsce Isaacsona klub ściągnął latem reprezentanta Niemiec Jana Zimmermanna, lecz ten wciąż nie był gotowy do gry w niedzielę – kibice w Kędzierzynie-Koźlu wciąż czekają więc na jego debiut.
Dlaczego Leon odpoczywał
Decyzję o pozostawieniu Leona na ławce podjął trener Bogdanki, Stephane Antiga. Chodziło o to, by gwiazdor był w pełni gotowy na kolejne, równie wymagające starcia. Plan zakłada, że Polak wróci na parkiet już w następną niedzielę, gdy Bogdanka zagra z Aluronem CMC Wartą Zawiercie o Superpuchar Polski.
Pod jego nieobecność w ataku błysnęli Mikołaj Sawicki oraz Ran Takahashi, określany w klubie mianem nowej japońskiej gwiazdy zespołu. To oni wzięli na siebie część odpowiedzialności, którą zwykle dźwiga Leon – i zrobili to na tyle skutecznie, że rotacja nie zachwiała rytmem drużyny.
Najbliższe dni nie dają żadnej ze stron chwili wytchnienia. W środę ZAKSA pojedzie na wyjazd do Zawiercia, gdzie zmierzy się z Aluronem CMC Wartą, podczas gdy Bogdanka podejmie u siebie Energę Treflę Gdańsk. W tej samej kolejce, w której padł wynik w Kędzierzynie-Koźlu, GKS Katowice pokonał Aluron CMC Wartę Zawiercie 3:0 – sygnał, że na starcie sezonu niespodzianek może być więcej.
30. minuta, Santiago Bernabeu. Yan Diomande dogrywa w pole karne, Arda Guler przymierza pod poprzeczkę – piłka wpada do siatki i Real Madryt prowadzi z Sevillą. Siedem minut później Kylian Mbappe obraca się z piłką przed polem karnym i efektownie podwyższa na 2:0. Do przerwy już nic się nie zmienia.
Ostatecznie podopieczni Jose Mourinho pokonali Sevillę 4:1 w 9. kolejce La Liga. Mbappe, najlepszy strzelec zespołu, dopisał do swojego konta drugie trafienie w tym meczu – pewnie wykorzystał rzut karny, ustalając wynik na 3:0. Kolejny dowód formy Francuza, który razem z Gulerem rozstrzygnął spotkanie jeszcze przed przerwą.
Real zagrał bez Viniciusa Juniora – Brazylijczyk zaczął odbywać karę czterech meczów zawieszenia. Na lewym skrzydle zastąpił go Yan Diomande. Dla młodego Iworyjczyka był to dopiero drugi występ w podstawowym składzie na tej pozycji – a i tak wpisał się na listę strzelców. Sevilla jednak nie odpuszczała. W 80. minucie Manu Bueno precyzyjnym uderzeniem przy słupku zdobył kontaktową bramkę na 3:1. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: dwie minuty później Diomande kapitalnym strzałem z krawędzi pola karnego przywrócił Realowi trzybramkową przewagę, ustalając wynik na 4:1. Między słupkami Sevilli dobrze bronił Odiseas Wlachodimos, lecz nawet on nie uchronił zespołu przed czwartą stratą gola.
Seria zwycięstw przed wielką próbą
To było dla Realu już drugie wygrane starcie w ciągu kilku dni. W środę Królewscy dostarczyli kibicom sporo emocji, wygrywając w Rzymie z Romą 4:3 w Lidze Mistrzów. Po kolejnym pewnym zwycięstwie w lidze drużyna Mourinho ma już 21 punktów i zajmuje trzecie miejsce w tabeli. Strata do prowadzącej Barcelony skurczyła się do sześciu punktów, a drugie miejsce wciąż należy do Atletico Madryt z 22 punktami na koncie.
A przed Realem już El Clasico. W najbliższej kolejce czeka go trudny wyjazd do rozpędzonych mistrzów Hiszpanii – Barcelony. Sevilla w tym samym czasie podejmie u siebie Osasunę, próbując odciąć się od rozczarowania z Bernabeu.
Druga runda jeszcze się nie skończyła, a Fabio Wardley już nie miał czego szukać na ringu. Daniel Dubois zranił rywala już w pierwszej akcji walki, a chwilę później, w końcówce drugiej odsłony, dokończył dzieła stoppingiem. Krótko i efektownie – tak wyglądała pierwsza obrona pasa WBO wagi ciężkiej przez Brytyjczyka.
