⚡ Aktualnie:
Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju

Czy jeden z najwybitniejszych koszykarzy w historii NBA mógł przy okazji przykładać rękę do upadku karier własnych partnerów z zespołu? Zdaniem Kwame’a Browna, byłego numeru jeden draftu, odpowiedź brzmi: tak.

Brown, wybrany przez Washington Wizards z najwyższym numerem draftu 2001 roku bezpośrednio po szkole średniej, nie owijał w bawełnę podczas występu w programie „The Basketball Show”. Jego zdaniem LeBron James nigdy nie zasłużył na miejsce w jednym gronie z Michaelem Jordanem i Kobe Bryantem – zwłaszcza tam, gdzie liczy się to najbardziej, czyli w decydujących momentach meczów.

Mówię to wprost, ponieważ ludzie umieszczają go w tej kategorii, a ja po prostu tego nie widzę. Długowieczność pozwoliła mu wykręcić takie liczby, ale w kluczowych momentach widzę w nim zwyczajnego zawodnika

Brown poszedł dalej i zestawił zachowanie Jamesa w kluczowych fazach spotkań z postawą Bryanta i Jordana. Różnica, jego zdaniem, jest zasadnicza.

LeBron czasami potrafi się wycofać. Nigdy nie widziałem, żeby Kobe czy MJ unikali odpowiedzialności w takich momentach. Oni byli stworzeni do rozstrzygania tego typu spotkań

Jako przykład takiej gotowości do brania odpowiedzialności przywołuje się finały NBA z 1997 roku. Wtedy Jordan – zamiast szukać własnego rzutu – podał piłkę Steve’owi Kerrowi. Ten trafił, dając Chicago Bulls prowadzenie i ostatecznie zwycięstwo w serii.

„Toksyczne odpady” machiny marketingowej

Najostrzejsze słowa Brown zarezerwował jednak na opis samego mechanizmu, jaki – jego zdaniem – narósł wokół Jamesa. Nazwał go maszyną, nie zwykłym człowiekiem.

Myślałem, że LeBron James jest po prostu człowiekiem, ale z czasem zrozumiałem, że stanowi część większej machiny. LeBron James to maszyna, przede wszystkim marketingowa, a nie pojedynczy człowiek. Kiedy stajesz naprzeciwko takiej machiny, produkuje ona toksyczne odpady. To, co pozwala jej dobrze wyglądać, jednocześnie niszczy wszystko, co znajduje się wokół

Tymi „toksycznymi odpadami” mają być kariery konkretnych koszykarzy. Brown wymienił z nazwiska Russella Westbrooka, Daltona Knechta oraz Andrew Wigginsa – zawodników, których rozwój ucierpiał, jak twierdzi, w otoczeniu Jamesa. Wiggins, przypomnijmy, sam był kiedyś numerem jeden draftu – w 2014 roku – zanim trafił do Minnesota Timberwolves w wymianie za Kevina Love’a.

Brown nie oszczędził też wątku rodzinnego. Skrytykował obecność Bronny’ego Jamesa w lidze, sugerując, że o miejscu syna gwiazdy w NBA zadecydowały względy polityczne, a nie czysto sportowe. Dorzucił do tego zarzut, że sam LeBron zbyt mocno koncentruje się na własnych statystykach indywidualnych.

Dwie różne kariery, dwa różne dorobki

Warto zestawić biografie obu koszykarzy, bo kontrast jest wyraźny. Brown spędził w lidze 12 sezonów w barwach siedmiu różnych klubów i zakończył karierę w 2013 roku z bilansem 607 rozegranych meczów oraz średnimi 6,6 punktu i 5,5 zbiórki.

