⚡ Aktualnie:
Istna deklasacja! Beniaminek LHT Lublin dostał bolesną lekcję hokeja od Warszawian Ponad 600 dni czekania! Sawicki po triumfie w Sanoku: „W końcu możemy wyjść z podniesioną głową” Patryk Krężołek nie zwalnia tempa! Hat trick i jasny cel przed Pucharem Kontynentalnym Dramat gwiazdy Euvic GTK Gliwice. „Jesteśmy z Tobą, Selton” Tom Nolan znokautował Renato Moicano w walce wieczoru gali UFC Fight Night 292 Zdradziła, jak Świątek zachowywała się jako dziecko. „W ogóle się z nami nie bawiła” Harriet Dart pokonała Lilli Tagger w finale w Kantonie i zdobyła pierwszy tytuł WTA w karierze Tajemniczy transfer Unii Leszno. Sam zawodnik wyśmiał plotki „Jeśli Gaethje nie chce tego zrobić…” – Volkanovski gotów na walkę z Tsarukyanem NRG poza wyścigiem o Majora, Wildcard i Imperial blisko Singapuru Istna deklasacja! Beniaminek LHT Lublin dostał bolesną lekcję hokeja od Warszawian Ponad 600 dni czekania! Sawicki po triumfie w Sanoku: „W końcu możemy wyjść z podniesioną głową” Patryk Krężołek nie zwalnia tempa! Hat trick i jasny cel przed Pucharem Kontynentalnym Dramat gwiazdy Euvic GTK Gliwice. „Jesteśmy z Tobą, Selton” Tom Nolan znokautował Renato Moicano w walce wieczoru gali UFC Fight Night 292 Zdradziła, jak Świątek zachowywała się jako dziecko. „W ogóle się z nami nie bawiła” Harriet Dart pokonała Lilli Tagger w finale w Kantonie i zdobyła pierwszy tytuł WTA w karierze Tajemniczy transfer Unii Leszno. Sam zawodnik wyśmiał plotki „Jeśli Gaethje nie chce tego zrobić…” – Volkanovski gotów na walkę z Tsarukyanem NRG poza wyścigiem o Majora, Wildcard i Imperial blisko Singapuru

Gdy w przyszłym roku stawka Formuły 3 wyjedzie na tor, w jednym z bolidów znów zobaczymy 18-letniego kierowcę z Tarnowa. Maciej Gładysz podpisał kontrakt na starty w F3 w sezonie 2027 – to będzie już jego drugi rok w tej serii. Młody Polak jest podopiecznym Akademii Motorsportu Orlen.

Debiut w F3 ma już za sobą, i to udany. Sezon zakończył na dwunastym miejscu w klasyfikacji generalnej, a jego najmocniejszym akcentem było zwycięstwo na Silverstone. Teraz przyszła pora na kontynuację, i to w dobrze znanych barwach – w 2027 roku Gładysz będzie reprezentował holenderski zespół MP Motorsport, z którym jeździł już w latach 2024-2025.

Ta współpraca ma już konkretny dorobek. W sezonie 2024 Polak zdobył trzy podia w cyklu Formula Winter Series, a w debiutanckim sezonie hiszpańskiej Formuły 4 zanotował trzy zwycięstwa, osiem podiów i trzy starty z pole position, co przełożyło się na tytuł drugiego wicemistrza tej serii. Rok później przyszedł kolejny sukces – mistrzostwo Eurocup-3 Spanish Winter Championship, okraszone dwoma zwycięstwami, pięcioma podiami i dwoma pole position. To właśnie te wyniki otworzyły mu drzwi do F3 na sezon 2026.

„Przez dwa wspólne sezony odnieśliśmy sześć zwycięstw i wywalczyliśmy 16 miejsc na podium” – przypomina bilans współpracy z zespołem.

Sam kierowca nie krył satysfakcji z przedłużenia kontraktu. „Cieszę się, że mogę potwierdzić oficjalnie moje plany sportowe na rok 2027. Możliwość kontynuowania rywalizacji w F3 na drugi sezon po bardzo udanym debiucie wiele dla mnie znaczy” – mówi Gładysz. Powrót do MP Motorsport ma dla niego też wymiar sentymentalny: „Czuję się więc trochę tak, jakbym wracał w rodzinne strony”. Podziękował przy tym rodzinie i partnerom, bez których – jak podkreśla – cała przygoda nie byłaby możliwa, oraz wyraził niecierpliwość przed kolejną rywalizacją w obecności polskich kibiców.

Nowy sezon zapowiada się jednak zupełnie inaczej niż ten, który właśnie się zakończył. „Na pewno będzie on bardzo ekscytujący, ale także wymagający, bo kalendarz wygląda zupełnie inaczej niż w tym roku. Przed nami nowe tory i dużo więcej ścigania poza Europą” – zaznacza Polak.

