Ile kosztuje jeden nieudany wjazd w Parabolikę? W przypadku Charlesa Leclerca odpowiedź brzmi: prawie 1,9 miliona dolarów – i to nie za cały sezon wypadków, a jako sam wkład w rekordowy rachunek Ferrari za naprawy.
Eksperci gpblog.com policzyli, ile kosztowały tegoroczne kolizje Monakijczyka. Wyszło 1,888 mln dolarów. To nie jest zwykła statystyka sezonu. To antyrekord Formuły 1 – najwyższy dotąd odnotowany koszt napraw powypadkowych jednego kierowcy w ciągu roku.
Najdroższy epizod rozegrał się w Monzy, gdzie Leclerc stracił panowanie nad SF-26 przy wyjściu z Paraboliki. Siła uderzenia sięgnęła 60G, a incydent zmusił organizatorów do przerwania wyścigu czerwoną flagą. Stewardzi uznali, że Monakijczyk stworzył zagrożenie dla rywali, i dołożyli mu 20-sekundową karę. Mimo skali zdarzenia kraksa w Monzy była dopiero drugą najdroższą pojedynczą awarią całego sezonu 2026 – co samo w sobie pokazuje, jak kosztowny był to rok dla stajni z Maranello.
Włoska runda okazała się dla Leclerca po prostu koszmarna – i to określenie pada wprost w ocenach jego występu na Grand Prix Włoch. 28-letni kierowca nie dojechał do mety trzy razy w tym sezonie, choć w Barcelonie został sklasyfikowany jako finiszujący mimo problemów.
Budżet pod presją
Te liczby nabierają wagi w kontekście limitu budżetowego, obowiązującego wszystkie zespoły Formuły 1 – 215 milionów dolarów na sezon. Dla porównania: Lewis Hamilton jako jedyny w stawce ukończył wszystkie okrążenia wyścigowe sezonu aż do weekendu w Madrycie, czyli dokładne przeciwieństwo niestabilności Monakijczyka. Z kolei Lance Stroll zapisał się w historii z innego powodu – jako pierwszy kierowca, który 100 razy odpadł już w Q1, nie zdobywając przy tym ani jednego punktu w całym sezonie.
Dla Ferrari te dane to sygnał ostrzegawczy przed dalszą częścią sezonu. Rachunek za wypadki Leclerca rośnie szybciej niż wyniki na torze – a to kombinacja, której żaden zespół walczący o budżet nie może zignorować.