Niepokonany Felix Klinkhammer czy doświadczony Amiran Gogoladze – kto sięgnie po zwakowany pas mistrzowski kategorii półśredniej OKTAGON MMA? Odpowiedź padnie 31 października 2026 roku w Monachium, gdzie organizacja zorganizuje galę OKTAGON 96. Wydarzenie odbędzie się w hali SAP Garden, a karta walk wystartuje o 17:30.
Główną atrakcję wieczoru stanowi starcie Amirana Gogoladze z Felixem Klinkhammerem. Obaj zawodnicy zmierzą się w kategorii półśredniej przy limicie wagowym 77,1 kg, a na szali znajdzie się zwakowany pas mistrzowski tej dywizji. Gogoladze przystąpi do pojedynku z bilansem 18 wygranych i 3 porażek, podczas gdy Klinkhammer broni czystego rekordu 11-0. To on wchodzi w starcie jako niepokonany outsider próbujący zdetronizować bardziej doświadczonego rywala.
Pełna karta walk gali OKTAGON 96
Poza walką wieczoru karta główna oferuje starcie w kategorii ciężkiej między Lazarem Todevem (14-7) i Simonem Biyongiem (12-6). Do tego w limicie 65,8 kg zobaczymy pojedynek Henrique Madureiry (10-7) z Danielem Schordje (10-1-1).
Najliczniej obsadzona na karcie głównej jest kategoria 77,1 kg. Jessin Ayari (19-6) zmierzy się z Ionem Surdu (17-8), Ronald Paradeiser (23-11) stanie przeciwko Tyrone’owi Pfeiferowi (8-1), Kevin Hangs (15-9) zawalczy z Burakiem Kizilirmakiem (12-3), a Endrit Brajshori (6-2) skrzyżuje rękawice z Christianem Machem (10-5).
W wadze 70,3 kg kibice zobaczą debiut dwóch niepobitych zawodników – Marat Nessar (1-0) wyjdzie przeciwko Abdulmalikowi Alievowi (1-0). Na tej samej liście wagowej zmierzą się także Gökhan Aksu (14-7-1) i Niko Samsonidse (13-4). Kategorię 83,9 kg reprezentuje para Marek Bartl (17-16) – Brian Manning (6-1), a limit 56,7 kg obsadzą Shawn Marcos da Silva (7-2) i Fayaz Haqparast (3-0).
Kartę główną zamyka druga walka w kategorii 65,8 kg – Michael Deiga-Scheck (11-8) zmierzy się z Lukášem Chotěnovskim (8-3). Łącznie w Monachium odbędzie się dziesięć pojedynków, z walką o pas jako głównym punktem programu.
Co sprawiło, że jedna z najlepszych polskich snowboardzistek musiała zrezygnować z treningów w kluczowym momencie przygotowań? Odpowiedź Aleksandra Król-Walas znalazła we własnym ciele – druga ciąża okazała się znacznie bardziej skomplikowana, niż zakładała.
Aleksandra Król-Walas od lat należy do światowej czołówki snowboardu alpejskiego. W jej dorobku są dwa brązowe medale mistrzostw świata, a jeszcze w lutym tego roku startowała na igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo, gdzie zajęła siódme miejsce w slalomie gigancie równoległym. Teraz 35-letnia zawodniczka przygotowuje się do narodzin drugiego dziecka. Jak sama przyznaje, ten czas wygląda zupełnie inaczej, niż planowała.
Dwukrotna medalistka mistrzostw świata spodziewa się drugiego dziecka, a na świat ma przyjść syn. Termin porodu przypada na początek listopada. O tym, co działo się po drodze, Król-Walas opowiedziała w rozmowie z audycją „Cztery pory roku” w Polskim Radiu Jedynka.
„Jak minął pierwszy trymestr, to poczułam się lepiej, wróciłam do ćwiczeń, ale wszystko się pokomplikowało. Miałam skurcze i inne problemy, dlatego musiałam zaprzestać” – przyznała zawodniczka. Skurcze, które pojawiły się w trakcie ciąży, wymusiły szybką rewizję planów. Lekarze zalecili jej odpoczynek i ograniczenie aktywności fizycznej – dla zawodowej sportowczyni to oznaczało jedno: trzeba było całkowicie wstrzymać treningi.
