14. minuta, hala w Bytomiu. Strzał spod bramki wygląda na łatwy łup dla Djaczenki, ale krążek po drodze zmienia tor – dotyka go Martin Kasperlík i zaskakuje bramkarza. To była jedyna bramka meczu, choć jej skutki okazały się znacznie większe niż sam wynik.
JKH GKS Jastrzębie wygrał na wyjeździe z BS Polonią Bytom 1:0 w ramach 11. kolejki Tauron Hokej Ligi. Jednym trafieniem i żelazną defensywą goście zdjęli gospodarzy z fotela lidera tabeli.
Bohaterów gości było dwóch: strzelec Kasperlík i Paavo Hölsä. Fiński bramkarz zapisał drugie czyste konto z rzędu – cała ekipa z Jastrzębia nie straciła gola już w trzecim meczu pod rząd. To przy okazji czwarte zwycięstwo z rzędu dla drużyny z Podbeskidzia.
Po golu Kasperlíka Jastrzębianie mogli odskoczyć jeszcze bardziej. W końcówce pierwszej tercji grali w przewadze liczebnej, ale nie podwyższyli prowadzenia. Pierwsza część meczu zakończyła się więc wynikiem 1:0 dla gości.
Druga tercja bramek już nie przyniosła, choć obie strony miały swoje momenty. W 22. minucie Worona trafił w słupek bramki JKH, a pięć minut później Saarelainen, sam na sam z Hölsä, uderzył w poprzeczkę. Po 40 minutach gry na tablicy wciąż widniał wynik 1:0 dla Jastrzębia.
Ostatni szturm Polonii bez skutku
Trzecia tercja to już było jednostronne oblężenie – Polonia ruszyła do ataków, próbując wyrównać stan meczu. Najbliżej był Padakin, który w 56. minucie oddał najlepszy strzał gospodarzy w całym spotkaniu, ale Hölsä go zatrzymał. W ostatnich minutach bytomianie postawili na grę piątką z polem bramkarza, wycofując Djaczenkę.
Mimo przewagi liczebnej Polonia nie zdołała doprowadzić do remisu. JKH GKS Jastrzębie utrzymał prowadzenie 1:0 do końcowej syreny i zabrał z Bytomia komplet punktów.
Jeszcze w drugiej tercji Boston Bruins przegrywali różnicą dwóch goli. Zanim jednak syrena obwieściła koniec meczu z Anaheim Ducks, na tablicy wyników widniał wynik 4:2 dla Bostonu. Odrobienie tej dwubramkowej straty stało się zresztą osią całego spotkania.
Odwrócenie wyniku zaczęło się od gola wyrównującego, przy którym asystę zaliczył Elias Lindholm. Szwed nie poprzestał na jednej akcji. W trzeciej tercji sam wpisał się na listę strzelców, podnosząc wynik na 3:2 – i to właśnie ta bramka nadała meczowi ostateczny kierunek.
Do kompletu trafień doszła skuteczność w przewadze liczebnej: David Pastrnak wykorzystał grę w osłabieniu rywali i trafił do siatki podczas akcji z przewagą liczebną. Punkt do zwycięstwa dołożył Frederic Brunet, dla którego gol miał szczególny wymiar – był to jego pierwsze trafienie w karierze w NHL.
Czwarte zwycięstwo z rzędu
Wygrana 4:2 nie była przypadkowym błyskiem formy. Dla Bruins było to już czwarte kolejne zwycięstwo w lidze. Seria pokazuje, że zespół z Bostonu łapie rytm, w którym nawet trudny start meczu – jak dwubramkowa strata z Anaheim Ducks – nie musi kończyć się porażką.
Trzy dni po zwycięstwie nad Moses Itaumą Filip Hrgović stał już na sali treningowej, bez żadnych większych obrażeń. Ten kontrast nie umknął nikomu — forma i szybka regeneracja po jednej walce, a cierpienie po drugiej. I właśnie to stało się punktem wyjścia do jego najnowszej tyrady wymierzonej w Daniela Duboisa.