Po stronie zespołu entuzjazmu też nie brakuje. „Bardzo się cieszę, że Maciej wraca do naszego zespołu” – mówi Sander Dorsman, szef MP Motorsport. Jak podkreśla, znajomość kierowcy przez ekipę ułatwi przygotowania: „Maciej pokazał się ze znakomitej strony w swoim debiutanckim sezonie w F3, a wiele osób w zespole doskonale go zna. Dzięki temu od samego początku będziemy mogli sprawnie i skutecznie pracować nad przygotowaniami do nowego sezonu”.

Zespół, który wychował Verstappena

MP Motorsport ma na koncie ponad 30-letnią tradycję w rozwijaniu młodych kierowców. W 2022 roku ekipa zgarnęła podwójne mistrzostwo F2, a wcześniej to właśnie w jej barwach swoje pierwsze testy w bolidzie jednomiejscowym odbył czterokrotny mistrz świata Max Verstappen. Z zespołu do Formuły 1 trafili też Liam Lawson i Franco Colapinto.

Rywalizacja w sezonie 2027 odbywać się będzie na bolidach Dallara F3 generujących 380 koni mechanicznych, a do stawki dołączy 30 najszybszych młodych zawodników z całego świata. Kalendarz obejmie 10 weekendów towarzyszących rundom Formuły 1. Sezon wystartuje w marcu w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej, w kwietniu zawodnicy polecą do Australii, a w maju – do Kanady. Od czerwca do września stawka przeniesie się do Europy, rywalizując na ulicach Monako i Madrytu oraz na torach Silverstone, Red Bull Ring i Monza. Finał zaplanowano na pierwszy weekend października w Stambule – tor ten wraca do kalendarza Formuły 1. Każda z dziesięciu rund to oficjalny trening, kwalifikacje i dwa wyścigi, przy czym w sobotnim Sprincie pierwsza dwunastka kwalifikacji startuje w odwróconej kolejności.

Trzecia mapa finału Thunderpick World Championship 2026. FURIA traci rytm, a Sidnei „sidde” Macedo siedzi na krześle wściekły jak rzadko kiedy. Kilkadziesiąt minut później jego drużyna unosi już puchar po zwycięstwie 3-2 nad BetBoom Team. W tle całej tej sceny CS2 toczy się jednak zupełnie inny dramat — walka o miejsce na Singapore Major, w której jeden nierozwiązany wpis w systemie rejestracji może zadecydować, kto w ogóle dotrze do turnieju.

Analityk VRS Mischief ocenia, że FUT i Astralis mają po 99,99% szans na zakwalifikowanie się do Majora na podstawie samych punktów rankingowych, a obie ekipy miałyby wystąpić w Etapie 2 imprezy. FUT prognozowane jest na miejsca od czwartego do dziewiątego w rankingu europejskim, Astralis na miejsca od ósmego do dwunastego. Kłopot w tym, że zawodnik o pseudonimie cmtry wciąż figuruje jednocześnie w składach obu organizacji. Jeśli ta kolizja nie zostanie wyjaśniona do momentu wysyłki zaproszeń, drużyna z niższym miejscem w rankingu spośród FUT i Astralis zaproszenia po prostu nie dostanie.

Wyjście z tej sytuacji istnieje, ale słono kosztuje. FUT musiałoby rozegrać pięć meczów w nowym składzie, by formalnie uporządkować rejestrację. Mischief zaznacza przy tym, że mimo obecnej przewagi w prognozach FUT może ostatecznie spaść w rankingu poniżej Astralis, co tylko komplikuje kalkulacje.

Na drugim biegunie tabeli robi się dużo spokojniej — NIP ma aż 99,8% szans na udział w Majorze. Mischief przypisuje odrodzenie drużyny dwóm nowym zawodnikom, adambowi i Krimbo, po tym, jak NIP wygrało trzy turnieje z rzędu. Sam adamb wskazywany jest przez analityka jako kandydat na MVP całego wyścigu kwalifikacyjnego.

Dalej w stawce robi się już nerwowo. 100 Thieves ma zaledwie 40,8% szans i znajduje się poza strefą kwalifikacyjną. Miejsce w pierwszej trójce turnieju Stake Pulse Beat III podniosłoby te szanse powyżej 60%, ale i tak zespół będzie potrzebował minimum play-offów na turnieju FiRe — a najpewniej jego wygrania — by w ogóle zostać w grze.

NAVI notuje z kolei 51,6% szans, choć zdaniem Mischiefa liczba ta prawdopodobnie zaniża realny potencjał drużyny. Kluczowy będzie wynik na PGL Masters Bucharest: bilans 2-3 pozwoliłby NAVI skupić się na kolejnym turnieju w Pekinie, natomiast porażka 0-3 w Bukareszcie najprawdopodobniej zamknęłaby drogę do Majora.

FURIA znów na szczycie

Podczas gdy kwalifikacje wciąż się ważą, FURIA może już świętować. Brazylijczycy pokonali BetBoom Team 3-2 w finale Thunderpick World Championship 2026 rozegranego na Malcie — to ich drugi z rzędu triumf w tym turnieju i 500 000 dolarów nagrody do podziału.

