Ile razy trzeba wygrać nagrodę dla najlepszego młodego piłkarza świata, żeby przestała być niespodzianką, a stała się formalnością? Lamine Yamal dał na to odpowiedź podczas gali Złotej Piłki w Londynie, gdzie odebrał Trofeum Kopa. To już trzeci taki triumf w jego karierze – wynik, do którego nie zbliżył się dotąd żaden inny piłkarz na świecie. A Yamal ma przy tym dopiero 19 lat.
Wszystko zaczęło się w 2024 roku, gdy Hiszpan po raz pierwszy sięgnął po Trofeum Kopa. Rok później obronił tytuł, jako pierwszy zawodnik w historii wygrywając ten plebiscyt dwukrotnie. Teraz, w Londynie, doszło trzecie trofeum – i reszta stawki historycznie zostaje daleko w tyle.
Wśród nominowanych nie zabrakło kolegi Yamala z Barcelony. Pau Cubarsi, obrońca katalońskiego klubu, również trafił do grona kandydatów do nagrody, choć do Londynu na samą galę nie poleciał. Dla Cubarsiego i tak był to udany rok – kilka miesięcy wcześniej wybrano go najlepszym młodym piłkarzem mistrzostw świata.
Historia nagrody imienia Kopy
Trofeum Kopa przyznaje magazyn „France Football” od 2018 roku. Wyróżnienie trafia do najlepszego piłkarza globu, który nie ukończył jeszcze 21 lat. Nazwa to ukłon w stronę Raymonda Kopy, zdobywcy Złotej Piłki z 1958 roku – trofeum nosi jego imię właśnie na cześć tamtego osiągnięcia.
Pierwszym laureatem był Kylian Mbappe, który później sięgnął także po tytuł mistrza świata. Po nim nagrodę odbierali kolejno Matthijs de Ligt, Pedri, Gavi i Jude Bellingham – dziś jedna z największych gwiazd Realu Madryt. W 2020 roku Trofeum Kopa nie zostało przyznane z powodu pandemii COVID-19, podobny los spotkał wtedy również Złotą Piłkę.
Do czasu wyczynu Yamala żaden z wcześniejszych zdobywców nie zdołał powtórzyć sukcesu nawet dwa razy. Hiszpan zrobił to dwukrotnie. A teraz podbił stawkę po raz trzeci, ustanawiając rekord, który na razie nie ma sobie równych.
Łokieć, który dawał się we znaki od tygodni, czy może udo naderwane w Wuhan? Trener i menedżer 25-letniej tenisistki snują dwie różne, choć niewykluczające się wzajemnie historie, a sama zawodniczka od dnia triumfu w Chinach nie rozegrała już żadnego meczu.
18 października Chwalińska wygrała turniej WTA w Wuhan, sięgając po pierwszy w karierze tytuł w imprezie tej rangi. A Wuhan to nie byle gdzie – kategoria WTA 1000, jedna z najbardziej prestiżowych imprez w kalendarzu poza wielkoszlemowymi. Mimo to zaraz potem Polka wycofała się z dwóch kolejnych turniejów – najpierw z Ningbo, potem z Tokio.
Jaroslav Machovsky, trener Chwalińskiej, w rozmowie z Interią zdradził nieco więcej na temat przyczyn. Problem, jak przyznał, narastał już od dłuższego czasu. „Maja już od dłuższego czasu ma trochę problem z łokciem w lewej ręce, który po Wuhanie miała bardzo obolały”. Winne miały być zmieniające się warunki gry: „Zmiany piłek i nawierzchni sprawiały, że trochę z tym walczyła”.
W końcu sztab zdecydował się na ostrożność. „Myśleliśmy, że będzie lepiej, ale rozsądniej odpuścić ostatni turniej WTA, niż za bardzo przeciążyć łokieć. Stąd decyzja, że nie zagra” – przekazał Machovsky, który zdążył już wrócić do ojczyzny.
Inna wersja menedżera i głos samej zawodniczki
Piotr Szczypka, menedżer Chwalińskiej, opisuje tę samą sytuację nieco inaczej. Według niego to nie łokieć, a właśnie udo było głównym powodem rezygnacji z Tokio – choć problemy ze stawem łokciowym faktycznie się utrzymują.