Chorwacki pięściarz, aktualny mistrz IBF wagi ciężkiej, ma na koncie 21 wygranych i tylko jedną porażkę, przy 16 zwycięstwach przed czasem. Tę jedyną skazę na jego rekordzie zapisał Daniel Dubois — Brytyjczyk z bilansem 24-3, 23 KO.
Tamtej porażki Hrgović wciąż nie może przełknąć. Twierdzi, że w dniu walki z Dubois był chory, krótko po wcześniejszej kontuzji. Już w pierwszej rundzie doszło, jak mówi, do głębokiego rozcięcia — najpierw jednego oka, potem drugiego. „A i tak, pomimo tych wszystkich problemów, wygrywałem tamtą walkę” — przekonuje Chorwat.
„Najbardziej chcę rewanżu z Dubois”.
Nową falę żądań wywołał najnowszy występ Duboisa — zwycięstwo w rewanżu z Fabio Wardleyem. Hrgović ocenił go bez większego entuzjazmu: Wardley nie wyglądał dobrze od samego początku, a dla Duboisa była to łatwa robota. Dodał, że Wardley poniósł duże straty w pierwszej walce, więc rewanż przyszedł dla niego zbyt wcześnie.
Mimo chłodnej oceny rywala jedną rzecz Hrgović mu przyznaje — jakość lewego prostego, który nazywa jednym z najlepszych w branży. I właśnie ten cios zdecydował o wyniku pierwszego starcia.
Wezwanie na marzec
Hrgović chce rewanżu już w marcu. Nie owija w bawełnę, nazywając Duboisa wolnym zawodnikiem, którego „zmiażdży w rewanżu”. W jego narracji prawdziwym mistrzem jest on sam, a Dubois — jak to ujął — to „nadmuchany mistrz”.
Chorwat idzie jeszcze dalej w swoich deklaracjach. Uważa, że to on, nie Dubois, jest obecnie najlepszy spośród panujących mistrzów wagi ciężkiej. Plan na przyszłość ma już gotowy: po pokonaniu Duboisa chce ruszyć po dwa pozostałe pasy mistrzowskie.
Iga Świątek wychodziła z kortu w Wuhan po porażce w półfinale turnieju WTA 1000. Chwilę później była już w drodze do Ningbo, gdzie czeka ją kolejny przystanek azjatyckiego tournée.
Polka rozpocznie zmagania od drugiej rundy, czyli fazy 1/8 finału, a w turnieju jest rozstawiona z numerem 2. Cel od tygodni się nie zmienia – zebrać jak najwięcej punktów rankingowych, żeby jako ostatnia wywalczyć awans do WTA Finals. W tym roku kobiecy turniej mistrzyń rozegrany zostanie na kortach w Indian Wells.
O tym, kto stanie na drodze Świątek, zdecydował mecz pierwszej rundy między Marie Bouzkovą i Kamillą Rachimową. Bouzkova, reprezentantka Czech, zajmuje 26. miejsce w rankingu WTA. Rachimowa, zawodniczka z Uzbekistanu, notowana jest na 67. pozycji. Górą ostatecznie była Czeszka – wygrała 6:4, 6:4.
Dramat w każdym secie
Pierwsza partia zaczęła się od serii niewykorzystanych szans przy podaniu obu zawodniczek – po sześciu gemach było 3:3, bez żadnego przełamania. Rachimowa prowadziła już 4:5 i miała przed sobą dwie piłki na wyrównanie do 5:5, ale Bouzkova obroniła obie. Seta zamknęła przy 6:4, wykorzystując break pointa, który był jednocześnie piłką setową.
Druga partia spokoju też nie przyniosła. Już w otwierającym gemie Rachimowa miała okazję do przełamania, lecz Bouzkova obroniła swoje podanie i doprowadziła do 1:1. Chwilę później Czeszka odebrała rywalce serwis do zera, wyszła na 3:1 i utrzymała przewagę kolejnym wygranym gemem przy własnym podaniu. Wydawało się, że sprawa jest zamknięta, gdy Rachimowa serwowała przy 5:3 na całe zwycięstwo – Uzbeczka jednak odrobiła stratę przełamania i przedłużyła mecz. Ostatni akt rozegrał się przy serwisie Rachimowej na wyrównanie: Bouzkova odwróciła stan z 40:30 i pierwszym break pointem zamknęła cały pojedynek.