Sama Król-Walas nie kryje, że droga powrotna do formy po tej ciąży będzie trudniejsza niż po pierwszej. „Zapewne to ciało będzie na zupełnie innym poziomie, niż było po pierwszej ciąży, bo jednak się nie ruszam. Powrót będzie trudniejszy niż po pierwszej ciąży” – powiedziała.
Jak wyglądał pierwszy powrót
Dla porównania – pierwsze macierzyństwo przebiegło u niej zupełnie inaczej. Pod koniec grudnia 2023 roku urodziła córkę Hanię, przez co opuściła cały sezon 2023/2024. Mimo to powrót na trasę okazał się spektakularny: już w pierwszych zawodach Pucharu Świata po przerwie, w chińskim Mylin, zajęła drugie miejsce, przegrywając jedynie z utytułowaną Ester Ledecką. Później triumfowała w szwajcarskim Scuol, a w 2025 roku zdobyła brąz mistrzostw świata w Engadynie.
Tamten powrót do sportu Król-Walas opisała bardzo szczerze. „Wcześniej myślałam, że wiem, co to znaczy być zmęczonym, teraz wiem, że nie wiedziałam” – mówiła o łączeniu macierzyństwa z treningami na najwyższym poziomie.
Tym razem sytuacja wygląda inaczej, a terminy są znacznie bardziej niepewne. Nie wiadomo jeszcze, kiedy Król-Walas ponownie pojawi się na zawodach. Międzynarodowa Federacja Narciarska i Snowboardowa (FIS) w opublikowanym 20 października materiale dotyczącym przygotowań do sezonu 2026/2027 zaznaczyła, że plany Polki nie zostały formalnie potwierdzone. W tym samym dokumencie federacja wymieniła innych reprezentantów Polski w snowboardzie, w tym Oskara Kwiatkowskiego i Michała Nowaczyka.
Na razie liczy się bezpieczne donoszenie ciąży i narodziny syna, zaplanowane na początek listopada. Czy i kiedy Król-Walas wróci na trasy Pucharu Świata – to pytanie wciąż bez odpowiedzi.
Co może pocieszyć kierowcę po niedzieli spędzonej na końcu peletonu? Sergio Perez odpowiedź znalazł w kalendarzu – bliżej niż się wydaje, już w następnym wyścigu. Kierowcy Cadillaca przez cały wyścig zajmowali ostatnie miejsca w stawce, a Perez sklasyfikowany został na 19. pozycji. Jego kolega z zespołu, Valtteri Bottas, nie dotarł nawet do checkered flag – Fin wypadł z wyścigu przez usterkę techniczną pod koniec zawodów.
Problem Bottasa, jak sam przyznał, najpewniej dotyczył jednostki napędowej, a dał się odczuć nagle – w trakcie hamowania przed pierwszym zakrętem. „Silnik zaczął wydawać niepokojące dźwięki, a później moc przerywała, gdy próbowałem przyspieszać” – relacjonował Fin. W zespole nie krył się bezradności wobec przyczyny awarii. „Na razie nie wiemy, co było przyczyną usterki” – przyznano w Cadillacu.
Różne opony, podobny efekt
Inżynierowie Cadillaca postawili na zróżnicowaną strategię opon dla dwójki kierowców. Bottas wystartował na twardej gumie, Perez – na miękkiej. Mimo odmiennego podejścia efekt końcowy wyszedł podobny: obaj kierowcy zamknęli wyścig na dole tabeli, a jeden z nich nie dojechał do flagi.
Dla Pereza samo tempo bolidu okazało się zaskoczeniem – i to zaskoczeniem na plus. Meksykanin przyznał, że w trakcie wyścigu dystans do rywali był mniejszy, niż się obawiał. Niewielka to pociecha po wyścigu zamkniętym na 19. miejscu, ale w świetle tego, co czeka go za kilka tygodni, nabiera innego wymiaru.
Perez zaliczy bowiem swój 300. start w Formule 1 właśnie podczas Grand Prix Meksyku – wyścigu, który dla niego jest domowym. „Rywalizacja przed własną publicznością zawsze jest czymś wyjątkowym” – powiedział kierowca Cadillaca. Liczy też na wsparcie trybun podczas tego jubileuszowego występu. „Nie mogę się doczekać, by przeżyć tę chwilę razem z kibicami i mam nadzieję, że dam im powód do radości” – zapowiedział Perez.
