Ile trafień trzeba strzelić, żeby pierwszy gol w nowych barwach zapadł w pamięć na dłużej? Krzysztofowi Centkowskiemu wystarczyło jedno – i to mimo że padło ono w meczu, w którym GKS Katowice strzelił w sumie dziesięć. Napastnik zdobył swoją premierową bramkę dla GieKSy w spotkaniu, które katowiczanie wygrali z Podhalem Nowy Targ aż 10:1.
Centkowski trafił w 16. minucie, wykorzystując dokładne podanie Jakuba Hofmana i podwyższając prowadzenie swojego zespołu na 3:0. To było jego pierwsze trafienie w oficjalnym meczu w barwach klubu. A skala dominacji GKS-u tego wieczoru była zresztą dużo większa, niż sugeruje sam wynik – katowiczanie oddali aż 50 strzałów na bramkę rywala, z czego dziesięć skończyło się golem.
Dla GieKSy było to ważne zwycięstwo, zwłaszcza po wcześniejszej porażce z GKS-em Tychy. Centkowski to jeden z zawodników, którzy dołączyli do katowickiego zespołu w tym sezonie, i gra na pozycji środkowego napastnika.
Sam zainteresowany po meczu przyznał, że emocje związane z pierwszym golem były stonowane, bo najpierw chciał docenić kolegę z linii. „Możliwe, że faktycznie nie cieszyłem się jakoś bardzo, bo na pewno trzeba pogratulować również Jakubowi za piękne podanie. Ja tylko wykonałem swoją robotę, ale tak, masz rację, jest to jak najbardziej pamiętne trafienie” — powiedział Centkowski.
Praca nad detalami mimo rozgromienia
Napastnik nie unikał krytycznej oceny gry zespołu, mimo dziewięciobramkowej przewagi na koniec meczu. Ocenił, że Podhale korzystało z błędów GKS-u wynikających z nadmiernej chęci strzelenia kolejnego gola przy wysokim prowadzeniu. „Uważam, że ten rywal szczególnie czerpie korzyść z naszych gdzieś błędów i zbyt wielkiej chęci strzelania gola. Niestety parę razy mi się to zdarzyło, ale to pokazuje tylko, że niektóre rzeczy jeszcze trzeba poprawić i jesteśmy na dobrej drodze, żeby to zrobić” — ocenił.
Centkowski mówił też o samym procesie adaptacji do nowej drużyny. „Na pewno jest ciężko, ale również pozytywnie, ponieważ ciężka praca prowadzi jednak do tych efektów później. Bardzo fajna drużyna, trenerzy pomagają. Ciężko jest na pewno zaaklimatyzować się, przyjąć ten system do głowy, ale z każdym dniem jest coraz lepiej. Pracujemy nad tym” — przyznał.
Na koniec wskazał konkretne elementy, nad którymi wciąż pracuje z trenerami. „Uważam, że poprawiłem i cały czas też również muszę poprawić tę jazdę, szybkość i udział w grze na krążku. Są to rzeczy, nad którymi pracujemy cały czas z trenerami. Jednak do tego potrzeba czasu. Budowanie się kondycji i siły to są procesy wymagające czasu” — podsumował.
22 lata, 32 gole w minionym sezonie – i mimo to odmówił Juergenowi Kloppowi. Nicolo Tresoldi wciąż nie wie, czy w przyszłości założy koszulkę reprezentacji Niemiec, czy Włoch. Właśnie dlatego nie skorzystał z zaproszenia legendarnego trenera.
Tresoldi gra obecnie w młodzieżowej reprezentacji Niemiec, choć formalnie wciąż może reprezentować także Włochy. Ta niejasność sprawiła, że napastnik Club Brugge nie przyjął zaproszenia Kloppa, który dziś pełni funkcję dyrektora sportowego DFB. Jak podał Sky Sport, Klopp chciał umieścić go na szerokiej, 44-osobowej liście kandydatów do reprezentacji Niemiec.
Forma Tresoldiego mówi sama za siebie. W minionym sezonie w barwach Club Brugge rozegrał 58 spotkań i strzelił 32 gole, pomagając klubowi zdobyć mistrzostwo Belgii. W obecnych rozgrywkach ma już trzy bramki w siedmiu meczach.
