Co powiedzieć, gdy walka nie kończy się ciosem, tylko kopnięciem w krocze i wymiotami na macie? Muslim Tulshaev zmierzył się z tym pytaniem kilka dni po feralnym incydencie na gali KSW 121 w Libercu.
Sama gala zapowiadała się zresztą zupełnie inaczej. W walce wieczoru Marcin Wójcik miał szansę sięgnąć po tymczasowy pas kategorii ciężkiej, mierząc się ze Stefanem Vojcakiem. Z klatki jako nowy tymczasowy mistrz wyszedł jednak Słowak. Na karcie walk znalazło się też starcie Radosława Paczuskiego z Michałem Michalskim w kategorii średniej — górą był ten drugi. Kacper Formela z kolei pokonał faworyta miejscowej publiczności, Leo Brichtę.
Prawdziwe zamieszanie zaczęło się jednak przy starciu Muslima Tulshaeva z Kacprem Koziorzębskim, ważnym dla czołówki kategorii półśredniej. Na kilka sekund przed końcem pierwszej rundy Koziorzębski wyprowadził efektowne kopnięcie obrotowe. Zamiast widowiskowej akcji, która mogła odmienić losy rundy, trafił prosto w krocze rywala. Konsekwencje były poważne: Tulshaev padł na matę i zwymiotował jeszcze w klatce.
Do akcji wkroczył lekarz. Mimo przerwy Tulshaev nie był już w stanie wznowić pojedynku. Faul Koziorzębskiego uznano za przypadkowy, więc walkę zakończono jako no contest.
„Łatwiej byłoby znieść porażkę”
Kilka dni po gali Muslim Tulshaev zabrał głos na platformie X. Jego słowa nie pozostawiały wątpliwości, jak bardzo przeżył ten wieczór.
Tak naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Nie był to koniec, jaki sobie wyobrażałem. O wiele łatwiej byłoby znieść porażkę niż taki koniec walki. Po wstaniu na nogi wiedziałem, że nie dam już rady jej kontynuować. Dziękuję za wyrozumiałość, przepraszam i pozdrawiam.
Na tym sprawa może się nie skończyć. Obaj zawodnicy chcą rewanżu — mógłby się on odbyć już w styczniu.