Kapitan drużyny, Gabriel „FalleN” Toledo, przyznał, że po rozczarowującym występie na poprzednim turnieju postawił na więcej czasu w indywidualnym przygotowaniu. „Dużo trenowałem, codziennie grałem w Deathmatch, oglądałem dema — całkowicie poświęciłem się CS” — tak opisał swoją rutynę przed Maltą. Po triumfie dodał krótko: „To dowód na to, że dzięki ciężkiej pracy można wrócić”.

Emocje finału najlepiej oddał Sidnei „sidde” Macedo. „Byłem bardzo zły po trzeciej mapie. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek widzieli mnie tak wściekłego. Nie graliśmy naszej gry. Ale postanowiliśmy po prostu grać dalej i zobaczyć, co się stanie. I to zadziałało” — relacjonował zwrot akcji. Nie zabrakło też uznania dla kolegi z drużyny: „Jestem bardzo szczęśliwy z powodu chłopaków, zwłaszcza tego, co Marix zrobił dzisiaj. Był chory, a to niesamowite. Nie wiem, jak mu się to udało” — powiedział o Marixie, który mimo choroby zagrał kluczową rolę w finale.

Pozostali członkowie składu nie zapomnieli podziękować otoczeniu drużyny — fanom, sztabowi i rodzinom — za wsparcie okazane w trudniejszym dla FURIA okresie.

Dwadzieścia sześć sekund. Tyle trwał mecz, zanim na tablicy wyników zapaliła się pierwsza bramka. Duet Maksymilian Witkowski – Michał Gorszkow otworzył wynik akcją typu backdoor goal, zaskakując rywali już w pierwszej zmianie. To była zapowiedź tego, co miało się wydarzyć na lodowisku Torwaru II w minioną niedzielę, gdzie w ramach 3. ligi hokeja na lodzie starły się warszawskie derby.

Legion II Warszawa KH ostatecznie przegrał z KH Warsaw Capitals II 7:12. W sumie na lodzie padło aż 19 goli.

Po szybkim uderzeniu Gorszkowa i Witkowskiego Capitals nie zamierzali zwalniać. Niespełna trzy minuty po pierwszej bramce Gorszkow wykorzystał kolejne podanie Witkowskiego i podwyższył prowadzenie. Legion odpowiedział trafieniem Mariusza Krzanowskiego, ale Witkowski zdążył w pierwszej tercji dołożyć jeszcze dwa trafienia – dorobek robił wrażenie już po pierwszej odsłonie meczu. Punktowali też Grzegorz Słyszyk, zdobywając gola po solowym rajdzie przez całe lodowisko, Dzianis Urbanowicz oraz Georg Zbarowski, którego trafienie dało Legionowi chwilowy remis. Ostatnie słowo w pierwszej tercji należało jednak do Capitals – Sławomir Kasprzak trafił po zamieszaniu podbramkowym.

Druga tercja i decydujący cios w końcówce

W środkowej części meczu tempo nieco opadło, choć bramki wciąż padały. Wojciech Komorski zwiększył przewagę Capitals, a Witkowski – bohater pierwszej tercji – dorzucił kolejne trafienie, kompletując hat tricka wieczoru. Legion jednak nie składał broni, a gola dla warszawskiej drużyny zdobył Dimitrij Wyrko.

Trzecia tercja przyniosła prawdziwy festiwal strzelecki. Mariusz Nogalski trafił dla Capitals, a Michał Gorszkow dołożył swoją trzecią bramkę w meczu. Legion próbował ratować honor – Mathieu Giguere i Arciom Waskewicz wpisali się na listę strzelców. Odpowiedział jednak Radosław Rongiers, a kropkę nad i postawił po raz kolejny Maksymilian Witkowski, zdobywając ostatnią bramkę meczu i pieczętując triumf Capitals.

Po meczu derbowe emocje podsumował bramkarz Capitals, Filip Brennek. „Derby Warszawy hokejowej trzeciej ligi jak zawsze obfitowały w duże emocje oraz pokazały waleczność i zaangażowanie obu drużyn” – powiedział.

„Pierwszy mecz w sezonie w przebudowanym składzie. Widać było jeszcze brak zgrania poszczególnych piątek. Słabo zagraliśmy w obronie dając przeciwnikowi pole do popisu, co też skrzętnie wykorzystał” – ocenił Michał Malicki, zawodnik Legionu.

Mimo dotkliwej porażki w szeregach Legionu nie brakowało jasnych punktów. W defensywie dzielnie wspierał zespół debiutujący Mateusz Krawczyński, a między słupkami niewdzięczne zadanie przypadło równie debiutującemu Nazarowi Ryżhy, który mimo młodego wieku wybronił wiele groźnych sytuacji.

W czwartej rundzie Rolex Shanghai Masters 2026 Hubert Hurkacz trafił na Alejandro Davidovicha Fokinę i tym razem musiał uznać wyższość Hiszpana. Droga do tego meczu była imponująca – wcześniej wrocławianin pokonał po drodze trzech rywali, w tym samego Novaka Djokovicia. Porażka w IV rundzie zamknęła jego występ w Szanghaju. Turniej ostatecznie wygrał właśnie Davidovich Fokina.