Tę wersję potwierdziła zresztą sama zawodniczka na swoich kanałach społecznościowych. „Jestem bardzo rozczarowana, że muszę wycofać się z turnieju w Tokio z powodu kontuzji lewego uda, której nabawiłam się w Wuhan” – napisała. Zapewniła też, że próbowała zdążyć na czas za wszelką cenę: „Przyjechałam do Tokio wcześniej, aby poddać się fizjoterapii i trenować na korcie – zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by wrócić do zdrowia, ale niestety nie jestem jeszcze gotowa do rywalizacji”.
Drzwi do powrotu nad Pacyfik jednak nie zamknęła. „Mam wielką nadzieję, że w przyszłości uda mi się zagrać w Tokio. Dziękuję wszystkim za wsparcie i zrozumienie” – napisała, zwracając się do kibiców.
I bez względu na to, co faktycznie boli bardziej, ten sezon i tak zapisze się w karierze Polki jako przełomowy. Po Roland Garros awansowała ze 114. na 21. miejsce w rankingu WTA, a triumf w Wuhan wyniósł ją jeszcze wyżej. Obecnie Chwalińska zajmuje 11. pozycję w światowym zestawieniu – najwyższą w dotychczasowej karierze.
Brzmi jak paradoks: tenisistka wycofuje się z turnieju, a jej miejsce w rankingu nawet drgnie. Maja Chwalińska wycofała się z turnieju WTA 500 w Tokio z powodu kontuzji uda i mimo to utrzymała 11. pozycję w rankingu WTA Live. Na koncie ma 3031 punktów – wciąż ścisła czołówka światowego tenisa.
Tegoroczna finalistka Rolanda Garrosa traci obecnie 890 punktów do dziesiątej w klasyfikacji Marty Kostiuk. Ukrainka zajmuje 10. pozycję w rankingu WTA Live. Dystans między nimi wciąż jest spory, ale Polka pozostaje w gronie najlepszej jedenastki świata.
Świątek wyżej, ale to chwilowe
Dobre wieści płyną też z obozu Igi Świątek, która awansowała o jedną pozycję w rankingu WTA Live – z dziewiątego na ósme miejsce. W klasyfikacji wyprzedziła Lindę Noskovą, bo Czeszce odjęto punkty za ubiegłoroczny występ w turnieju w Tokio.
Ten awans ma jednak krótkie nogi. Za dwa tygodnie Świątek spadnie z powrotem na dziewiątą pozycję, bo stracą ważność jej punkty za ubiegłoroczny turniej WTA Finals. Noskova zagra w tegorocznym turnieju WTA Finals i zdobędzie punkty, dzięki którym znów wyprzedzi Polkę w rankingu. Rankingowa huśtawka napędzana kalendarzem najważniejszych imprez sezonu – nic nowego.
Najbardziej spektakularny skok w klasyfikacji zaliczyła jednak Katarzyna Kawa. Awansowała w rankingu WTA Live aż o 22 miejsca i zajmuje teraz 106. pozycję. Impuls dał jej udany występ w Ningbo, gdzie w ćwierćfinale uległa dopiero liderce światowego rankingu Jelenie Rybakinie. Starcie z numerem jeden świata – nawet przegrane – potrafi solidnie podbić dorobek punktowy.
Co powiedzieć byłemu mistrzowi, który stracił właśnie pas, choć w klatce zostawił wszystko, co miał? Dana White, szef UFC, najwyraźniej wiedział to od razu po gali UFC 333, która odbyła się 24 października.
Tego wieczoru Merab Dvalishvili zmierzył się z Petrem Yanem w walce o mistrzowski pas. Starcie przeszło pełny dystans i rozstrzygnęło się dopiero na kartach sędziowskich. Zwyciężył Petr Yan — i to on odebrał tytuł dotychczasowemu mistrzowi.
Po walce dziennikarze zapytali White’a o postawę Dvalishviliego w klatce i o to, co Gruzin powiedział mu zaraz po ogłoszeniu werdyktu. Z odpowiedzi szefa UFC wynikało jedno: sam zawodnik, mimo wysokiego poziomu starcia, czuł niedosyt. „Powiedział, że przeprasza” — zrelacjonował White.
Nie zostawił jednak miejsca na wątpliwości, że powodów do wstydu nie ma żadnych. „To było niesamowite starcie. Wiem, że przegrał, ale dał doskonałą walkę” — ocenił. I dodał, że Dvalishvili po prostu nie mógł zrobić nic więcej. „A on przecież nie mógł wyglądać lepiej, nie mógł stoczyć lepszej walki” — podkreślił.
Co dalej z Dvalishvilim?