Tak Czeszka zapewniła sobie spotkanie z Igą Świątek w drugiej rundzie turnieju w Ningbo. To będzie rewanż za ich ostatni mecz, rozegrany w trzeciej rundzie US Open, gdzie Polka wygrała po dwóch tie-breakach, oba zakończonych wynikiem 7-3. Termin kolejnego starcia znamy już w przybliżeniu – pojedynek odbędzie się w środę lub czwartek.
W pierwszej rundzie BNB Ningbo Open 2026 Maja Chwalińska miała zmierzyć się z Katarzyną Kawą. Do tego spotkania jednak nie dojdzie – Polka wycofała się z turnieju. Decyzję podjęła sama zawodniczka, a powodem jest uraz lewego uda.
Stało się to po bardzo intensywnym tygodniu w Wuhan. Chwalińska rozegrała tam sześć spotkań i po raz pierwszy w karierze triumfowała w turnieju rangi WTA 1000. W niedzielnym finale pokonała Brytyjkę Sonay Kartal 2:6, 6:4, 6:2. Dzięki temu sukcesowi awansowała na najwyższe w karierze, 11. miejsce w rankingu WTA.
W poniedziałek, krótko po tym triumfie, Polka opublikowała oświadczenie w relacji na Instagramie, informując w nim o rezygnacji ze startu w Ningbo.
Z przykrością informuję, że w tym roku będę musiała opuścić turniej w Ningbo. Ostatnie dwa tygodnie były bardzo wymagające fizycznie, a moje ciało potrzebuje odpoczynku i regeneracji.
Chwalińska zaznaczyła, że bardzo liczyła na występ w Chinach. „Bardzo nie mogłam się doczekać gry w Ningbo, zwłaszcza że słyszałam o tym turnieju same wspaniałe rzeczy” – napisała. Na koniec skierowała kilka słów do organizatorów i uczestników imprezy.
Życzę turniejowi i wszystkim zaangażowanym wszystkiego, co najlepsze, i mam nadzieję, że wrócę w przyszłym roku!
Kto zastąpi Polkę?
Jej miejsce w głównej drabince zajęła Ukrainka Daria Snigur, która dostała się do turnieju jako „szczęśliwa przegrana” z eliminacji. To ona zagra teraz w pierwszej rundzie z Katarzyną Kawą – rywalką, z którą pierwotnie miała się zmierzyć Chwalińska.
Czterdzieści osiem minut – tyle zajęło Filipowi Pieczonce i Aleksandrowi Donskiemu wywalczenie ćwierćfinału turnieju ATP 250 w Ałmatach. Był to ich pierwszy wspólny występ w głównym cyklu ATP. Para nie grała jednak ze sobą po raz pierwszy – wcześniej występowali razem w challengerach i zdążyli nawet dotrzeć do finału w Porto.
W pierwszej rundzie na drodze Polaka i Bułgara stanęli Francuzi Arthur Reymond i Luca Sanchez. Mecz nie dostarczył większych emocji – 6:2, 6:1 dla debiutującego duetu.
Sam początek otwierającego seta zapowiadał coś zupełnie innego niż łatwy spacer. Już w pierwszym gemie meczu Pieczonka i Donski stracili własny serwis. Odpowiedzieli jednak błyskawicznie – seria przełamań, trzy w sumie w pierwszej partii, dała im seta.
Dominacja w drugim secie
Drugi set to już był czysty pokaz siły. Polak z Bułgarem przełamali rywali trzykrotnie i zbudowali przewagę 4:0. Reymond i Sanchez przy takim stanie zdobyli tylko honorowego gema – reszta meczu wymknęła im się spod kontroli.
Awans otwiera Pieczonce i Donskiemu drogę do gry o półfinał Almaty Open. W ćwierćfinale czeka ich albo para Belg Sander Gille/Holender Sem Verbeek, albo rozstawieni z numerem czwartym Yuki Bhambri (Indie) i Ryan Seggerman (USA).