Mimo wczesnego zakończenia turnieju dla Polaka, bilans okazał się korzystny. Hurkacz zainkasował 100 punktów rankingowych za grę w Szanghaju i dzięki temu awansował z 34. na 30. miejsce listy ATP. Na koncie ma teraz dokładnie 1575 punktów. Sezon dokończy w Bazylei i Paryżu, gdzie będzie bronił pozycji przed grudniowym rozliczeniem roku.

Gorzej wyszła ta runda Kamilowi Majchrzakowi. Piotrkowianin przegrał już w I rundzie w Szanghaju z Niemcem Yannickiem Hanfmannem, i to po trzech tie-breakach – mecz, w którym chyba każdy punkt bolał. Efekt to spadek z 70. na 78. lokatę. Na dodatek w niedzielę Majchrzak wycofał się z powodu kontuzji kolana z halowego turnieju ATP 250 w Brukseli, co każe mu teraz skupić się na rehabilitacji zamiast punktach.

Wśród Polaków najmocniej w górę ruszył Maks Kaśnikowski. Warszawianin awansował na 214. miejsce rankingu ATP po dotarciu do półfinału challengera we włoskiej Olbii. Taka pozycja daje mu już prawo gry w eliminacjach turniejów wielkoszlemowych – to realny krok w stronę dużych kortów. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja Daniela Michalskiego, również warszawianina, który spadł na 300. lokatę rankingu.

Czołówka światowego rankingu bez zmian na szczycie

Liderem pozostaje Włoch Jannik Sinner, mimo że przedwcześnie zakończył już sezon z powodu kontuzji. Depcze mu po piętach Niemiec Alexander Zverev, który lada moment może go wyprzedzić na fotelu lidera. Trzecie miejsce zajmuje Hiszpan Carlos Alcaraz, czwarte – Amerykanin Ben Shelton. Cała ta czwórka ma już zapewniony udział w kończących sezon ATP Finals 2026.

Niewielkie awanse zanotowali Rosjanin Daniił Miedwiediew i Włoch Flavio Cobolli. W dół powędrował za to Kanadyjczyk Felix Auger-Aliassime, spadając na siódme miejsce. Jeszcze wyraźniejszy spadek odnotował Serb Novak Djoković – po raz pierwszy od dawna wypadł poza Top 10 i jest teraz dopiero 12. tenisistą świata. Ósme miejsce należy do Australijczyka Alexa de Minaura, dziewiąte do Amerykanina Frances Tiafoe, a dziesiąte do Francuza Arthura Filsa.

Szanghaj dał też solidny skok Hiszpanowi Rafaelowi Jodarowi, który jako finalista turnieju awansował na 11. pozycję. Sam triumfator, Davidovich Fokina, wskoczył na 13. miejsce.

W klasyfikacji deblistów nic się nie zmieniło na szczycie – prowadzą Fin Harri Heliovaara i Brytyjczyk Henry Patten. Najlepszym Polakiem pozostaje Jan Zieliński, utrzymujący 37. pozycję, a awans na 82. miejsce zaliczył Filip Pieczonka. Obaj w tym tygodniu zagrają z różnymi partnerami w halowych turniejach ATP 250 w Brukseli i Ałmatach.

44. minuta, trzecia tercja, krążek daleko od szamotaniny przy bandzie – a Damian Tyczyński leży na lodzie po tym, jak James White zaatakował go kolanem. Zawodnik Unii nie dokończył meczu, z lodu zszedł wspierany przez kolegów z zespołu i trafił prosto do szatni. To był jeden z dwóch momentów tego wieczoru, w których sędziowie sięgnęli po najwyższy wymiar kary. I jeden z wielu powodów, dla których zwycięstwo Unii Oświęcim nad Comarch Cracovią 3:2 smakowało wyjątkowo gorzko-słodko.

Gospodarze prowadzeni przez Markusa Juurikkalę wygrali po tercjach 0:1, 1:1, 2:0, odrabiając straty w meczu, który do ostatniej syreny trzymał w napięciu 1860 widzów na trybunach. Rywal nie był przypadkowy – Cracovia przyjechała do Oświęcimia z serią sześciu zwycięstw z rzędu.

Unia i tak musiała grać w okrojonym składzie. Olaf Bizacki, reprezentant Polski, doznał urazu dolnych partii ciała jeszcze w piątkowym meczu z Polonią Bytom i nie wybiegł na lód z Cracovią – zastąpił go Bartosz Florczak. Do tego zabrakło Erika Ahopelto i Severiego Immonena, obu powaliła choroba; mają wrócić na mecze z GKS-em Tychy i GKS-em Katowice.