Dubois podniósł swój rekord zawodowy do 24 wygranych i 3 porażek, z 23 zwycięstwami przez nokaut. Wardley, dotąd niepokonany na poziomie światowym, zanotował bilans 20 wygranych, 2 porażek i 1 remisu, z 19 nokautami.
Tuż po walce Dubois nie owijał w bawełnę, mówiąc o planach na przyszłość. „Chcę unifikować pozostałe tytuły, jestem gotowy na każdego” – zadeklarował. Na pierwszym miejscu listy przeciwników postawił Agita Kabayela. „Sporo mówiło się ostatnio o Kabayelu, więc sprawdźmy się” – powiedział.
Drzwi do starcia z dawnym rywalem jednak nie zamknął. „Bardzo chętnie przyjąłbym również trzecią walkę z Usykiem” – dodał Dubois. Odniósł się też do wcześniejszych potknięć w swojej karierze. „Wiem jakie popełniłem błędy i je naprawiam” – przyznał.
Warren: przyszły rok będzie znakomity dla wagi ciężkiej
Do rozmowy włączył się promotor Frank Warren, a jego ocena sytuacji w kategorii nie pozostawiała wątpliwości. „Każdy chce walczyć z każdym, nikt nie miga się od unifikacji i przyszły rok będzie znakomity dla wagi ciężkiej” – stwierdził Warren.
70:1 w decydującym frejmie, a Gary Wilson wciąż siedział przy stole, jakby czekał na cud. Właśnie tak zakończyła się pierwsza runda Northern Ireland Open 2026 w niedzielę – Mateusz Baranowski postawił Anglika przed zadaniem, które statystycznie graniczy z niemożliwym.
Mistrz Polski wyeliminował w pierwszej rundzie Gary’ego Wilsona wynikiem 4:3. Rywal Baranowskiego to zawodnik notowany o 57 miejsc wyżej w światowym rankingu, Anglik z trzema tytułami rankingowymi na koncie i doświadczeniem półfinałów mistrzostw świata za pasem. Na papierze przepaść klasowa była ogromna. W praktyce o awansie zdecydował jeden stół w Belfaście.
Zielonogórzanin przechylił szalę w decydującym, siódmym frejmie. Zbudował w nim prowadzenie 70:1 – pozycję, z której wydawało się, że nie da się już wrócić. Wilson jednak nie odpuszczał: żeby wygrać tę partię, potrzebował aż sześciu snookerów. Nie zdobył ich. Anglikowi pod koniec zostało tylko bezradne rozłożenie rąk.
Dramatyczny przebieg meczu
Początek spotkania zwiastował łatwe zwycięstwo Polaka. Baranowski wygrał dwa pierwsze frejmy, a w otwierającej partii zaliczył podejście na 55 punktów. Wilson odpowiedział jednak serią trzech kolejnych wygranych odsłon, w których pokazał klasę byłego półfinalisty mistrzostw świata – wbił brejki 107 i 82 punkty. To, co miało być formalnością dla outsidera, zmieniło się w walkę nerwów rozstrzygniętą dopiero w ostatniej partii.
To nie był pierwszy duży skalp Baranowskiego w tym turnieju. W kwalifikacjach Polak pokonał znacznie wyżej klasyfikowanego Yuana Sijuna 4:1, co dało mu przepustkę do głównej drabinki. Był przy tym jedynym Polakiem, który przedarł się do fazy głównej Northern Ireland Open – w eliminacjach odpadli bowiem Michał Szubarczyk oraz Antoni Kowalski.
W drugiej rundzie Baranowski zmierzy się z niżej notowanym Wang Xinbo, 18-letnim zawodnikiem z Chin. Młody Chińczyk zrobił furorę już w pierwszej rundzie, eliminując bardziej znanego rodaka Si Jiahuia. Dla Baranowskiego to kolejna okazja, by pokazać, że Belfast nie był jednorazowym błyskiem formy.
Dwie mapy z rzędu przegrane, 0:2 w serii, mecz wisiący na włosku – tak zaczął się finał Thunderpick World Championship 2026 dla FURII. Brazylijczycy jednak nie złożyli broni: odwrócili losy spotkania, wygrywając kolejno Mirage oraz Cache i sięgając po tytuł. Finał, rozegrany 18 października w formacie best of 5, zakończył się wynikiem 3:2 dla FURII, która pokonała rosyjskie BetBoom.