Sam zawodnik nie ukrywa, że rozmowa z Kloppem dotyczyła wprost jego przyszłości reprezentacyjnej. „Miałem kontakt z Kloppem, dużo rozmawialiśmy. Oczywiście tematem były Włochy i Niemcy. Świadomie wybrałem jednak reprezentację Niemiec do lat 21” – przyznał Tresoldi. Za wyborem U21 stoi konkretny cel sportowy: chce pomóc młodzieżówce awansować na mistrzostwa Europy do lat 21 w 2027 roku, które odbędą się w Albanii i Serbii. Dopiero po tym turnieju zamierza podjąć ostateczną decyzję, z którą seniorską kadrą zwiąże przyszłość.
Napastnik podkreślił, że Klopp nie próbował go do niczego zmuszać. „Wyjaśniłem mu, w jakiej jestem sytuacji. To świetny człowiek. Chciał tylko pomóc mi w podjęciu decyzji, zrozumiał moje stanowisko i dał mi spokój. Powiedział, że drzwi do reprezentacji Niemiec są dla mnie zawsze otwarte” – relacjonował Tresoldi.
Mancini też czekał na odpowiedź
Klopp nie był jedynym selekcjonerem, który zabiegał o Tresoldiego. Napastnik rozmawiał także z Roberto Mancinim, który rozważał powołanie go do reprezentacji Włoch. Włoskiemu trenerowi przekazał podobne stanowisko co Kloppowi. „Mancini ucieszyłby się, gdybym wybrał Włochy. To była dobra rozmowa” – wspominał zawodnik.
Więzy z Włochami są u Tresoldiego rodzinne. Jego ojciec, Emanuele, urodził się we Włoszech, był zawodowym piłkarzem i z włoską reprezentacją do lat 21 sięgnął po mistrzostwo Europy. Sam Nicolo opuścił Włochy jako 13-latek.
Nie każdy zawodnik w podobnej sytuacji waha się tak długo jak Tresoldi. Younes Ebnoutalib powołanie od Kloppa przyjął bez wahania.
Chicago, różnica czasu, samolot, a już za chwilę zgrupowanie kadry — czy takie tempo może wybić Roberta Lewandowskiego z rytmu przed piątkowym starciem z Bośnią i Hercegowiną? Kapitan reprezentacji Polski przyznaje, że wcześniej czegoś podobnego nie przeżywał, ale zapewnia, że do gry jest gotowy.
Napastnik dotarł na zgrupowanie prosto z Chicago i w ekspresowym tempie musiał przestawić organizm na europejski czas. Jeszcze w nocy z soboty na niedzielę, o 3.30 czasu polskiego, grał w meczu Major League Soccer. Kilkanaście godzin później stał już przed kamerami w Polsce i tłumaczył, jak radzi sobie z tą skokową zmianą strefy czasowej.
„Dzisiaj dobrze spałem całą noc” — przyznał. Zaznaczył jednak, że rano organizm wciąż buntował się przeciwko nowemu rozkładowi dnia.
„Wiadomo, że może z rana mój organizm jeszcze czuł, że to powinna być noc, ale teraz już jest lepiej”.
Sam zawodnik traktuje tę sytuację jako coś zupełnie nowego. „Dla mnie to jest coś nowego. Też sprawdzam, testuję, doświadczam tej zmiany czasu, tej podróży, ale na dziś dobrze się czuję, jak najbardziej jestem gotowy do gry” — powiedział.
Najdłuższe zgrupowanie w historii kadry
To nie przypadek, że temat w ogóle się pojawił. Obecne zgrupowanie reprezentacji Polski jest najdłuższe w historii kadry, a zmieszczono w nim aż cztery mecze. Pierwszy z nich Polacy rozegrają już w piątek — rywalem będzie Bośnia i Hercegowina, początek o godzinie 20.45.
W barwach Chicago Fire Lewandowski ostatnio grywał pełne 90 minut, od pierwszej do ostatniej minuty. Czy w piątek trener wystawi go w podstawowym składzie? Sam zainteresowany niczego nie przesądza. „Ciężko powiedzieć, pewnie to też z dnia na dzień będzie można więcej o tym podyskutować, porozmawiać, podjąć jakieś decyzje, ale dopóki mogę i będę miał siły, tak najbardziej jestem do dyspozycji trenera” — zaznaczył kapitan.
Ile jeszcze Mikel Arteta poprowadzi Arsenal? Dotychczasowa umowa Hiszpana obowiązywała tylko do 30 czerwca 2027 roku. Według BBC sprawa jest już jednak przesądzona — trener dogadał się z klubem ws. dalszej współpracy, a oficjalny komunikat to kwestia dni, może tygodni.