Pierwszą tercję rozdawali jednak goście. James White wykorzystał asystę Joniego Airo i Seana Montgomery’ego i w 7:06 minuty strzałem od zakrystii po objechaniu bramki dał Cracovii prowadzenie 0:1. Bramkarz gości Alex Horawski do 36. minuty nie dał sobie strzelić gola, choć Unia nawet szukała odpowiedzi. Po drugiej stronie lodu, w bramce Unii, stał Igor Tyczyński.

W 28:10 minuty, w przewadze liczebnej 4 na 5, Daniels Bērziņš przejął krążek i strzałem z lewego skrzydła podwyższył na 0:2, asystował Damian Kapica. Unia odpowiedziała jeszcze w drugiej tercji – Jere Jokinen dobił krążek do siatki z bliska w 35:20 minuty po asyście Lukasha Matthewsa i Jimiego Rönkkönena, zmniejszając straty do 1:2.

Dwie kary meczu w jednej trzeciej tercji

Trzecia tercja zaczęła się jak thriller, nie jak hokej. White, autor pierwszego gola, zaatakował kolanem Tyczyńskiego i został odesłany z lodu karą meczu. Minęło zaledwie 68 sekund, gdy Matt Wilkins poprawił strzał Jere Jokinena i doprowadził do wyrównania 2:2 – gol padł w 44:12 minuty w przewadze 5 na 3, z asystą Jokinena i Kallego Valtoli. Trener Cracovii Krystian Dziubiński zażądał sprawdzenia sytuacji przy tym golu przez sędziów, ale bramkę uznano.

Chwilę później na lodzie zrobiło się jeszcze goręcej. Aleksandr Szkrabow rzucił kijem w stronę Kallego Valtoli i w 48. minucie, podobnie jak wcześniej White, powędrował do szatni z karą meczu. Łącznie sędziowie – Marcin Majta i Bartosz Kaczmarek w roli głównych oraz Dawid Pabisiak i Dariusz Pobożniak na liniach – naliczyli kary w wymiarze 4-54 minut, zdecydowanie na niekorzyść gości.

I właśnie z tej przewagi liczebnej padł gol decydujący o wyniku. W 49:47 minuty, przy przewadze 5 na 4, Rihards Marenis z najbliższej odległości wpakował krążek do siatki, asystowali Otto Nieminen i Matt Wilkins – 3:2 dla Unii. Cracovia w końcówce zdjęła bramkarza, szukając wyrównania za wszelką cenę, ale do syreny wynik się już nie zmienił.

Statystyka strzałów na bramkę – 41:16 – pokazuje, że Unia przez większość meczu dominowała terytorialnie, choć aż do trzeciej tercji nie przekładało się to na wynik. Ostatecznie to właśnie w najbardziej burzliwej, pełnej kar części meczu Oświęcim wywalczył trzy punkty.

Dwie minuty i dwadzieścia dziewięć sekund pierwszej rundy – tyle wystarczyło Tomaszowi Narkunowi, by zakończyć walkę wieczoru gali OKTAGON 95 w Karlowych Warach. Gala odbyła się w sobotę, choć do tego pojedynku doszło w zupełnie innych okolicznościach, niż planowano jeszcze kilka dni wcześniej.

Pierwotnie główną atrakcją wieczoru miało być starcie Patrika Kincla z Dominikiem Humburgerem. Do walki jednak nie doszło – Humburger przekroczył ustalony limit wagowy kategorii średniej, a Kincl nie zgodził się na przystąpienie do pojedynku na zmienionych warunkach. Organizatorom nie pozostało nic innego, jak odwołać to starcie i w pośpiechu wyznaczyć nową walkę wieczoru. Na jej miejsce awansował pojedynek Tomasza Narkuna z Danielem Škvorem, wcześniej planowany jako drugi najważniejszy punkt karty.

Dla 36-letniego Narkuna była to okazja, by przypomnieć, dlaczego przez lata rządził w kategorii półciężkiej KSW, wielokrotnie broniąc mistrzowskiego pasa. Były mistrz KSW po rozstaniu z tą organizacją nie zwolnił tempa – kontynuował karierę poza jej szeregami, aż ostatecznie podpisał kontrakt z czesko-słowackim OKTAGON MMA. Przed sobotnim występem miał za sobą porażkę z Alexandrem Poppeckiem, która przerwała serię trzech zwycięstw. Jego rywal, Daniel Škvor, wchodził do klatki po czterech wygranych z rzędu i jako reprezentant gospodarzy liczył na podtrzymanie korzystnej passy przed własną publicznością.

Ta passa nie przetrwała nawet trzech minut. Narkun obalił Škvora z klinczu i przeszedł do parteru, gdzie kontrolował rywala z góry, poprawiał pozycję i zadawał uderzenia. Potem przedostał się za plecy Czecha i zapiął duszenie. Škvor poddał walkę po 2 minutach i 29 sekundach pierwszej rundy – to było już 22. zawodowe zwycięstwo Polaka.

Novotny: Narkun wrócił do szczytowej formy

Po gali szef OKTAGON MMA Ondrej Novotny ocenił występ Polaka dla Kanału Sportowego. „Myślę, że Tomek wrócił do swojej szczytowej formy” – powiedział Novotny. Zdradził też, że zapytał zawodnika o najbliższe plany. „Pytałem go, co chce robić dalej. Możemy trochę odpocząć, bo teraz musi trochę świętować” – przekazał szef organizacji.