Jak to możliwe, że 20-letni kierowca wygrywa Grand Prix z ogromną przewagą, a mistrzostwo świata wciąż nie jest jego? Andrea Kimi Antonelli wygrał Grand Prix USA Formuły 1 na Circuit of The Americas w Austin. Dwudziestolatek z Mercedesa rozjechał konkurencję na torze, ale mimo tej dominacji nie świętował w Austin tytułu mistrzowskiego. Winę za to ponoszą rywale — Lewis Hamilton i George Russell uzyskali wystarczająco dobre wyniki, by walka o mistrzostwo potrwała co najmniej do GP Meksyku.
Początek wyścigu zdecydowanie nie należał do Maxa Verstappena — kierowca Red Bull Racing słabo wystartował i już na pierwszych metrach musiał odpierać atak z obu stron, od Charlesa Leclerca i Lewisa Hamiltona. Holender obronił się przed Brytyjczykiem, Leclerc jednak — pochodzący z Monako — zdołał przedrzeć się na drugie miejsce. Radość Monakijczyka trwała tylko okrążenie. Chwilę później Verstappen znów był przed nim.
Strategiczna loteria na oponach
Verstappen dość wcześnie zjechał na pit-stop, co oznaczało dla niego strategię z dwoma postojami, a w jego ślady poszła zdecydowana część stawki. Pirelli przed wyścigiem przekonywało, że szybciej pojedzie się na jednej wizycie w alei serwisowej. Tego planu trzymali się Antonelli oraz Lando Norris — kierowca McLarena i aktualny mistrz świata.
Przez spory kawałek wyścigu na drugiej pozycji jechał właśnie Norris. Na ostatnich okrążeniach jego opony jednak straciły żywotność, a Verstappen i Leclerc przejechali go bez większych problemów. Dla czterokrotnego mistrza świata Leclerca to był dopiero wstęp do dalszej walki, bo Holender nie miał tempa na pośredniej mieszance opon i ostatecznie dał się wyprzedzić Monakijczykowi. Niewiele brakowało, by na pozycji Verstappena dopadł też Hamilton.
Ostatecznie Holendrowi pomogła wirtualna neutralizacja wyścigu tuż przed finiszem. Spowodował ją Valtteri Bottas, który zaparkował bolid na poboczu po awarii silnika.
Osobny rozdział tego wyścigu napisał George Russell. Już na początku rywalizacji popełnił błąd, doprowadził do kontaktu i wyprzedził rywala poza granicami toru, zyskując przewagę. Za ten incydent otrzymał 5-sekundową karę, co ostatecznie zepchnęło go na ósmą pozycję w klasyfikacji końcowej.
Antonelli opuścił więc Austin z kolejnym zwycięstwem na koncie, ale bez tytułu w kieszeni. Decydujące starcie z Hamiltonem i Russellem przeniosło się do Meksyku.
Ile punktów potrzebuje teraz Kimi Antonelli, by matematycznie zapewnić sobie mistrzostwo świata? Odpowiedź brzmi: tylko dwa — a to po tym, jak Włoch bardzo pewnie wygrał wyścig o Grand Prix USA 2026.
Rywalizacja na torze w Austin rozstrzygnęła się w sposób niepozostawiający wątpliwości co do hierarchii na czele pola. Drugi był Charles Leclerc, trzeci Max Verstappen. Obaj musieli uznać wyższość lidera mistrzostwa.
Warunki na torze były wręcz podręcznikowe. Temperatura powietrza wynosiła 27 stopni Celsjusza, a nawierzchnia rozgrzała się do 35-37 stopni — zespoły mogły więc dobierać strategię i ogumienie bez niespodzianek.
To jednak nie znaczyło, że obyło się bez emocji. W trakcie wyścigu dwukrotnie wprowadzano wirtualną neutralizację, do tego doszło kilka żółtych flag. Druga VSC, ogłoszona już w końcówce, bezpośrednio wpłynęła na układ sił w walce o podium. Trzej kierowcy nie dojechali do finiszu — wszyscy wypadli z powodu awarii technicznych i uszkodzeń powypadkowych.
Antonelli na krok od tytułu
Dla samego Antonellego Austin to coś więcej niż punkty za jedno niedzielne popołudnie. Wystarczą mu dwa punkty w najbliższym wyścigu, by zapewnić sobie mistrzostwo świata niezależnie od tego, co zrobią rywale. Po takiej jeździe w Teksasie trudno dziś znaleźć argument, że miałoby stać się inaczej.