James tymczasem rozegrał ponad 1600 spotkań sezonu zasadniczego przy średnich 26,8 punktu, 7,5 zbiórki i 7,4 asysty. Do tego cztery mistrzostwa NBA, cztery nagrody MVP sezonu regularnego i cztery MVP finałów. W obecnym sezonie 2025-26, mając 41 lat i grając w Los Angeles Lakers, wciąż notuje 20,9 punktu, 6,1 zbiórki i 7,2 asysty na mecz, a do tego otrzymał kolejne powołanie na Mecz Gwiazd. W 302 spotkaniach play-off jego średnie wynoszą 28,2 punktu, 8,9 zbiórki i 7,2 asysty. Przed sezonem 2026-27 James zmienił zresztą barwy klubowe – przeniósł się do Philadelphia 76ers.

Słowa Browna z pewnością wywołają dyskusję wśród kibiców. Tym bardziej że padły z ust człowieka, który sam nosił niegdyś etykietę numeru jeden draftu, zanim jego kariera potoczyła się zupełnie inaczej niż ta Jamesa.

Co powiedzieć, gdy walka nie kończy się ciosem, tylko kopnięciem w krocze i wymiotami na macie? Muslim Tulshaev zmierzył się z tym pytaniem kilka dni po feralnym incydencie na gali KSW 121 w Libercu.

Sama gala zapowiadała się zresztą zupełnie inaczej. W walce wieczoru Marcin Wójcik miał szansę sięgnąć po tymczasowy pas kategorii ciężkiej, mierząc się ze Stefanem Vojcakiem. Z klatki jako nowy tymczasowy mistrz wyszedł jednak Słowak. Na karcie walk znalazło się też starcie Radosława Paczuskiego z Michałem Michalskim w kategorii średniej — górą był ten drugi. Kacper Formela z kolei pokonał faworyta miejscowej publiczności, Leo Brichtę.

Prawdziwe zamieszanie zaczęło się jednak przy starciu Muslima Tulshaeva z Kacprem Koziorzębskim, ważnym dla czołówki kategorii półśredniej. Na kilka sekund przed końcem pierwszej rundy Koziorzębski wyprowadził efektowne kopnięcie obrotowe. Zamiast widowiskowej akcji, która mogła odmienić losy rundy, trafił prosto w krocze rywala. Konsekwencje były poważne: Tulshaev padł na matę i zwymiotował jeszcze w klatce.

Do akcji wkroczył lekarz. Mimo przerwy Tulshaev nie był już w stanie wznowić pojedynku. Faul Koziorzębskiego uznano za przypadkowy, więc walkę zakończono jako no contest.

„Łatwiej byłoby znieść porażkę”

Kilka dni po gali Muslim Tulshaev zabrał głos na platformie X. Jego słowa nie pozostawiały wątpliwości, jak bardzo przeżył ten wieczór.

Tak naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Nie był to koniec, jaki sobie wyobrażałem. O wiele łatwiej byłoby znieść porażkę niż taki koniec walki. Po wstaniu na nogi wiedziałem, że nie dam już rady jej kontynuować. Dziękuję za wyrozumiałość, przepraszam i pozdrawiam.

Na tym sprawa może się nie skończyć. Obaj zawodnicy chcą rewanżu — mógłby się on odbyć już w styczniu.

Nockaut jego rywali, seria zwycięstw bez skazy po drugiej stronie klatki — a pytanie brzmi jedno: czy Damian Piwowarczyk przerwie tę passę? Noc z 22 na 23 września da odpowiedź. Zawodnik z Białogardu wejdzie do oktagonu Dana White’s Contender Series naprzeciw niepokonanemu Niemcowi Emilio Quissui, a stawką jest coś więcej niż zwycięstwo — miejsce w gronie Polaków walczących w UFC.

Zanim doszło do starcia, obaj zawodnicy zmierzyli się wzrokiem na ceremonii ważenia. Piwowarczyk zameldował się na wadze z wynikiem 205 funtów. To właśnie ich pojedynek otworzy całą kartę wieczoru — pierwsza walka gali DWCS.

