Sześć porażek z rzędu – tyle musiała znieść Julija Starodubcewa, zanim znów poczuła smak zwycięstwa. Seria urwała się w pierwszej rundzie turnieju WTA 500 w Monterrey.
Ukrainka pokonała Austriaczkę Lilli Tagger 6:3, 6:4. To był jej pierwszy wygrany mecz od ponad dwóch miesięcy. Dla zawodniczki, która od tygodni szukała formy, to coś więcej niż zwykły awans po pierwszej rundzie.
Meksykański turniej miał też inne niespodzianki. Nikola Bartunkova zatrzymała Chorwatkę Antonię Ruzić, wygrywając 6:4, 6:3. Czeszka od pierwszego gema trzymała mecz pod kontrolą w obu setach.
Kolejna Ukrainka w dobrym stylu
Nie tylko Starodubcewa miała powody do zadowolenia. Oleksandra Olijnikowa rozprawiła się z Egipcjanką Mayar Sherif, triumfując 6:3, 6:4 – wynik niemal identyczny z tym, jaki jej rodaczka zanotowała w meczu z Tagger.
Pierwsza runda w Monterrey pokazała wyraźny trend: zawodniczki spoza czołówki rankingu potrafiły zaskoczyć bardziej utytułowane rywalki. Dla Starodubcewej liczy się jednak przede wszystkim jedno – seria sześciu porażek wreszcie się skończyła.
Co tak naprawdę blokuje Mercedesowi drogę na szczyt stawki F1 w 2026 roku? Sam zespół odpowiada bez wahania – pieniądze. Limit wydatków, który dziś wynosi około 215 milionów dolarów na sezon, nie pozwala ekipie z Brackley nadążyć za tempem rozwoju narzuconym przez Ferrari i McLaren.
Na torze sytuacja Mercedesa wygląda tymczasem coraz gorzej. Broniący tytułu Lando Norris wygrał w Zandvoort drugi z rzędu wyścig sezonu 2026. To Ferrari i McLaren przerwały dominację niemieckiego zespołu – dzięki serii ulepszeń wprowadzanych w ostatnich tygodniach.
Toto Wolff nie owija w bawełnę. Szef Mercedesa wprost przyznał, że jego zespół nie jest w stanie dorównać rywalom tempem rozwoju bolidu. W praktyce oznacza to jedno: model W17 nie doczeka się większych poprawek, dopóki stawka nie wyjedzie ponownie poza Europę.
Do tego dochodzi problem, który kosztował zespół dużo więcej niż sam limit budżetowy. Jak przyznał Wolff, przez kłopoty z niezawodnością Mercedes zostawił na stole od 50 do 100 punktów.
Zostawiliśmy między 50 a 100 punktów na stole z powodu problemów z niezawodnością.
Rywale nie zwalniają tempa
Mercedes czeka na dogodniejszy moment kalendarza. Ferrari i McLaren czekać nie zamierzają. Obie ekipy w ostatnich tygodniach poprawiły swoje bolidy i to one dziś dyktują warunki w stawce. Wygrana Norrisa w Zandvoort to najświeższy dowód na to, jak przewaga rozwojowa przekłada się na wyniki na torze.
Własny kolega z zespołu potrafi być najtrudniejszym rywalem na torze. Przekonał się o tym Carlos Sainz, który za kolizję z Alexandrem Albonem podczas GP Holandii Formuły 1 zapłacił karą 10 sekund – i to mimo że sam bez wahania przyznał się do winy.
Do incydentu doszło cztery okrążenia przed metą. Sainz i Albon, obaj jeżdżący dla Williamsa, zetknęli się w pierwszym zakręcie, kiedy Tajczyk próbował atakować kolegę z zespołu po zewnętrznej stronie toru.
Kontakt nie obyło się bez szkód. Bolid Albona stracił fragment bocznej części podłogi, co ostatecznie zmusiło go do wjazdu do alei serwisowej.
Sainz nie szukał wymówek. Od razu wziął na siebie pełną odpowiedzialność za kontakt z Albonem – sędziowie i tak dołożyli mu dziesięć sekund do czasu wyścigu.
Hiszpan próbował jednak nieco złagodzić wymowę zdarzenia, sięgając po znacznie głośniejszy przykład z historii Formuły 1. Porównał swoją kolizję z Albonem do słynnego zderzenia kierowców Red Bull Racing na GP Azerbejdżanu w 2018 roku, podkreślając, że jego wypadek był dużo mniej poważny.
Czy sędziowie Formuły 1 mieli rację, karząc Franco Colapinto dwukrotnie w jednym wyścigu na Holandii? Sam kierowca uważa, że nie. Jego sponsor zresztą też.
