Moses Itauma (14-1, 12 KO) przegrał pierwszą walkę w zawodowej karierze. Kto powinien stanąć naprzeciw niego po tej porażce? Swoje typy przedstawił Derek Chisora (36-14, 23 KO).
Zdaniem Chisory na starcie z kimś pokroju Martina Bakole jeszcze za wcześnie. Ciekawszym pomysłem byłby pojedynek z Frazerem Clarke’em albo Richardem Riakporhe’em. „To byłyby fajne walki” — ocenił. Nieco wcześniej inną kandydaturę wskazywał Agit Kabayel — padło nazwisko Polaka.
Sam Itauma wciąż przetrawia tę pierwszą porażkę. „Ja dopiero próbuję zaakceptować fakt, że po raz pierwszy w życiu przegrałem walkę” — przyznał. Chodzi o starcie z Filipem Hrgoviciem: Brytyjczyk trafiał rywala swoimi najlepszymi ciosami, a Chorwat mimo to nieustannie parł naprzód. W pewnym momencie organizm odmówił Itaumie posłuszeństwa — tak sam to wspomina.
Tę walkę obejrzał już trzykrotnie. Za każdym razem czuje tę samą irytację. Na ring wraca w styczniu.
Aurora pokonała Falcons 2-1 w meczu o trzecie miejsce na Thunderpick World Championship 2026 w CS2. Lepiej w serię weszli Falcons, którzy otworzyli ją zwycięstwem na Anubis 13-8. Aurora nie dała się jednak zepchnąć do narożnika i odpowiedziała na Dust2, wygrywając prawdziwy maraton 19-17. O awansie zdecydowała dopiero mapa Nuke, którą Aurora zamknęła wynikiem 13-9.
Dzięki temu triumfowi Aurora kończy turniej na trzecim miejscu i inkasuje 50 000 $ nagrody. Falcons muszą zadowolić się czwartą lokatą i czekiem na 25 000 $. Stawkę najlepszej czwórki dopełnia wielki finał — BetBoom Team zagra z FURIĄ o tytuł mistrza i pulę 500 000 $. Thunderpick World Championship 2026 odbywa się od 14 do 18 października w Attard na Malcie, a w fazie playoff o łączną pulę 1 000 000 $ rywalizują cztery zespoły, przy czym sam zwycięzca zgarnie połowę tej sumy.
Kłopotliwy zawodnik na dwóch listach jednocześnie
Równolegle do rywalizacji na Malcie toczy się mniej widowiskowy, ale kluczowy dla wielu drużyn spór administracyjny. Okazuje się, że FUT i Astralis mają zarejestrowanego tego samego gracza o pseudonimie cmtry. Jeśli sytuacja nie zostanie wyjaśniona przed wysyłką zaproszeń na Singapore Major, drużyna z niższym rankingiem nie dostanie zaproszenia — i to mimo że analityk VRS Mischief daje obu ekipom niemal pewne, 99,99-procentowe szanse na awans liczony czysto punktowo. Według jego prognoz FUT plasuje się na miejscach 4-9 w rankingu europejskim, a Astralis nieco niżej, na pozycjach 8-12. Sprawę komplikuje jeszcze dodatkowy warunek: jeśli FUT nie rozegra wymaganych pięciu meczów w nowym składzie, to drużyna zajmująca gorsze miejsce między FUT a Astralis zostanie bez zaproszenia.
Na tym tle wyróżnia się forma NIP. Po wzmocnieniu składu o adamba i Krimbo szwedzka organizacja wygrała trzy turnieje z rzędu i wskoczyła na 99,8% szans na udział w Majorze. Mischief typuje adamba na kandydata do tytułu MVP całego wyścigu kwalifikacyjnego.
Inaczej wygląda sytuacja 100 Thieves. Według Mischiefa zespół stracił szansę na Major już na turnieju Stake Pulse Beat III, choć miejsce w pierwszej trójce tamtych rozgrywek podniosłoby jego notowania powyżej 60%. Obecnie 100 Thieves mają 40,8% szans na kwalifikację i znajdują się poza strefą dającą zaproszenie. Nieco lepiej radzi sobie NAVI, z szansami na poziomie 51,6% — ale ich los i tak rozstrzygnie się dopiero na PGL Masters Bucharest.