Kamery zdążyły już odwrócić się od oktagonu, gdy na trybunach hali w Edmonton zawrzało na dobre. W sobotę, już po zakończeniu gali UFC, część widzów rzuciła się na funkcjonariuszy — w kilka sekund zrobiła się z tego ogólna bójka. Do akcji musiała wkroczyć ochrona wspierana przez policję. Jeden z kanadyjskich policjantów złapał agresywnego mężczyznę i rzucił nim o ziemię. Ten uderzył głową o twardą powierzchnię i na chwilę stracił przytomność, a chwilę później miał już na rękach kajdanki. Nagranie z interwencji urywa się w najgorętszym momencie, więc co działo się dalej — nie wiadomo.

Malott kolanem gasi światło Buckleyowi

Zanim na trybunach zrobiło się gorąco, kibice obejrzeli walkę wieczoru, która sama zasługiwała na pierwsze strony. Mike Malott, znany jako „Proper”, trafił Joaquina Buckleya kolanem prosto w szczękę. Amerykanin zgasł natychmiast i osunął się na matę. „Proper” chciał jeszcze dobić rywala, ale sędzia zdołał przerwać pojedynek w ostatniej chwili.

Równie głośno było po debiucie Cristiana Pereza. Meksykanin wchodził do klatki UFC po raz pierwszy i wystarczyło mu niespełna 60 sekund, by znokautować Kyle’a Nelsona. Trudno wymyślić lepsze wejście do organizacji.

Na karcie gali nie zabrakło też walki w parterze. Marc-André Barrault, Kanadyjczyk, który wcześniej mierzył się z Michałem Oleksiejczukiem, przeniósł starcie z Kyle’em Daukausem na matę i zasypał go gradem ciosów. Amerykanin Daukaus bronił się gardą, jak długo mógł, ale napór rywala był zbyt duży — sędzia musiał przerwać walkę.

Gala w Edmonton zapisze się w pamięci z dwóch powodów: efektownych nokautów w klatce i scen, które rozegrały się już po ich zakończeniu, na trybunach pełnych kibiców.

Jedenasty strzał z wapna, piłka w siatce, gwizdek sędziego – i na boisku w Grecji dzieje się coś, co z futbolem nie ma już nic wspólnego. Chwilę wcześniej zawodnicy Aldachu 442 Sport Pub Team ze Szczekocin dopiero co wygrali serię rzutów karnych w półfinale Ligi Mistrzów Socca. Miejsca na radość jednak nie było – rywale odpowiedzieli falą wściekłości.

W greckim turnieju wystartowało w sumie 101 drużyn z różnych krajów. Wśród nich zespół ze Szczekocin, grający pod szyldem Aldach 442 Sport Pub Team, dotarł do strefy medalowej. Na drodze do finału stanęła im grecka Magufana FC – i właśnie ten mecz zakończył się czymś znacznie poważniejszym niż samym wynikiem na tabeli.

Po regulaminowym czasie gry na tablicy świecił remis 1:1. O awansie do finału zdecydowały karne. Napięcie było wyczuwalne już od pierwszej jedenastki dla Polaków – Norbert Jaszczak nie trafił, a po nieudanym strzale został zaczepiony przez bramkarza rywali. Tę pierwszą iskrę jeszcze udało się zdusić.

Dalej Polacy jednak pokazali nerwy ze stali. Swoją szansę z jedenastego metra wykorzystał Dawid Pasieka, podobnie Krzysztof Elsner. Kluczową postacią okazał się bramkarz Krystian Stanecki – obronił dwa karne Greków i praktycznie sam, własnymi rękami, wywalczył Aldachowi finał.

Bijatyka po gwizdku

Gdy sędzia potwierdził zwycięstwo Polaków w serii rzutów karnych, zawodnicy Magufany ruszyli w stronę graczy Aldachu. Zaczęło się od wymiany słów, szybko przeszło w przepychanki, a te przerodziły się w regularną bijatykę z udziałem wielu zawodników z obu stron. Rozdzielać musiały sztaby obu zespołów, a uspokojenie sytuacji zajęło sporo czasu. Dopiero później Polacy mogli wreszcie świętować przepustkę do finału.

Sam finał okazał się za wysokim progiem. Zespół ze Szczekocin przegrał 2:4 z Socca Euskadi, do Polski wracał jednak z medalem – srebrnym krążkiem Ligi Mistrzów Socca.

Po powrocie drużyna podsumowała turniej na Instagramie: „Ogromne gratulacje dla całej drużyny za świetny występ w turnieju. Chłopaki pokazali charakter, jakość i serce do gry. Możemy być z nich naprawdę dumni. Wracamy z podniesioną głową. Za rok wrócimy silniejsi. To nasza obietnica”.

