Lewis Hamilton trafił do Ferrari z jednym zadaniem – przywrócić włoski zespół na szczyt Formuły 1. Rob Smedley spędził w Maranello dekadę, jeszcze w erze Michaela Schumachera, i twierdzi, że pracownicy zespołu zatrudnieni od co najmniej 20 lat dostrzegają wyraźne podobieństwa między obecnym siedmiokrotnym mistrzem świata a jego wielkim poprzednikiem.
41-letni Brytyjczyk zyskał w tym sezonie na nowych przepisach technicznych Formuły 1. Pierwsze zwycięstwo w barwach Ferrari odniósł w Barcelonie, a na przerwę wakacyjną wyjechał z drugim miejscem w klasyfikacji generalnej kierowców.
Zapytany o wpływ Hamiltona na zespół w podcaście „High Performance Racing”, Smedley nie krył entuzjazmu. „Chcę tu wyróżnić Lewisa. Czuć, że mocno naciska na zespół. Mówiliśmy o tym wcześniej: gdy masz kierowcę o takim statusie, zespół czuje się o 1 proc. bardziej kompetentny” – ocenił, dodając, że Hamilton wnosi do Ferrari dodatkową energię.
Kochają go. Gdy rozmawiam z chłopakami, jeden na jeden albo na czatach grupowych, wszyscy absolutnie go uwielbiają, bo dostarcza odpowiednie wyniki, prawda? Jest siedmiokrotnym mistrzem świata i wiedzą, że to ktoś, kto potrafi dowieźć rezultat. Wciąż może zdobywać tytuły, ale też ich popycha. Popycha ich we właściwy sposób i oni to dostrzegają
Były inżynier wyścigowy dodał coś jeszcze: mechanicy i inżynierzy w fabryce widzą w Hamiltonie kogoś, kto realnie może przynieść kolejne tytuły.
Ferrari czekało na takiego kierowcę od lat
Historia zna już ten scenariusz. Michael Schumacher dołączył do Ferrari w 1996 roku – zespół nie miał wtedy mistrzostwa kierowców od 1979 roku, a tytułu konstruktorów od 1983 roku. Niemiec sięgnął w Maranello po pięć z siedmiu swoich tytułów mistrzowskich, w latach 2000, 2001, 2002, 2003 i 2004. Ferrari w tej erze zgarnęło łącznie sześć tytułów konstruktorów.
Od tamtego czasu włoski zespół czeka na powtórkę tego sukcesu. Ostatni tytuł mistrza świata wśród kierowców Ferrari zdobyło w 2007 roku za sprawą Kimiego Raikkonena, rok później dołożyło jeszcze klasyfikację konstruktorów. Potem – cisza, bez mistrzostwa. I właśnie w tym kontekście porównania między Hamiltonem a Schumacherem nabierają wagi dla tych, którzy pamiętają obie epoki z bliska.