⚡ Aktualnie:
Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju

Jak nisko trzeba oceniać poziom kierowców z końca stawki F1, skoro jeden z nich potrafi zapomnieć o istnieniu zakrętu w połowie okrążenia? Fernando Alonso po Grand Prix USA na torze Circuit of the Americas w Austin nie szczędził słów pod adresem rywali – a konkretnie Alexandra Albona, z którym zderzył się już na pierwszym okrążeniu niedzielnego wyścigu.

Kierowca Aston Martina startował z dwunastej pozycji i liczył na solidny wynik po udanych kwalifikacjach. Te plany legły w gruzach już w zakręcie numer jedenaście, gdzie doszło do kontaktu z bolidem Williamsa. Przednie prawe koło samochodu Albona uderzyło w lewą stronę Astona Martina Hiszpana, powodując uszkodzenia podłogi i elementów nadwozia. Efekt? Aerodynamika bolidu Alonso ucierpiała na resztę wyścigu.

Sędziowie przejrzeli incydent i nie nałożyli kary na żadnego z uczestników zderzenia, uznając je za typowe zamieszanie pierwszego okrążenia. Alonso miał jednak zupełnie inne zdanie. Przed kamerami Sky Sports stwierdził wprost, że Albon „zapomniał, że istnieje zakręt numer jedenaście i że trzeba skręcić w lewo”.

Ponad pół sekundy strat na okrążenie

Hiszpan przekonywał, że skutki kolizji kosztowały go ponad 0,5 sekundy na każdym okrążeniu do końca wyścigu. Ostatecznie dojechał do mety na szesnastej pozycji, a Albon sklasyfikowany został tuż za nim, na miejscu siedemnastym.

Skalę zniszczeń Alonso opisał dopiero po wyścigu, gdy zobaczył bolid w alei serwisowej. „Bolid był zniszczony. Zobaczyłem go w alei serwisowej po wyścigu. Połowy podłogi brakowało. Nie wiem, jak udało nam się jechać dalej i wciąż być względnie konkurencyjnymi” – mówił.

Najostrzejsze słowa padły jednak przy ocenie poziomu stawki. „Kiedy startujesz z tyłu, zawsze istnieje takie ryzyko. Uważam, że jakość kierowców w dolnej części stawki jest bardzo niska, co zobaczyliśmy na przykładzie Alexa. Musimy poprawić samochód i startować nieco wyżej” – stwierdził dwukrotny mistrz świata.

Mimo kolizji i strat Alonso zaskakująco pozytywnie ocenił cały weekend. „Zdecydowanie był to najlepszy wyścig sezonu z mojej perspektywy. Prawdopodobnie mogliśmy zdobyć punkty, być może zająć dziewiąte lub dziesiąte miejsce. To był bardzo dobry weekend, zrujnowany na pierwszym okrążeniu, ale teraz nic już nie możemy zrobić” – podsumował. Bez uszkodzeń z pierwszego okrążenia Aston Martin miał realną szansę na punkty w okolicach dziewiątego lub dziesiątego miejsca.

Złoto, srebro i brąz na jednym turnieju, zdobyte przez trójkę piętnastolatków – co ich łączy? Odpowiedź jest prosta: nazwiska, które od lat elektryzują światowy boks. Mistrzostwa Europy w boksie olimpijskim do lat 15 odbyły się w Trabzonie, a na podium stanęli młodzi krewni Tysona Fury’ego, Daniela Dubois i Ricky’ego Hattona.

Najwięcej mówiło się o Shanie Furym Jr, walczącym w kategorii do 70 kg. To siostrzeniec „Króla Cyganów”, a w Trabzonie sięgnął po złoty medal mistrzostw Europy. W finale pokonał reprezentanta Ukrainy niejednogłośną decyzją sędziów. Był to zresztą dopiero jego pierwszy międzynarodowy turniej – i to od razu w gronie najtrudniejszych zawodów na świecie. Do tego Shane jest młodszym rocznikiem i musiał mierzyć się ze starszymi od siebie chłopakami.

