„Ostatecznie wygrał cały mecz 9:2, sięgając po trofeum i 100 tysięcy funtów nagrody za zwycięstwo w Northern Ireland Open 2026” — tak zakończyła się niedziela w Belfaście dla Kyrena Wilsona.
Anglik pokonał w finale Jaka Jonesa 9:2, sięgając po swój 11. rankingowy tytuł w karierze. Za triumf w turnieju Northern Ireland Open 2026 otrzymał 100 tysięcy funtów. Z Belfastu wyjechał z kryształowym trofeum, zarezerwowanym dla zwycięzcy imprezy noszącej imię Alexa Higginsa.
Droga do finału nie była dla Wilsona usłana różami. Awans wyszarpał w dramatycznych okolicznościach, po niezbyt udanym dla siebie meczu z Samem Craigiem. Tym bardziej zaskakujące mogło wydawać się, jak jednostronny ostatecznie okazał się mecz o tytuł.
Pierwsze partie finału nie dawały jeszcze jasnej odpowiedzi, kto sięgnie po trofeum. Wilson otworzył mecz brejkiem wysokości 101 punktów, ale Jones szybko doprowadził do wyrównania. 33-letni Walijczyk… a właściwie Jones, dla odmiany rozgrywający najlepszy sezon w karierze, w szóstej partii popisał się fantastycznym podejściem wartym 130 punktów, nie pozwalając Anglikowi nawet na wbicie bili. Był to jednak jeden z ostatnich momentów, gdy rywal Wilsona realnie stawiał mu opór.
Jones odwrócił losy półfinału z Williamsem, ale w finale nie miał już sił
Do finału Jones dotarł po tym, jak w sobotę odwrócił losy pojedynku z utytułowanym Markiem Williamsem. Starszy z Walijczyków, bo to on, nie Jones, reprezentuje Walię, przez długi czas wydawał się bliższy awansu — druga część tamtego meczu poszła jednak zupełnie nie po jego myśli.
W niedzielnym finale ten sam układ sił odwrócił się na niekorzyść rywala Wilsona. Ostatecznie to był najbardziej jednostronny finał turnieju Northern Ireland Open w jego datowanej od 2016 roku historii. Dotychczasowy rekord różnicy w meczu o tytuł również należał do Wilsona — dwa lata wcześniej Anglik sięgnął po swoje pierwsze trofeum tej imprezy, pokonując Judda Trumpa 9:3.
Dla Wilsona to kolejny dowód formy, która od lat stawia go w gronie najbardziej regularnych zawodników światowego snookera. Jones musi poczekać na kolejną szansę. Mimo porażki w finale sezon wciąż pozostaje dla niego najlepszym w karierze.
„Dziki zareagowały w mistrzowski sposób – zdobyły dziesięć punktów w serii i było po wszystkim” – tym cytatem najlepiej podsumować finisz spotkania, w którym Energa Czarni Słupsk przegrali z Dzikami Warszawa 81:91.
O losach meczu w stolicy zadecydowały dosłownie ostatnie minuty. Wynik po kwartach: 27:30, 16:11, 24:20, 24:20. Słupszczanie jeszcze w końcówce byli rzut za rzutem od wyrównania, przegrywając tylko 76:78. I wtedy Dziki odpowiedziały serią dziesięciu punktów z rzędu, która rozstrzygnęła spotkanie. Zaczął ją Zane Waterman, dociążył Osun Osunniyi – razem siedem punktów bez odpowiedzi rywala.
Trener Czarnych, Krzysztof Szablowski, układał taktykę bez kilku kluczowych zawodników. Zabrakło Dominika Grudzińskiego, a podstawowy rozgrywający Djordje Dimitrijević spędził na parkiecie jedynie trzy minuty. Słupszczanom to jednak nie przeszkodziło w dobrym otwarciu – w pierwszej części meczu zbudowali nawet siedmiopunktową przewagę, prowadząc 20:13. Gospodarze zdołali jednak odrobić straty i przejąć inicjatywę.
Waterman bohaterem debiutu
Bohaterem meczu po stronie Dzików okazał się Zane Waterman, który wracał po urazie i jednocześnie debiutował w PGE Basket Lidze. Skrzydłowy zdobył 18 punktów, najwięcej w zespole, trafił 8 z 14 rzutów z gry i dołożył siedem zbiórek. To on zainicjował decydującą serię w ostatnich minutach.