Zanim doszło do pierwszego starcia, obie ekipy przeszły przez procedurę wet map. FURIA wykluczyła Anubis, a BetBoom odrzuciło Inferno. Potem FURIA wybrała Dust2, BetBoom postawiło na Ancient, FURIA dodała Nuke, a BetBoom wskazało Mirage. Na piątą, decydującą mapę pozostało Cache.
Przebieg finału: od 2:1 dla BetBoom do odwrócenia losów
Na otwarcie FURIA rozbiła rywala na Dust2, wygrywając 13-6. Brazylijczycy prowadzili 8-4 po pierwszej połowie, a w drugiej odsłonie oddali BetBoom tylko dwie rundy.
BetBoom odpowiedziało na Ancient, gdzie o wyniku zdecydowała podwójna dogrywka zakończona rezultatem 19-16. FURIA prowadziła na przerwie 7-5, ale to BetBoom wygrało drugą połowę 7-5, doprowadzając do wyrównania 12-12 po regulaminowym czasie. Po dogrywce stan serii wyrównał się na 1:1.
Trzecią mapę, Nuke, zgarnęło BetBoom wynikiem 13-9, prowadząc po pierwszej połowie 8-4. Druga połowa skończyła się remisem 5-5 – to wystarczyło rosyjskiej ekipie, by objąć prowadzenie 2:1 w serii.
FURIA była w tym momencie jedną przegraną mapą od utraty tytułu. Na Mirage Brazylijczycy wypracowali imponującą przewagę 10-2 po pierwszej połowie i choć BetBoom wygrało drugą połowę 9-3, to FURIA ostatecznie zwyciężyła 13-11, wyrównując serię na 2:2.
O tytule zdecydowało Cache. FURIA prowadziła 8-4 w połowie meczu, a po zmianie stron oddała rywalowi jedynie dwie rundy, domykając mapę 13-6 i cały finał wynikiem 3:2.
Brazylijska drużyna pokonała BetBoom 3:2
Tytuł MVP turnieju odebrał KSCERATO z FURII, który na 12 rozegranych mapach zakończył rywalizację ze wskaźnikiem 1,34.
Podział puli nagród wartej milion dolarów
Thunderpick World Championship 2026 trwało od 14 do 18 października, a o tytuł rywalizowało osiem zespołów przy puli nagród w wysokości 1 000 000 dolarów. Za triumf FURIA zgarnęła łącznie 500 000 dolarów – 250 000 dolarów trafiło do zawodników, a kolejne 250 000 dolarów jako udział klubu.
Za drugie miejsce BetBoom otrzymało 125 000 dolarów nagrody plus 125 000 dolarów udziału klubu. Trzecie miejsce zajęła Aurora z nagrodą 50 000 dolarów i dodatkowymi 50 000 dolarów dla klubu, czwarte – Falcons, którzy zarobili 25 000 dolarów plus 25 000 dolarów udziału klubu. Miejsca 5-6 przypadły Legacy i 9z, każdy z nagrodą 15 000 dolarów oraz dodatkowymi 15 000 dolarów udziału klubu, a PARIVISION i Ninjas in Pyjamas zajęły miejsca 7-8, otrzymując po 10 000 dolarów nagrody i po 10 000 dolarów udziału klubu.
Denis Bojcow zmarł w sobotę, 17 października, w rodzinnym domu. Rosyjski pięściarz, znany w świecie boksu jako „Rosyjski Tyson”, miał 40 lat. Śmierć potwierdziło centrum sportowe obwodu orłowskiego w zachodniej Rosji, a także ojciec zawodnika.
Przed laty mówiono o nim jako o jednej z największych nadziei wagi ciężkiej. Jako zawodowiec zanotował bilans 36 wygranych i tylko jednej porażki, z czego aż 27 pojedynków zakończył przed czasem. Karierę budował z dwoma znanymi niemieckimi stajniami – Universum Box-Promotion i Sauerland Event – które wprowadzały go na europejski rynek.
Formę szczytową złapał w lipcu 2013 roku. Wtedy wspiął się na pierwsze miejsce rankingu federacji WBO, ustępując wyłącznie panującemu czempionowi Władimirowi Kliczce. Cztery miesiące później, w listopadzie 2013 roku, przegrał na punkty z Australijczykiem Alexem Leapaiem. I właśnie Leapai, dzięki zwycięstwu nad Rosjaninem, dostał później szansę walki z ukraińskim mistrzem Kliczką.