Sukces siostrzeńca nie mógł przejść bez komentarza samego Tysona Fury’ego. „Co za chłopak. W swoim pierwszym międzynarodowym turnieju, i to w ramach najtrudniejszych zawodów na świecie, zdobył złoty medal. Ale wkłada w to całe serce, w pełni się temu poświęcił i na pewno na to zasłużył. A przy tym to po prostu wspaniały chłopak” – napisał niepokonany od lat na szczytach wagi ciężkiej zawodnik, który w karierze zawodowej zgromadził bilans 36 zwycięstw, 2 porażek i 1 remisu, w tym 25 wygranych przez nokaut.

Odezwał się też John Fury, dziadek młodego mistrza. „To są właśnie geny rodziny Furych. Jestem z ciebie bardzo dumny” – napisał, nie kryjąc emocji po występie wnuka.

Powód do radości miała też rodzina Dubois. Solomon Dubois, startujący w kategorii do 60 kg, to młodszy brat Daniela Dubois – byłego mistrza świata, który w zawodowym ringu notuje bilans 24 zwycięstw i 3 porażek, w tym aż 23 wygrane przez nokaut. W Trabzonie nastolatek wywalczył srebrny medal mistrzostw Europy w swojej kategorii wagowej.

Hatton też na podium

Trzecim nazwiskiem, które przykuło uwagę w tureckim mieście, było Hatton. Lola Hatton, walcząca podobnie jak Solomon w kategorii do 60 kg, jest siostrzenicą Ricky’ego Hattona – legendarnego brytyjskiego mistrza świata z bilansem 45 zwycięstw i 3 porażek, w tym 32 nokautów. Turniej zakończyła na najniższym stopniu podium, zdobywając brązowy medal mistrzostw Europy.

Trzy nazwiska, trzy medale, jeden turniej w Trabzonie. Brytyjski boks ma się czym martwić dopiero za kilka lat – na razie może się po prostu cieszyć.

Co poszło nie tak w G2 po udanym starcie sezonu? Trener Eetu „sAw” Saha odniósł się do problemów zespołu po kolejnych porażkach na PGL Masters Bucharest 2026 w rozmowie z HLTV.org.

Turniej G2 zaczęło od dwóch przegranych serii 0:2, a potem przyszły kolejne porażki na PGL Masters Bucharest 2026. Teraz zespół dzieli od eliminacji z turnieju już tylko jedna przegrana.

Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Po mocnym występie na FISSURE Playground 3, gdzie G2 zajęło drugie miejsce, forma drużyny gwałtownie spadła. Wcześniej zespół wypadł też w fazie grupowej ESL Pro League Sezon 24 — porażka dała mu wtedy dodatkowy czas na trening.

Jak mówi sAw, G2 potrafi rywalizować z silnymi przeciwnikami, problem leży gdzie indziej — w koordynacji w końcowych momentach rund. „Musimy podejmować lepsze decyzje indywidualne i lepiej współpracować jako zespół w ostatnich sekundach rundy, zamykać ją, zachować cierpliwość i ufać sobie nawzajem. Nie powinno się wychodzić na peek samemu tylko dlatego, że chcesz zakończyć rundę i nie masz cierpliwości, aby grać razem z zespołem” — powiedział trener.

Frustracji Saha nie kryje. „Oczywiście, są powody do niepokoju, ponieważ chcemy iść naprzód. W tej chwili czujemy, że stoimy w miejscu lub nawet cofnęliśmy się o kilka kroków. Chcemy widzieć poprawę i chcemy jej szybciej. W przeciwnym razie wydaje się, że rzeczy nie działają tak, jak planowaliśmy” — stwierdził.

Adaptacja r1nkle wciąż w toku

Przebudowa G2 to także sprawa AWPera Artema „r1nkle” Moroza, który trafił do zespołu w ramach odbudowy składu. Jak przyznaje sAw, to był ryzykowny ruch od samego początku i potrzeba na niego czasu. Sztab trenerski stara się nie zasypywać zawodnika nadmiarem nowych informacji, za to stopniowo rozszerza jego rolę w systemie zespołu.

„Rozumieliśmy od samego początku, że to zajmie czas. Nie można sprawić, że taka zmiana zadziała w ciągu jednego miesiąca. Trzeba pracować i wkładać wszelkie możliwe wysiłki. Podoba mi się jego nastawienie i otwartość. Robi wiele rzeczy dobrze, w tym jego podejście mentalne do gry, i miło to widzieć. Jednocześnie to nadal proces, nad którym musimy pracować” — powiedział sAw.