Jeszcze przed startem sezonu 2026/2027 Los Angeles Lakers zwolnili Daltona Knechta. Skrzydłowy, którego klub wybrał z 17. numerem draftu w 2024 roku, po prostu nie przebił się do planów trenera J.J. Redicka na tyle, by zatrzymać się w składzie.
Liczby z poprzedniego sezonu mówią same za siebie: 4,2 punktu i 10,2 minuty gry średnio na mecz. W dwóch ostatnich spotkaniach przedsezonowych na parkiecie spędził łącznie zaledwie 14 minut. Zawodnik, który jeszcze niedawno uchodził za jeden z ciekawszych talentów swojego rocznika draftowego, stał się w Los Angeles postacią trzeciego planu.
A przecież o talencie Knechta nikt nigdy nie dyskutował. W listopadzie 2024 roku rzucił 37 punktów w starciu z Utah Jazz, trafiając przy tym aż dziewięć trójek. Wtedy wydawało się, że to początek kariery gwiazdy Lakers. Wyszło inaczej.
Redick nie ukrywał, że rozstanie nie było karą za regres. „Drużyna się zmieniła. Zmieniły się jej potrzeby i sposób, w jaki poszczególni zawodnicy do siebie pasują. Uważam jednak, że przez ostatnie dwa lata Dalton stał się lepszym koszykarzem” — przyznał trener Lakers.
Dwie nieudane próby wymiany
Zanim doszło do zwolnienia, klub próbował rozwiązać sprawę Knechta na rynku transferowym. Transfer do Charlotte Hornets w zamian za Marka Williamsa został anulowany. Amerykańskie media donosiły też, że Lakers rozważali wysłanie skrzydłowego do Milwaukee Bucks za Jericho Simsa — te rozmowy również zakończyły się fiaskiem. Ostatecznie klub po prostu rozstał się z zawodnikiem, nie uzyskując w zamian żadnego aktywa.
Trudno nie dostrzec tu paraleli z losem Jeremy’ego Sochana, który przeszedł podobną drogę w Portland Trail Blazers — Polak gra dziś właśnie w tym klubie, po tym jak zabrakło dla niego miejsca w poprzednim zespole.
Cała sprawa to element szerszej przebudowy kadry Lakers. Latem do zespołu dołączyło dziewięciu nowych zawodników, co mocno przetasowało rozkład minut i role w rotacji. Knecht, mimo indywidualnego potencjału, po prostu nie zmieścił się w nowej układance.
Kadrowe zamieszanie w Los Angeles dotyczy też Collina Sextona. Obrońca wrócił do pełnych treningów z zespołem po kontuzji prawej nogi, przez którą opuścił wszystkie pięć meczów przedsezonowych. „Będziemy oceniać sytuację z dnia na dzień. Dzisiaj odbyłem bardzo dobry trening i czułem się świetnie. Cieszę się, że znów mogę pracować z drużyną” — powiedział Sexton. Mimo tych optymistycznych słów jego udział w środowym meczu otwarcia sezonu z Golden State Warriors wciąż stoi pod znakiem zapytania.
Maja Chwalińska zajmuje dziś 11. miejsce w rankingu WTA. Za wygranie turnieju WTA 1000 w Wuhanie zainkasowała brutto 665 tysięcy dolarów – to druga najwyższa wypłata w jej karierze za jeden start. Najwyższą otrzymała w tym roku za dotarcie do finału Roland Garros – 1,4 miliona euro. O tym, jak doszło do tych liczb, opowiedział jej menedżer, 46-letni Piotr Szczypka, który na co dzień rozwija też kompleks tenisowy w Bielsku-Białej.
Dziś 25-letnia Chwalińska gra w finałach wielkich turniejów. Kilkanaście lat temu było zupełnie inaczej – o każdy wyjazd trzeba było po prostu walczyć. Szczypka przyznaje, że gdy miała zaledwie 15 lat, namówił swojego ojca, by zaczął finansowo wspierać jej karierę. Ojciec menedżera zapewniał pieniądze na wyjazdy, bo akurat jego firma przeżywała wtedy rozkwit. Koszty na starcie kariery udawało się ograniczać także dzięki temu, że zawodniczka trenowała za darmo na miejskich kortach w Dąbrowie Górniczej i Bielsku-Białej. Gdy przyszły pierwsze wyniki, do wsparcia dołączył Polski Związek Tenisowy.