Tragiczna noc w tunelu metra
Kariera Bojcowa skończyła się dramatycznie w maju 2015 roku. 29-letniego wówczas pięściarza znaleziono nieprzytomnego na torowisku w tunelu berlińskiego metra, kilkaset metrów od jego mieszkania. W berlińskiej klinice przeszedł skomplikowane operacje z powodu ciężkich obrażeń głowy i dłoni; po zabiegach lekarze wprowadzili go w stan śpiączki farmakologicznej.
Niemieccy śledczy przeanalizowali zapisy monitoringu i zakwalifikowali zdarzenie jako nieszczęśliwy wypadek, choć dokładne okoliczności tamtej nocy nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Kulisy tragedii opisywał wówczas niemiecki dziennik „Bild”. Rozległe uszkodzenia mózgu odebrały Bojcowowi zdolność samodzielnego poruszania się i mówienia. Przez kolejne 11 lat wymagał całodobowej, specjalistycznej opieki.
Po jego śmierci serwis World Boxing News napisał: „Były czołowy pięściarz wagi ciężkiej, znany jako 'Rosyjski Tyson’, zmarł w wieku 40 lat. Spoczywaj w pokoju, Denisie”.
Były czołowy pięściarz wagi ciężkiej, znany jako „Rosyjski Tyson”, zmarł w wieku 40 lat. Spoczywaj w pokoju, Denisie
Na torze Circuit of The Americas w Austin Brad Pitt wsiadł za kierownicę bolidu McLarena MCL60 i rozpędził go do ok. 317 km/h. Aktor przygotowywał się wtedy do roli kierowcy wyścigowego Sonny’ego Hayesa w filmie „F1”, który McLaren i Formuła 1 kręciły wspólnie z zespołami stawki. Pitt rzeczywiście prowadził samochody wyścigowe podczas zdjęć, a część ujęć powstawała na żywo, podczas weekendów Grand Prix. Teraz właśnie ten bolid trafia na sprzedaż — jeden z pięciu historycznych modeli, które McLaren wystawił na aukcję.
Informację podaje „Gulf Times”. Sprzedażą zajmie się dealer Tom Hartley Jr. Szacunki mówią o kwocie od 5 do 10 mln funtów za każdy egzemplarz, więc cała kolekcja może ostatecznie sięgnąć nawet 50 mln funtów — to 66,6 mln dolarów.
Wystawione bolidy to przekrój ponad trzech dekad historii zespołu — od początku lat 90. po sezony 2021 i 2023. Najstarszy, McLaren MP4/6A o numerze podwozia 04, pochodzi z sezonu 1991, kiedy Ayrton Senna zdobył swój trzeci tytuł mistrza świata. Tym konkretnym egzemplarzem jeździł Gerhard Berger, testy prowadził sam Senna, a samochód uplasował się na drugim miejscu w GP San Marino — wyścigu, który zakończył się dubletem McLarena.
Drugi egzemplarz MP4/6A ma podobną historię — wywodzi się z tego samego, mistrzowskiego sezonu Senny. Za jego kierownicą siadał Berger, testował Senna, a finiszował na drugim miejscu w GP Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, od zakończenia sezonu 1991 żaden z obu modeli MP4/6A nie opuścił zespołu McLaren.
Button, Hamilton, Norris — kolejne rozdziały historii
Trzeci bolid z aukcji, McLaren MP4/27A z sezonu 2012, prowadził Jenson Button — mistrz świata z 2009 roku. Za jego kierownicą zasiadał też Lewis Hamilton, siedmiokrotny czempion Formuły 1.
Czwarty egzemplarz, MCL35M z sezonu 2021, należał do Landa Norrisa. Brytyjczyk trzykrotnie wjeżdżał nim na podium — w Grand Prix Emilia Romagna, Monako i Włoch.
Piąty bolid, MCL60 z sezonu 2023, to ten sam, który przemierzył tor w Austin z Bradem Pittem za kierownicą. Norris odniósł nim zwycięstwa w Singapurze i Japonii, a po zakończeniu sezonu za kierownicą zasiadali też Oscar Piastri i Mick Schumacher, testując maszynę.
Decyzję o sprzedaży skomentował Zak Brown, dyrektor generalny McLarena. W komunikacie cytowanym przez Reutersa przekonywał, że trzymanie tych maszyn wyłącznie w magazynie mija się z ich prawdziwym przeznaczeniem.