Sam Arteta zresztą nie krył, że o odejściu z Emirates Stadium nie myśli. Na konferencji prasowej zapytany o swoją przyszłość, odpowiedział bez owijania w bawełnę.
Nie ma powodu do obaw, ponieważ chcę tu być
To nie są słowa rzucone na wiatr w trudnym momencie — bo momentu trudnego akurat nie ma. Arsenal ma za sobą sezon, który dla kibiców był pierwszym od lat prawdziwym powodem do dumy. Klub sięgnął po mistrzostwo Anglii po długiej przerwie i dotarł do finału Ligi Mistrzów, gdzie uległ Paris Saint-Germain. To właśnie te wyniki stoją za decyzją władz o przedłużeniu współpracy z trenerem.
Siódmy w historii klubu pod względem liczby meczów
Arteta pracuje na Emirates Stadium od 22 grudnia 2019 roku. Zdążył w tym czasie poprowadzić Arsenal w 360 meczach — to już 7. miejsce w klubowej historii pod tym względem. Rozmowy o nowym kontrakcie nie wzięły się znikąd. Obie strony negocjowały warunki od wielu miesięcy.
Nowa umowa, jak podaje BBC, ma przynieść Hiszpanowi podwyżkę pensji. Obecnie Arteta zarabia 10 milionów funtów rocznie, do czego dochodzi jeszcze 5 milionów funtów w formie premii. Na razie nie wiadomo, na jak długo opiewać będzie nowy kontrakt. Wiadomo za to, że ma zagwarantować trenerowi miejsce na ławce Arsenalu przynajmniej do końca sezonu 2028/29.
Dla klubu, który przez lata szukał stabilizacji na stanowisku menedżera, taka perspektywa znaczy więcej niż samą kontynuację projektu sportowego. To sygnał, że władze Arsenalu wiążą swoją przyszłość z trenerem, który po latach odbudowy przywrócił klub na sam szczyt angielskiego futbolu.
Jeszcze trzy tygodnie temu po boisku przy ZWAR-ze w Międzylesiu jeździł traktor. We wtorek w tym samym miejscu reprezentacja Polski rozpoczęła zgrupowanie przed meczami Ligi Narodów.
Zmiana jest wymowna. Obiekt ZWAR-u ma pełnić funkcję tymczasowego domu kadry podczas zgrupowań w Warszawie, dopóki PZPN nie wybuduje własnego ośrodka treningowego. Liczy się też lokalizacja — od hotelu Double Tree przy ul. Skalnicowej, gdzie stacjonują piłkarze, boisko dzieli niespełna kwadrans jazdy.
To miejsce nieobce reprezentacji. Polacy korzystali z ZWAR-u wielokrotnie w latach 2014-2022, a ostatni raz przed obecnym zgrupowaniem trenowali tam w czerwcu 2022 roku, gdy kadrę prowadził jeszcze Czesław Michniewicz. Na początku września poinformowano, że powrót na ten obiekt to decyzja prezesa PZPN Cezarego Kuleszy. Przygotowania było widać gołym okiem — we wtorek obok murawy stanął namiot z siłownią i strefą do rozgrzewki.
Selekcjoner Jan Urban na pierwszym treningu zgrupowania mógł liczyć na wszystkich zawodników, którzy się na nim stawili. Spokoju sztabowi to jednak nie dodawało. Do trenera docierały wcześniej niepokojące sygnały o kontuzjach Kamila Grabary, Adriana Benedyczaka i Filipa Rózgi, a z udziału w zgrupowaniu urazy wykluczyły już wcześniej między innymi Jakuba Modera, Oskara Pietuszewskiego i Jakuba Piotrowskiego.
Lewandowski wrócił do kraju i od razu na boisko
Największą uwagę przyciągnął jednak Robert Lewandowski. Kapitan reprezentacji trenował z drużyną po raz pierwszy odkąd przeniósł się do Chicago Fire — do Polski przyleciał w poniedziałek po południu. Za sobą miał dziewięciogodzinny lot i drastyczną zmianę strefy czasowej, a ma już 38 lat. Mimo to po zajęciach stawił się na konferencji prasowej razem z trenerem bramkarzy Andrzejem Dawidziukiem.