Mimo wygranej trudno nazwać to meczem bez skazy. Warszawianie wykorzystali jedynie 5 z 29 rzutów za trzy punkty i popełnili aż 18 strat. Czarnym to jednak nie wystarczyło, by odwrócić losy spotkania. Punkty dla Dzików zdobywali także Łukasz Frąckiewicz (15), Makai Ashton (13), Osun Osunniyi (11), Michał Krasuski (10), Quan Jackson (9), Joseph Girard (8), Grzegorz Kamiński (5) i Krzysztof Kempa (2); Austin Luke zeszedł z parkietu bez punktu.
Po stronie pokonanych najlepszy był Mason Madsen z 23 punktami. Niewiele ustąpił mu Keevan Veinot, dopisując do protokołu 17 oczek. W punktowaniu zapisali się również Demond Robinson (10), Kacper Borowski (8), Dominic Green (7), Jan Pluta (4), Jakub Stupnicki (4) i Aleksander Kornacki (4), a Djordje Dimitrijević i Robert Carpenter zdobyli po 2 punkty każdy. Maksymilian Maćkowiak zakończył mecz bez punktów na koncie.
To już trzecie zwycięstwo Dzików Warszawa w tym sezonie PGE Basket Ligi. Czarni ze Słupska wciąż czekają na przełamanie, a kolejne problemy kadrowe nie ułatwiają im zadania.
„Niby to tylko trzy punkty, ale myślę, że to zwycięstwo znaczy wiele więcej. To wielka wygrana” – powiedział po meczu dyrektor sportowy klubu Max Eberl.
Bayern Monachium pokonał na wyjeździe SC Freiburg 3:1 w 7. kolejce Bundesligi. Po tym zwycięstwie Bawarczycy znów są na szczycie tabeli.
Słowa Eberla nabierają innego wymiaru, gdy spojrzeć na to, kogo w tym meczu nie było. Zabrakło kontuzjowanego bramkarza Manuela Neuera, zabrakło też kolumbijskiego skrzydłowego Luisa Diaza, również z urazem. Joshua Kimmich nie zagrał z powodu żałoby w rodzinie. A do tego Bayern musiał poradzić sobie bez trenera Vincenta Kompany’ego.
Belgijski szkoleniowiec zasłabł podczas piątkowego treningu. Jego stan jest obecnie stabilny, nadal jednak pozostaje w szpitalu, gdzie przechodzi dalsze badania. Do odwołania obowiązki głównego trenera przejmie sztab szkoleniowy z asystentem Aaronem Danksem na czele.
Dramatyczna końcówka
Mimo tych wszystkich absencji Bayern od pierwszej połowy trzymał mecz w swoich rękach. Gole zdobyli francuski obrońca Dayot Upamecano i Serge Gnabry. Freiburg nie dał za wygrane i odpowiedział w końcówce – najpierw samobójczym trafieniem Toma Bischofa, który chwilę później doprowadził do wyrównania. O zwycięstwie Bayernu zdecydował ostatecznie Michael Olise, trafiając w piątej minucie doliczonego czasu gry.
Francuz, z sześcioma trafieniami na koncie, jest już najskuteczniejszym strzelcem Bawarczyków w tym sezonie Bundesligi. To był dla Bayernu piąty ligowy triumf w tej kampanii.
Dzięki tej wygranej Bayern zrównał się punktami z niepokonaną Borussią Dortmund, która w sobotę pokonała Eintracht Frankfurt 1:0. Obie ekipy mają po 17 punktów, ale górą jest Bayern – dzięki bilansowi bramkowemu +19 wobec +8 Dortmundu. O zwycięstwie Borussii zadecydował gol Maximiliana Beiera w 80. minucie.
Oba zespoły zmierzą się ze sobą już w najbliższą sobotę – to będzie Klassiker między Bayernem a Borussią Dortmund. Najpierw jednak czeka je runda Pucharu Niemiec: w 1/16 finału rywalem Bayernu będzie FC Magdeburg, w którym główną rolę odgrywa reprezentant Polski Mateusz Żukowski.
„29-latek jest oskarżony o udział w procederze polegającym na celowym manipulowaniu własnymi statystykami podczas meczów” — tak prokuratura opisuje sprawę Malika Beasleya, 29-letniego koszykarza. Zawodnik może niedługo przyznać się do winy w jednej z największych afer bukmacherskich w historii NBA.