Śniadania na cały dzień i noclegi „nie do końca legalne”
Najbarwniejsze wspomnienia wiążą się ze startami juniorskimi na Florydzie – turniejami Orange Bowl i Eddie Herr. Tam finansowo pomogła im mama Marty Kostiuk, bo Chwalińska grała wtedy z Ukrainką razem w deblu. Szczypka wspomina, że kurorty, w których rozgrywano te turnieje, były strasznie kosztowne. Zawodniczka miała zapewnione wyżywienie, menedżer musiał radzić sobie inaczej: jadł ogromne hotelowe śniadanie, żeby starczyło na cały dzień, a później dojadał pierniki z recepcji. Jak przyznaje, na niektórych turniejach zdarzało się też spać nie do końca legalnie.
Czasem ratunkiem okazywała się zwykła ludzka życzliwość. Łukasz Kubot powiedział kiedyś Szczypce, że Australijczycy są bardzo gościnni i cieszą się, gdy przyjeżdżają do nich Polacy. Słowa się potwierdziły. Po tym, jak Szczypka napisał post w sieci, odezwała się do nich kobieta o imieniu Ania, która ugościła ich za darmo i nie wzięła od nich złotówki. Ta znajomość przetrwała lata – w tym roku Chwalińska wróciła do pani Ani w Australii, tym razem już sama, z trenerem.
Milion złotych na sezon
Z dzisiejszej perspektywy Szczypka podsumowuje finansowanie kariery zawodniczki krótko: były jego własne pieniądze, był związek, byli sponsorzy. Na wczesnych etapach kariery sponsorami bywali po prostu jego znajomi. Z czasem skala wydatków zmieniła się radykalnie. Jak przyznaje menedżer, w ostatnich latach trzeba było mieć milion złotych na sezon, by realizować Chwalińską sportowo. W tę kwotę wchodzą nie tylko podróże i treningi, ale koszty rehabilitacji, odnowy ogólnej, diety, suplementów i lekarzy.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż podczas noclegów w kurortach na Florydzie. Po występie w finale Roland Garros Chwalińska została dosłownie zasypana ofertami od sponsorów. Droga od pierników z recepcji do siódmej pozycji w światowym rankingu zajęła dekadę – i, jak pokazuje relacja jej menedżera, była znacznie bardziej kręta, niż sugerują same wyniki sportowe.
Mamed Khalidov przegrał ostatnią walkę w klatce KSW. Mimo to zapowiada powrót do rywalizacji. Do porażki doszło 18 kwietnia w Warszawie, podczas gali XTB KSW 117, gdzie w starciu o pas wagi średniej został rozbity przez Pawła Pawlaka.
Zaraz po walce sam zawodnik przyznawał, że nie wie, czy będzie kontynuował karierę. Ta niepewność nie trwała jednak długo. Khalidov dość szybko oświadczył, że to jeszcze nie koniec jego sportowej drogi.
Sygnał dał za pośrednictwem Instagrama — opublikował wspomnieniowy materiał wideo podsumowujący dotychczasową karierę, dołączając do niego osobisty wpis skierowany do kibiców.
„Dziękuję wam za te wszystkie lata wsparcia. Patrząc na tę historię, nie mogę uwierzyć, że tak mi się poszczęściło i dziękuję za to Bogu, że mam was. Do zobaczenia w oktagonie”.
Bilans kariery mówi sam za siebie
Khalidov zapisał się na trwałe w historii polskiego MMA. Jest byłym mistrzem KSW wagi półciężkiej oraz byłym czempionem kategorii średniej — takim podwójnym mistrzostwem w tej organizacji może pochwalić się niewielu.
Karierę w MMA rozpoczął w 2004 roku. Od tego czasu stoczył 49 pojedynków, z których 38 zakończył zwycięstwem. W jego dorobku jest 17 wygranych przez nokaut oraz kolejne 17 zdobytych przez poddanie — statystyki zawodnika, który potrafił kończyć walki na każdym froncie.
Porażka z Pawlakiem na gali KSW 117 nie zamyka więc tej historii. Sam zainteresowany dał jasno do zrozumienia, że oktagon jeszcze go zobaczy.
