„Potwierdziliśmy kalendarz, więc dwa ostatnie Grand Prix – w Katarze i Abu Zabi – odbędą się zgodnie z planem. To nasza decyzja, oparta na informacjach, którymi dysponujemy i zapewnieniach, które otrzymaliśmy. Są to informacje absolutnie niezbędne” – powiedział szef F1 Stefano Domenicali.
W padoku te słowa przyjęto z lekkim niedowierzaniem. Z rozmów prowadzonych za kulisami wynika coś innego: zdecydowana część kierowców nie ma ochoty lecieć na Bliski Wschód, bo obawia się wojny w Iranie i możliwej eskalacji w całym regionie. GP Kataru wyznaczono na 29 listopada, GP Abu Zabi na 6 grudnia. Oficjalnie żadnego z tych wyścigów nikt jeszcze nie odwołał.
Ale deklaracje Domenicalego to jedno, a przygotowania to drugie. Za kulisami ktoś już szykuje wariant awaryjny. Włoski serwis Formula Passion dowiedział się, że na torze w Imoli trwają prace nad tak zwanym „planem B”. Chodzi o zorganizowanie GP Emilia Romagna w miejsce GP Abu Zabi. W takim scenariuszu sezon 2026 skończyłby się 6 grudnia i byłby krótszy o jeden wyścig – bo rundy zastępującej GP Kataru pod koniec listopada po prostu nie da się zorganizować, zarówno z powodów logistycznych, jak i pogodowych.
Dla samych Włochów to ryzykowna gra. Zarządcy toru w Imoli muszą już teraz dostawiać dodatkowe trybuny, nie mając żadnej gwarancji, że grudniowy wyścig w ogóle się odbędzie. Liberty Media, właściciel F1, obiecało jednak zwrócić Włochom poniesione koszty, gdyby GP Emilia Romagna ostatecznie nie doszło do skutku.
Setki milionów na szali
Bo w tle tej całej sprawy stoją naprawdę duże pieniądze. GP Kataru i GP Abu Zabi mają przynieść F1 od 100 do 200 mln dolarów przychodów, a promotorzy obu wyścigów płacą organizatorom jedne z najwyższych stawek w kalendarzu – od 50 do 80 mln dolarów. Umowy Grand Prix mogą jednak zawierać klauzulę siły wyższej. Jeśli wyścig trzeba odwołać z powodu okoliczności niezależnych od promotora – wojny na przykład – klauzula ta przewiduje zwolnienie z opłaty albo jej zmniejszenie. Liberty Media podkreśla, że nie ma tu jednej reguły dla wszystkich – wszystko zależy od zapisów konkretnej umowy.
Precedens już był, i to niedawno. GP Emilia Romagna w Imoli odwołano w 2023 roku z powodu powodzi, która zalała region. Według Autosportu uruchomienie klauzuli siły wyższej oznaczało wtedy, że promotor nie musiał płacić opłaty szacowanej na około 20 mln dolarów. Inaczej wygląda sytuacja, kiedy za odwołaniem stoi wina samego promotora – w takim przypadku Formuła 1 może domagać się nie tylko należnej opłaty, ale też odszkodowania za utracone przychody.
Głosu w tej sprawie nie szczędzą sami kierowcy. Max Verstappen, cytowany przez crash.net, zapytany o ewentualny strajk odpowiedział: „Nie chodzi o to, że powiedziałem, że nie chcę się tam ścigać. Powiedziałem tylko, że chciałbym tam polecieć, ale tylko w odpowiednich warunkach. Ufam F1 i FIA. Wierzę, że podejmą właściwą decyzję, bo mają więcej informacji niż my”. Czterokrotny mistrz świata wolał jednak nie deklarować wprost, czy sam przyłączyłby się do strajku.
Lewis Hamilton przyjął ton znacznie bardziej ostrożny. Siedmiokrotny mistrz świata liczy, że do strajku nie dojdzie, i ma nadzieję, że sytuacja geopolityczna uspokoi się na tyle, by personel F1 mógł bezpiecznie dolecieć do Kataru i Abu Zabi. „Nie znam wszystkich szczegółów tego, co dzieje się w Katarze i Abu Zabi. Nie wiem, jak może się potoczyć sytuacja” – powiedział Hamilton.
„Z jakiegoś powodu nikt nie wspomina, że ostatnio ścigaliśmy się w Azerbejdżanie, który leży tuż obok Iranu. Mam nadzieję, że będziemy się mogli ścigać na Bliskim Wschodzie. Mam nadzieję, że nadejdzie tam pokój i uda się zorganizować oba wyścigi zgodnie z planem, bo to są świetne tory”
Brytyjczyk przypomniał przy tym, że F1 niedawno ścigała się już w Azerbejdżanie – kraju graniczącym z Iranem. Czy to argument, który uspokoi resztę stawki? Odpowiedź przyniosą najbliższe tygodnie, wraz z kolejnymi doniesieniami z Imoli i z samego Bliskiego Wschodu.