Tydzień przed galą w końcu wiadomo, kto poprowadzi ceremonię. Wydarzenie odbędzie się w poniedziałek 26 października w Londynie, a rolę gospodarzy obejmą Thierry Henry i Kate Scott.
To nie przypadkowy duet. Henry i Scott dobrze się znają ze wspólnej pracy przy programie UCL Today, emitowanym przez amerykańską stację CBS Sports. W tym samym paśmie, towarzyszącym wieczorom Ligi Mistrzów, regularnie pojawiają się też Jamie Carragher i Micah Richards — telewizyjna chemia między Francuzem a Brytyjką była więc sprawdzana niejednokrotnie.
Dla Kate Scott to powrót do roli, którą zna lepiej niż ktokolwiek inny w tym zestawieniu. Brytyjka prowadziła ceremonię Złotej Piłki już w 2014 i 2015 roku. Dochodzi do tego językowa swoboda — mówi po angielsku, francusku, hiszpańsku i niemiecku, a przy międzynarodowej widowni i równie międzynarodowej liście nominowanych to żadna drobnostka.
Dla Thierry’ego Henry’ego będzie to za to coś zupełnie nowego. Tegoroczna gala oznacza jego debiut w roli prowadzącego. Jako zawodnik przechodził przez tę ceremonię z drugiej strony aż dziewięć razy — tyle razy był nominowany do Złotej Piłki, nigdy jednak jej nie zdobywając. Reszta jego dorobku nie pozostawia wątpliwości, kim był na boisku: mistrzostwo świata w 1998 roku, mistrzostwo Europy w 2000 i Liga Mistrzów wywalczona w 2009 roku jako napastnik reprezentacji Francji.
Zmiana warty po Gullicie
Rok temu współgospodarzem gali był Ruud Gullit, były reprezentant Holandii. Tym razem organizatorzy postawili na duet łączący telewizyjne doświadczenie Scott z nazwiskiem Henry’ego — legendy, która skończyła karierę, lecz do piłkarskich salonów wraca w zupełnie nowej roli.
Na trasie Mistrzostw Europy w Lublanie pojawił się ktoś, kogo na starcie być nie powinno – wciąż kontuzjowany Tadej Pogačar. Sam nie jechał, przyjechał tylko porozmawiać. Przy okazji wydarzenia charytatywnego w miejscowości Volčji Potok słoweński kolarz usiadł z dziennikarzami i po raz pierwszy od wypadku na Vuelcie opowiedział szerzej o tym, co przeżył w ostatnich tygodniach.
Zaczął od tego, co przed nim. „Moimi głównymi celami na rok 2027 są mistrzostwa świata, Tour de France oraz Vuelta a Espana” – zadeklarował. Hiszpański wyścig od lat pozostaje jego białą plamą, więc nietrudno zgadnąć, dlaczego pojawił się na liście. „W tym roku się nie udało, ale chcę dopiąć swego i zaliczyć Vueltę” – dodał, nie kryjąc, że triumf w klasyfikacji generalnej tego wyścigu to dla niego sprawa niedokończona.
Skorzystał też z okazji, by raz na zawsze zamknąć temat spekulacji narosłych wokół jego upadku pod koniec sierpnia podczas Vuelty. W sieci krążyły różne wersje – winny miał być kamień rzucony przez kibica, błysk flesza, a nawet element kamery zamontowanej na kasku. Słoweniec uciął temat jednym zdaniem: „To był duży kamień, wszystko inne to fake newsy”.
Bilans tamtego upadku był poważny – złamanie i zwichnięcie lewego obojczyka, do tego pęknięcie kręgu szyjnego. Lekarze obawiali się ponadto wstrząśnienia mózgu. Efekt? Pięć tygodni bez roweru. „Przez pięć tygodni nie wsiadałem na rower” – przyznał kolarz.