Siódma minuta meczu na stadionie Brighton. Walter Benitez, bramkarz Crystal Palace, stoi daleko od swojej bramki. Diego Gomez to widzi i bez wahania uderza z dystansu, który sędziowie wyliczyli później na około 51 metrów. Piłka ląduje w siatce, stadion wybucha.

Tym trafieniem Paragwajczyk przypieczętował jedno z najgłośniejszych zwycięstw tego sezonu Premier League. Brighton pokonało Crystal Palace 5:0. Gomez, 23-letni pomocnik, stał się bohaterem wieczoru.

Gospodarze ruszyli z ofensywą od pierwszych minut. Prowadzenie dało im już w 4. minucie samobójcze trafienie Jaydee Canvota. Trzy minuty później padł gol Gomeza po podaniu Oliviera Boscagliego, a w 10. minucie Yasin Ayari podwyższył wynik na 3:0. Po przerwie było jeszcze gorzej dla Crystal Palace – trafienia Charalambosa Kostulasa i Jacka Hinshelwooda ustaliły ostateczny rezultat na 5:0.

Sam strzelec po meczu przyznał, że własny gol go zaskoczył. „Kiedy strzeliłem gola, nie wiedziałem, gdzie biec ani co ze sobą zrobić” – powiedział Diego Gomez.

Gomez w cieniu historii Premier League

Dystans uderzenia Gomeza od razu przywołuje porównania do najdalszych goli w historii angielskiej ligi. W listopadzie 2017 roku Wayne Rooney trafił dla Evertonu przeciwko West Hamowi z odległości blisko 58 metrów. To wciąż więcej niż uderzenie Paragwajczyka. Historia zna jednak przypadek jeszcze bardziej spektakularny.

Rekordzistą pod względem najdalszego gola w historii Premier League jest Asmir Begović. Bośniacki bramkarz trafił do siatki z odległości 91,9 metra 2 listopada 2013 roku, w meczu Stoke City z Southampton, który zakończył się wynikiem 1:1. Co wyjątkowe, Begović sam był bramkarzem – strzał padł już w 13. sekundzie meczu, gdy wykopnął piłkę z własnego pola karnego. Przy silnym wietrze piłka przeleciała nad obrońcami i bramkarzem rywali, Arturem Borucem. Trafienie Begovicia trafiło do Księgi Rekordów Guinnessa jako najdłuższy gol w profesjonalnej piłce nożnej.

Gol Gomeza do takiego rekordu nie dorasta. W kontekście sobotniego pogromu Crystal Palace stał się jednak symbolem wieczoru, w którym Brighton nie dawało rywalom żadnych szans.

Wiosną nikt by w to nie uwierzył. A jednak Legia Warszawa pojechała do Zagrzebia na mecz z Ciboną w drugiej kolejce Koszykarskiej Ligi Mistrzów, nie mając obsadzonego ostatniego, piątego miejsca dla obcokrajowca. Zaskakuje to tym bardziej, że w czterozespołowej grupie z turnieju odpadnie tylko jeden zespół – każdy punkt tu waży złoto.

Korzenie tej sytuacji sięgają jeszcze okresu przed startem sezonu, kiedy Legia zrezygnowała z Michaela Christmasa. Od tamtej pory warszawski klub dysponuje tylko pięcioma zagranicznymi zawodnikami, a przynajmniej dwa z sześciu meczów grupowych Ligi Mistrzów rozegra bez kompletnego składu. Trener Heiko Rannula nie zamierza jednak działać pod presją. „Znacie mnie wystarczająco dobrze. Nie chcemy się spieszyć, jeśli nie mamy wybranego właściwego koszykarza. Po poprzednim nieudanym tygodniu nie chcieliśmy wykonywać żadnego ruchu w panice” – mówił.

W lidze Legia wygrała jednak u siebie z Anwilem Włocławek 73:72, po dwóch wcześniejszych porażkach – w Strasburgu i w Zielonej Górze. Efektowności to zwycięstwo jednak nie miało: gospodarze oddali rywalom aż 21 zbiórek ofensywnych, choć Anwil miał tylko 35 proc. skuteczności z gry. Rannula nie krył niezadowolenia z jakości gry swojego zespołu. „Trenerowi jest trudno przyjąć takie sytuacje jak spudłowane proste rzuty spod kosza od początku meczu. Rzuty wolne, rozgrywanie szybkich ataków, podejmowanie właściwych decyzji. Widać, że pewności w naszej grze jeszcze nie ma” – powiedział po meczu.

Legia grała bez zawieszonego rezerwowego Jakuba Andrzejewskiego. Kapitan Michał Kolenda wciąż wraca do formy po operacji przebytej latem. Reprezentant Estonii Markus Ilver, znakomity jeszcze na wrześniowym turnieju o Superpuchar Polski, ostatnio gra bezbarwnie. Trochę światła w ataku dał za to Mathieu Wojciechowski, były skrzydłowy reprezentacji Polski, który jeszcze w poprzednim sezonie występował w drugiej lidze francuskiej.