Magda Linette wygrała we wtorek mecz I rundy turnieju Kinoshita Group Japan Open 2026, pokonując Amerykankę Claire Liu 6:4, 6:3. To coś więcej niż zwykła wygrana w pierwszej rundzie. Od półfinału w Den Bosch w czerwcu Polka zdołała wygrać przed tym meczem zaledwie jeden pojedynek.
Tym jedynym zwycięstwem był mecz z Kanadyjką Carol Zhao na początku sierpnia w Toronto. Seria porażek zrobiła swoje – 34-letnia Linette spadła na 77. miejsce w rankingu WTA. Jej rywalka, zajmująca 95. pozycję Claire Liu, do turnieju głównego musiała przebijać się przez eliminacje.
Spotkanie trwało godzinę i 56 minut i bez dramatu się nie obyło. Polka przełamała rywalkę już w czwartym gemie pierwszej partii i prowadziła 4:1 – wyglądało na to, że resztę meczu rozegra bez większego stresu. Nic bardziej mylnego. W ósmym gemie Claire Liu obroniła aż trzy piłki setowe i utrzymała podanie, a zaraz potem to Linette straciła serwis, więc jej przewaga skurczyła się do 5:4. Set trafił w końcu do Polki dopiero przy szóstej okazji, gdy przyszło kolejne, tym razem decydujące przełamanie.
Druga partia poszła już znacznie spokojniej. Linette utrzymała swoje podanie, przełamała rywalkę i objęła prowadzenie 3:0. Liu zdołała jeszcze raz obronić serwis przy tym samym wyniku, ale to było wszystko, na co było ją stać.
Statystyki potwierdzają przewagę Polki
Liczby z meczu nie pozostawiają wątpliwości, kto był lepszy. Linette zanotowała 33 kończące uderzenia przy zaledwie 14 błędach własnych. W całym spotkaniu wywalczyła trzy przełamania, a swój serwis straciła tylko raz. Z 139 rozegranych punktów do niej należało 76.
Dzięki temu zwycięstwu Polka awansowała do 1/8 finału turnieju WTA 250 w Osace. Tam czeka ją starcie z rozstawioną z numerem drugim Amerykanką Peyton Stearns albo Czeszką Kateriną Siniakovą, obecnie najlepszą deblistką świata. Kinoshita Group Japan Open potrwa do niedzieli 25 października, a zwyciężczyni turnieju zgarnie 250 punktów do rankingu WTA i czek na 37,3 tys. dolarów.
GKS Katowice przegrał na własnym lodzie z GKS-em Tychy 3:5. Wicemistrzowie Polski ulegli u siebie mistrzom kraju – to kolejna bolesna porażka w TAURON Hokej Lidze.
Katowiczanie nie oddali jednak meczu bez walki. Dwukrotnie doprowadzali do wyrównania i pokazywali, że stać ich na więcej, niż sugeruje końcowy wynik. W trzeciej tercji Stephen Anderson zmniejszył straty do 3:4, dając kibicom cień nadziei na punkty. Nadzieję tę szybko zgasił Alan Łyszczarczyk – wykorzystał grę w przewadze i przypieczętował zwycięstwo gości.
Bilans GKS-u Katowice po 13 kolejkach to zaledwie 16 punktów i ósme miejsce w tabeli. Szanse na awans do Turnieju Finałowego Pucharu Polski są już iluzoryczne. Trudno o lepsze podsumowanie kryzysu drużyny, która jeszcze niedawno liczyła się w walce o najwyższe cele w kraju.
Po meczu głos zabrał Bartosz Fraszko, 30-letni skrzydłowy katowickiej drużyny, który w tym sezonie zdobył trzy bramki i zanotował trzy asysty w 13 spotkaniach. Jego słowa nie pozostawiały złudzeń co do nastrojów w szatni.
„Były dobre momenty, były też te złe. Popełniliśmy proste błędy i zbyt łatwo traciliśmy gole. Wynik końcowy jest, jaki jest. Jesteśmy w dużym dołku mentalnym i musimy się z tego jakoś podnieść” – przyznał Fraszko.
Zawodnik nie szukał wymówek. Problem, jak podkreślił, dotyczy całego zespołu.
