⚡ Aktualnie:
Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju

„Klejnot Sebastiana Szymańskiego” – pod takim tytułem Sport 365 opisał jego drugą bramkę tego wieczoru. Reprezentant Polski zdominował relacje z meczu 8. kolejki Ligue 1, w którym Rennes rozbiło Strasbourg 3:0.

Drużyna Francka Haise’a od pierwszych minut narzuciła swój rytm. W 34. minucie Boulaye Dia otworzył wynik, a przy tej akcji asystował drugi Polak w zespole – Przemysław Frankowski.

Chwilę później na scenę wszedł Szymański. Siedem minut po golu Dii, w 41. minucie, wykorzystał dośrodkowanie Mahamadou Nagidy i podwyższył prowadzenie Rennes na 2:0. A to był dopiero przedsmak tego, co szykował na drugą połowę.

W 61. minucie otrzymał podanie od Moussy Al-Tamariego, nie zwalniał i huknął lewą nogą z dystansu, spoza pola karnego. Piłka musnęła poprzeczkę, zmieniła kierunek i wpadła do siatki – bramkarz Strasbourga Filip Jörgensen mógł tylko patrzeć.

Francuska prasa nie szczędzi komplementów

„L’Equipe” nazwało występ Szymańskiego znakomitym. Dziennik zaznaczył, że to właśnie dzięki jego grze Rennes rozniosło Strasbourg i wskoczyło na fotel lidera Ligue 1.

Podobnie entuzjastycznie brzmiał Maxifoot – portal określił Polaka jako ofensywnego pomocnika, który był „zbyt mocny dla rywala”. Francuskich dziennikarzy szczególnie zachwyciło uderzenie z około 20 metrów, uznane w efekcie za jedną z najładniejszych akcji całej kolejki.

Po ośmiu kolejkach Rennes ma na koncie 16 punktów i prowadzi w tabeli Ligue 1. To, jak ostatecznie będzie wyglądał szczyt tabeli, zależało jeszcze od poniedziałkowego meczu PSG z Lyonem. Dla Strasbourga ten wieczór był z kolei czwartą porażką z rzędu – kryzys drużyny wciąż się ciągnie.

„To bolesna porażka, ponieważ przyszła po naszym najlepszym meczu” – takimi słowami szkoleniowiec warszawskiej drużyny skomentował wynik starcia z Lechem Poznań przy Łazienkowskiej.

Legia Warszawa przegrała to spotkanie 1:2. Jedyną bramkę dla gospodarzy zdobył Bogdan Wjunnyk – Lech odpowiedział jednak dwoma trafieniami i to ekipa z Poznania ostatecznie zgarnęła trzy punkty.

Papszun nie krył rozczarowania, choć samą postawę zespołu oceniał wysoko. „Wykreowaliśmy sobie pięć sytuacji strzeleckich, co przeciwko takiemu zespołowi jak Lech nie jest łatwe” – zauważył trener Legii. Problem, jak sam podkreślał, leżał nie w planie na mecz, a w jego wykonaniu pod bramką rywala.

Szkoleniowiec przekonywał, że drużyna dobrze wypadła niezależnie od fazy gry. „Drużyna wyglądała dziś kompleksowo we wszystkich fazach” – ocenił Papszun. Efekt końcowy go jednak nie satysfakcjonował. „Bylibyśmy zawiedzeni remisem, więc co dopiero po przegranej” – dodał, nie pozostawiając wątpliwości, że oczekiwał zwycięstwa.

Nie oszczędzał przy tym swojego zespołu w kwestii skuteczności. „Ten mecz pokazuje, ile jeszcze pracy przed nami. Musimy mieć jakość albo poprzez rozwój zawodników, których mamy, albo poprzez skauting. Bo takie okazje na tym poziomie trzeba wykorzystywać” – stwierdził, wskazując na wyzwania stojące przed klubem.

Papszun i Frederiksen bez konfliktu

Przed meczem Papszun wymienił się zdaniami z Nielsem Frederiksenem, trenerem Lecha Poznań. Duński szkoleniowiec po spotkaniu podsumował tę sytuację krótko: „Najważniejsze, że z trenerem okazaliśmy sobie szacunek przed i po meczu”.

