11 grudnia na Principality Stadium w Cardiff Anthony Joshua stanie w ringu naprzeciw Tysona Fury’ego. A jeszcze kilka tygodni wcześniej na stole leżała zupełnie inna lokalizacja – Madison Square Garden w Nowym Jorku.
Za organizacją gali w USA mocno lobbowali Turki Alalshikh, Dana White oraz Netflix. Joshua i jego promotor myśleli jednak od początku inaczej – naciskali, żeby pojedynek odbył się w Wielkiej Brytanii.
Ta decyzja miała swoją cenę. I to niemałą. Eddie Hearn, promotor Joshuy, ujawnił, że jego zawodnik zrezygnował z ponad 10 milionów funtów, byleby walka mogła odbyć się na Wyspach.
Żeby utrzymać walkę w Wielkiej Brytanii, musiał zrezygnować z ośmiocyfrowej kwoty.
Hearn zaznaczył przy tym, że sam nie chciał decydować o miejscu walki – w końcu na szali były pieniądze Joshuy, nie jego. Ostatnie słowo należało więc do samego boksera. A on zdecydował, że chce walczyć przed własną publicznością.
Miliony po obu stronach Atlantyku
Amerykańskie media podają inną, choć zbliżoną skalę strat. Według ich szacunków obniżka wynagrodzenia Joshuy wyniosła około 13 milionów dolarów. Różnica w walutach i metodologii liczenia niczego tu nie zmienia – cena za walkę na własnym terenie i tak była ośmiocyfrowa.
Stratę odczuł też Turki Alalshikh. Jak sam przekazał, rezygnacja z organizacji gali w Nowym Jorku kosztowała go około 53 milionów funtów.
Mimo przeprowadzki z Manhattanu do Cardiff finansowy układ między pięściarzami został sprawiedliwy – Fury i Joshua mają otrzymać równy udział w puli finansowej z walki. Całość wydarzenia pokaże Netflix, który – choć sam mocno obstawiał wariant nowojorski – i tak pozostał przy projekcie.