Malaga CF – Deportivo A Coruna 1:1 (1:1)
Tak zakończyło się starcie Malagi CF z Deportivo A Coruna. Gospodarze poszli za ciosem szybko – już w 21. minucie na listę strzelców wpisał się Aubameyang. Przyjezdni nie zwlekali z odpowiedzią. W 34. minucie z rzutu karnego wyrównał Chupe.
To już kolejny remis Deportivo. Tydzień wcześniej drużyna z Riazor również nie wyszła poza podział punktów – z Elche padło 1:1. Wówczas polski obrońca przegrał całe dziewięćdziesiąt minut na boisku. Tym razem było inaczej – w starciu z Malagą Polak zaczynał mecz na ławce rezerwowych.
Deportivo wciąż walczy o utrzymanie
Deportivo A Coruna ma za sobą lata świetności – w 2000 roku klub sięgnął po mistrzostwo Hiszpanii. Dziś priorytety są znacznie skromniejsze. Celem na ten sezon jest utrzymanie się w La Liga, a w starciach z rywalami z dolnej części tabeli liczy się każdy punkt.
W innym meczu tej kolejki CA Osasuna zremisowała z Levante UD 0:0. Środek i dół tabeli hiszpańskiej ligi ponownie pokazały, jak wyrównana jest tam stawka.
Wiadomość obiegła już całą polską piłkę: Hiszpan zostaje asystentem Urbana. Mowa o Vicunie, wieloletnim współpracowniku Jana Urbana, który dołącza teraz do sztabu reprezentacji Polski.
Dla Hiszpana to żadna nowość. Wcześniej pracował już u boku Urbana w Polsce jako jego asystent, więc mówimy raczej o powrocie niż o debiucie. Ten duet kibice znają z trzech klubów – najpierw była Legia Warszawa, potem Zagłębie Lubin, później Lech Poznań. Teraz ich wspólna droga prowadzi na poziom reprezentacyjny.
Vicuna ma też swój sentyment do kadry narodowej. Wspominał choćby mecz z Kazachstanem przy Łazienkowskiej, gdy pracował jeszcze w Legii: „Z Jankiem i Jackiem, kiedy pracowaliśmy w Legii, byliśmy na spotkaniu z Kazachstanem przy Łazienkowskiej – Polska wygrała 3:1”. Pamięta też EURO 2012 – wtedy oglądał mecz z Rosją na Stadionie Narodowym, w towarzystwie Jana i Juana Iribarrena.
Debiut przy hymnie
Nowy asystent Urbana nie będzie długo czekał na swój pierwszy występ w roli członka sztabu kadry. Przy linii bocznej stanie po raz pierwszy 25 września, gdy Polska zagra z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów.
«Szwankowało u nas utrzymanie piłki, kreowanie sytuacji pod bramką, ale wykorzystaliśmy niezły moment w pierwszej połowie, kiedy mieliśmy poprzeczkę, później rzut karny i zdobytą bramkę» — przyznał po meczu trener Ruchu Chorzów Waldemar Fornalik.
Jego zespół pokonał na wyjeździe Stal Rzeszów 1:0. Jedyną bramkę spotkania zdobył Szymon Szymański, wykorzystując rzut karny. To był mecz kończący 5. kolejkę Betclic 1. Ligi.
Dla Ruchu Chorzów to dopiero drugie zwycięstwo w tegorocznej kampanii ligowej. Ale wystarczyło: trafienie Szymańskiego z jedenastego metra dało chorzowianom komplet punktów wywieziony z Rzeszowa.
Fornalik nie krył, że jego drużyna miała problemy z rozegraniem piłki i budowaniem groźnych akcji ofensywnych. Mimo to w pierwszej połowie Ruch stworzył kilka wyraźnych okazji. Najpierw piłka po strzale gości trafiła w poprzeczkę, a chwilę później sędzia wskazał na rzut karny, po którym Szymański nie dał szans bramkarzowi Stali.
Defensywna walka do końca
Obie ekipy postawiły przede wszystkim na porządek z tyłu, ograniczając ryzyko i starając się nie dopuścić do groźnych sytuacji pod własnymi bramkami. Po zdobyciu prowadzenia Ruch mógł więc po prostu kontrolować wynik aż do końcowego gwizdka.