Według dokumentów sądowych, do których dotarł ESPN, Beasley zamierza zmienić swoje wcześniejsze stanowisko i przyznać się do zarzucanych mu czynów. To zwrot o 180 stopni, bo początkowo koszykarz nie przyznawał się do żadnego z zarzucanych mu czynów. Jego adwokat Steve Haney zaznaczył jednak, że porozumienie z prokuraturą nie zostało jeszcze podpisane. Rozmowy wciąż trwają. Ostateczna decyzja ma zapaść na początku przyszłego tygodnia, a termin rozprawy dotyczącej ewentualnej zmiany stanowiska wyznaczy sąd federalny na Brooklynie.
Cztery meczy, manipulowane statystyki
Śledczy wskazują, że Beasley manipulował swoimi osiągnięciami w co najmniej czterech spotkaniach sezonu 2023/2024, gdy grał w Milwaukee Bucks. Mechanizm miał być prosty. Pozostali uczestnicy procederu wybierali mecze, które nie były transmitowane w ogólnokrajowej telewizji, a koszykarz decydował, czy zdobędzie więcej, czy mniej punktów i zbiórek od ustalonych wcześniej wartości. Taki układ dawał osobom posiadającym poufne informacje możliwość obstawiania odpowiednich zakładów.
Prokuratura podkreśla, że Beasley, mimo zarobienia w NBA dziesiątek milionów dolarów, miał wielomilionowe straty związane z hazardem. Byłemu zawodnikowi sześciu klubów NBA postawiono zarzuty obejmujące m.in. korupcję sportową, udział w zmowie mającej na celu oszustwa oraz pranie pieniędzy.
Inni oskarżeni już zmieniają stanowisko
Beasley nie jest jedyną osobą w tej sprawie — oskarżonych jest także kilka innych osób. William Brown przyznał się już do winy, podobny krok zamierza wykonać Ernesto Plascencia. Z kolei Robert Gorodetsky ma formalnie zmienić swoje stanowisko 20 listopada.
Zarzuty usłyszeli ponadto były koszykarz NBA Ed Davis i jego dawny agent Paolo Zamorano. Ci dwaj, w przeciwieństwie do Beasleya, nie przyznają się do winy.
„Mistrzowie Polski przejęli jednak kontrolę w drugiej połowie” – tak w jednym zdaniu można podsumować niedzielne starcie w PGE Basket Lidze, w którym Legia Warszawa pokonała Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski 84:74.
Spokojnego wieczoru stołeczna ekipa raczej się nie zapowiadała. W pewnym momencie Legia przegrywała aż dziesięcioma punktami, przy wyniku 24:34. Stal, prowadzona przez trenera Andrzeja Urbana, grała odważnie i mimo niskiego budżetu przez długi czas narzucała tempo i warunki gry.
Przewaga gospodarzy z pierwszej kwarty, zakończonej wynikiem 22:26 dla Legii, wyparowała szybciej, niż ktokolwiek się tego spodziewał – Stal odpowiedziała serią punktów, która doprowadziła do wspomnianej dziesięciopunktowej różnicy. Przełom przyszedł w trzeciej kwarcie. Legia wygrała ją 23:11, odwracając losy meczu i przejmując inicjatywę na dobre. Wystarczy spojrzeć na rozkład punktów po kwartach – 22:26, 21:17, 23:11 i 18:20 – by zobaczyć, jak wyraźnie przesunęła się przewaga w drugiej połowie.
Zoriks i Daniels decydują w końcówce
Kristers Zoriks miał wieczór pełen kontrastów. Z gry trafił tylko 2 z 12 prób, ale to właśnie jeden z tych dwóch rzutów, oddany na cztery minuty przed końcem, dał Legii komfortowe 77:68. Słabszą skuteczność z pola Łotysz nadrabiał na linii rzutów wolnych, gdzie wykorzystał wszystkie siedem prób, i zamknął mecz z 12 punktami na koncie.
Najwięcej dla Legii zdobył Marcel Goloman – 15 punktów. Niewiele mniej zanotował Arguster Daniels, który dopisał do swojego konta 13 punktów, sześć zbiórek i pięć asyst. W pełnym zestawieniu punktowym gospodarzy znaleźli się jeszcze Zoriks (12), Kolenda (11), Freemantle (7), Piśla (7), Tomaszewski (7), Wojciechowski (7), Ilver (5) oraz Czapla, który zszedł z parkietu bez punktów.