Powrót krok po kroku
Gdy bark zaczął się w końcu goić, powrót do treningów zaczął się ostrożnie, od trenażera. „Gdy bark zaczął się goić, zacząłem od jazdy na trenażerze” – relacjonował Pogačar. Pojawiła się nawet pokusa startu w mistrzostwach Europy w rodzinnej Słowenii, ale strach przed kolejnym upadkiem okazał się silniejszy. „Szybko pojawiła się pokusa, by wystartować w mistrzostwach Europy w Słowenii, ale strach przed kolejnym upadkiem mnie powstrzymał” – wyznał. Dziś, jak twierdzi, trenuje już regularnie od tygodnia.
28-letni Słoweniec zamyka właśnie sezon, którego – mimo wypadku – nieudanym nazwać się nie da. Wygrał po raz piąty Tour de France, dołożył do tego trzy monumenty – Mediolan-San Remo, Dookoła Flandrii i Liège-Bastogne-Liège – a także wyścigi etapowe Tour de Romandie i Dookoła Szwajcarii. Jedyną gorzką pigułką pozostał Paryż-Roubaix, gdzie po raz drugi z rzędu musiał uznać wyższość rywala i skończył na drugim miejscu.
Najboleśniejsza strata dotyczy jednak Vuelty. Pogačar prowadził w klasyfikacji generalnej od samego początku wyścigu i miał realną szansę sięgnąć po pierwszy w karierze triumf w Hiszpanii, notując po drodze trzy zwycięstwa etapowe. Upadek na ósmym etapie przekreślił te plany i zmusił go do wycofania się z rywalizacji. Kontuzja odebrała mu też szansę na obronę tytułów mistrza świata i Europy – z obu imprez musiał zrezygnować, kończąc sezon przedwcześnie.
Czas rekonwalescencji Pogačar wykorzystał też poza siodełkiem. Jego fundacja charytatywna miała za sobą najbardziej aktywny rok w swojej historii. Słoweniec przekazał 118 000 euro swojej rodzinnej miejscowości Komenda, która wcześniej w tym roku ucierpiała w wyniku gwałtownej nawałnicy.
W niedzielę Maja Chwalińska pokonała w finale Brytyjkę Sonay Kartal 2:6, 6:4, 6:2 i sięgnęła po pierwsze w karierze mistrzostwo w kobiecym tourze WTA. Triumf padł w Wuhan, na zawodach rangi WTA 1000. 25-letnia Polka miała za sobą naprawdę mocny tydzień – w półfinale wyeliminowała samą Igę Świątek.
Za zwycięstwo w Chinach zainkasowała 1000 punktów rankingowych, a to oznaczało błyskawiczny skok w tabeli. W poniedziałek Chwalińska wskoczyła z 22. na 11. pozycję w rankingu WTA – to najwyższe miejsce w jej dotychczasowej karierze.
Iga Świątek, choć przegrała z Chwalińską, też dołożyła punkty do swojego konta i utrzymała się na dziewiątej pozycji w rankingu. Sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa nie ma zresztą czasu na odpoczynek – już w tym tygodniu zagra w turnieju w Ningbo, gdzie liczy na dalszy awans z myślą o walce o miejsce w WTA Finals.
Czołówka rankingu bez zmian
Na szczycie zestawienia spokój. Liderką pozostała Kazaszka Jelena Rybakina, drugie miejsce zachowała Białorusinka Aryna Sabalenka, a podium zamyka Rosjanka Mirra Andriejewa. Tuż za pierwszą trójką plasują się Amerykanki Jessica Pegula i Coco Gauff – cała czołowa dziesiątka pozostała w poniedziałek nienaruszona.
Dobre wieści napłynęły też od innych polskich tenisistek. Magdalena Fręch awansowała z 56. na 47. pozycję – i to mimo że do głównej drabinki w Wuhan dostała się jako „szczęśliwa przegrana” z eliminacji, a odpadła już w II rundzie, przegrywając ze Świątek. Magda Linette, która nie przebrnęła przez kwalifikacje do chińskiego turnieju, zachowała 77. lokatę. Słabiej wypadł bilans Katarzyny Kawy – spadła na 128. miejsce.