Papszun zaprzeczył, że słowna wymiana miała podgrzać atmosferę przed derbowym starciem. „Nie piję, nie biorę używek i nie mam pomroczności, żeby nie być świadomym tego, co powiedziałem. Umówmy się: wy, dziennikarze mieliście pożywkę, ale tak naprawdę nic wielkiego się nie stało. Nikt nie powiedział nic złego” – powiedział trener Legii, uznając całą sprawę za wydmuszkę medialną.

Na koniec zwrócił się do kibiców zebranych na Łazienkowskiej. Podziękował im za doping przez całe 90 minut meczu – wynik końcowy, mimo wszystko, nie dał im powodów do radości.

„Pierwsze pytanie, jakie sobie zadałem po meczu to: 'Czy to był wielki mecz?’. Bo podobno takich Lech nie potrafi wygrywać” – powiedział po niedzielnym spotkaniu Niels Frederiksen, trener Lecha Poznań. Słowa te padły chwilę po tym, jak jego zespół pokonał Legię Warszawa 2:1 na wyjeździe.

Zwycięskiego gola Lech strzelił w samej końcówce, co tylko spotęgowało dramaturgię niedzielnego spotkania na Łazienkowskiej. To był już szósty z rzędu występ Kolejorza w Warszawie, w którym nie przegrał z Legią. Gospodarze ostatni raz pokonali Lecha na własnym stadionie sześć lat temu.

Pytanie Frederiksena nie padło bez powodu. Trener Legii, Marek Papszun, przed meczem stwierdził, że „Lech często zawodzi w dużych, decydujących meczach”. Duński szkoleniowiec zdecydował się odpowiedzieć wprost – zacytował te słowa niemal w całości, a potem wyśmiał ich sens wynikiem na boisku.

Zmęczenie po Lidze Europy nie przeszkodziło

Frederiksen przypomniał, że jego zespół grał w tym tygodniu w Lidze Europy z Sunderlandem, co w jego ocenie zmienia kontekst oceny samego pojedynku z Legią. „Biorąc pod uwagę klub oraz przeciwnika, to tak trzeba to kategoryzować” – dodał, sugerując, że spotkanie z angielskim klubem było dla Lecha wyzwaniem porównywalnym lub większym niż derbowe starcie w Warszawie.

Zwrócił też uwagę na różnicę w czasie przygotowań obu zespołów. „Weźmy pod uwagę jedną rzecz – rywal miał tydzień na przygotowania się do meczu z nami, a my tego czasu kompletnie nie mieliśmy” – powiedział, mając na myśli Sunderland, który mógł się skupić wyłącznie na starciu z poznaniakami.

Mimo zmęczenia po europejskich zmaganiach Frederiksen nie szczędził pochwał swoim zawodnikom za występ w Warszawie. „Jestem szczęśliwy i muszę oddać moim zawodnikom, że wykonali świetną pracę na boisku. Widać było, że są zmęczeni, że muszą wznieść się na wyżyny, jeśli chodzi o walkę. Ale zostawili serce na boisku, jestem bardzo zadowolony z ich występu” – podsumował trener Lecha.

Efekt tej wygranej widać w tabeli. Po niedzielnym triumfie Lech Poznań wrócił na pozycję lidera Ekstraklasy. Nad drugim w tabeli Górnikiem Zabrze poznaniacy mają jeden punkt przewagi, choć wciąż mają do rozegrania jeszcze jedno spotkanie więcej niż zabrzanie.

„Czuliśmy Wasze wsparcie przez cały mecz” – takim podpisem Lech Poznań opisał zdjęcie zespołu zrobione na murawie stadionu przy Łazienkowskiej. Pod spodem dwa emoji serc, niebieskie i białe – barwy klubu.

Mecz Legia Warszawa – Lech Poznań był hitem 12. kolejki PKO Ekstraklasy. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem zawrzało: gospodarze zamknęli sektor gości, tłumacząc to pracami prowadzonymi na stadionie, a ta decyzja wywołała kontrowersje. Poznaniacy ostatecznie przyjechali do Warszawy bez zorganizowanej grupy własnych kibiców.