W Zagrzebiu na Legię czeka rywal w nieco innej formie. Cibona dwa tygodnie wcześniej rozbiła na inaugurację Ligi Mistrzów Galatasaray Stambuł 96:76, ale w ostatni weekend przegrała u siebie w Lidze Adriatyckiej z serbskim Boracem Čačak – tam rozgrywającym jest dobrze znany polskim kibicom Jovan Novak, występujący w ostatnich latach w Kingu Szczecin.

Anwil szuka stabilizacji, Trefl tonie

Sytuacja kadrowa Anwilu nie jest wiele lepsza niż u Legii. Włocławek nie korzysta z kompletu obcokrajowców z powodu sytuacji losowych i problemów zdrowotnych. Josiah Strong, zawodnik obwodowy, jest kontuzjowany, a Jack Forrest, w poprzednim sezonie czołowy strzelec ligi fińskiej, we wtorek ma przejść badania, które zdecydują o dalszym postępowaniu w jego sprawie. Do tego zespół trenera Vedrana Bosnića ma w lidze zaledwie 26 proc. skuteczności z dystansu.

Adam Brenk, 31-letni zawodnik, który przeszedł do Anwilu latem, w dwóch pierwszych wygranych meczach sezonu grał po prawie 24 minuty. W spotkaniu z Legią nie wystąpił już w drugiej połowie – zawinił wcześniejszy uraz. W klubie wciąż odczuwalne są skutki poprzedniego sezonu, gdy Anwil zajął siódme miejsce po rundzie zasadniczej i nie awansował do play-off. Obecny zespół, razem ze sztabem trenerskim, jest kilkanaście procent tańszy niż ten sprzed roku – tak tłumaczy to dyrektor sportowy Leo De Rycke. Klub wciąż przesyła pieniądze byłemu trenerowi Ronenowi Ginzburgowi, który nie zgodził się na rozwiązanie umowy. Nadzieją na odbudowę jest rozgrywający Emmanuel Lecomte, który dwa lata wcześniej dotarł ze Startem Lublin do finału ligi.

Najgorzej w lidze wypada jednak Energa Trefl. Po trzech kolejkach to zdecydowanie najsłabsza drużyna, z trzema porażkami różnicą łącznie 63 punktów. Gdańszczanie przegrali na inaugurację z Dzikami Warszawa, potem w derbach wyraźnie z Arką Gdynia po długo wyrównanej grze, a następnie z Kingiem Szczecin 81:91, choć po pierwszej kwarcie przegrywali już 7:29.

Do tego problemy kadrowe. Michał Michalak, wieloletni reprezentant Polski i były król strzelców ligi, cierpi na uraz pleców. Pod jego nieobecność ciężar kreowania gry spada właściwie na dwóch zawodników – Jakuba Schenka i Fina Perttu Blomgrena. W zespole gra też 20-letni Szymon Kiejzik, na którym częściowo oparta jest przyszłość klubu.

Dzikom Warszawa też nie idzie najlepiej, choć powody są inne. Zespół przegrał w Wałbrzychu 71:74, prowadząc jeszcze po trzeciej kwarcie. W czwartej odsłonie zdobył łącznie tylko 9 punktów. Joseph Girard, który imponował skutecznością w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, trafił w tym meczu siedem trójek, ale decyzją trenera Marco Legovicha ostatnie ponad trzy minuty spędził na ławce. I mimo tej akcji jego dołek formy widać jak na dłoni – po czterech meczach w Pucharze Europy FIBA i lidze w październiku miał na koncie ledwie 30 punktów w sumie i skuteczność 6/28 za trzy. Bilans Dzików, gdy Girard zdobywa co najmniej 20 punktów, to wciąż dodatnie 2-1. Najlepszym strzelcem zespołu pozostaje Landrius Horton.

MKS Dąbrowa Górnicza bez porażki

Na drugim biegunie tabeli znajduje się MKS Dąbrowa Górnicza. Po trzech kolejkach to jedyna niepokonana drużyna w lidze. Zespół pokonał wcześniej Twarde Pierniki z Torunia i GTK z Gliwic, a w ostatnim meczu rozbił Śląsk Wrocław 97:80. Klub od końca ubiegłego roku prowadzi trener Artur Gronek, a jego niezmiennym punktem odniesienia jest, jak nazywany jest w klubie, „niezniszczalny symbol” – Marcin Piechowicz.

Jedną z kluczowych postaw buduje Jakub Musiał, 28-letni zawodnik, który na początku grudnia ubiegłego roku rozstał się z Czarnymi Słupsk, gdzie przesiadywał na ławce rezerwowych. To właśnie on rzucił najwięcej punktów dla MKS-u w jedynym wygranym meczu play-off z Legią Warszawa. Na początku tego sezonu gra najwięcej minut w karierze – prawie 22 na mecz – notując 12,7 punktu i trzeci najwyższy wskaźnik +/- w zespole. Dla klubu, który jeszcze rok temu szukał stabilizacji, to sygnał, że obrany kurs zaczyna przynosić efekty.

Instalacja aplikacji
Pobierz