Witalij Kliczko, mer Kijowa nieprzerwanie od 2014 roku, zabrał głos w sprawie, która wraca do niego jak bumerang: dlaczego jego dzieci nie mieszkają na Ukrainie i nie mają nic wspólnego z wojną z Rosją. 55-letni polityk, w przeszłości posiadacz mistrzowskich pasów WBC i WBO w boksie zawodowym, tym razem nie owijał w bawełnę i wprost wyjaśnił, czemu jego dzieci od lat żyją poza granicami kraju.
Ma ich troje – dwóch synów i córkę. Najstarszy, Jegor-Daniel, ma 26 lat. Elizawieta-Wiktoria – 23. Najmłodszy, Maksym, właśnie skończył 21. Żadne z nich na Ukrainie nie mieszka. Maksym, mierzący 216 centymetrów, gra w koszykówkę – do niedawna w barwach francuskiego AS Monaco, dziś reprezentuje East Carolina Pirates w amerykańskiej lidze NCAA.
Serwis Sport.ua zapytał wprost o nieobecność synów i córki w ojczyźnie. Kliczko odpowiedział bez wahania: „Moje dzieci nigdy nie mieszkały na Ukrainie. Urodziły się w Ameryce i studiowały w Europie lub Ameryce”.
Zarzuty o hipokryzję
Tyle że to wyjaśnienie nikogo nie uspokoiło. Część mieszkańców Kijowa nie owija w bawełnę i mówi wprost o hipokryzji. Tym bardziej że to właśnie mer wcześniej sam apelował o zaostrzenie kryteriów mobilizacyjnych i sugerował obniżenie wieku poborowych. Na Ukrainie dzieci wpływowych osób publicznych, które siedzą za granicą i omijają wojnę szerokim łukiem, bywają nazywane – z wyraźną pogardą – „Batalionem Monako” albo „Batalionem Londyn”. To określenie pada teraz coraz częściej właśnie przy nazwisku Kliczko.
A sam Witalij Kliczko? W lutym 2022 roku, gdy Rosja ruszyła szturmem na Kijów, z miasta nie wyjechał – został i osobiście organizował jego obronę. Jego bokserska przeszłość mówi zresztą sama za siebie: 45 wygranych walk na 47 stoczonych, ani razu na deskach. Dla krytyków to jednak za mało. Oczekiwaliby, że ta sama determinacja, którą pokazał w ringu i na ulicach oblężonej stolicy, obejmie też jego najbliższą rodzinę.