Kłopoty Argentyńczyka zaczęły się już na starcie, gdy złamał przepisy obowiązujące podczas żółtych flag. Nie zdołał w porę przerwać manewru wyprzedzania Yukiego Tsunody. Sędziowie nie mieli litości – nałożyli na niego karę przejazdu przez aleję serwisową. Bolało tym bardziej, że tuż przed karą kierowca Alpine zdążył wskoczyć do czołowej dziesiątki.
Colapinto nie krył rozgoryczenia. Werdykt sędziów nazwał „niezwykle surowym”. I na tym się nie skończyło – w tym samym wyścigu dostał drugą karę, tym razem 10-sekundową, znów za naruszenie przepisów w okresie żółtej flagi. Warto pamiętać, że dwanaście punktów karnych zebranych w ciągu roku kalendarzowego oznacza automatyczne zawieszenie na jeden wyścig.
Sponsor dołącza do krytyki
Głos w sprawie zabrał też Sean Summers, szef marketingu w Mercado Libre – firmie, która sponsoruje Colapinto. Summers nie przebierał w słowach. Wpis opublikował na platformie X, od razu oznaczając oficjalne konto FIA.
Sędziowie zabijają integralność F1
Mercado Libre związało się z Colapinto już przy jego debiucie w Williamsie podczas GP Włoch w 2024 roku. Od tego czasu firma poszerzyła współpracę i stała się jednym z głównych sponsorów zespołu Alpine.
Kontrowersje wokół kar nakładają się na słaby sezon Argentyńczyka pod względem wyników. W klasyfikacji 2026 roku Colapinto ma dotąd 19 punktów, podczas gdy jego zespołowy kolega Pierre Gasly zgromadził już 44. Różnica rzuca się w oczy tym bardziej, że Alpine stawia na rozwój bolidu – auto Gasly’ego otrzymało najnowsze ulepszenia modelu A526.
Dlaczego Hamilton był wściekły na Ferrari po GP Holandii? Po wyścigu w Zandvoort Brytyjczyk nie gryzł się w język i wprost wezwał włoski zespół do większej elastyczności przy zarządzaniu strategią. Jego zdaniem to decyzje zza muru, a nie samo tempo bolidu, kosztowały go szansę na lepszy wynik.
Źródłem frustracji był brak team orders w środkowej fazie wyścigu. Sytuacja zrobiła się skomplikowana, gdy jeden z kierowców Ferrari wyprzedził Oscara Piastriego na 35. okrążeniu — moment, który przetasował układ sił z przodu stawki. Zdaniem Hamiltona zespół tego później nie wykorzystał. Sam Brytyjczyk zameldował się u mechaników na 43. okrążeniu, czekając na sygnał, którego — jak sugeruje — po prostu zabrakło.
Na antenie F1 TV nie chciał wchodzić w szczegóły. Zapowiedział tylko, że temat strategii omówi poza kamerami, po powrocie do bazy zespołu. „Omówimy to poza anteną, porozmawiam o tym z Ferrari po powrocie” — powiedział.
Na przebieg wyścigu wpłynął też wirtualny samochód bezpieczeństwa, wywołany na 70. okrążeniu. Ta neutralizacja pomogła rywalowi walczącemu bezpośrednio z Hamiltonem i odebrała Brytyjczykowi część przewagi, którą wcześniej wypracował na torze.
Problem nie tylko w strategii
Hamilton wskazał też na deficyt osiągów samego bolidu. Jak stwierdził, Ferrari traci około 0,4 sekundy na okrążeniu wyłącznie na prostych. „Tracimy tutaj około 0,4 s na okrążeniu tylko na prostych” — ocenił. Tyle wystarczyło, by w kluczowych momentach wyścigu tracić kontakt z rywalami walczącymi o czoło stawki.
Mimo trudnego weekendu w Zandvoort Hamilton zrównał się punktami z Georgem Russellem na drugim miejscu klasyfikacji kierowców. Do lidera, Kimiego Antonellego, traci jednak wciąż 59 punktów — a przy obecnym tempie Ferrari ten dystans nie zniknie szybko.
Podsumowując weekend, Hamilton nie krył, że przed zespołem stoi konkretne zadanie. Jeśli Ferrari ma walczyć o czołowe pozycje i zmniejszyć dystans do rywali, musi realnie podnieść moc jednostki napędowej. „Jeśli mamy walczyć i zmniejszyć do nich dystans, naprawdę musimy podnieść moc” — podsumował Brytyjczyk.