Szkoleniowiec chorzowian podkreślił, że dla jego zawodników liczy się przede wszystkim komplet punktów — jakość samej gry zeszła na drugi plan. Trzy oczka z Rzeszowa to dla Ruchu cenny wynik w walce o wyższe pozycje w tabeli Betclic 1. Ligi.
„Skandaliczne zachowanie kibiców Feyenoordu podczas wyjazdowego meczu z SC Cambuur ma poważniejsze konsekwencje, niż początkowo sądzono” — te doniesienia napłynęły z Holandii tuż po ostatnim spotkaniu ligowym.
Do zajścia doszło już w 13. minucie meczu. A konsekwencje okazały się poważne: rannych zostało siedem osób. Wśród obrażeń lekarze odnotowali urazy oczu oraz oparzenia.
Spotkanie na chwilę przerwano. Sędzia zdecydował jednak o jego wznowieniu, a na boisku triumfował ostatecznie Feyenoord — wygrał z SC Cambuur wysoko, 5:2.
Kluby wyjaśniają sprawę
Mimo zwycięstwa w Feyenoordzie nikt nie mówi o sukcesie bez zastrzeżeń. Klub prowadzi teraz działania wyjaśniające całą sytuację we współpracy z pozostałymi zainteresowanymi stronami. Ze swojej strony SC Cambuur złożył już oficjalne zawiadomienie dotyczące kibiców odpowiedzialnych za incydent.
Sprawa pozostaje otwarta. Holenderskie władze piłkarskie mogą jeszcze wyciągnąć konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych za zajście.
„Stal Rzeszów – Ruch Chorzów 0:1 (0:1)” – taki wynik zapisano po spotkaniu 5. kolejki Betclic 1. Ligi. Gospodarze musieli uznać wyższość gości, którzy przywieźli z Rzeszowa komplet punktów.
Szymon Szymański wpisał się na listę strzelców w 43. minucie. Najpierw karnego nie wykorzystał, ale przy dobitce był czujniejszy od obrońców i dał Ruchowi Chorzów prowadzenie tuż przed przerwą.
Do przerwy wynik już się nie zmienił. Druga połowa też nie przyniosła kolejnych trafień – 0:1 utrzymało się aż do końcowego gwizdka. Rzeszowianie próbowali przełamać defensywę gości, ale bez skutku – schodzili z boiska bez zdobytej bramki. A było jeszcze gorzej: w 5. minucie doliczonego czasu gry Marcin Listkowski ze Stali Rzeszów zobaczył czerwoną kartkę za uderzenie rywala i musiał opuścić murawę przed czasem.
Składy wyjściowe obu drużyn
Trener Stali Rzeszów na start meczu wystawił jedenastkę w składzie: Swiatosław Waniwskyj, Marco Thiede, Władisław Krasowskij, Marcin Kaczor, Ksawery Kukułka, Marcin Listkowski, Sean Goss, Mateusz Leniart, Oliwier Madej, Marvin Rittmueller oraz Szymon Salamon.
Po stronie gości od pierwszej minuty zagrali: Jakub Wrąbel, Filip Wójcik, Nikodem Leśniak-Paduch, Andrej Lukić, Abraham del Moral, Patryk Szwedzik, Szymon Szymański, Shuma Nagamatsu, Mateusz Rosół, Kacper Laskowski oraz Max Pawłowski.
Mecz na trybunach obejrzało 4427 widzów.
Szkoleniowiec Iberii 1999 Tbilisi nie krył rozgoryczenia. Jego zdaniem sędzia skrzywdził drużynę w starciu z Jagiellonią Białystok — taki wniosek trener gruzińskiego zespołu przedstawił na pomeczowej konferencji prasowej.
„Duma Podlasia” na własnym terenie rozbiła rywali 4:0. Wynik sam w sobie nie budził wątpliwości. Po ostatnim gwizdku rozmowy i tak krążyły wokół jednego, konkretnego momentu meczu.