Najciekawsza historia tygodnia rozegrała się jednak zupełnie gdzie indziej, z dala od Wuhan. Martyna Kubka, Zielonogórzanka, dotarła do półfinału zawodów WTA 125 w Rovereto i dzięki temu awansowała na 147. pozycję w rankingu singlowym – debiutując tym samym w Top 150. Poza czołową setką singla utrzymały się też Linda Klimovicova, która spadła na 254. miejsce, oraz Weronika Falkowska, wciąż sklasyfikowana jako 294. rakieta świata.
W rankingu deblowym bez zmian na szczycie – liderką pozostaje Czeszka Katerina Siniakova, wyprzedzając swoją amerykańską partnerkę Taylor Townsend. Najwyższą w karierze, 45. pozycję osiągnęła tam Katarzyna Piter. Triumf w Rovereto wywindował też Martynę Kubkę na 117. miejsce w deblu, a tuż przed nią w zestawieniu uplasowała się Weronika Falkowska.
Czwarta minuta meczu. Patryk Walemark wbiega w pole karne, przyjmuje podanie od Pabla Rodrigueza i otwiera wynik. Tak zaczęła się niedzielna demolka na Bułgarskiej, gdzie Lech Poznań rozgromił Koronę Kielce 6:1 w 11. kolejce PKO BP Ekstraklasy.
Bohaterem wieczoru był Pablo Rodriguez. Hiszpański pomocnik Lecha zanotował dwa gole i dwie asysty. Najpierw huknął na 2:0 po podaniu Joela Pereiry, chwilę później asystował przy trzeciej bramce – jego podanie, będące efektem rajdu Walemarka, wykorzystał Mikael Ishak. Do przerwy Lech prowadził już 4:0, a czwartego gola w doliczonym czasie pierwszej połowy Rodriguez dołożył już sam, mijając bramkarza Xaviera Dziekońskiego w sytuacji sam na sam.
Co ciekawe, jeszcze niedawno Hiszpan był w niełasce – podpadł trenerowi Nielsowi Frederiksenowi za niesubordynację i zabrakło go w wyjściowym składzie na przegrany 0:4 mecz z Bayerem Leverkusen w Lidze Europy. Tym razem odpowiedział w najlepszy możliwy sposób.
Dla kapitana Lecha, Mikaela Ishaka, gol na 3:0 był dopiero drugim ligowym trafieniem w tym sezonie. Wcześniej Szwed zmarnował okazję sam na sam, posyłając piłkę nad poprzeczką. Błąd naprawił jednak po przerwie, zdobywając piątą bramkę gospodarzy po kolejnej asyście Rodrigueza.
Groźny incydent z udziałem Lingra
Mecz miał też mroczniejszy epizod. Ondrej Lingr, czeski pomocnik Korony, opuścił boisko w karetce po tym, jak Radosław Murawski uderzył go barkiem w szczękę. Zastąpił go Martin Remacle, a jego strzał chwilę później obronił, wybijając piłkę na rożny, bramkarz Lecha Mateusz Lis. Lis popisał się jeszcze jedną interwencją na początku drugiej połowy, instynktownie broniąc nogą uderzenie Mariusza Stępińskiego.
Trener Korony Jacek Zieliński próbował ratować sytuację – w przerwie zdecydował się aż na trzy zmiany. Honorowego gola dla gości, ustalającego wynik na 5:1, strzelił precyzyjnym uderzeniem zza pola karnego Camilo Mena. Ostatnie słowo należało jednak do Lecha. Michal Gurgul zagrał do niepilnowanego Yannicka Agnero, który ustalił wynik na 6:1.
Dla Korony Kielce porażka może dziwić, bo w tym sezonie zespół lepiej radzi sobie na wyjazdach niż u siebie. Dla Lecha efekt wygranej jest z kolei wymierny – poznaniacy wyprzedzili w tabeli Legię Warszawa i tracą już tylko punkt do liderującego Górnika Zabrze, mając przy tym rozegrany jeden mecz mniej zarówno od Górnika, jak i od Legii. Teraz drużynę Nielsa Frederiksena czeka za cztery dni kolejne starcie w Lidze Europy.