Droga do playoffów PGL Masters Bucharest 2026 dla G2 prowadzi przez poprawę błędów w kluczowych momentach meczów — i przekucie walczącej gry w realne zwycięstwa.

Jeszcze niedawno wszystko wskazywało na to, że kolejna edycja Dakaru ponownie wystartuje na Półwyspie Arabskim. Stało się inaczej, a wyjaśnienia udzielili sami organizatorzy: 49. edycja słynnego rajdu nie zostanie zorganizowana w przyszłym roku na Półwyspie Arabskim. Jako powód wskazali „ostatnie wydarzenia w regionie”, w tym ataki na Arabię Saudyjską.

To nie oznacza jednak trwałej zmiany kierunku – organizatorzy mówią o tym wprost. Decyzję o przenosinach nazwali „wyjątkową i jednorazową”. Pierwotnie rajd miał wystartować między 1 a 15 stycznia 2027 roku właśnie w Arabii Saudyjskiej. Te plany trzeba było zmienić.

Gdzie więc odbędzie się przyszłoroczna edycja? W 2027 roku impreza rozegra się w „innym miejscu”, choć konkretnej lokalizacji na razie nie wskazano. Szczegóły mają zostać ogłoszone w najbliższych dniach. Jedno jest już pewne: powrót na Półwysep Arabski zaplanowano na 2028 rok.

Pewne wskazówki co do nowej trasy podał wcześniej Reuters. Agencja informowała, że Rajd Dakar 2027 odbędzie się prawdopodobnie między 9 a 22 stycznia. Według tych informacji rywalizacja zacznie się w Europie – prologiem w Hiszpanii lub Portugalii. Dalsza część wyścigu, licząca 11-12 etapów, przeniosłaby się do Maroka.

Rajd, który już raz zmieniał kontynent

To nie pierwsza w historii Dakaru wymuszona przeprowadzka. Korzenie imprezy sięgają 1978 roku, kiedy trasa wiodła z Paryża przez Saharę aż do stolicy Senegalu. Potem względy bezpieczeństwa zmusiły organizatorów do opuszczenia Afryki – w latach 2009-2019 rajd odbywał się w Ameryce Południowej. W 2020 roku przeniósł się do Arabii Saudyjskiej, gdzie rozgrywany jest do dziś.

Teraz historia zatacza kolejny krąg. Po siedmiu latach na saudyjskich pustyniach rajd na jeden sezon opuści region, by – jak zapewniają organizatorzy – wrócić tam już za rok.

Kiedy i gdzie odbędzie się gala Złotej Piłki 2026, i kto w ogóle ma szansę ją zdobyć? Ceremonia, od lat kojarzona z Paryżem, tym razem przenosi się do Londynu. Powód tej zmiany nie jest przypadkowy – jest symboliczny.

Organizatorzy chcą w ten sposób uczcić 70. rocznicę zdobycia Złotej Piłki przez Stanleya Matthewsa, legendę angielskiego futbolu. I to nie jedyny jubileusz – edycja 2026 jest już 70. w historii plebiscytu, organizowanego bez przerwy od 1956 roku. Pod uwagę brane są osiągnięcia piłkarzy i piłkarek z okresu od 3 sierpnia 2025 do 19 lipca 2026.

Samą galę zaplanowano na poniedziałek 26 października, start o godz. 21. Nazwiska wszystkich laureatów powinniśmy znać już do godz. 23.

Kto głosuje i nowa kategoria dla legend

System głosowania wciąż oparty jest na rankingu FIFA. Głosy oddają dziennikarze z krajów zajmujących czołowe miejsca w tej klasyfikacji – przy nagrodzie dla mężczyzn to przedstawiciele 100 najlepszych państw, przy nagrodzie dla kobiet – 50 najlepszych.

Tegoroczną nowością jest kategoria „Złota Piłka Wszech Czasów”. Ma wyłonić najwybitniejszego zdobywcę tej nagrody w historii wśród zawodników, którzy triumfowali w plebiscycie więcej niż raz. Tym razem jednak nie dziennikarze zdecydują o zwycięzcy, a internauci. Głosowanie trwa do 27 października, a jego uczestnicy mogą wygrać dwa bilety na galę Złotej Piłki w 2027 roku.