Ile punktów dzieli dziś 15-letniego Polaka od fotela lidera hiszpańskiej Formuły 4? Po czwartej rundzie sezonu odpowiedź brzmi: 18. Borys Łyżeń awansował na drugie miejsce w klasyfikacji generalnej i wciąż ma otwartą drogę do mistrzowskiego tytułu.
Czwarta runda odbyła się na torze Circuito de Madrid Jarama. Zawody trwały dwa dni, a sam obiekt nie ułatwiał życia stawce. „Tor sprzyjał kontaktowej jeździe, co powodowało wiele wyjazdów samochodu bezpieczeństwa” – i to właśnie te przerwy, plus ścieśnione ustawienia po restartach, w dużej mierze zdecydowały o przebiegu weekendu.
Nie obyło się bez kontrowersji wokół Borysa Łyżenia, 15-letniego kierowcy z Polski. Po drugim wyścigu sędziowie ukarali go 10-sekundową karą za kontakt z Vivekiem Kanthanem. Punkty zebrane w Jaramie i tak wystarczyły, by przesunąć się na drugą pozycję w tabeli.
Po czterech rundach Polak ma na koncie 122 punkty. Od lidera, Kaspera Schormansa, dzieli go zaledwie 18 „oczek”. Przy kilku rundach jeszcze do rozegrania to dystans, który wciąż można odrobić.
Żal za pierwszym wyścigiem
Sam zainteresowany nie krył niedosytu po pierwszym starcie weekendu. „Szkoda pierwszego wyścigu, bo miałem już sporą przewagę, ale ostatni restart nie był najlepszy i kolega z zespołu dobrze to wykorzystał” – przyznał Borys Łyżeń.
„Szkoda pierwszego wyścigu, bo miałem już sporą przewagę, ale ostatni restart nie był najlepszy i kolega z zespołu dobrze to wykorzystał”
Strata do prowadzącego w klasyfikacji Schormansa pozostaje odrabialna. Druga pozycja po czterech rundach pokazuje jedno: młody Polak jest realnym kandydatem do mistrzostwa hiszpańskiej Formuły 4.
Ile lat może mieć koszykarz, który wciąż trafia co trzeci rzut za trzy punkty i potrafi realnie pomóc drużynie w walce o punkty ligowe? W przypadku najnowszego wzmocnienia Górnika Zamek Książ Wałbrzych odpowiedź brzmi: 38.
Klub z Wałbrzycha oficjalnie potwierdził transfer Michała Nowakowskiego. Doświadczony rozgrywający dołączy do zespołu przed sezonem 2026/2027.
W Górniku Zamek Książ nie kryją, do czego dążą – chcą mieć jak najszerszą i jak najmocniejszą kadrę na nadchodzące rozgrywki. Ściągnięcie 38-letniego zawodnika z bogatym doświadczeniem w Polskiej Lidze Koszykówki ma być właśnie elementem tej układanki.
Liczby Nowakowskiego z ostatniego sezonu w PLK
W minionych rozgrywkach Polskiej Ligi Koszykówki Nowakowski notował średnio 6,7 punktu na mecz. Do tego dokładał 3,0 zbiórki w każdym spotkaniu. A skuteczność zza łuku robi wrażenie – 35 procent trafień z dystansu.
Te liczby pokazują zawodnika, który mimo metryczki wciąż jest użyteczny na parkiecie – zwłaszcza jako rzucający rozgrywający, na którego mogą liczyć młodsi koledzy z zespołu. Dla Górnika Zamek Książ to sygnał, że budowa składu na sezon 2026/2027 idzie zgodnie z planem.
Co takiego zrobił Enes Kanter Freedom, że ochrona musiała wyprowadzić go z Wintrust Arena w Chicago w trakcie meczu WNBA? Sprawa okazuje się prosta i jednocześnie wybuchowa: doszło do ostrej wymiany zdań z Natashą Cloud tuż przy parkiecie, a całą sytuację zakończyła interwencja służb porządkowych.
Byłego zawodnika NBA wyprowadzono z hali podczas spotkania Indiana Fever z Chicago Sky właśnie po tej konfrontacji. Do spięcia doszło w newralgicznym momencie – podczas przerwy na żądanie, gdy Indiana Fever prowadziła 81:75.
Kontrowersje zaczęły się zresztą wcześniej. Jeszcze przed kłótnią Kanter Freedom pojawił się na trybunach w koszulce z wydrukowaną definicją słowa „kobieta” – i to samo w sobie ściągnęło na niego uwagę mediów i kibiców, zanim jeszcze padł pierwszy sygnał do gry.