Zdecydowaliśmy się rozstać z tymi kultowymi bolidami F1, ponieważ uważamy, że samo przechowywanie ich w magazynie jest krzywdą dla tego, co reprezentują
Kamery pracują, McKenzie Pavacich zadaje kolejne pytanie, a Joaquin Buckley nie odpowiada. Stoi, wpatruje się w obiektyw i nie wydaje z siebie słowa, choć to on jest bohaterem wywiadu kręconego za kulisami programu z ważenia. Chwilę wcześniej, na scenie, przed publicznością, odmówił uściśnięcia dłoni szefowi UFC Danie White’owi. Ręki nie podał też rywalowi, Mike’owi Malottowi. Następnego dnia w oktagonie w Edmonton wszystko się zmieniło, i to gwałtownie.
Malott trafił Buckleya potężnym kolanem w podbródek. Ochraniacz na zęby wyleciał mu z ust, a razem z nim zniknęła przytomność. Nokaut w trzeciej rundzie przerwał walkę i jeszcze bardziej pogłębił kryzys Amerykanina. To już trzecia porażka z rzędu – po serii sześciu zwycięstw, która jeszcze niedawno stawiała go w gronie kandydatów do pasa mistrzowskiego wagi półśredniej.
Dwie wcześniejsze przegrane w tej serii to porażki na punkty – z byłym mistrzem UFC Kamaru Usmanem i z Seanem Bradym. W tym samym czasie Buckley doznał też dwóch porażek w zapaśniczych pojedynkach organizacji RAF. Taki bilans jeszcze rok temu trudno było sobie wyobrazić przy nazwisku zawodnika pretendującego do walki o pas.
Milczenie na ważeniu, słowa po nokaucie
Po powrocie do siebie Buckley nie uciekł od tematu. Opublikował na Instagramie nagranie, w którym opisał wydarzenia z oktagonu ze swojej perspektywy. „Walka nie potoczyła się po mojej myśli. Ani trochę” – przyznał. Dodał przy tym, że sam materiał trafił na jego kanał na platformie Kick, prowadzony pod nazwą „I Am Joaquin Buckley”.
Mimo porażki Buckley szukał w tej sytuacji jasnych stron. „Ludzie byli rozbawieni, podobało im się widowisko, a ja naprawdę wierzę, że to, co zrobiłem, pomogło przyciągnąć do tego sportu więcej uwagi” – stwierdził.
„Nie zamierzam się zatrzymywać. Będę iść naprzód. Ostatecznie jestem zawodnikiem, który walczy”.
Te słowa kłują kontrastem na tle obrazu z dnia przed galą – zawodnika, który milczał przed kamerą i odmawiał gestów szacunku wobec organizatora i rywala. Teraz, po trzeciej porażce z rzędu, Buckley deklaruje, że to wciąż nie koniec jego drogi w UFC.
W polu karnym Jagiellonii robi się gorąco. Na murawę pada Marcel Reguła, sędzia Jarosław Przybył rusza do monitora VAR, a po chwili wskazuje na jedenasty metr. Sebastian Kerk podchodzi do piłki i nie myli się – Zagłębie Lubin ma bramkę, która ostatecznie zdecyduje o całym spotkaniu.
Zagłębie pokonało w niedzielę Jagiellonię Białystok 1:0 w 11. kolejce PKO BP Ekstraklasy. Jedyny gol meczu to właśnie karny wykorzystany przez Kerka, przyznany po konsultacji VAR i obejrzeniu sytuacji na monitorze przez arbitra Przybyła.
Dla ekipy Adriana Siemieńca to już czwarta z rzędu ligowa porażka. Seria zaczyna wyglądać groźnie: Jagiellonia traci teraz 14 punktów do prowadzącego w tabeli Górnika Zabrze.
Dwie niewykorzystane szanse i jeden karny
Pierwsza połowa miała swoje momenty po obu stronach. Marcel Reguła dostał dobre podanie od Mateusza Grzybka, lecz źle przyjął piłkę i strzał poszedł w nikąd. Chwilę później Roman Jakuba, uderzając z kilku metrów w zamieszaniu pod bramką Zagłębia, trafił w poprzeczkę. Najbliżej gola dla gospodarzy był Filip Szymczak – uderzał po podaniu Reguły, ale i on bez skutku.