Quissua to przeciwnik, obok którego trudno przejść obojętnie. Ma 29 lat, pochodzi z niemieckiego Haldensleben i może pochwalić się kompletem zwycięstw. Bilans 8-0 mówi sam za siebie. Ostatni rok spędził w organizacji OKTAGON MMA, ale postanowił zerwać ten kontrakt, żeby spróbować sił na DWCS i powalczyć o miejsce w UFC. W styczniu potwierdził dobrą formę, pokonując Jorick Montagnaca — to była jego ostatnia walka przed starciem z Polakiem.

Piwowarczyk do Las Vegas nie jedzie jako przypadkowy gość. Za nim 11 wygranych i 4 porażki. W marcu efektownie znokautował Sergiusza Zająca — trzecie zwycięstwo z rzędu, i znów przed czasem.

Stawka: miejsce w historii polskiego MMA

Wygrana oznaczałaby dla Polaka coś więcej niż punkty w statystykach. Zostałby trzydziestym ósmym rodakiem w historii, który podpisał kontrakt z UFC. W tym roku taką sztukę wykonał już Damian Rzepecki.

Gala Dana White’s Contender Series odbędzie się w Las Vegas. Starcie Piwowarczyka z Quissuą zaplanowano na około 01:00 czasu polskiego, w nocy z 22 na 23 września. Transmisję obejrzą posiadacze abonamentu UFC Fight Pass.

Czy Damian Piwowarczyk, wciąż związany kontraktem z KSW, może w ogóle wystąpić w Dana White’s Contender Series i powalczyć o umowę z UFC? Owszem, może — organizacja zgodziła się wypożyczyć go na jedną noc, licząc na to, że wróci z kontraktem do największej federacji MMA na świecie.

Dyrektor sportowy KSW Wojsław Rysiewski nie zostawił złudzeń co do tego, co stanie się w scenariuszu przeciwnym. Przegra, nie dostanie propozycji z UFC? Drzwi do KSW pozostaną otwarte. To rzadki układ w świecie MMA, gdzie promocje zwykle niechętnie puszczają swoich zawodników na testy do konkurencji.

Piwowarczyk będzie jedynym Polakiem w tegorocznej edycji DWCS. Na koncie ma 11 zwycięstw i 4 porażki w zawodowym MMA, a bilans robi wrażenie z jednego powodu: aż dziesięć z jedenastu wygranych zakończył przed czasem. To nie jest zawodnik, który lubi czekać na werdykt sędziów.

Droga do tego momentu nie była prosta. Piwowarczyk przegrywał wcześniej z Rafałem Haratykiem i Marcinem Wójcikiem. Po tych potknięciach odpowiedział serią trzech zwycięstw przez skończenie — pokonał Bartosza Szewczyka przez techniczny nokaut, poddał gilotyną Cedrica Lushimę, a Sergiusza Zająca zastopował już w drugiej rundzie. To właśnie ta seria finiszów przekonała ludzi z DWCS, by dać mu szansę na testy.

Rywal bez porażki w zawodowej karierze

Naprzeciw Polaka stanie niepokonany Emilio Quissua z Niemiec, który może pochwalić się ośmioma zwycięstwami w zawodowym MMA. Pięć z nich padło przez nokaut — sygnał, że Piwowarczyk trafił na równie skutecznego finiszera. Quissua zbierał doświadczenie między innymi w OKTAGON MMA i UAE Warriors, organizacjach, które regularnie wystawiają zawodników gotowych na skok do UFC.

Starcie odbędzie się w kategorii półciężkiej, w siódmym tygodniu dziesiątego sezonu DWCS. Trener Piwowarczyka, Bartosz Fabiński, potwierdził na Instagramie, że najważniejsza formalność jest już za zawodnikiem. „Waga zrobiona. Walka około 1 w nocy z 22 na 23 września” — napisał, zamykając temat przygotowań i otwierając odliczanie do walki, która może odmienić karierę Polaka.

Gdzie i kiedy w końcu ujrzymy Tysona Fury’ego naprzeciw Anthony’ego Joshui? Według najnowszych doniesień pod rozwagę bierze się 11 grudnia jako nową datę tej walki. Informację podał The Athletic, a jej treść opisał Reuters.