„Wydaje mi się, że każdy musi zacząć od samego siebie i spojrzeć w lustro, bo to nie może tak wyglądać. Tak jak mówiłem, jesteśmy w dołku mentalnym, staramy się rozmawiać, próbujemy nowych rozwiązań. Ale jeszcze z tego nie wyszliśmy” – powiedział.
Potrzeba stabilności przez całe 60 minut
Fraszko zwrócił też uwagę na konkretny problem taktyczny drużyny – brak konsekwencji przez cały czas gry.
„Musimy pracować przez całe sześćdziesiąt minut, bo gdzieś jakieś krótkie momenty to za mało” – podsumował skrzydłowy GieKSy.
Słowa doświadczonego napastnika brzmią jak diagnoza, ale też jak ostrzeżenie. Katowicka drużyna wciąż szuka sposobu, by wyjść z mentalnego dołka, zanim sezon ostatecznie wymknie jej się z rąk.
Jeremy Sochan stracił miejsce w kadrze Portland Trail Blazers. Marcin Gortat nie zostawił na reprezentancie Polski suchej nitki. Były koszykarz NBA nie owijał w bawełnę: 23-letni zawodnik, jak stwierdził, „przegrał swoją szansę” w najmocniejszej lidze świata.
Sochan rozstał się z San Antonio Spurs w lutym 2026 roku. Trafił wtedy do New York Knicks, czyli aktualnych mistrzów NBA. Z Nowego Jorku przeniósł się jednak do Portland Trail Blazers, z którymi podpisał roczny kontrakt. Ta przygoda nie potrwała długo — klub ogłosił zwolnienie Polaka w weekend, zaledwie po czterech meczach przedsezonowych.
W ostatnim spotkaniu przed tą decyzją Sochan spędził na parkiecie 12 minut. Oddał trzy rzuty z gry, z czego trafił dwa za trzy punkty. Do tego dorzucił trzy zbiórki, w tym dwie w ataku, asystę i blok. Gdy grał, jego drużyna prowadziła na tablicy — mecz i tak zakończył się jednak porażką Portland.
„Nie byłem fanem tych narracji”
Gortat od dawna podchodził sceptycznie do medialnego szumu wokół Sochana. „Nieskromnie powiem, że od samego początku nie byłem fanem tych narracji, że to jest bardzo utalentowany zawodnik” — mówił. Problem, jego zdaniem, leżał nie tylko w błędach na boisku, ale w przecenianiu umiejętności Polaka. „Popełniał błędy, ale według mojego uznania nie był tak piekielnie utalentowany i wyleciał z NBA” — ocenił były reprezentant Polski.
Najmocniej zabrzmiało jednak podsumowanie całej sytuacji. „Dziś Jeremy przegrał swoją szansę” — powiedział Gortat, nie zostawiając złudzeń co do swojej oceny obecnego etapu kariery Sochana.
Mimo surowych słów Gortat nie przekreśla młodego skrzydłowego całkowicie — zwrócił uwagę, że w NBA wciąż mogą pojawić się nowe możliwości. „Może dostać szansę w innym klubie NBA, w Sacramento właśnie się otworzyło miejsce” — zauważył.
Jednej opcji Gortat jednak zdecydowanie odradza — gry w G League, czyli lidze rozwojowej NBA. „W życiu bym nie schodził do G League. To śmierdząca sprawa” — stwierdził, sugerując, że lepszym kierunkiem byłby powrót do europejskiego basketu.
Tę drugą ścieżkę potwierdzają zresztą doniesienia z rynku transferowego. Według informacji dziennikarza Macieja Woodena, Sochanem interesują się FC Barcelona oraz Partizan Belgrad.
W poniedziałkowym meczu TAURON Ligi kobiet między Sokołem & Hagric Mogilno a BKS ZGO Bielsko-Biała kontuzji doznała siatkarka Kertu Laak. Estonka niefortunnie upadła po ataku i nie dała rady sama zejść z parkietu. Ostatecznie z boiska zwieziono ją na noszach.
Do tej groźnie wyglądającej sytuacji doszło w pierwszym secie, przy stanie 6:5 dla gospodyń z Mogilna. Na boisko od razu wbiegła pomoc medyczna – Laak przez dłuższy czas nie mogła się podnieść. Siatkarkę przewieziono do szpitala w Koninie. Diagnozy wciąż brak, nie wiadomo też, ile potrwa jej przerwa w grze.