Na pytanie o przyszłość byłego mistrza konkretnej odpowiedzi nie było. White przyznał wprost, że po tej porażce trudno dziś wskazać, jaka droga czeka Dvalishviliego. Zasugerował za to coś innego — że fani chętnie oglądaliby starcia tej dwójki choćby co tydzień. Trudno o lepsze podsumowanie poziomu, jaki ci dwaj zawodnicy prezentują od lat.
Nic więc dziwnego, że to właśnie ten pojedynek uznano za najlepszą walkę całej gali UFC 333. Był to już trzeci wzajemny pojedynek Dvalishviliego i Yana w klatce UFC. Pierwsze starcie, w 2023 roku, zakończyło się zwycięstwem Dvalishviliego na punkty. Rewanż w 2025 roku przechylił się na stronę Yana — również po decyzji sędziów. Teraz, po trzecim starciu, bilans wyrównał się na korzyść Rosjanina, a seria tych dwóch zawodników zyskała status jednej z ciekawszych rywalizacji w całej dywizji.
Ile właściwie ważył Krzysztof Włodarczyk przed starciem z Marcinem Sianosem i co skłoniło go później do apelu o czystość w MMA? Zacznijmy od wagi. „Diablo” zszedł na skalę przy 100,3 kg, jego rywal ważył 127,6 kg.
Ta różnica wcale nie przeszkodziła byłemu mistrzowi świata w boksie – wygrał walkę wieczoru gali Babilon MMA 61 w Radomiu. Starcie odbyło się w sobotę, 24 października, w formule boksu w małych rękawicach i trwało trzy rundy. Pochodzący z Kołobrzegu Sianos nie dał rady. Sędziowie niejednogłośnie wskazali na Włodarczyka, a karty punktowe pokazały 29:28, 28:29 i 29:28.
Apel po walce
Najgłośniej zrobiło się jednak nie od samej walki, lecz od słów, które padły tuż po niej. Włodarczyk zwrócił się wprost do zawodników MMA, apelując o rezygnację z niedozwolonych środków.
Do wszystkich chłopaków z MMA: słuchajcie, dosyć kur*a* koksów! Zacznijcie być prawdziwymi sportowcami, bo ja miałem zrobić coś takiego, że dzisiaj miała tutaj przyjechać kontrola antydopingowa, a ja w poniedziałek mogę iść na badanie krwi. I nagram Wam, jak oddaję krew i mocz do badania. Jestem sto procent czysty. Sto procent. Nie ma we mnie ani grama substancji niedozwolonych u sportowców. Zapraszam do badania, do bycia fair dla przeciwnika.
Bokser zadeklarował, że już w poniedziałek może poddać się badaniu krwi i nagrać cały proces oddawania krwi oraz moczu do analizy. To wyzwanie rzucone wprost środowisku MMA – i to zaraz po tym, jak sam wygrał trzyrundowy pojedynek bokserski z zawodnikiem o blisko 27 kilogramów cięższym od siebie.
Awans do turnieju finałowego Pucharu Polski wymyka się Cracovii z rąk po kolejnej porażce. Jak w takiej sytuacji młody zawodnik radzi sobie z presją? Comarch Cracovia przegrała z BS Polonią Bytom, a głos w tej sprawie zabrał Szymon Gumiński, napastnik krakowskiego klubu.
Drużyna miała realną szansę awansować do turnieju finałowego poprzez zajęcie miejsca w czołowej czwórce. Przed rozmową Pasy przegrały jednak dwa kolejne spotkania z rzędu, co nieuchronnie postawiło pytanie o to, czy presja związana z walką o Puchar Polski mogła mieć wpływ na te wyniki. Sam Gumiński przyznaje, że wraz ze zbliżającym się terminem rozstrzygnięć napięcie w szatni faktycznie rosło.
Zawodnik ocenia jednak tę presję inaczej, niż mogłoby się wydawać — jego zdaniem wpływała ona na drużynę bardziej pozytywnie niż negatywnie. W meczu z Bytomiem miał zresztą swoją szansę, by odmienić losy spotkania: w drugiej tercji znalazł się sam przed bramkarzem z krążkiem na kiju.
Zaufanie trenera i rola w zespole
Napastnik podkreślił, że mimo trudnego momentu nie brakuje mu wsparcia ze strony sztabu szkoleniowego. „Trener Krystian Dziubiński nam ufa” — przyznał młody zawodnik Cracovii. Wcześniej na konferencji prasowej trener Gusow zwracał uwagę, że młodzi gracze Cracovii dostają sporo minut na lodzie. Dziubiński stawia przy tym na rozwiązanie sprawdzone — ustawia młodych zawodników w formacjach z bardziej doświadczonymi partnerami.