Po przerwie Ousmane Sow wygrał wyścig z Aleksem Ławniczakiem i trafił na dalszy słupek, lecz na posterunku był Zlatan Alomerović. W doliczonym czasie gry Jagiellonia miała jeszcze jedną szansę na remis, ale strzał Imaza odbił bramkarz Zagłębia Sławomir Abramowicz.
Tym samym Zagłębie przerwało własną niekorzystną serię – przed meczem z Jagiellonią przegrało dwa spotkania ligowe z rzędu. Zwycięstwo wywindowało lubinian na siódme miejsce w tabeli.
W innym meczu tej kolejki Górnik Zabrze zremisował z Piastem Gliwice 1:1, a oba trafienia padły już w pierwszych minutach spotkania. Gospodarze mieli przy tym zdecydowaną przewagę, oddając 27 strzałów, z czego 17 z pola karnego. Obie ekipy zobaczą się ponownie już za 10 dni – tym razem w 1/16 finału Pucharu Polski.
Trzecia minuta, a mecz już trzeszczy. Adrian Gromadzki rzuca rywala na bandę i wędruje do szatni z karą większą i karą meczu. Zagłębie Sosnowiec zostaje na pięć minut w osłabieniu. Z tego jednak nic nie wynika – Sanok nie potrafi ugryźć gospodarzy nawet w przewadze liczebnej. Dalszy ciąg spotkania boleśnie uświadomił Sokołowi, jaka przepaść klas dzieli oba zespoły w TAURON Hokej Lidze. Ostatecznie ECZD Zagłębie Sosnowiec rozbiło STS Sanok Sokół 9:0 w meczu 11. kolejki.
Bohaterem wieczoru był Ołeksandr Peresunko. Ukrainiec zanotował hat-tricka i dwie asysty – maczał palce przy pięciu z dziewięciu goli swojej drużyny. Pierwszy cios padł w 8. minucie, gdy Peresunko wykorzystał podanie Maksymiliana Dawida i otworzył wynik. Na złapanie oddechu Zagłębie nie dało Sanokowi nawet chwili – już 27 sekund później Eero Savilahti podwyższył na 2:0.
A to był tylko początek. W 15. minucie Jean Dupuy strzałem po lodzie zrobił 3:0, a niespełna dwie minuty później Peresunko dopisał swój drugi gol, pokonując Nazara Bojkę strzałem w dalszy róg bramki. Po pierwszej tercji na tablicy świecił wynik 4:0, a statystyka strzałów – 27:2 dla Zagłębia – mówiła sama za siebie o przebiegu gry.
Bojko ratował honor, ale tylko do czasu
Nazar Bojko, bramkarz gości, w drugiej tercji przynajmniej częściowo próbował powstrzymać lawinę – kilkukrotnie interweniował po strzałach Sebastiana Brynkusa i Jeana Dupuy. Zespołu przed kolejnym ciosem to jednak nie uchroniło. W 32. minucie Karol Biłas, obrońca Zagłębia, przejechał z krążkiem niemal całe lodowisko i zaskoczył Bojkę strzałem przy słupku. Po 40 minutach gry na tablicy było już 5:0.
Trzecia tercja przyniosła Sanokowi jeszcze więcej bólu. W 44. minucie Olaf Zachariasz obrócił się z krążkiem tuż przed bramką i ustalił wynik na 6:0. Sanoczanie mieli swój moment w 51. minucie, kiedy Krystian Lisowski trafił w słupek – jedna z niewielu dogodnych okazji gości w całym meczu. Ogólnego obrazu spotkania to jednak nie zmieniło.
Finał był już formalnością. W 58. minucie Aron Chmielewski zdobył siódmego gola dla Zagłębia, a chwilę później Peresunko dopełnił dzieła, kompletując hat-tricka i ustalając wynik na 8:0. Kropkę nad „i” postawił ponownie Chmielewski – zaledwie 24 sekundy po golu Peresunki trafił po raz drugi, ustalając ostateczny rezultat na 9:0.
Podopieczni Eero Lehtonena nie zamierzali zwalniać tempa.
Dla Sanoka to kolejna wyjazdowa lekcja pokazująca, jak wiele pracy czeka zespół, by nadrobić dystans do czołówki ligi. Dla Zagłębia – potwierdzenie, że przy Peresunce w takiej formie żadna defensywa w lidze nie może czuć się bezpiecznie.