Sprawa nie jest jeszcze przesądzona — data 11 grudnia nie została oficjalnie potwierdzona i wciąż może się zmienić. Na ostateczną decyzję czekają obozy obu pięściarzy, Netflix, Turki Al-Sheikh oraz saudyjska spółka Sela. A stawka jest ogromna: wartość całego przedsięwzięcia ma zbliżać się do 200 mln dolarów.

To spora zmiana względem tego, co słyszeliśmy przez ostatnie miesiące. Przez długi czas głównym kandydatem na termin walki był listopad. Jeszcze w czerwcu Eddie Hearn przekonywał, że Wembley jest „zdecydowanym faworytem” do organizacji pojedynku w Wielkiej Brytanii. Potem jednak najbardziej konkretną propozycją stał się 20 listopada i Madison Square Garden w Nowym Jorku.

Za powrotem tematu Wielkiej Brytanii stał przede wszystkim sam Joshua. On i jego obóz obstawali przy zapisie kontraktowym, który mówił wprost o walce na Wyspach. Organizatorzy i Netflix mieli inne priorytety — woleli termin i miejsce korzystniejsze dla amerykańskiej widowni. Na początku września Eddie Hearn poinformował jednak, że rozmowy dotyczące Wembley zostały ponownie otwarte.

Cardiff zamiast Londynu

Teraz na prowadzenie jako miejsce walki wysunął się nie Londyn, a Cardiff. Principality Stadium ma być obecnie faworytem do organizacji gali. Stadion pomieści ponad 73 tysiące widzów i, co istotne dla organizatorów, dysponuje zamykanym dachem.

I to właśnie dach może okazać się kluczowy przy ustalaniu godziny walki. W przeciwieństwie do Wembley, Principality Stadium daje większą swobodę przy bardzo późnym rozpoczęciu gali. Rozważany jest kompromisowy start około godziny 1:00 czasu brytyjskiego, co odpowiada godzinie 20:00 na wschodnim wybrzeżu USA — rozwiązanie, które ma pogodzić widzów na Wyspach z kluczowym dla Netfliksa rynkiem amerykańskim.

Warto pamiętać, że lista rozważanych lokalizacji była znacznie dłuższa. Wcześniej jako miejsce walki brano pod uwagę także Las Vegas i Dublin. Ostatecznie jednak, jak podaje Reuters, to Tyson Fury miał zgodzić się na walkę w Wielkiej Brytanii — co otworzyło drogę do obecnych ustaleń wokół Cardiff.

Czy reprezentacja Irlandii w ogóle powinna wychodzić na boisko przeciwko Izraelowi? Ponad 160 irlandzkich sportowców odpowiada jednym głosem: nie. List otwarty z apelem o bojkot meczów Ligi Narodów UEFA przygotowała Irish Sport for Palestine Group. Wśród podpisanych nazwisk nie brakuje ludzi znanych daleko poza Irlandią.

Sprawa dotyczy dwóch konkretnych spotkań. Irlandia ma zagrać z Izraelem 27 września na Węgrzech, rewanż wyznaczono na 4 października w Serbii. Oba mecze odbędą się na neutralnych terenach, bez udziału kibiców — jak twierdzą autorzy apelu, decyzję o grze przy pustych trybunach podjęto po protestach części zawodników i kibiców, poruszonych liczbą ofiar cywilnych po stronie palestyńskiej podczas wojny w Strefie Gazy.

Pod listem podpisali się m.in. olimpijka Ciara Mageean, była piłkarka Louise Quinn, były rugbista Tony Ward oraz bokserzy Tyrone McKenna i Eric Donovan. To nie pierwszy taki gest ze strony irlandzkiego środowiska sportowego. Już w maju czołowi piłkarze dołączyli do kampanii znanych osób wzywającej do bojkotu meczów z Izraelem.

To ważny moment i w tej chwili macie szansę postąpić właściwie

— napisali autorzy listu, dodając wprost, że najbardziej sportową rzeczą, jaką można teraz zrobić, jest w ogóle nie rozgrywać meczu.