Prowokacyjny wpis w mediach społecznościowych
Zanim doszło do wyprowadzenia z hali, Kanter Freedom zdążył jeszcze wrzucić do sieci zdjęcie zrobione spod toalety. Podpis był krótki: „Jest przerwa i muszę skorzystać z toalety… Zasady to zasady WNBA”. Ironiczny ton wpisu tylko dolał oliwy do ognia.
„Jest przerwa i muszę skorzystać z toalety… Zasady to zasady WNBA”
Sam mecz, mimo całego zamieszania na trybunach, rozstrzygnął się jednoznacznie na parkiecie. Indiana Fever rozgromiła Chicago Sky 113:90.
Kto stał tuż obok jednej z najpopularniejszych koszykarek świata przed meczem WNBA w Chicago? Odpowiedź zaskoczyła kibiców futbolu i koszykówki w równym stopniu — Robert Lewandowski spotkał się z Caitlin Clark przed spotkaniem rozgrywanym w Chicago.
Jako pierwszy o niecodziennym spotkaniu poinformował klub Indiana Fever, publikując wpis na Instagramie. Pod zdjęciami klub napisał wprost: „Caitlin Clark spotkała się z piłkarzem Robertem Lewandowskim przed dzisiejszym meczem w Chicago”.
Caitlin Clark spotkała się z piłkarzem Robertem Lewandowskim przed dzisiejszym meczem w Chicago
Sam mecz? Wyraźne zwycięstwo drużyny Clark. Indiana Fever pokonała gospodynie z Chicago 113:90. Do spotkania z polskim piłkarzem doszło jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji na parkiecie, a kadr z jego udziałem błyskawicznie obiegł sieć za sprawą klubowych mediów społecznościowych.
Nieoczywiste spotkanie dwóch światów sportu
Lewandowski, na co dzień kojarzony wyłącznie z boiskami piłkarskimi, tym razem znalazł się w zupełnie innym środowisku — na parkiecie WNBA, obok gwiazdy, która w ostatnich sezonach zrewolucjonizowała zainteresowanie amerykańską ligą koszykówki kobiet. To Indiana Fever, klub Caitlin Clark, jako pierwsze pochwaliło się tym spotkaniem publicznie. Wynik 113:90 dla Fever dopełnił udanego wieczoru w Chicago.
Ile mogły być warte prezenty, jakie prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego przyjął od szefa upadłej giełdy kryptowalut? Dziennikarze Szymon Jadczak i Michał Fuja opublikowali w poniedziałek śledztwo Wirtualnej Polski i TVN24, z którego wynika, że korzyści trafiające do Radosława Piesiewicza i jego bliskich mogły sięgnąć nawet 216 tys. zł.
Reporterzy prześwietlili relacje Piesiewicza z Przemysławem Kralem, szefem Zondacrypto. Z ich wyliczeń wynika, że wartość korzyści, które trafiły do prezesa PKOl i jego rodziny, wyniosła od 190 do 216 tys. zł. Sam zegarek, jaki miał otrzymać Piesiewicz, wyceniono na około 172 tys. zł.
Droga od siatkówki do szczytu polskiego sportu
Piesiewicz ma 45 lat i z wykształcenia jest prawnikiem. Skończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, do tego doszły studia MBA. Do świata sportu trafił w latach 2016-2017 jako wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Później kierował Polską Ligą Koszykówki, a w latach 2018-2024 stał na czele Polskiego Związku Koszykówki. Prezesem PKOl jest od 22 kwietnia 2023 roku.
Przed igrzyskami w Paryżu jego twarz patrzyła na Polaków z banerów rozstawionych w całym kraju pod hasłem „Polska elita w Paryżu”. Sama impreza nie należała do tanich: Dom Polski w Paryżu kosztował 12 mln zł, a wejściówka dla zwiedzających – 30 euro.
To nie pierwsze doniesienia wokół finansów szefa PKOl – wcześniej pisano, że jego zarobki sięgały na starcie 100 tys. zł. Media ustaliły też, że Piesiewicz z rodziną aż 35 razy skorzystał z odpraw VIP na Lotnisku Chopina, rozliczanych w ramach umowy barterowej. Za taką usługę płaci się 1600 zł za pierwszą osobę i 1000 zł za każdą kolejną.
Najnowszy kryzys wokół prezesa PKOl ma jednak inne źródło – to afera wokół Zondacrypto, giełdy kryptowalut, która sponsorowała komitet. A skala problemu jest ogromna: śledczy szacują straty klientów giełdy na co najmniej 2,4 mld zł.