72 punkty straty do prowadzącego w klasyfikacji Mercedesa – a Ferrari mimo to dalej pompuje zasoby w rozwój bolidu, zamiast już teraz przerzucić wszystkie siły na sezon 2027. Skąd taka decyzja? Odpowiedzi trzeba szukać w strategii, którą włoski zespół przyjął jeszcze przed pierwszym wyścigiem tego roku.
Od startu sezonu ekipa z Maranello postawiła na agresywny rozwój konstrukcji SF-26. Ruch ryzykowny, bo nie chodzi tylko o podwozie – główny problem to jednostka napędowa, wciąż ustępująca rozwiązaniom Forda i Mercedesa. Właśnie dlatego Ferrari sięga po żetony programu ADUO, próbując jak najszybciej odrobić dystans do czołowych producentów silników.
Nie wszyscy wierzą, że taka ofensywa w ogóle mieści się w obowiązujących przepisach. Szef Mercedesa Toto Wolff już jakiś czas temu otwarcie powątpiewał, czy Włosi zdołają zmieścić się w limicie budżetowym.
„Szef Mercedesa Toto Wolff wyrażał wątpliwości, czy Ferrari zmieści się w limicie budżetowym.”
Presja nie znika, bo rywale też nie odpuszczają. Mercedes i McLaren zapowiadają dalszy rozwój swoich bolidów jeszcze w tym sezonie. Inaczej wygląda to w Red Bull Racing – tam raczej postawią kropkę nad obecną konstrukcją i przerzucą uwagę na przygotowania do 2027 roku.
Co dalej z silnikiem na 2027 rok?
Bieżący sezon to dla Ferrari zaledwie fragment większego planu. Na 2027 rok zespół z Maranello szykuje poważne zmiany w koncepcji jednostki napędowej. To jasny sygnał – obecne straty nie są dla Włochów powodem do odwrotu, tylko punktem wyjścia do gruntownej przebudowy.
Liczby na razie mówią same za siebie: 72 punkty do Mercedesa trzeba nadrabiać już teraz, wyścig po wyścigu. Czy agresywna strategia rozwoju zadziała jeszcze w tym sezonie, czy dopiero pod nowe przepisy silnikowe w 2027 roku? To pokaże czas.