To właśnie o rozwoju Gumiński opowiada najchętniej, gdy mowa o minionym roku. Autor rozmawiał z nim już rok wcześniej, mniej więcej na tym samym etapie poprzedniego sezonu. Dziś napastnik przyznaje, że początek obecnych rozgrywek pod względem punktowania wyglądał dosyć słabo. Mimo to nie ma wątpliwości, że przez ostatnie dwanaście miesięcy rozwinął się w pozytywnym kierunku — niezależnie od tego, że statystyki strzeleckie nie idą teraz w parze z tą oceną.
„Walczymy dalej i nie odpuszczamy” — taki przekaz płynie dziś z szatni Comarch Cracovii.
Kolejne tygodnie sezonu pokażą, czy deklarowana przez młodego napastnika wiara przełoży się wreszcie na wyniki na lodzie.
Stratos Svarnas w Legii Warszawa? Ten wątek od kilku tygodni regularnie wraca w rozmowach o zimowym oknie transferowym. Grecki stoper na razie broni barw Rakowa Częstochowa, choć jego przyszłość stoi pod coraz większym znakiem zapytania.
Sprawa rozbija się o relację Svarnasa z Markiem Papszunem. Obaj przez lata pracowali razem w Częstochowie – i to właśnie ten duet przyniósł klubowi mistrzostwo Polski w sezonie 2022/2023. Dziś Papszun prowadzi Legię Warszawa, a dziennikarze twierdzą, że wcale nie kryje chęci sprowadzenia do stolicy sprawdzonego defensora.
O zabiegach trenera Legii opowiedział Mateusz Borek w programie „Moc Futbolu”. „Nikt nie ukrywa: Svarnas od dłuższego czasu już nie chce tam być. Chciałby albo pojechać do MLS-u, albo pewnie grać przy Łazienkowskiej, bo kusi go też Marek Papszun, który jest do niego przekonany” – powiedział Borek.
Nikt nie ukrywa: Svarnas od dłuższego czasu już nie chce tam być. Chciałby albo pojechać do MLS-u, albo pewnie grać przy Łazienkowskiej, bo kusi go też Marek Papszun, który jest do niego przekonany.
Do Częstochowy Svarnas trafił okrężną drogą. Grek pojawił się w Rakowie w 2022 roku, najpierw na wypożyczeniu z AEK Ateny. Klub szybko przekonał się, że warto zatrzymać go na dłużej, i wykupił zawodnika z greckiej drużyny. Od tamtej pory stał się jednym z filarów defensywy Rakowa, zbierając przy okazji spore doświadczenie w Ekstraklasie.
Legia szuka wzmocnień na środku obrony
Taki transfer miałby sens nie tylko sentymentalny. Legia Warszawa od dawna potrzebuje wzmocnień w centrum defensywy, a dyrektor sportowy klubu Fredi Bobić sam przyznawał, że władze „Wojskowych” analizują różne opcje pozyskania nowego stopera. Nazwisko Svarnasa – dobrze znane Papszunowi jeszcze z czasów częstochowskich triumfów – wydaje się więc naturalnym kierunkiem poszukiwań.
Na razie to wciąż spekulacje i medialne doniesienia. Presja na Greka ze strony Łazienkowskiej – jak sugerują relacje dziennikarzy – rośnie jednak z tygodnia na tydzień.
Ile trzeba strzelić goli, żeby udowodnić, że kontuzja to już przeszłość? Mateusz Michalski odpowiedział na to pytanie w najdobitniejszy możliwy sposób – pięcioma trafieniami i jedną asystą w zaledwie pięciu meczach od powrotu do składu.
GKS Katowice rozbił w 14. kolejce TAURON Hokej Ligi Unię Oświęcim 6:2. Wicemistrzowie Polski trzymali inicjatywę od pierwszej do ostatniej tercji i w każdej z nich strzelali po dwie bramki. Goście z Oświęcimia odpowiedzieli dopiero na początku trzeciej części gry, gdy padło ich pierwsze trafienie.
Wśród strzelców katowickiej szóstki nie zabrakło 34-letniego napastnika GieKSy. To właśnie Michalski precyzyjnym uderzeniem z nadgarstka ustalił wynik na 4:0 – grał wtedy w pierwszej piątce u boku Grzegorza Pasiuta i Bartosza Fraszki.