Na liście 30 nominowanych do głównej nagrody mężczyzn jest sześciu mistrzów świata. Wśród nich Lamine Yamal z FC Barcelony, Kylian Mbappe z Realu Madryt oraz Lionel Messi z Inter Miami. Pełna lista obejmuje też Jude’a Bellinghama, Erlinga Haalanda, Viniciusa Juniora, Harry’ego Kane’a i Rodriego, a także reprezentantów Paris Saint-Germain – Ousmane Dembele, Achrafa Hakimiego, Vitinhę, Nuno Mendesa czy Joao Nevesa.

Na Wyspach Brytyjskich wielkim faworytem jest właśnie Kane. Napastnik Bayernu Monachium w sezonie 2025/26 strzelił 61 goli w 51 występach – więcej, niż w sezonie 2020/21 zaliczył Robert Lewandowski.

„Oczywiście trzymam kciuki za Lamine’a Yamala, żeby zdobył Złotą Piłkę, bo jest niesamowity, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego wiek, ale trzeba przyznać, że w porównaniu z przeszłością sytuacja wygląda nieco inaczej”

Tak ocenił szanse w rozmowie z „The Athletic” Robert Lewandowski, kapitan reprezentacji Polski. Polak nie szczędzi też pochwał innym gwiazdom Bayernu – Michaelowi Olise oraz wspomnianemu Kane’owi.

W kategorii kobiecej o nagrodę zawalczy Ewa Pajor, tegoroczna triumfatorka Ligi Mistrzów i jednocześnie królowa strzelczyń tych rozgrywek. Do rywalek Polki należą m.in. Hiszpanki Alexia Putellas, dwukrotna zdobywczyni Złotej Piłki z lat 2021 i 2022, oraz Claudia Pina. Wśród kandydatek wymienia się także Melchie Dumornay z Haiti oraz Jamajkę Khadiję Shaw.

Kiedy ostatni raz Robert Lewandowski przeżywał aż tak długą posuchę strzelecką? Trzeba wrócić do przełomu 2010 i 2011 roku, gdy Polak grał jeszcze w Borussii Dortmund. Teraz, w barwach Chicago Fire, 38-letni kapitan reprezentacji Polski nie strzelił gola w siedmiu kolejnych meczach MLS.

Co ciekawe, seria bez gola trwa, choć sam zespół radzi sobie nieźle. Chicago Fire wygrało na wyjeździe z Atlantą United 3:2. Lewandowski zaczął to spotkanie w podstawowym składzie i zszedł z boiska w 69. minucie, ale jego wkład w zwycięstwo był znikomy.

Już na początku meczu Polak nie utrzymał się przy piłce pod polem karnym Atlanty, co otworzyło rywalom drogę do kontry. Miguel Almiron uruchomił wtedy Tomasa Jacoba, który pokonał bramkarza Chrisa Brady’ego. Chicago ostatecznie odwróciło losy spotkania – ale nie dzięki Lewandowskiemu.

Liczby z tego występu mówią same za siebie. Według danych ESPN przez 69 minut na boisku Lewandowski zanotował zaledwie 16 kontaktów z piłką, inni dostawcy danych podają 18. Statystyki Opty pokazują tylko dwa strzały, oba zablokowane, bez ani jednego celnego uderzenia. Do tego 11 podań i dwa spalone – obraz zawodnika odciętego od gry w ataku.

Modele oczekiwanych goli potwierdzają, że szans właściwie nie było. Współczynnik xG Lewandowskiego wyniósł w tym meczu 0,13, a xA tylko 0,01. Nie wykreował też żadnej dużej okazji.

Najsłabszy na boisku

Portal Men in Red 97 ocenił Polaka na 5,5 w dziesięciostopniowej skali – tak samo jak Noah’a Allena, i żaden zawodnik Chicago Fire nie wypadł w tym starciu gorzej. „Lewandowski zaliczył kolejny bardzo bezbarwny występ” – napisano na portalu. Ignacio Ravagnan z Yahoo Sports idzie jeszcze dalej, sugerując, że transfer Polaka do Chicago zaczyna wyglądać na pomyłkę. Tim Hotze z MIR97 Media zwracał z kolei uwagę na słabą współpracę Lewandowskiego z innymi ofensywnymi zawodnikami zespołu.