Presja na federację narasta od miesięcy. Pod koniec 2025 roku członkowie irlandzkiej federacji piłkarskiej (FAI) zdecydowaną większością opowiedzieli się za wnioskiem do UEFA o zawieszenie Izraela. Mimo to FAI zapowiedziała, że mecze się odbędą — wskazując na ryzyko sankcji w razie wycofania się z rozgrywek.

Trener przyznaje: nikomu to nie odpowiada

Selekcjoner reprezentacji Heimir Hallgrimsson mówił w ubiegłym tygodniu, że rozmawiał z zawodnikami indywidualnie. Jego słowa dobrze oddają nastroje w szatni. „Żaden z nas nie czuje się komfortowo, grając w tych meczach” — przyznał Hallgrimsson.

Kim jest 19-latek, który nagle znalazł się w kadrze Polski jako zmiennik dla Roberta Lewandowskiego? Marcel Reguła, ofensywny pomocnik Zagłębia Lubin, urodził się 26 października 2006 roku w Legnicy i mierzy 181 cm wzrostu.

Na boisku najczęściej gra jako ofensywny pomocnik, ale równie dobrze radzi sobie na prawym skrzydle czy w roli środkowego napastnika. Ta wszechstronność przydała mu się już w młodzieżówkach – w kadrze U-21 ma na koncie 7 występów i 2 gole.

Droga od Strzegomia do Ekstraklasy

Piłkarskie początki Reguły to AKS Strzegom, skąd trafił do Parku Targoszyn. Punktem zwrotnym okazał się rok 2016 – wtedy dołączył do akademii Zagłębia Lubin. W seniorskim futbolu zadebiutował w drużynie rezerw, Zagłębiu II Lubin, w sierpniu 2023 roku, a pierwszą bramkę dla drugiego zespołu zdobył w marcu 2024.

Reprezentacyjną ścieżkę przeszedł krok po kroku – najpierw U-18, potem U-19, teraz U-21. Już jako nastolatek pokazał, że nie boi się odpowiedzialności na najwyższym juniorskim poziomie: podczas Mistrzostw Świata U-17 w 2023 roku strzelił jedynego gola dla Polski w całym turnieju. We wrześniu 2025 roku trafił do siatki w swoim debiucie w kadrze U-21.

W pierwszym zespole KGHM Zagłębia Lubin zadebiutował we wrześniu 2024 roku, w meczu Pucharu Polski z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Po 120 minutach było 0:0, o awansie zdecydowały dopiero rzuty karne – Zagłębie wygrało 4:3. Miesiąc później, w listopadzie 2024, przyszedł pierwszy gol Reguły w PKO Ekstraklasie. I to nie byle jaki – przewrotka w derbowym starciu ze Śląskiem Wrocław, wygranym przez Zagłębie 3:0.

Klub odpowiedział na jego rozwój nowym kontraktem, ważnym do czerwca 2028 roku. W trwającym sezonie 2025/2026 Reguła wskoczył do podstawowego składu – 7 goli i 5 asyst w 32 meczach przełożyło się na nagrodę dla najlepszego Młodego Zawodnika Sezonu. Latem było nawet blisko transferu do Borussii Dortmund.

Powołanie do kadry wpisuje się w plan selekcjonera Jana Urbana, który nie ukrywa, że traktuje Ligę Narodów jako pole do eksperymentów – okazję, by dać szansę nowym zawodnikom i sprawdzić inne rozwiązania.

„Już w najbliższą sobotę, 19 września, o godzinie 12.00 rozpocznie się wielki finał letniej edycji Rift Legends” – tak organizatorzy zapowiadają kulminację jedynych i oficjalnych Mistrzostw Polski w League of Legends.

O tytuł najlepszej drużyny w kraju zmierzą się Forsaken i Bomba Team. Te dwa zespoły grały już o wysoką stawkę wcześniej – ten finał to rewanż za wiosenne starcie z maja. Tamten pojedynek wyłonił jednego zwycięzcę, teraz obie ekipy dostają kolejną szansę, i to o mistrzostwo całego sezonu.