Po stronie gości najskuteczniejszy był Jared Billups z 15 punktami, a tuż za nim Karl Lips, który dodał do tego 14 punktów i osiem zbiórek. Reszta punktów rozłożyła się między Bobrova (12), Gołębiowskiego (11), Huntera (8), Wiśniewskiego (5), Parzeńskiego (4) i Czoskę (0). Słabszy wieczór miał za to Tajion Jones – trafił tylko 2 z 12 oddanych rzutów i zakończył mecz z pięcioma punktami.
Z dystansu i z bliższych pozycji cała drużyna Stali radziła sobie przeciętnie: z gry wykorzystała łącznie 23 z 58 prób, co dało 40 proc. skuteczności, a za trzy punkty trafiła jedynie 5 z 22 rzutów.
Dla Legii Warszawa, broniącej tytułu mistrza Polski, to już trzecie zwycięstwo w sezonie PGE Basket Ligi 2026/2027. Stal Ostrów Wielkopolski po tej porażce ma bilans 2-2.
„O 2:34 przyszła wiadomość, 7:14 odpisałem” — tak Mateusz Gamrot opisał moment, w którym dowiedział się o propozycji kolejnej walki w UFC. Wiadomość z nazwiskiem rywala i terminem pojedynku wpłynęła do niego w środę, w środku nocy.
Polak zdradził szczegóły tej historii w magazynie „Klatka po klatce”. Długo się nie zastanawiał. „Jeszcze dobrze oka nie przetarłem, a już wyklikałem tam 'let’s go'” — wspominał, śmiejąc się z własnego pośpiechu.
Zgodnie z otrzymaną propozycją kolejny pojedynek Gamrota ma się odbyć w pierwszym kwartale przyszłego roku.
Dla zawodnika wagi lekkiej, który od lat należy do czołówki tej kategorii na świecie, to sytuacja nietypowa. „Miło się zrobiło, bo pierwszy raz w życiu dostałem propozycję z tak dużym wyprzedzeniem” — podkreślił Gamrot. Wcześniej, jak dodał, oferty walk trafiały do niego znacznie bliżej terminu samego wydarzenia.
Taki komfort czasowy oznacza coś konkretnego: obóz przygotowawczy można teraz zaplanować z wyprzedzeniem, jakiego Gamrot wcześniej nie miał.
Powrót do sprawdzonego schematu na Florydzie
Scenariusz przygotowań ma być znajomy. Na początku roku Gamrot po raz kolejny wyleci do klubu American Top Team na Florydzie, by tam dokończyć zgrupowanie przed walką. To rytuał powtarzany od kilku lat. „Po Nowym Roku w styczniu wylatuję do ATT i tam sobie siedzę i ćwiczę” — opisywał zawodnik.
Sam przyznaje, że obecny etap przygotowań układa mu się wyjątkowo dobrze. „Moja metodyka i systematyka treningowa naprawdę fajnie się układa teraz i fajnie sobie ćwiczę” — ocenił.
Przed wyjazdem do Stanów Gamrot stawia jednak na życie rodzinne. Jak mówi, spędza czas z bliskimi i dzieckiem, zaprowadzając je na zajęcia. To spokojny czas przed kolejnym, już zaplanowanym na początek 2027 roku, zrywem treningowym za oceanem.
„Istnieje osobny załącznik przewidujący możliwość indywidualnych negocjacji w przypadku zestawienia mnie z tym rudym” – tak Denis Labryga na Insta Story skomentował doniesienia o swoich finansowych żądaniach.
Spór Labrygi z Denisem Załęckim trwa już od paru lat. Obaj zawodnicy od dawna kojarzeni są z FAME, od dawna też mówi się o ich starciu – a mimo to do bezpośredniego pojedynku w klatce wciąż nie doszło.
Temat nagłośnił Boxdel, jeden z włodarzy federacji. Jak twierdzi, Labryga oczekuje za walkę z Załęckim wyższego wynagrodzenia, niż przewidywałyby jego standardowe warunki kontraktowe. Załęcki, Torunianin, odpowiada spokojnie: żadnych dodatkowych pieniędzy się nie domaga i jest gotowy wejść do klatki na warunkach wcześniej ustalonych w swoim kontrakcie.
Labryga: to nie kaprys, a zapis w kontrakcie
Labryga nie zostawił tych doniesień bez komentarza. Powołuje się na konkretny zapis umowy – jak twierdzi, osobny załącznik w kontrakcie przewiduje możliwość indywidualnych negocjacji właśnie w przypadku zestawienia go z Załęckim. „Każdy kontrakt ma swoją specyfikę, a każde zestawienie swoją historię i wartość” – przekonywał.