Sporna decyzja przy stanie 0:2
Iberia 1999 przegrywała już 0:2, kiedy piłka wpadła do siatki po strzale Zwiada Naczkebii. Sędzia gola jednak nie uznał — wskazał na faul Nikoloza Dadianiego tuż przed strzałem. Dla Gruzinów to była chwila, która mogła odwrócić losy spotkania. I właśnie do niej trener Iberii 1999 wracał najczęściej, mówiąc o krzywdzie wyrządzonej jego zespołowi.
Jagiellonia dołożyła później kolejne trafienia i zamknęła mecz efektownym 4:0. Goście wyjechali jednak z Białegostoku z niedosytem, przekonani, że to sędziowski werdykt przy stanie 0:2 przesądził o charakterze całego spotkania.
„Jak co tydzień, UEFA postanowiła ukarać polskie kluby za zachowanie kibiców” — pisze Sportowe Fakty, komentując najnowszą decyzję europejskiej federacji wobec Jagiellonii Białystok.
Tym razem na celowniku dyscyplinarnym UEFA znalazła się Jagiellonia. Klub musi zapłacić 60 tysięcy. I to dopiero początek listy.
Do podstawowej kary doszła kolejna — 11 tysięcy. Potem doliczono jeszcze 15 tysięcy. Na koniec UEFA nałożyła najmniejszą z sankcji, 8 tysięcy. W sumie białostocki klub musi rozliczyć się z kilku osobnych kar nałożonych za jednym razem.
Na tym się jednak nie kończy. Członek sztabu szkoleniowego Jagiellonii, Paweł Drechsler, został zdyskwalifikowany na jeden mecz — konsekwencja czerwonej kartki, którą zobaczył w rewanżowym spotkaniu z Hammarby IF.
Raków ukarany tydzień wcześniej
Jagiellonia nie jest jedynym polskim klubem, który ostatnio poczuł surowość UEFA. Tydzień wcześniej Raków Częstochowa dostał karę w wysokości blisko 300 tysięcy. Z tej sumy 60 tysięcy dotyczyło konkretnego przewinienia, osobno rozliczanego przez federację.
Obie decyzje wpisują się w schemat, który powtarza się od jakiegoś czasu — UEFA regularnie karze polskie drużyny występujące w europejskich pucharach.
„Czwartkowe zwycięstwo z FC Thun 1898 w IV rundzie eliminacyjnej Ligi Europy jest najwyższym, jakie klub z Poznania odniósł kiedykolwiek w europejskich pucharach” – i tym właśnie wynikiem żyje teraz cały kibicowski Poznań.
Lech Poznań rozniósł FC Thun 1898 7:0 w czwartkowym meczu IV rundy eliminacyjnej Ligi Europy. To najwyższe zwycięstwo, jakie klub odniósł kiedykolwiek w europejskich pucharach. Po takim starciu podopieczni trenera Nielsa Frederiksena mają awans do fazy zasadniczej rozgrywek praktycznie w kieszeni. Rewanż odbędzie się w Szwajcarii, ale przy siedmiobramkowej przewadze to już będzie czysta formalność.
Historia lubi się powtarzać
To nie pierwsze spotkanie obu klubów. Lech i FC Thun grały ze sobą już w sierpniu 2008 roku, w II rundzie eliminacyjnej Pucharu UEFA. Zespołem z Poznania kierował wtedy Franciszek Smuda. Na wyjeździe Lech rozbił Szwajcarów 6:0, a dwie bramki w tym meczu strzelił niejaki Robert Lewandowski. Resztę trafień dołożyli Hernan Rengifo, Dimitrije Injac i Sławomir Peszko, jedna bramka padła zaś po samobójczym trafieniu rywali.
W rewanżu przy ulicy Bułgarskiej było jeszcze bardziej widowiskowo – 7:1 dla Lecha. Hat-tricka zaliczył wówczas Mikael Ishak, a na listę strzelców wpisali się również Antonio Milić, Joel Pereira, Leo Bengtsson i Filip Jagiełło. Po dwumeczu Lech pewnie awansował do kolejnej rundy, wygrywając łącznie z FC Thun.