Na boisku Lech objął prowadzenie po golu Yannicka Agnera. Legia szybko odpowiedziała – Bohdan Wjunnyk wyrównał. O zwycięstwie zdecydował jednak Luis Palma, trafiając do siatki w końcówce spotkania. Lech wygrał przy Łazienkowskiej.

Gest pod pustymi krzesełkami

Po końcowym gwizdku piłkarze Lecha nie od razu zniknęli w szatni. Ruszyli pod sektor, który miał być wypełniony ich kibicami, a który z decyzji Legii stał pusty. TVP Sport opublikowało nagranie, na którym zawodnicy wraz z członkami sztabu szkoleniowego unoszą ręce, podskakują i wspólnie celebrują zwycięstwo właśnie w tym miejscu.

Potem zespół ustawił się do wspólnego zdjęcia na murawie. Ta sama fotografia trafiła później na oficjalny profil klubu w mediach społecznościowych, z podziękowaniem dla fanów.

Dla Lecha ta wygrana w Warszawie znaczy więcej niż symbol. Zwycięstwo pozwoliło Poznaniakom objąć prowadzenie w tabeli Ekstraklasy. Dla Legii to z kolei pierwsza ligowa porażka w obecnym sezonie.

„Takiego zwycięstwa potrzebował Juventus” – to nie przypadkowe słowa, lecz podsumowanie wieczoru, w którym „Stara Dama” musiała pokazać, że kryzys można przerwać konkretnym wynikiem na boisku. Juventus wygrał mecz wyjazdowy z Lecce na Stadio Via del Mare – w podróży, którą określa się jako jeden z najdłuższych wyjazdów w tym sezonie ligowym.

Goście nie czekali długo z pokazaniem przewagi. Już w pierwszej połowie prowadzili 2:0. Wynik otworzył Weston McKennie w 24. minucie – Amerykanin wbiegł między bramkarza i defensorów Lecce i dostawił stopę do wrzutki Douglasa Luiza, kończąc akcję skutecznym strzałem.

Na drugiego strzelca nie trzeba było długo czekać. Gola na 2:0 w 41. minucie zdobył sam Douglas Luiz, precyzyjnym uderzeniem zza pola karnego. Przy tej akcji asystę zaliczył Federico Gatti.

Lecce w drugiej połowie próbowało odwrócić losy spotkania, ale nie zdołało odrobić nawet połowy strat. Gospodarzom nie pomogła też czerwona kartka – w doliczonym czasie meczu Kialonda Gaspar zobaczył drugą żółtą, co automatycznie oznaczało wykluczenie z gry.

Presja na Spallettego nie znika

Za sterami Juventusu stoi Luciano Spalletti. Rozczarowujące wyniki klubu w Serie A postawiły pod znakiem zapytania przyszły powrót do Ligi Mistrzów, a jednocześnie samą pozycję szkoleniowca na ławce. We włoskich mediach krążą już nazwiska potencjalnych następców – wśród wymienianych kandydatów pojawia się Simone Inzaghi.

Wygrana w Lecce nie rozwiązuje wszystkich problemów turyńskiego klubu, daje jednak argument, by z ocenami jeszcze chwilę się wstrzymać. Dwa gole w pierwszej połowie, wyraźna przewaga i rywale grający w dziesiątkę od ostatnich minut – to obraz zespołu, który wciąż potrafi zagrać zgodnie z planem, gdy presja sięga zenitu.

„Wrocławianin już sposobi się do gry w kolejnych zmaganiach” – piszą obserwatorzy tenisa o Hubercie Hurkaczu po tym, jak w drabince halowego turnieju ATP w Bazylei doszło do niespodziewanej roszady.

Polak dotarł do 1/8 finału turnieju w Szanghaju, gdzie przegrał z Alejandro Davidovichem Fokiną 6:1, 3:6, 6:7. Teraz ci dwaj mieli się znów spotkać – choć w zupełnie innych rolach.

Hurkacz przeniósł się na twarde korty pod dachem. Czeka go turniej ATP w Bazylei rangi 500 – impreza, którą rok temu wygrał Francuz Giovanni Mpetshi Perricard, a Polak zaczynał wtedy od 1/16 finału.