– Myślę, że ogólnie zagraliśmy bardzo dobry mecz i to jako cała drużyna. I o to nam właśnie chodzi. Zagraliśmy dobrze z Sosnowcem, dobrze dzisiaj i musimy to utrzymać jak najdłużej – ocenił po meczu.
O trudnym początku sezonu napastnik mówił bez owijania w bawełnę. – Może ten początek nie był najlepszy w naszym wykonaniu i byliśmy tego świadomi. Codziennie na treningach pracujemy nad tym, żeby było lepiej. Nie możemy teraz spocząć na laurach i powiedzieć, że zagraliśmy super dwa mecze, tylko dalej musimy pracować, bo sezon jest długi – zaznaczył.
Charakter budowany w trudnych momentach
Pojedyncze zwycięstwa to, zdaniem Michalskiego, wciąż za mało. – My tu nie gramy tak, że jedną kolejką czy dwoma meczami coś rozwiążemy. Musimy grać do końca i budować naszą grę, żeby to wszystko wyglądało tak jak w tych dwóch meczach. Teraz mamy tę drogę, którą było widać w tych dwóch meczach, i musimy to trzymać oraz szlifować każdy aspekt naszej gry do końca sezonu – powiedział.
A trudniejsze momenty minionych tygodni? Zapytany o nie, napastnik GieKSy odpowiedział, że to one właśnie kształtują drużynę. – Wiadomo też, że ciężkie momenty budują charakter. Staramy się z tego wyjść i to pokazuje też charakter tej drużyny. Myślę, że możemy tylko budować na tym kolektywie, który mamy, a mamy naprawdę świetną drużynę – mówił.
Sam powrót do gry po kontuzji kosztował go więcej wysiłku niż cokolwiek wcześniej, przyznał wprost. – Ciężki powrót. Myślę, że w całym życiu nie zrobiłem tylu treningów, ile przed tym sezonem. Ale zależało mi, żeby szybko wrócić i to się udało. Codziennie trzeba pracować, żeby dla drużyny robić wszystko jak najlepiej – przyznał.
Seria trafień nie przewraca mu jednak w głowie – emocje wokół własnych statystyk Michalski studzi od razu. – Pewnie, to zawsze cieszy, ale głównie liczą się trzy punkty. Za gole nic nie dostajemy, liczą się trzy punkty drużyny. W play-offach już nieważne, kto te gole strzela. Trzeba po prostu wygrywać mecze i to musimy budować: charakter tej drużyny, to, jak chcemy grać, i cały sezon, żeby to rzetelnie i dobrze wyglądało – powiedział.
Gdy pada pytanie o rywalizację między poszczególnymi formacjami GKS-u, napastnik odpiera, że liczy się realizacja planu, nie personalia. – Nie, najważniejsze jest to, żeby robić to, co mamy zaplanowane, i tyle. Tak naprawdę wszystkie te piątki grają po równo. Myślę, że może minuta czy pół się będzie różnić, więc tylko z tego się cieszyć, że mamy cztery równe piątki, które mogą grać i tak naprawdę grają – podsumował.
Co musi się wydarzyć w Meksyku, by 20-letni Andrea Kimi Antonelli wszedł do historii Formuły 1 jako najmłodszy mistrz świata? Odpowiedź sprowadza się właściwie do jednego wyniku – miejsca w pierwszej dziesiątce.
Do Meksyku Włoch z Mercedesa przyjeżdża jako lider, który potrafi dociskać rywali do ściany. W Austin wystartował z pole position i dowiózł to na metę jako dziewiąte zwycięstwo sezonu, wyprzedzając Charlesa Leclerca z Ferrari o ponad 13 sekund. Za nimi finiszowali Max Verstappen z Red Bull Racing na trzecim miejscu i Lewis Hamilton z Ferrari na czwartym. Partner Antonellego z Mercedesa, George Russell, dojechał dopiero ósmy.
Po 18 rundach sezonu bilans jest druzgocący. Antonelli ma na koncie 365 punktów, Russell 242, a Hamilton 241. To oznacza przewagę 123 punktów nad najbliższym prześladowcą. Do końca sezonu zostało pięć wyścigów, w których do zdobycia jest maksymalnie 125 punktów. Po Meksyku ta pula stopnieje do 100.
