Co może wystraszyć człowieka, który latami przesiedział tuż za kulisami zawodowego boksu? Mateusz Borek, znany dziennikarz, odpowiedział na to pytanie na antenie Kanału Sportowego, wracając do wieczoru, który do dziś wspomina jako jeden z najtrudniejszych w swojej karierze.
Mowa o walce Tomasza Adamka z Witalijem Kliczką, która odbyła się 10 września 2011 roku we Wrocławiu. Polak nie zdobył wówczas mistrzostwa świata w wadze ciężkiej. Utytułowany Ukrainiec okazał się zbyt wymagającym rywalem i wygrał przez techniczny nokaut w dziesiątej rundzie. Adamek liczył wtedy na przewagę szybkości, która miała zniwelować fizyczną dominację Kliczki, ale nie zdołał tej przewagi wykorzystać.
Borek był tej nocy w samym centrum wydarzeń. Przez lata kariery Adamka znajdował się w najbliższym otoczeniu pięściarza, a tamten pojedynek obserwował na żywo z pierwszego rzędu. Po walce to on prowadził konferencję prasową, podczas której Adamek siedział tuż przy nim.
Ja byłem na konferencji pierwszy raz w życiu przerażony.
To wyznanie nie jest szukaniem mocnych słów przez komentatora, który chce zabrzmieć efektownie. Borek opisał stan Adamka bez ogródek: „Prowadziłem konferencję, on siedział koło mnie tak zbity, że nie był w stanie wypowiedzieć słowa. Już ten aparat mowy nawet nie pracował, było tylko: 'aaa…'”. Obrazowo wspominał też rękę Kliczki, która po walce wyglądała, jakby Ukrainiec „nałożył jak Lord Vader nakładkę, gdzie była to ręka o metr dłuższa”. A skutki tamtego wieczoru podsumował krótko, bez owijania w bawełnę: „No zbił go strasznie”.
Boks nie wybacza
Tym wspomnieniem Borek przypomniał o brutalnej prawdzie, jaką niesie ten sport. Jak stwierdził, pięściarz jest ciałem, które z czasem się kruszy, a w boksie nie ma ludzi nieśmiertelnych. Te słowa, wypowiedziane przy wspomnieniu zbitego do nieprzytomności Adamka, brzmią jak gorzkie podsumowanie kariery, która dla wielu kibiców miała się zakończyć inaczej.