Wycofanie Davidovicha Fokiny zmieniło całą drabinkę

Alejandro Davidovich Fokina miał być w Bazylei rozstawiony z numerem 5, ale wycofał się z turnieju jeszcze przed startem głównych zmagań. Ruszyła za tym lawina zmian – roszada przeszła przez całą drabinkę.

Hurkacz stał w kolejce jako pierwszy kandydat do ewentualnego rozstawienia, więc to on przejął numer 10 i miejsce Hiszpana. Jako pierwszy poinformował o tym profil „Z kortu – informacje tenisowe” na portalu X, który na bieżąco zbiera najważniejsze newsy ze świata tenisa.

Według tych danych Polak w pierwszej rundzie zmierzy się z Zizou Bergsem, reprezentantem Belgii. Po drugiej stronie tej samej części drabinki rywal Hurkacza z kolejnej rundy, Fils, trafi na zawodnika z eliminacji.

Jeśli Hurkacz przejdzie Bergsa, w ćwierćfinale zmierzy się ze zwycięzcą pojedynku Holger Rune – Quentin Halys. Najwyżej rozstawionym zawodnikiem całego turnieju jest Ben Shelton, a w drabince znaleźli się też Rafa Jodar i Novak Djoković.

Bazylea to dla Hurkacza miejsce z sentymentem. W 2023 roku Polak dotarł tam do finału, w którym Felix Auger-Aliassime pokonał go po dwóch tie-breakach. Teraz, dzięki niespodziewanemu rozstawieniu, wchodzi w turniej w lepszej sytuacji, niż jeszcze kilka dni temu mogło się wydawać.

Przewaga Kazaszki w całym pojedynku nie podlegała dyskusji – tak najkrócej można podsumować finał turnieju WTA 500 w Ningbo. Jelena Rybakina rozprawiła się z Leylah Fernandez w dwóch setach, 6:2, 6:2, sięgając po tytuł na kortach twardych w chińskim mieście.

Dla liderki światowego rankingu WTA to kolejny dowód formy, jaką prezentuje w ostatnich tygodniach. Przez cały turniej reprezentantka Kazachstanu właściwie nie dała rywalkom żadnych szans, a do finału ruszyła w błyskawicznym tempie.

Pierwszą przeciwniczką Rybakiny była reprezentantka Uzbekistanu Polina Kudiermietowa, 23-letnia zawodniczka. Mecz skończył się po 33 minutach – przy stanie 0:5 Kudiermietowa poddała się z powodu kontuzji.

W ćwierćfinale na drodze Kazaszki stanęła doświadczona polska tenisistka Katarzyna Kawa. Polka nie oddała pola bez walki – wygrała drugiego seta – ale mecz zakończył się jej porażką 6:1, 3:6, 6:1. Po Ningbo Kawa zajmuje 106. miejsce w rankingu live WTA.

Do finału Rybakina dotarła po zwycięstwie nad Dianą Sznajder 6:3, 7:5 w półfinale.

Droga Fernandez do finału

Kanadyjka Leylah Fernandez miała przed finałem znacznie więcej do zrobienia. Po kolei pokonała Elise Mertens 2:6, 6:3, 7:5, Aliaksandrę Sasnowicz 7:5, 6:7, 6:3 oraz Jekatierinę Aleksandrową 4:6, 6:2, 6:1, a w półfinale poradziła sobie z Marie Bouzkovą, wygrywając 6:3, 7:5.

To jednak nie przełożyło się na finał – tam Fernandez nie znalazła recepty na grę Rybakiny, która zamknęła spotkanie w dwóch setach bez większego wysiłku.

„Współpraca z Roigiem układa się lepiej niż z Fissette’em. Jest więcej zaufania i zrozumienia” – ocenił Karel Knapp, ekspert czeskiego Canal+Sport. Te słowa, przytoczone na portalu X przez dziennikarza Sport.pl Dominika Senkowskiego, padły już po tym, jak Iga Świątek oficjalnie zakończyła starty w sezonie 2026.