Odniósł się również do motywacji rywala. Według Labrygi Załęckiemu nie chodzi głównie o pieniądze – „wiele więcej nie chce, bardziej chce mu krzywdę w klatce zrobić”.
Na razie strony stoją na przeciwległych stanowiskach: jedna gotowa do walki na starych warunkach, druga powołująca się na specjalny zapis uzasadniający wyższą stawkę. Dopóki ta kwestia się nie rozstrzygnie, wyczekiwane przez fanów starcie zostaje w sferze deklaracji.
„Od 17 lat pracowałem na to, aby zostać mistrzem UFC, a ty odłożyłeś mój cel w czasie” — napisał na Instagramie Carlos Prates, zwracając się do Islama Makhacheva. Słów nie przebierał — Brazylijczyk ostro skomentował decyzję, przez którą zamiast o prawowity pas mistrzowski zawalczy o tytuł tymczasowy.
Zawodnik klubu Fighting Nerds odniósł się do karty walk UFC 336, ogłoszonej podczas gali UFC 333. Gala odbędzie się 30 stycznia w Toronto. Jej główną walką będzie pojedynek mistrzowski w kategorii muszej między Joshuą Vanem i Manelem Kape — Van po raz trzeci obroni w nim tytuł.
Numerem dwa na karcie jest jednak starcie Pratesa z Michaelem Moralesem, w którym na szali znajdzie się tymczasowy pas mistrzowski wagi półśredniej do 170 funtów. Organizacja zdecydowała się na tymczasowy tytuł z uwagi na możliwą nieobecność mistrza Islama Makhacheva — może ona potrwać nawet do lata kolejnego roku. Dagestańczyk jest aktualnym mistrzem UFC w wadze półśredniej i byłym mistrzem kategorii lekkiej.
Zmiana planów rozsierdziła Pratesa
Jeszcze kilka tygodni temu wszystko wskazywało na inny scenariusz: Prates miał podjąć Makhacheva, a Morales zmierzyć się z Shavkhatem Rakhmonovem. Finalny układ kart wyszedł zupełnie inny. Brazylijczyk to zauważył i nie zostawił tego bez komentarza.
„Jestem numerem jeden, znokautowałem dwóch byłych mistrzów, gdy Morales pokonał tylko Seana Brady’ego. Powiedziałeś organizacji, że nie będzie gotowy do walki w ciągu 3 miesięcy. Bracie, nie pijesz, nie palisz, nie imprezujesz i trzy miesiące ci nie wystarczą? Pokaże ci, jak się to robi. 30 stycznia znokautuje Moralesa, a potem wrócę, aby wysłać cię na emeryturę, tchórzu!”
Warto przy tym przypomnieć, że sam Makhachev wcześniej deklarował, że chciałby stanąć do walki jeszcze w tym roku, a w najgorszym wypadku — przed ramadanem.
Dagestańczyk nie zostawił słów Pratesa bez odpowiedzi. Odpisał mu na platformie X.
„Niedawno pokonałem gościa, który gonił cię dookoła klatki przez pięć rund. Zamknij się i trenuj. Nie jesteś na moim poziomie. Widzimy się niedługo.”
Dorzucił do tego jeszcze jedną uwagę, nie pozostawiając wątpliwości, jak traktuje całą sytuację.
„Tak szybko, gdy dowiemy się, kto jest prawdziwym pretendentem. Wtedy wrócimy!”
Na razie więc wymiana ciosów toczy się tylko słownie, poza klatką. Odpowiedź na pytanie, kto rzeczywiście zasłuży na walkę o prawowity tytuł, przyniesie starcie Pratesa z Moralesem 30 stycznia w Toronto.
„Nie trzeba daleko szukać, nie trzeba Woju do Ameryki jechać. Jest pewien gość na miejscu, w Łodzi, co myślę, że po kosztach wziąłby tę walkę. Nie muszę wymieniać imienia i nazwiska” – powiedział Adrian Bartosiński, odpowiadając na pytanie o potencjalnego rywala dla Mameda Khalidova. Słowa te padły podczas Q&A na kanale YouTube mistrza wagi półśredniej KSW. Reprezentant klubu Octopus nie musiał dodawać nic więcej – wszyscy i tak wiedzą, o kogo mu chodzi.