„Niezależnie od tego, czy miałem przeciwnika, czy nie, ten facet zgodził się i napisał na Twitterze, że przed końcem roku stoczę dobrowolną obronę, a w przyszłym roku zmierzę się z Hernandezem, na co chętnie przystałem. Wypada zatem zadać pytanie – co się zmieniło?” – napisał w mediach społecznościowych Denzel Bentley, odnosząc się do słów Gustavo Olivieriego, prezydenta WBO.
31-letni bokser z Londynu nie zamierzał odpuścić. Bentley toczy obecnie spór z federacją WBO o zwolnienie go z obowiązku walki z obowiązkowym pretendentem Yoenlim Hernandezem w pierwszej kolejności. Mistrz legitymuje się rekordem 22-3-1 z 18 nokautami. Niepokonany Hernandez notuje na koncie 11 zwycięstw bez porażki, w tym 9 przed czasem.
Cała sprawa zaczęła się na początku września, gdy WBO nakazała obozom obu zawodników rozpoczęcie negocjacji. Przetarg o prawa do organizacji pojedynku rozstrzygnęła kwota 200 tysięcy dolarów, z czego 75 procent miało trafić do kieszeni Bentleya. Zamiast przystąpić do przygotowań z Hernandezem, Brytyjczyk dołączył do grupy Zuffa Boxing i zdecydował się na walkę z Shane’em Mosleyem Jr – synem legendy boksu, który sam może pochwalić się rekordem 23-5 z 13 nokautami – ryzykując przy tym utratę pasa mistrzowskiego.
Bentley chce ugrać swoje, WBO nie ustępuje
Bentley zwrócił się do władz federacji z prośbą o uznanie starcia z Mosleyem za pojedynek mistrzowski, obiecując jednocześnie, że Hernandez i tak będzie jego następnym przeciwnikiem. Odpowiedź WBO była twarda: Bentley miał dogadać się z Hernandezem w przeciągu zaledwie 24 godzin.
Głos w sprawie zabrał sam prezydent organizacji. Gustavo Olivieri stwierdził, że federacja nigdy nie otrzymała oficjalnego wniosku dotyczącego walki Bentley-Mosley – ani od Zuffy, ani od zespołu Bentleya, ani od zespołu Mosleya. Słowa te stoją w jawnej sprzeczności z wersją samego Bentleya, który twierdzi, że ustalenia z Olivierim zapadły już wcześniej, także na Twitterze. Spór między bokserem a federacją wciąż trwa, a przyszłość pasa WBO w wadze średniej stoi pod znakiem zapytania.
„Nie widzę, aby pobił Canelo boksersko” — tak Terence Crawford ocenia szanse Christiana Mbilliego w walce z Saulem Alvarezem.
Za tydzień Saul Alvarez i Christian Mbilli stoczą jedną z najciekawiej zapowiadających się walk ostatnich miesięcy. Canelo, Meksykanin z bilansem 63 wygranych, 3 porażek i 2 remisów, w tym 39 zwycięstw przez nokaut, broni tytułu jednego z najlepszych bokserów świata. Naprzeciw niego stanie niepokonany Mbilli — urodzony w Kamerunie Francuz z rekordem 29-0-1 i 24 nokautami na koncie.
Przed starciem głos zabrali trzej byli mistrzowie świata: Terence Crawford, Timothy Bradley Jr i Shawn Porter. Każdy patrzy na tę walkę z innej strony, ale wszyscy trzej dochodzą w gruncie rzeczy do tego samego wniosku.
Crawford: styl Mbilliego „pasuje” Canelo
Crawford nie owijał w bawełnę. Przyznał, że nie potrafi podsunąć Mbilliemu żadnej dobrej rady, bo sam sposób, w jaki boksuje Francuz, wręcz ułatwia zadanie Alvarezowi. Jego zdaniem Mbilli nie ma realnych szans na pokonanie Canelo pod względem czystych umiejętności bokserskich. Jedyną drogą, jaką widzi dla Francuza, jest rzucanie jak największej liczby uderzeń, mocne najechanie na rywala i zamiana walki w uliczną szamotaninę.