Rok Polka zamyka na 9. miejscu w rankingu WTA – wciąż jako najwyżej sklasyfikowana Polka na liście i sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa. To spory spadek względem pierwszej części sezonu, gdy Świątek była liderką światowych rankingów. Tuż za nią, na 11. pozycji, plasuje się zresztą inna Polka – Maja Chwalińska.

Knapp z bliska obserwował grę Świątek po przenosinach do Azji pod koniec sezonu i właśnie do tej zmiany trenerskiej się odnosił. Od kwietnia 2026 roku Polka współpracuje z Francisco Roigiem, który zastąpił w jej sztabie Belga Wima Fissette’a. Roig jest Hiszpanem i doświadczonym szkoleniowcem – wcześniej znanym z wieloletniej współpracy z Rafą Nadalem.

Od Australian Open do Toronto – sezon pod dwoma trenerami

Jeszcze z Fissette’em przy korcie Świątek zaliczyła najlepszy wynik wielkoszlemowy tego roku – ćwierćfinał Australian Open na początku sezonu. Potem przyszła zmiana sztabu, a z nią kolejne momenty formy. W Rzymie, na kortach ziemnych, Polka dotarła do półfinału turnieju WTA 1000, pokonując po drodze Elinę Switolinę.

Podobny scenariusz powtórzył się w Cincinnati: półfinał na twardych kortach, a w nim zwycięstwo nad Jessicą Pegulą. Szczytem formy był jednak sierpniowy triumf w Toronto, gdzie Świątek w finale rozbiła Jelenę Rybakinę 6:2, 6:3 – a przypomnijmy, że Kazaszka to obecnie liderka rankingu WTA.

Sama Świątek, mówiąc o zmianach w swoim treningu, podczas pobytu w Chinach ujęła to tak: „Teraz, za każdym razem, gdy wchodzę na kort treningowy, wiem, co robię – i to bardzo przyjemne uczucie”.

Kontuzja w Wuhan i koniec szans na WTA Finals

Azjatycka część sezonu przyniosła jednak komplikacje. W półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhan Świątek przegrała z Mają Chwalińską, która ostatecznie wygrała cały turniej. I to właśnie w tym meczu Polka nabawiła się kontuzji lewego uda.

Uraz zmusił ją do wycofania się z turniejów w Ningbo i Tokio, a w konsekwencji Świątek straciła szanse na udział w WTA Finals. Sezon singlowy zamknęła więc formalnie wcześniej, niż planowała.

To jednak nie koniec jej aktywności w tym roku. Świątek poinformowała w mediach społecznościowych, że zagra w pokazowym turnieju Naver Hyundai Card The Six, który odbędzie się 25-27 grudnia w Inspire Arenie w Incheonie, blisko Seulu. W gronie uczestniczek znajdą się m.in. Jelena Rybakina, Aryna Sabalenka i Mirra Andriejewa.

Knapp patrzy już w stronę przyszłego sezonu. „Jeśli utrzyma ten rozpęd w okresie przygotowawczym i przeniesie go na kolejny rok, może znów znaleźć się w top 5” – prognozuje czeski ekspert, wskazując na postępy, jakie Polka zrobiła pod wodzą Roiga.

„Jestem bardzo podekscytowana grą w Seulu podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia, w turnieju Naver Hyundai Card The Six” — napisała Iga Świątek, ogłaszając swój ostatni występ w tym roku. Wiadomość o starcie Polka przekazała w nagraniu zamieszczonym na Instagramie.

Będzie to jej jedyny mecz po tym, jak formalnie zakończyła sezon 2026. W oficjalnych turniejach WTA Świątek nie zobaczymy już do końca roku. Seul to więc czysta rozrywka pokazowa, bez punktów do rankingu.

Pod względem wielkoszlemowym mijający sezon trudno nazwać udanym. Najdalej Polka zaszła w styczniu, docierając do ćwierćfinału Australian Open. Jedyny tytuł przypadł jej w sierpniu — triumf w turnieju WTA 1000 w Toronto okazał się zarazem jedynym w całym 2026 roku.