Siedemnaście lat później historia zatoczyła koło. Tyle że tym razem wystarczył jeden mecz, by pobić klubowy rekord. Czwartkowe 7:0 to najbardziej okazałe zwycięstwo Lecha Poznań w europejskich pucharach w całej historii klubu. A ta historia sięga sezonu 1978/1979, gdy Kolejorz po raz pierwszy zagrał w europejskich pucharach – i od razu boleśnie przekonał się, jak wygląda druga strona medalu, przegrywając dwumecz I rundy Pucharu UEFA z MSV Duisburg 0:5 na wyjeździe i 2:5 u siebie.
Od tamtej porażki 0:5 do czwartkowego 7:0 minęło wiele lat i wiele pokoleń piłkarzy. Dziś to Poznań dyktuje warunki w europejskich pucharach.
„W minioną środę przed własną publicznością 'The Bhoys’ nie pozostawili złudzeń rywalom, wygrywając 3:0” — tak zakończyło się pierwsze starcie LASK Linz z Celtikiem Glasgow w eliminacjach do Ligi Mistrzów.
Szkocki klub nie dał austriackiemu rywalowi żadnych szans na własnym stadionie. 3:0 — wynik mówi sam za siebie. Bramki dla Celtiku zdobyli Camilo Duran, autor dubletu, oraz Benjamin Nygren.
Teraz czas na rewanż. Spotkanie w Austrii zaplanowano na wtorek 25 sierpnia, początek o godzinie 21:00. Dla Celtiku to w zasadzie formalność do dopełnienia. Dla LASK Linz — być może ostatnia szansa, żeby odwrócić losy dwumeczu.
UEFA oficjalnie potwierdziła, że sędzią głównym tego spotkania będzie Szymon Marciniak. Polski arbiter prowadził już finały Mistrzostw Świata oraz Ligi Mistrzów — trudno o bardziej doświadczoną parę gwizdków przy tak wysokiej stawce.
A stawka jest jasna: zwycięzca dwumeczu zapewni sobie awans do fazy ligowej Ligi Mistrzów. Po korzystnym wyniku z pierwszego meczu to Celtic jest zdecydowanym faworytem. Ale w piłce, jak wiadomo, nic nie jest przesądzone do ostatniego gwizdka.
Gdzie oglądać?
Transmisję z meczu LASK Linz – Celtic FC z udziałem Szymona Marciniaka przeprowadzi Canal+ Extra 1. Kibice śledzący losy polskiego sędziego oraz przebieg rywalizacji o miejsce w Lidze Mistrzów będą mogli obejrzeć spotkanie na żywo.
„Szachtar Donieck nie zagra już domowych spotkań Ligi Mistrzów w Polsce” – donoszą ukraińskie media, opisując decyzję klubu o zmianie miejsca rozgrywania meczów.
Klub przenosi swoje domowe spotkania na stadion Stamford Bridge w Londynie. Tym samym kończy się układ, w którym Szachtar od lat gospodarzył mecze europejskich pucharów na polskich obiektach.
Decyzja nie jest jednak wolna od kontrowersji. Ukraińskie media wskazują, że przeniesienie meczów do Londynu rodzi poważne problemy logistyczne dla kibiców. Serwis tribuna.com zwraca uwagę na obawy dotyczące niskiej frekwencji – dłuższa podróż i dodatkowe przekroczenie granicy jeszcze bardziej skomplikują i tak już niełatwą logistykę dla fanów klubu.
Droższe bilety, ale i większe wpływy
Londyn to zupełnie inne realia finansowe. Średnia cena biletu na mecz Chelsea w Premier League wynosi około 70 funtów – znacznie więcej niż w Bundeslidze czy PKO Ekstraklasie. Dla Szachtara może to jednak oznaczać konkretną korzyść: przeprowadzka do Londynu daje klubowi szansę na wyższe wpływy z biletów, nawet jeśli na trybunach zasiądzie mniej kibiców niż dotąd.
Klub staje więc przed dylematem. Z jednej strony wyższe wpływy finansowe, z drugiej – utrudniony dostęp dla własnych kibiców, którzy będą musieli pokonać dłuższą trasę i dodatkową granicę, by dopingować drużynę grającą „u siebie” w cudzym mieście.