Timothy Bradley Jr podchodzi do sprawy bardziej technicznie. Ostrzega, że Mbilli musi być gotowy na wszystko — podbródki, ciosy na dół, lewe sierpowe, „co tylko sobie wymyślisz”. Jednocześnie przyznaje, że aktywność Francuza może faktycznie przysporzyć Canelo problemów. Mimo to przewiduje, że Alvarez świadomie będzie dobierał ciosy, by stopniowo zmiękczać przeciwnika, ewentualnie przyjmując część trafień, by później skontrować czymś mocnym — i może nawet znokautować Mbilliego w końcowej fazie walki.
Shawn Porter idzie o krok dalej. Jego rada dla Mbilliego brzmiałaby: bić na korpus i poruszać się na boki, trzymając się stale obok Canelo, poza jego zasięgiem. Problem w tym, że — jak zauważa Porter — Francuz przez cały pojedynek stoi naprzeciw rywala, co naraża go nieustannie na prawą rękę Alvareza. Werdykt Portera jest jednoznaczny: stawia na to, że Canelo znokautuje Mbilliego.
Trzej eksperci różnią się w szczegółach — nie wszyscy zgadzają się, jak długo Mbilli utrzyma się na nogach, ani czy jego napór naprawdę zaszkodzi Canelo. W jednym są jednak zgodni: faworytem starcia pozostaje niepokonany od lat Meksykanin.
„Moses oczywiście też może się podnieść. Ma za sobą całą branżę, oni nie pozwolą mu się poddać” — tak Daniel Dubois ocenił sytuację Mosesa Itaumy po jego pierwszej porażce w karierze.
Itauma przed starciem z Filipem Hrgoviciem legitymował się rekordem 14-1, 12 KO. Przegrał z chorwackim pięściarzem. Dla wielu kibiców był to pierwszy poważny zderzenie z rzeczywistością w karierze młodego Brytyjczyka, uznawanego dotąd za jeden z najjaśniejszych talentów królewskiej kategorii.
Głos w tej sprawie zabrał Daniel Dubois, mistrz WBO — sam dobrze znający tę drogę. Jego bilans to 24 wygrane, 3 porażki i 23 zwycięstwa przed czasem. W przeszłości przegrywał z Joe Joyce’em i z Aleksandrem Usykiem, po czym część środowiska bokserskiego spisała go na straty. Mimo to odbudował się i stał się dwukrotnym mistrzem kategorii ciężkiej.
„Kto miał taką karierę jak ja? Podnosiłem się po porażkach, a potem pokonywałem dobrych przeciwników. Od dawna udowadniam więc samemu sobie, że mam tę siłę” — powiedział Dubois, sięgając po własną historię jako argument w ocenie sytuacji Itaumy.
Brytyjczyk nie kryje, że droga do dzisiejszego pasa WBO była wyboista. „Kilka razy mnie złamano, a potem znów się odbudowywałem – począwszy od walki z Joyce’em, przez kilka kolejnych, aż po Usyka – wszystkie te wydarzenia sprawiły, że stałem się silniejszy”, wspomina.
Dubois broni Itaumy
Dla Duboisa nie ma wątpliwości: Itauma wyszedł z pojedynku z Hrgoviciem z podniesioną głową. „Dał z Hrgoviciem świetną walkę, naprawdę nie ma się czego wstydzić” — ocenił. Zaznaczył jednak, że porażka miała swój konkretny wymiar: „Filip pokazał mu po prostu, że zawsze znajdzie się ktoś o silniejszej woli niż twoja”.
Według Duboisa ta przegrana może stać się dla Itaumy paliwem do dalszej pracy. „Ma jeszcze więcej determinacji, a przy okazji dzieci do wyżywienia” — zauważył mistrz WBO, sugerując, że motywacja po takim ciosie zwykle rośnie, nie słabnie.
Dubois wierzy, że Itauma wyciągnie wnioski z przegranej i odbuduje karierę. Deklaruje przy tym własną gotowość do konfrontacji z nim w przyszłości. „Chętnie się kiedyś zmierzę z Itaumą. Z Mosesem, z każdym, kto może dla mnie stanowić wyzwanie. Chcę mierzyć się z samymi najtwardszymi” — podsumował mistrz WBO.
„Uzgodniliśmy warunki walki z Mannym Pacquiao, choć nie twierdzę, że sprawa jest już przesądzona” – powiedział Eddie Hearn, szef grupy Matchroom Boxing, brytyjski biznesmen. Jego słowa dotyczyły jednego z najbardziej nieoczekiwanych wątków w światowym boksie ostatnich tygodni.