Trener Gregg Berhalter broni swojego napastnika, choć przyznaje, że drużyna musi mu pomóc. „Komunikacja w zespole jest prawdopodobnie pięć razy lepsza, odkąd Robert tu jest, i to jest kluczowy element jego roli. Pokazuje, że chce wygrywać, widać, jak bardzo to dla niego ważne” – powiedział szkoleniowiec.

Musimy po prostu jeszcze bardziej się postarać, żeby znalazł się na dobrych pozycjach

Były zawodnik Barcelony i Bayernu będzie miał kolejną szansę na przełamanie passy 29 października, gdy Chicago Fire zagra z Orlando City.

Aston Martin miał w ręku awans Fernando Alonso z 16. na 12. pole startowe. Wystarczyło jedno okrążenie, by ten plan się rozsypał. Na torze w Stanach Zjednoczonych Hiszpan stracił pięć pozycji praktycznie w jednej chwili – i cały wyścig trzeba było odbudowywać od nowa.

Przed startem zapowiadało się na dobry dzień dla Alonso. Kary nałożone na rywali po kwalifikacjach wysunęły go na 12. pole startowe – solidny punkt wyjścia do walki o punkty. Chaos przyszedł jednak błyskawicznie: już na pierwszym okrążeniu kierowca Aston Martina stracił pięć pozycji, a chwilę później doszło do kontaktu z Alexem Albonem podczas dojazdu do zakrętu numer 11.

Do uszkodzeń doszło na pierwszym okrążeniu, kiedy Alex Albon uderzył w nas podczas dojazdu do zakrętu numer 11.

Skutki kolizji były wyraźnie widoczne. Alonso musiał wymienić przednie skrzydło, a to oznaczało dodatkowy postój w boksach, który zepchnął go w dół stawki. Mimo to przez część wyścigu, mimo uszkodzonego samochodu, Hiszpan trzymał się na 12. miejscu i realnie liczył się w walce o punkty. Finalnie Alonso sklasyfikowany został na 16. pozycji.

Stroll ze startu z pit lane do walki z Albonem

Drugi kierowca Aston Martina, Lance Stroll, miał swój powód do frustracji jeszcze zanim wyścig się zaczął. Po kwalifikacjach zespół musiał naprawiać uszkodzenia w jego bolidzie, co skończyło się startem z alei serwisowej. Mimo tak ciężkiego punktu wyjścia Kanadyjczyk przez dużą część wyścigu ścigał się bezpośrednio z Alexem Albonem – tym samym kierowcą, przez którego Alonso wcześniej musiał zjeżdżać do serwisu.

Stroll ostatecznie finiszował na 15. miejscu, jedno oczko przed swoim zespołowym kolegą, Fernando Alonso. Sam Kanadyjczyk zwrócił jednak uwagę na coś, co zespołowi spodobać się nie mogło.

Na ostatnich okrążeniach zauważyliśmy jednak duży spadek docisku, więc musimy dokładnie przeanalizować tę sytuację i zrozumieć jej przyczynę.

Wyścig w USA zostawił więc Aston Martinowi podwójny żal: Alonso stracił szansę na punkty przez kolizję, za którą sam nie odpowiadał, a w bolidzie Strolla została techniczna zagadka, którą zespół musi jeszcze rozwiązać.

Jak długo może ciągnąć się bezpunktowa seria zespołu F1, zanim coś wreszcie pęknie? W przypadku Alpine odpowiedzi trzeba było szukać w Austin. To właśnie na Grand Prix USA francuska stawka zapisała coś na swoim koncie. Na tablicy wyników znalazł się jeden punkt, a zdobył go Pierre Gasly.

Francuz wystartował z 10. miejsca i na nim też zakończył wyścig. „Ostatecznie startowaliśmy z 10. miejsca i na nim zakończyliśmy ten wyścig, zdobywając jeden punkt” – przyznał kierowca Alpine. Gładko jednak nie było. Gasly doznał uszkodzeń bolidu po kolizji z Oliverem Bearmanem, a skala zniszczeń zaskoczyła nawet samego kierowcę. „Byłem zaskoczony skalą uszkodzeń po prawej stronie po zakończeniu zmagań, gdyż brakowało sporo włókna węglowego” – opisał Gasly, wskazując na znaczące uszkodzenia prawej strony bolidu po starciu z Bearmanem.