Uraz przerwał sezon przed czasem

Za przedwczesne zakończenie startów odpowiada uraz lewego uda, którego Świątek nabawiła się w półfinale turnieju w Wuhan, w meczu z Mają Chwalińską. Konsekwencje przyszły szybko. Polka wycofała się z turniejów w Ningbo i Tokio, a tym samym straciła szansę na występ w WTA Finals 2026 — jednej z najbardziej prestiżowych imprez kończących sezon.

Grudniowy wyjazd do Korei Południowej jednak zostaje w planach. Oprócz Świątek w Seulu zagrają Jelena Rybakina, Aryna Sabalenka, Naomi Osaka, Mirra Andriejewa i Jasmine Paolini — komplet nazwisk, które w 2026 roku wyznaczały poziom kobiecego tenisa.

Kibice liczący na bilet na ten pokazowy turniej muszą działać szybko. Sprzedaż startuje 27 października w południe czasu koreańskiego i prowadzona będzie wyłącznie przez serwis Naver — żadnych alternatywnych kanałów zakupu nie przewidziano.

„W dolnej połówce drabinki rozstawiona z numerem 2. reprezentantka Polski, Maja Chwalińska, swój pierwszy mecz rozegra z Wang Xinyu lub zawodniczką z kwalifikacji” – prognozuje portal tennis365.com. To pierwszy sygnał, jak może potoczyć się droga Polki w turnieju WTA 500 w Tokio.

Do Japonii Chwalińska jedzie w świetnej dyspozycji. 25-letnia zawodniczka zajmuje obecnie 11. miejsce w rankingu WTA, a tydzień wcześniej triumfowała w prestiżowym turnieju WTA 1000 w Wuhan. Wcześniej zrezygnowała z gry w Ningbo – postawiła na odpoczynek przed kolejnym startem.

Turniej w Tokio toczy się na kortach twardych i jest ostatnią imprezą rangi WTA 500 w całym sezonie 2026. Start zaplanowano na poniedziałek 26 października, finał padnie w niedzielę 1 listopada. Dzięki rozstawieniu z numerem 2 Chwalińska pierwszy mecz rozegra już w drugiej rundzie.

Dlaczego stawka jest tak słaba?

Do Tokio przyjechała zaledwie jedna zawodniczka z Top 10 światowego rankingu. Liderka klasyfikacji WTA Jelena Rybakina w niedzielę 25 października sięgnęła po tytuł w Ningbo, pokonując w finale Kanadyjkę Leylah Fernandez, zajmującą w rankingu 30. miejsce.

Innych wielkich nazwisk w Tokio szukać trudno. Iga Świątek, dziewiąta rakieta świata, odpuściła ten turniej – co ma dodatkową wagę, bo Polka oficjalnie już zakończyła starty w sezonie 2026. Pasa wycofały się też czwarta w rankingu Jessica Pegula i szósta Elina Switolina.

W takich warunkach organizatorom i mediom pozostaje budować zainteresowanie turniejem wokół innych twarzy. Za główne gwiazdy imprezy uchodzą właśnie Chwalińska, Rybakina oraz Filipinka Alexandra Eala, zajmująca 20. miejsce w rankingu WTA.

Co czeka Polkę, jeśli przebrnie przez drugą rundę? Jak przewiduje tennis365.com, „Polka, która w ubiegłym tygodniu triumfowała w turnieju Wuhan Open, w ćwierćfinale może trafić na rozstawioną z 'siódemką’ Naomi Osakę lub nierozstawioną Jasmine Paolini”. Osaka zajmuje obecnie 19. miejsce w rankingu WTA.

A gdyby ten scenariusz się sprawdził? Kolejna przeszkoda okazałaby się jeszcze trudniejsza. Portal wskazuje, że „zwyciężczyni ćwierćfinałowej ćwiartki z udziałem Chwalińskiej, Osaki i Paolini według przewidywań trafi w półfinale na rozstawioną z numerem 3. Dianę Sznajder lub rozstawioną z numerem 8. Alex Ealę”. Na papierze droga wygląda wymagająco, ale wcale nie zamknięta – zwłaszcza przy tak słabej obsadzie w górnych rejonach turnieju.

Instalacja aplikacji
Pobierz