Mimo utraty kapitanki bielszczanki nie odpuściły i wygrały mecz 3:0. Pod jej nieobecność w ataku więcej na siebie wzięła Iris Vos, a Holenderkę nagrodzono tytułem MVP spotkania.
Kim jest Kertu Laak
Kertu Laak urodziła się w 1998 roku w Tallinnie, ma więc dziś 28 lat. Mierzy 189 cm i gra na pozycji atakującej, reprezentując barwy Estonii. Zanim trafiła do Polski, zdobywała doświadczenie w kilku europejskich ligach – między innymi we Włoszech, Niemczech i Francji.
Do BKS dołączyła przed sezonem 2023/2024. Już w debiutanckim roku pomogła klubowi sięgnąć po Puchar Polski i brązowy medal mistrzostw kraju, będąc przy tym najlepszą punktującą i atakującą całej ligi z dorobkiem 493 punktów. Sezon 2024/2025 zamknęła z 395 punktami, co dało jej piąte miejsce w klasyfikacji najlepiej punktujących – bielszczanki zdobyły wtedy Superpuchar Polski i skończyły rozgrywki na czwartej pozycji.
W bieżącym sezonie 2025/2026 Laak pełniła funkcję kapitanki zespołu. Z drużyną dotarła do finału Pucharu Polski, w którym bielszczanki uległy jednak PGE Budowlanym Łódź.
BKB ogłosiło kartę walk na nadchodzącą galę w Biloxi. Główną atrakcją wieczoru będzie starcie Granta z Panterą Guerrero. Pierwotnie naprzeciw Granta miał stanąć Bekhzod „The Lion” Usmonov, ale ostatecznie to Guerrero zajął jego miejsce w klatce.
Grant wchodzi do tego starcia jako były mistrz BKB w wadze lekkiej, z bilansem 8-3 i sześcioma zwycięstwami przez nokaut na koncie. Guerrero ma za sobą dopiero dwie walki w tej formule – jedną wygraną i jedną przegraną – więc starcie z byłym mistrzem to bez wątpienia największa szansa, jaka się przed nim dotąd otworzyła w BKB. Mimo prestiżu, jaki niesie ze sobą to starcie, o pas tu nie chodzi – pojedynek Grant – Guerrero nie jest walką mistrzowską.
W co-main evencie na gołe pięści ponownie zobaczymy Amado Vargasa, który zmierzy się z Colinem Huntingtonem. Vargas zadebiutował w BKB w lipcu 2026 roku i od razu wygrał przez nokaut w pierwszej rundzie, otwierając swój bilans wynikiem 1-0. Starcie z Huntingtonem to dopiero jego drugi występ w organizacji. Dla Huntingtona będzie to z kolei debiut w barwach BKB – zawodnik wciąż pozostaje niepokonany w formule walk na gołe pięści.
Samo nazwisko Vargas od razu przywodzi na myśl boks – Amado jest jednym z synów Fernando Vargasa, byłego mistrza świata w tej dyscyplinie. Po debiucie w BKB młody zawodnik zapowiadał, że chce szybko zbudować sobie pozycję w organizacji. Starcie z niepokonanym Huntingtonem będzie pierwszym poważnym sprawdzianem tych deklaracji.
Mistrz schodzi z wagi, debiutanci kontra byli zawodnicy UFC
Na karcie znalazło się też starcie Cuba „The Savage” Hawkinsa z Rowdym Montgomerym. Hawkins na co dzień broni pasa mistrzowskiego BKB w wadze półciężkiej, ale tym razem zejdzie do kategorii średniej. Jego bilans 10-1, z dziewięcioma zwycięstwami przed czasem, robi wrażenie – naprzeciw niego stanie jednak niepokonany Montgomery z rekordem 2-0.
Kartę uzupełnia starcie Ike’a Villanuevy z Codym Eastem. Villanueva, mający na koncie bilans 5-3 w walkach na gołe pięści, to były czempion BKB w wadze ciężkiej. East przystąpi do walki z bilansem 2-1, a każde ze swoich dotychczasowych zwycięstw odniósł przez nokaut. Obu zawodników łączy przeszłość w UFC, co dodatkowo podnosi rangę tego pojedynku na karcie.