Do tego doszły kłopoty zza murku. Alpine zaliczyło wolny pit stop Gasly’ego z powodu problemów z oprogramowaniem – usterka, którą ekipa musi jeszcze przeanalizować, jak sam zaznaczył Francuz. Gasly rozważał nawet starcie o 9. miejsce z Liamem Lawsonem, ale ocenił, że w danych okolicznościach nie było to realne. „Mógłbym wywrzeć większą presję na Liama [Lawsona] w walce o 9. miejsce, ale dzisiaj nie było to realne” – stwierdził. Efekt końcowy mimo wszystko go usatysfakcjonował. „Jestem zadowolony z tego punktu i zmierzamy do Meksyku. Zobaczymy, co będziemy mogli tam wywalczyć” – powiedział Gasly, zapowiadając już kolejną rundę.

Colapinto znów bez finiszu

Zupełnie inaczej wyglądał wyścig Franco Colapinto. Argentyńczyk musiał wycofać się z rywalizacji w Austin – powodem były uszkodzenia podłogi i sekcji bocznych bolidu. Kłopoty zaczęły się już na dojeździe do zakrętu numer 1, gdzie Colapinto znalazł się w kleszczach dwóch rywali. „Znalazłem się w 'kanapce’ między dwoma bolidami na dojeździe do zakrętu nr 1. Zobaczyłem Pierre’a po mojej wewnętrznej, a po zewnętrznej znajdował się Arvid [Lindblad]” – opowiedział kierowca Alpine, opisując sytuację z Gaslym i Arvidem Lindbladem.

Konsekwencje tej kolizji okazały się dla Argentyńczyka zbyt poważne, by kontynuować jazdę. „Cała podłoga i sekcje boczne zostały uszkodzone. Przez to nie mogłem dalej już jechać” – relacjonował Colapinto. Wcześniej jego zespół próbował nietypowego podejścia strategicznego, startując na twardych oponach, aby odróżnić się od rywali. „Postawiliśmy na start na twardych oponach, próbując postąpić inaczej od rywali, ale zawsze trudno przebijać się przez stawkę w takich okolicznościach” – wyjaśnił kierowca, dodając, że mimo dobrego balansu w czystym powietrzu start z tyłu stawki zmusił go do walki z tłokiem i brudnym powietrzem.

Dla Colapinto był to już drugi wyścig z rzędu zakończony przedwcześnie i spędzony na obserwowaniu finiszu z boku. „Niezbyt przyjemnie ogląda się końcówkę wyścigu poza kokpitem po raz drugi z rzędu” – przyznał Argentyńczyk. Mimo frustracji kierowca patrzy już w stronę kolejnego etapu sezonu. „Nie mogę się teraz doczekać Meksyku i liczę, że tam powetujemy sobie te straty” – zadeklarował Colapinto.

Jak nisko może spaść zespół, który jeszcze niedawno walczył o miejsca w czołowej dziesiątce? W Austin odpowiedź brzmi: niżej, niż ktokolwiek w Williams Racing chciałby przyznać. Alex Albon dojechał do finiszu na 17. miejscu, a Carlos Sainz tuż za nim, na 18. pozycji. Co gorsza, Williams przegrał w tym wyścigu nawet z kierowcami Astona Martina — zespołu, który w tym sezonie rzadko bywał punktem odniesienia dla ambicji brytyjskiej stajni.

Tor w Austin miał być okazją do odrobienia strat. Zaczęło się nieźle: Albon zaliczył dobry start i zyskał kilka pozycji już na pierwszym okrążeniu. Do tego kilka pojedynków z Fernando Alonso, które zespół zamierza jeszcze przeanalizować. Tyle że bolid Thailandczyka doznał drobnych uszkodzeń na samym początku wyścigu, a chwilę później Albon musiał przepuszczać rywali z powodu niebieskich flag podczas przejazdu na twardych oponach — i ten jeden epizod skutecznie zablokował mu możliwość odrabiania strat.

„Wciąż brakuje nam tempa i mamy sporo pracy do wykonania” — podsumował Albon.

Musimy znaleźć więcej przed Meksykiem.

