„Poprosiłem o Marcina Tyburę jako mojego następnego przeciwnika. Jeśli będzie gotowy na grudzień, to chciałbym z nim zawalczyć” — tak Johnny Walker wskazał, kogo chciałby mieć po drugiej stronie klatki w swojej następnej walce.
Brazylijczyk trafił do UFC w 2018 roku dzięki Contender Series i szybko zrobił sobie nazwisko w wadze półciężkiej. Starcia, o którym fani marzyli najbardziej — pojedynku z Janem Błachowiczem — mimo wszystkich starań nigdy jednak nie udało się domknąć.
W kwietniu Walker przegrał z Dominickiem Reyesem po pełnym dystansie, na kartach sędziowskich decyzją podzieloną. Ta porażka, w wieku 34 lat, stała się dla niego punktem zwrotnym. Brazylijczyk postawił wszystko na jedną kartę i przeniósł się do wagi ciężkiej.
Nokaut kolanami w cztery minuty
Debiut w nowej kategorii odbył się na gali UFC 332 i trudno było wymyślić lepszy scenariusz. Walker rozłożył Brytyjczyka Micka Parkina po niecałych czterech minutach walki — seria kolan wystarczyła, żeby wysłać rywala na deski.
Taki powrót do formy od razu otworzył mu drogę do kolejnego, głośnego nazwiska. Marcin Tybura, mający 40 lat, przechodzi obecnie przez najtrudniejszy moment kariery — ma na koncie trzy przegrane walki z rzędu. W tym roku Polak wystąpił w UFC dwukrotnie. Najpierw przegrał jednogłośnie z Tyrellem Fortune po pełnym dystansie, a potem, również po pełnym dystansie, z Aleksandarem Rakiciem.
Dla Walkera starcie z Tyburą byłoby więc i sprawdzianem formy w nowej wadze, i okazją do zmierzenia się z doświadczonym, choć przeżywającym kryzys rywalem. Sam Brazylijczyk nie kryje, że chciałby wrócić do klatki jeszcze w grudniu — a to oznacza, że odpowiedź ze strony Tybury i UFC może przyjść szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.