Adrian Bartosiński, mistrz kategorii półśredniej KSW, wciąż czeka na transfer do UFC – a marzy o nim od dawna. Problem tkwi w zapisie umowy z KSW, który skutecznie blokuje mu drogę do zmiany organizacji. Zdaniem samego zawodnika winę za tę sytuację ponosi jego były menedżer, Artur Gwóźdź.
Bartosiński nie ukrywa rozgoryczenia. Gdyby kariera potoczyła się po jego myśli, w UFC walczyłby już od dwóch lat. Sporny kontrakt podpisano w czasie, gdy zawodnik współpracował jeszcze z grupą Artnox Fight Sport. To wtedy – twierdzi mistrz KSW – doszło do błędu, który dziś zamyka mu drzwi do amerykańskiej organizacji.
Zawodnik zarzuca byłemu menedżerowi, że ten nie przyjrzał się dokładnie treści umowy z KSW. Sam przyznaje, że prawną stroną dokumentu się nie zajmował – to zostawił menedżerowi i prawnikowi. Przed podpisem usłyszał zapewnienie, że wszystko zostało sprawdzone i że warunki nie odbiegają od tych, jakie mają inni zawodnicy organizacji. O zapisie przedłużającym kontrakt dowiedział się dopiero po czwartej lub piątej walce w KSW.
Artur Gwóźdź nie zostawił tego bez komentarza. Przypomniał, w jakich okolicznościach doszło do podpisania kontraktu. Bartosiński trafił do KSW po występie w programie „Tylko Jeden” – którego zresztą nie wygrał. Zanim mógł dołączyć do organizacji, musiał najpierw rozwiązać wcześniejsze zobowiązania wobec FEN. Gwóźdź podkreśla, że wtedy zawodnikowi bardzo zależało na podpisaniu umowy z KSW i nikt nie zmuszał go do akceptacji przedstawionych warunków.
Rysiewski: chętnie mu dowalę jakąś karę
Głos w sprawie zabrał też Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW. Według niego samo ujawnienie przez Bartosińskiego szczegółów umowy może już być złamaniem zapisów kontraktowych. Rysiewski nie wyklucza, że zawodnik zapłaci za to finansowo.
Nie wiem. Myślę, że jest to złamaniem naszych zapisów kontraktowych, że o tym mówi. Chętnie mu dowalę jakąś karę, szczerze mówiąc.
Cała sprawa dobrze pokazuje, jak bardzo napięte są dziś relacje między mistrzem kategorii półśredniej a jego macierzystą organizacją. Bartosiński pozostaje związany umową, która – jak sam mówi – powstała przez niedopatrzenie jego dawnego otoczenia menedżerskiego. KSW z kolei nie zostawia wątpliwości: publiczne roztrząsanie warunków kontraktu nie ujdzie płazem.