Sainz miał inny powód do frustracji, ale równie dobry. Hiszpan dobrze wystartował z pola startowego, ale został przyciśnięty do ściany. Doszło do kontaktu, w wyniku którego uszkodził przednie skrzydło i musiał zjechać na dodatkowy pit stop — a to kosztowało go cenny czas. Mimo to po naprawie oceniał swoje tempo jako niezłe, biorąc pod uwagę ograniczenia samego bolidu.

Nadzieje skierowane na Meksyk

Oba głosy z Williams zgodnie kierują uwagę na najbliższy wyścig. Sainz uważa, że na torze w Meksyku zespół może być nieco mocniejszy i powalczyć w środku stawki — choć zaraz dodaje zastrzeżenie: w kontekście zdobycia punktów czeka ich jeszcze sporo pracy. Williams deklaruje, że w wyścigu za tydzień w Meksyku chce pokazać lepsze osiągi. Po weekendzie w Austin to deklaracja, którą zespół będzie musiał udowodnić na torze, a nie tylko w komunikatach po wyścigu.

McLaren zwykle miesza się w walce o czołowe pozycje. W Austin jednak zespół nie miał nic do powiedzenia w boju o podium. Dlaczego? Odpowiedź przyszła od samych kierowców tuż po wyścigu – i była zaskakująco jednoznaczna.

Lando Norris dojechał do mety na 5. miejscu, dwie pozycje wyżej od partnera z zespołu, Oscara Piastriego, który sklasyfikowany został na 7. pozycji. Mimo tej różnicy obaj kierowcy mówili jednym głosem: samochodowi zwyczajnie brakowało tempa potrzebnego do walki o czoło.

Norris podkreślił, że pewne elementy weekendu działały na jego korzyść. „Nasze tempo na twardych oponach było szczególnie dobre” – przyznał Brytyjczyk. To jednak nie wystarczyło, by realnie zagrozić stawce walczącej o podium. Jak sam zaznaczył, musiał „naciskać bolidem daleko poza jego strefę komfortu”, licząc na ewentualną neutralizację samochodem bezpieczeństwa, która mogłaby zmieszać karty. Takiej szansy nie dostał. Piąte miejsce – jak ocenił – było „absolutnym maksimum”, jakie McLaren mógł tego dnia osiągnąć.

Norris nie owijał w bawełnę, mówiąc o szerszym problemie zespołu. Stwierdził, że McLarenowi wciąż brakuje „czystego tempa potrzebnego do walki o wyższe lokaty w stawce”. Jako obszary wymagające natychmiastowej poprawy wskazał osiągi w kwalifikacjach oraz przewidywalność bolidu – bez tych dwóch elementów trudno myśleć o regularnym atakowaniu podium.

Piastri: strategia bez zarzutu, tempa za mało

Piastri był równie bezpośredni. „Po prostu brakowało nam tempa w samochodzie i przez cały czas borykaliśmy się z problemami, zupełnie jak przez resztę weekendu” – powiedział Australijczyk. Zespół próbował ratować sytuację strategią: twarda mieszanka spisywała się na tyle dobrze, że McLaren zdołał wydłużyć przejazd i przejść ze strategii dwóch postojów na jeden zjazd do alei serwisowej. To posunięcie dało Piastriemu kontrolę nad pozycją w drugim przejeździe i pozwoliło utrzymać za plecami George’a Russella – sam kierowca nazwał to „pozytywnym akcentem” wyścigu.

Mimo to Piastri nie miał wątpliwości, gdzie leżał główny problem. Strategię ocenił jako udaną, start jako solidny, a postój w alei serwisowej jako bezbłędny – ale, jak dodał, zabrakło tempa, by realnie odrabiać lokaty na torze.

Myśli obu kierowców już krążą wokół kolejnej rundy sezonu. Piastri wskazał, że po Austin na kalendarzu czeka Grand Prix Meksyku, zapowiadając, że zespół przeanalizuje zebrane dane, by wyciągnąć wnioski przed nadchodzącym weekendem. Co do samego toru optymizmu w jego głosie nie było. Jego zdaniem połączenie niskiej przyczepności nawierzchni i dużej wysokości nad poziomem morza może okazać się dla McLarena sporym wyzwaniem.

Instalacja aplikacji
Pobierz