Bartosiński, mistrz kategorii półśredniej KSW, ma 30 lat. W dotychczasowej karierze poniósł zaledwie jedną porażkę – i to właśnie ona najbardziej mu ciąży. Do tej jedynej klęski doszło w listopadzie 2024 roku, gdy na jubileuszowej gali KSW 100 zmierzył się w superfighcie z legendarnym Mamedem Khalidovem. Starcie toczyło się w kategorii średniej, więc wyżej niż ta, w której Bartosiński normalnie rywalizuje. Co ciekawe, pierwotnie przeciwnikiem Khalidova na tej gali miał być Paweł Pawlak. Ostatecznie jednak to mistrz wagi półśredniej stanął naprzeciwko legendy organizacji w walce wieczoru, a Mamed zakończył sprawę efektowną balachą już w drugiej rundzie, zadając młodszemu rywalowi pierwszą porażkę w karierze.
Od tamtego wieczoru Bartosiński wielokrotnie dawał do zrozumienia, że chciałby dostać szansę na rewanż z legendą. Zanim do tego dojdzie, czeka go jednak kolejne zadanie na macie. Najbliższy występ 30-latka zaplanowano na 21 listopada, na gali XTB KSW 123 w Szczecinie. Bartosiński stanie wówczas do kolejnej obrony mistrzowskiego pasa wagi półśredniej, a po drugiej stronie klatki zobaczy Tymoteusza Łopaczyka.
Khalidov ma inne opcje na stole
Rewanż z Bartosińskim to niejedyny temat krążący wokół przyszłości Khalidova. Od pewnego czasu mówi się o potencjalnym superfighcie z Janem Błachowiczem, tyle że przeszkodą jest wciąż obowiązujący kontrakt byłego mistrza UFC z amerykańską organizacją. Na stole leży też druga walka Mameda z Borysem Mańkowskim, dla którego miałby to być pożegnalny pojedynek w karierze. Pojawia się również nazwisko Piotra Kuberskiego – byłby realną opcją, gdyby w grudniu przegrał z Pawłem Pawlakiem walkę unifikacyjną o mistrzostwo kategorii średniej.
Dla samego Bartosińskiego KSW to już jednak etap przejściowy. Wszystko wskazuje na to, że w obecnej federacji pozostały mu jeszcze dwa pojedynki, a ostatecznym celem jest sprawdzenie się w najlepszej organizacji MMA na świecie – UFC. Zanim jednak wyjedzie szukać nowych wyzwań za oceanem, chciałby zamknąć sprawę zaczętą przez Khalidova w Łodzi – albo gdziekolwiek indziej, gdzie uda się tę walkę zorganizować.
„Nie odpłynąłem” — protestował Isai Ramos, gdy sędzia Piotr Jarosz dał znak końca walki. Do tej sceny doszło na gali Babilon MMA 61, gdzie Piotr Kacprzak zmierzył się z Wenezuelczykiem w pojedynku, który od pierwszej do ostatniej sekundy nie szedł według jednego scenariusza.
Gala odbyła się w sobotę. Dla Kacprzaka był to szczególny powrót — pierwszy start poza organizacją KSW od listopada 2024 roku. Po drugiej stronie klatki stanął zaś Isai Ramos, zawodnik dobrze znany polskiej publice z występów właśnie w KSW.
Pierwsza runda należała do Wenezuelczyka. Ramos znalazł się za plecami Kacprzaka i przez długie fragmenty rundy dyktował warunki wymiany. Polak zdołał się uwolnić z tej pozycji, ale i tak musiał odpierać kolejne ataki rywala prowadzone z góry.
Latające kolano i trójkąt, który zdecydował o wyniku
W drugiej rundzie obraz walki się odwrócił. Kacprzak trafił Ramosa efektownym latającym kolanem. Wenezuelczyk zachwiał się po tym uderzeniu, a Polak natychmiast wykorzystał moment słabości, przenosząc starcie do parteru. Tam zapiął na rywalu trójkąt nogami.
To właśnie ten chwyt wywołał spór, który rozgorzał po walce. Sędzia Piotr Jarosz nie był przekonany, czy duszenie jest zapięte wystarczająco ciasno, i w pewnym momencie chwycił za rękę Ramosa, by to zweryfikować. Gdy Wenezuelczyk podniósł kciuk, Jarosz uznał to za sygnał poddania i zakończył pojedynek.
„Nie odpłynąłem” — miał tłumaczyć Ramos tuż po werdykcie.
Zawodnik z Wenezueli protestował, utrzymując, że nie stracił przytomności w wyniku duszenia i że decyzja sędziego była przedwczesna. Werdykt jednak nie został zmieniony — walkę wygrał Piotr Kacprzak.