Scenariusze na GP Meksyku
Matematyka jest prosta, choć warianty są różne. Jeśli Antonelli ukończy wyścig w pierwszej dziewiątce, tytuł jest jego bez względu na to, co zrobią rywale – dziewiąte miejsce daje w F1 dwa punkty, a przy takiej przewadze to już wystarczy. Mistrzowska może okazać się też dziesiąta pozycja, ale pod warunkiem, że Russell nie wygra wyścigu. Co ciekawe, nawet triumf Hamiltona w Meksyku nie zamknie Antonellemu drogi do tytułu, jeśli Włoch skończy dziesiąty.
Są też scenariusze, w których lider nie musi zdobyć ani punktu. Antonelli może zostać mistrzem nawet wracając z Meksyku z pustymi rękami – ale tylko jeśli ani Russell, ani Hamilton nie wygrają wyścigu. Gdyby to Russell sięgnął po zwycięstwo, dziesiąte miejsce już by nie wystarczyło – Antonelli potrzebowałby wtedy co najmniej dziewiątej lokaty. Zwycięstwo Hamiltona zostawia z kolei Włochowi łatwiejszą drogę: dziesiąte miejsce przypieczętuje tytuł.
Stawka historyczna jest ogromna. Obecny rekord najmłodszego mistrza świata F1 należy do Sebastiana Vettela, który w 2010 roku sięgnął po pierwszy tytuł w wieku 23 lat, 4 miesięcy i 11 dni. Antonelli, urodzony 25 sierpnia 2006 roku, w chwili ewentualnego triumfu w Meksyku miałby zaledwie 20 lat, 2 miesiące i 7 dni – to pobicie rekordu Niemca o ponad trzy lata. Gdyby jeden z tych warunków się spełnił, tytuł trafiłby do Antonellego na cztery wyścigi przed końcem sezonu.
Sam kierowca nie krył emocji po wyścigu w Austin. „Jesteśmy bardzo podekscytowani. Chcielibyśmy przypieczętować tytuł w wielkim stylu, osiągając znakomity wynik” – powiedział Antonelli, cytowany przez ABC News. GP Meksyku odbędzie się w dniach 30 października-1 listopada, a cały padok będzie patrzył właśnie na niego.
Co takiego działo się przed London Palladium, że tłum nagle oszalał na widok jednego piłkarza? Sprawa jest prosta: pod budynek, w którym odbywa się ceremonia wręczenia Złotej Piłki, podszedł Kylian Mbappe. Czekający na zewnątrz kibice przywitali go głośnymi okrzykami. Francuz nie przeszedł obok nich obojętnie — zatrzymał się i rozdał kilka autografów.
Całe zajście nagrano i opublikowano na oficjalnym koncie Złotej Piłki w serwisie X. Trudno się zresztą dziwić, że to właśnie wokół Mbappe zrobiło się najgłośniej — Francuz znalazł się w ścisłej dziesiątce tegorocznego plebiscytu. W sezonie branym pod uwagę przez kapitułę strzelił 42 gole w 44 meczach w barwach Realu Madryt, dla którego gra na co dzień. A jeśli doliczyć występy w reprezentacji Francji, bilans robi się jeszcze bardziej imponujący: 58 bramek i 13 asyst w 60 spotkaniach.
Błyszczał przede wszystkim na mistrzostwach świata rozgrywanych w USA, Kanadzie i Meksyku. Strzelił tam 10 goli i został najlepszym strzelcem turnieju, za co odebrał Złoty But.
Kto jeszcze powalczy o statuetkę
Mbappe nie jest jedynym reprezentantem Francji w czołowej dziesiątce. Towarzyszy mu Ousmane Dembele, triumfator plebiscytu sprzed roku, a także Michael Olise, który również trafił do grona dziesięciu najlepszych piłkarzy 2026 roku.
Mocno obsadzona jest też reprezentacja Hiszpanii — świeżo upieczonego mistrza świata. Wśród nominowanych są Lamine Yamal, Rodri oraz Fabian Ruiz. Rodri zresztą zwycięzcą jednej edycji już był — wygrał w 2024 roku.
Listę zamykają piłkarze z czterech innych krajów: szansę na nagrodę ma Norweg Erling Haaland, Anglik Harry Kane oraz Gruzin Chwicza Kwaracchelia. Nie zabrakło też Lionela Messiego — Argentyńczyka, który ma już na koncie osiem Złotych Piłek, czyli rekord, do którego nikt z obecnej stawki nawet się nie zbliża.