Formuła nie zostawia miejsca na przypadek. Finał rozegrany zostanie w systemie Best of Five – do trzech wygranych map. Innymi słowy, o tytule może zadecydować dopiero piąta partia.

Sceną wydarzenia będzie Atlas Arena w Łodzi – finał odbędzie się w formule LAN. To nie samodzielne wydarzenie, ale część czegoś większego: 37. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Bilety można kupić na stronie www.komiksfestiwal.com.

Transmisja i strefy dla fanów

Nie każdy fan wybierze się do Łodzi, ale to nie problem. Mecz zobaczyć będzie można w internecie – transmisję poprowadzą kanały Damiana „Nervariena” Ziaji, a także antena Polsat Games.

Na miejscu przygotowano więcej niż samą scenę do gry. Wokół Atlas Areny staną strefy Legends Academy powered by Żabka, GIGABYTE oraz Leapmotor – z atrakcjami, spotkaniami z twórcami, konkursami i aktywacjami z nagrodami.

Jest też pomysł na to, jak zagospodarować resztę wizyty w mieście. Orientarium ZOO oraz Aquapark FALA zapraszają, by przy okazji finału Rift Legends zostać w Łodzi na dłużej.

„W tym roku odbędzie się jego ósma edycja” — tak organizatorzy zapowiadają kolejną odsłonę Chengdu Open, turnieju ATP 250, w którym zagra Hubert Hurkacz. Miasto słynie z ochrony pandy wielkiej, a zwierzę to trafiło nawet do pierwotnego logo zawodów. Tym razem w tej „krainie pand” Polak pozna swojego pierwszego rywala już na starcie imprezy.

Hurkacz został rozstawiony z numerem 5 i zaczyna od pierwszej rundy. Naprzeciw stanie mu Kazach Aleksander Szewczenko. Jeśli Polak wygra, w drugiej rundzie zmierzy się z Amerykaninem Martinem Dammem albo tenisistą, który przebrnie przez eliminacje.

Ewentualnym rywalem Hurkacza w ćwierćfinale mógłby być Valentin Vacherot z Monako — bohater zeszłorocznego turnieju ATP Masters 1000 w Szanghaju. W Chengdu Vacherot dostał numer 1 rozstawienia i wolny los na start. W drugiej rundzie czeka go kwalifikant albo Amerykanin Aleksandar Kovacevic.

Kto stoi na drodze do finału

Gdyby Hurkacz doszedł do półfinału, mógłby tam trafić na broniącego tytułu Alejandro Tabilo z Chile, rozstawionego z numerem 3. W tej samej ćwiartce siedzą też Kanadyjczyk Denis Shapovalov (numer 7), Holender Tallon Griekspoor i Chińczyk Juncheng Shang — zwycięzca zawodów w Chengdu w 2024 roku. Trzecią ćwiartkę otwierają Holender Botic van de Zandschulp z numerem 4 i Argentyńczyk Sebastian Baez z numerem 8. Czwartą — Hiszpan Alejandro Davidovich Fokina (numer 2) razem z Portugalczykiem Nuno Borgesem (numer 6).

Nie samym singlem Polska żyje w Chengdu. Jan Zieliński też wystartuje w tej imprezie, znów w parze z Brytyjczykiem Luke’em Johnsonem. Duet Zieliński/Johnson w pierwszej rundzie zmierzy się z rozstawionym z numerem 2 zespołem Sadio Doumbia/Fabien Reboul. Numer 1 w deblu mają Theo Arribage i Albano Olivetti — a obie francuskie pary grają tu jednocześnie o miejsce w ATP Finals 2026.

Turniej startuje w środę 23 września, finał zaplanowano na wtorek 29 września. Zwycięzca singla wróci do domu z 250 punktami rankingowymi i czekiem na 184 tysiące dolarów. Całość rozgrywana jest na korcie twardym, w kategorii ATP 250, z pulą nagród w wysokości 1,21 mln dolarów.