Padły w cieniu dużo głośniejszej wiadomości – pojedynku Tysona Fury’ego z Anthonym Joshuą. Gdy ta walka stała się faktem, promotorzy od razu zabrali się za układanie karty towarzyszącej. I właśnie w tym kontekście zaczęło krążyć nazwisko Manny’ego Pacquiao – byłego mistrza wielu wag.
Jak się okazuje, to Hearn wysunął aż cztery kandydatury rywala dla Pacquiao. Wśród nich Joe Cordina, Walijczyk z bilansem 19 wygranych i tylko jedną porażką, z czego 9 pojedynków skończył przed czasem. Dla samego Pacquiao – legendy wagi lekkiej i piórkowej z rekordem 62-8-3 oraz 39 zwycięstwami przez nokaut – byłby to kolejny rozdział kariery, która od lat regularnie zaskakuje kibiców nowymi zwrotami.
Warunki uzgodnione, ale decyzja wciąż nie zapadła
Szef Matchroomu nie kryje, że rozmowy są już w zaawansowanej fazie. „Skontaktowano się z nami w sprawie tego pojedynku, uzgodniliśmy wynagrodzenie i czekamy na odpowiedź” – przekazał Hearn, sugerując, że piłka leży teraz po stronie Pacquiao i jego obozu.
Co czyni ten scenariusz tak smakowitym z perspektywy promotora? Lokalizacja. Hearn wprost stwierdził, że „wizja pojedynku Pacquiao z Cordiną na stadionie Millennium w Cardiff jest niezwykle kusząca”. Walijski obiekt dałby Cordinie – który pochodzi właśnie z tego regionu – walkę przed własną publicznością, co naturalnie wpisywałoby się w kartę budowaną wokół starcia Fury’ego z Joshuą.
Na razie nic nie jest podpisane. Hearn sam zaznacza, że mimo uzgodnionych warunków sprawa nie jest przesądzona. Trzeba więc jeszcze poczekać, by się dowiedzieć, czy Pacquiao rzeczywiście stanie w ringu z Cordiną na jednej z największych kart bokserskich najbliższych miesięcy.
„Byłbym zaskoczony, gdyby walka Garcia vs Lopez nie odbyła się jako następna” — napisał Mike Coppinger, dziennikarz opisywany jako z reguły dobrze poinformowany, na swoim profilu na portalu X.
Sprawa nabiera tempa. Nowe doniesienia wskazują, że Ryan Garcia jest bardzo bliski walki z Teofimo Lopezem. A jeszcze w tym samym tygodniu mówiło się o czymś zupełnie innym — o powrocie Floyda Mayweathera Jr. na ring przeciwko Garcii. Mayweather, legendarny niepokonany mistrz z rekordem 50-0 i 27 nokautami na koncie, wydawał się realną opcją dla Amerykanina. Jednak według Coppingera priorytetem jest teraz Lopez.
Możliwą datą pojedynku ma być 6 lutego, choć rozmowy wciąż trwają i nic nie jest jeszcze przesądzone. Garcia przystąpiłby do starcia z bilansem 26 zwycięstw i 2 porażek, w tym 21 nokautów. Naprzeciw stałby Teofimo Lopez, legitymujący się rekordem 23-2 z 13 wygranymi przed czasem.
WBA i widmo Mayweathera w tle
Do tego dochodzi kwestia formalna, która komplikuje sytuację — WBA ma podjąć decyzję dotyczącą zobowiązania Lopeza do walki z pretendentem Jackiem Caterrallem. Coppinger uspokaja jednak, że to nie zaburzy toku negocjacji. Tak samo, jego zdaniem, obecnych rozmów nie zmieni sama perspektywa pojedynku z Mayweatherem Jr.
A co z samym Mayweatherem? Coppinger nie wyklucza całkowicie tego scenariusza, choć odsuwa go bardzo daleko w czasie. Jak zaznaczył, taka walka — w mało prawdopodobnym wypadku, gdyby w ogóle doszła do skutku — odbyłaby się dopiero po starciu Garcii z Lopezem. Na razie więc cała uwaga skupia się na jednym terminie i jednym przeciwniku, a kulisy rozmów, zgodnie ze słowami dziennikarza, wciąż się toczą.