„System się myli! To absolutnie błędna decyzja!” – krzyczała Jelena Rybakina, wpatrując się w elektroniczne tablo podczas turnieju w Madrycie. Ten wybuch wściekłości obiegł tenisowy świat w mgnieniu oka i stał się symbolem czegoś większego – narastającego sporu o elektroniczny system wywoływania linii, w skrócie ELC.

System działa dziś we wszystkich turniejach ATP i WTA powyżej rangi 250, a także w trzech z czterech turniejów wielkoszlemowych. Miał zamknąć raz na zawsze temat sędziów liniowych i ich pomyłek. Wyszło inaczej.

Paul Hawkins, twórca tej technologii, powiedział Eurosportowi, że problemy z oceną pojawiają się przede wszystkim wtedy, gdy piłka ląduje w okolicach linii. I właśnie te graniczne sytuacje wywołują na kortach najwięcej nerwów.

Seria kontrowersyjnych decyzji

16 lipca Matteo Arnaldi i Damir Dzumhur rozegrali ćwierćfinał turnieju ATP 250, w którym doszło do błędu systemu ELC. Po spornej decyzji Dzumhur oświadczył, że nie chce dalej grać. Mecz mimo to dobiegł końca – Arnaldi wygrał 7-6(5), 6-7(4), 7-6(4).

Wcześniej, podczas Masters 1000 w Madrycie w 2025 roku, doszło do incydentu między Alejandro Davidovichem a Aleksandrem Zverevem. Piłkę uderzoną przez Hiszpana uznano za dobrą, choć ślad na korcie mówił co innego. Zverev nie potrafił się z tym pogodzić – wyjął telefon i sam sfotografował sporny ślad.

Na US Open problem dotknął rozstawionej z numerem 21 Anny Kalinskiej. Prowadziła w meczu ze swoją rodaczką Anną Blinkową, gdy system błędnie ocenił jej zagranie jako aut. Rzecznik Amerykańskiego Związku Tenisowego nie owijał w bawełnę w oświadczeniu dla „The Athletic” – to była awaria technologii.

Przy stanie 40-15 w piątym gemie drugiego seta awaria systemu ELC Live spowodowała, że zagranie Kalinskiej zostało błędnie ocenione jako autowe

Od Melbourne do Wimbledonu

Jako pierwszy turniej wielkoszlemowy elektroniczny system wywoływania linii wdrożył Australian Open w 2021 roku. Rok później dołączyło do niego US Open. Wimbledon wahał się najdłużej, ale ostatecznie też postawił na tę technologię.

Tim Henman, była czwarta rakieta świata, w rozmowie cytowanej przez „Metro” ocenił, że powrót do sędziów liniowych na londyńskiej trawie dziś wyglądałby jak skok w przeszłość.

Gdyby Wimbledon podjął decyzję o zatrzymaniu sędziów liniowych, myślę, że wyglądałoby to bardzo dziwnie na tle innych turniejów

Roger Federer przez lata krytykował system challenge, a z czasem sam się do niego przekonał. Dziś, po wprowadzeniu ELC, to właśnie challenge odszedł do lamusa.

Jedynym wielkoszlemowym wyjątkiem pozostaje Roland Garros, gdzie do dziś nie wprowadzono elektronicznego systemu wywoływania linii. Władze paryskiego turnieju tłumaczą to zawodnością technologii i specyfiką kortów ziemnych.

Jelena Ostapenko, mistrzyni Rolanda Garrosa z sprzed dziesięciu lat, w rozmowie cytowanej przez tennisworldusa.org przyznała, że nawet możliwość poproszenia o powtórkę nie daje już takiej satysfakcji jak kiedyś.

Nadal można poprosić o powtórkę. Ale to i tak nie zmieni decyzji. To już nie sprawia tyle frajdy

Instalacja aplikacji
Pobierz