Program zgrupowania nie zwalnia tempa. W środę kadra miała ponownie trenować na obiekcie ZWAR-u, a w czwartek zaplanowano oficjalny trening na Stadionie Narodowym przed spotkaniem z Bośnią i Hercegowiną. Sam mecz wyznaczono na piątek, na godzinę 20:45.
Czego zabrakło Comarch Cracovii, by pokonać GKS Jastrzębie na własnym lodowisku? Kamil Mętel nie szuka skomplikowanych wyjaśnień – jego zdaniem sprawa jest prosta: zawiodła skuteczność.
W niedzielę na lodowisku przy Siedleckiego 7 krakowianie przegrali z JKH GKS Jastrzębie 0:2. Do siatki Cracovii trafiali zawodnicy spod Wawelu… a raczej to oni tym razem dali się pokonać na własnym lodzie. Po spotkaniu głos zabrał Kamil Mętel, 20-letni obrońca i wychowanek klubu.
„Czujemy ogromny niedosyt. Zabrakło nam jednak skuteczności, a rywal bezwzględnie wykorzystał swoje szanse” – powiedział Mętel.
Młody defensor nie szukał wymówek. „Nie pozostaje nam jednak nic innego jak wyciągnąć wnioski. Musimy dalej ciężko pracować nad wszystkimi elementami gry i poprawić skuteczność” – dodał. A mówi to zawodnik, z którym klub przed sezonem oficjalnie przedłużył umowę.
Sześciu wychowanków w składzie
Niedzielny mecz pokazał, jak duży udział w drużynie Krystiana Dziubińskiego mają zawodnicy wyszkoleni w Cracovii. Oprócz Mętla na lodzie pojawili się Michał Jaracz, Damian Kapa, Jakub Ślusarek, Jakub Konarski i Szymon Gumiński. Sześciu wychowanków klubu w jednym składzie. Przy 12-krotnym mistrzu Polski to liczba, która sporo mówi – Cracovia od lat konsekwentnie stawia na własną akademię.
Mętel podkreślił, że mimo porażki nastroje w szatni pozostają dobre. „Czuję się w drużynie bardzo dobrze, a w szatni panuje świetna atmosfera. Wspieramy się nawzajem i motywujemy. Trenerzy są wymagający, ale dzięki temu regularnie podnosimy swój poziom i to z pewnością zaprocentuje w następnych spotkaniach” – ocenił obrońca.
Długo na sprawdzian tych słów krakowianie czekać nie będą. Już w piątek o godz. 18, znów na lodowisku przy Siedleckiego 7, Cracovia zmierzy się z KH Energa Toruń. Rywal przyjedzie do Krakowa w roli lidera formy – Toruń jak dotąd w tym sezonie zdobył komplet punktów.
Ile miejsc awansowała Team Vitality w rankingu HLTV po triumfie w Barcelonie? Odpowiedź brzmi: aż trzy – tyle wystarczyło, by ekipa Mathieu „ZywOo” Herbauta wskoczyła na 2. lokatę światowego zestawienia.
Powodem całego zamieszania jest zwycięstwo w StarLadder StarSeries Fall w Barcelonie. Turniej był kameralny – osiem drużyn w sumie – ale dla Vitality znaczył o wiele więcej, niż sugerowałaby skromna obsada. Francuska organizacja wysłała tym triumfem czytelny sygnał: w jej szeregach jest dobrze, o żadnym kryzysie nie ma mowy.
Na samym szczycie rankingu HLTV nic się nie zmieniło. Team Spirit wciąż trzyma komplet, okrągły tysiąc punktów, i otwiera zestawienie jako niekwestionowany lider. Vitality mimo awansu traci do niego 318 punktów – dystans, który pokazuje, że drugie miejsce to nie to samo co realna pogoń za pierwszym.
Kto na tym sukcesie Francuzów stracił? Team Falcons. Ekipa spadła o trzy miejsca i wylądowała na 5. pozycji – to bezpośrednia konsekwencja skoku Vitality w górę tabeli. Co ciekawe, akurat ta zamiana miejscami jest jedyną inną modyfikacją w przedostatniej wrześniowej aktualizacji światowego rankingu HLTV.
Pełna czołowa dziesiątka wygląda tak: 1. Team Spirit, 2. Team Vitality (+3), 3. MOUZ, 4. FURIA, 5. Team Falcons (-3), 6. Legacy, 7. FUT, 8. G2 Esports, 9. Aurora, 10. Natus Vincere.
Słabszy tydzień polskich zespołów
Znacznie gorzej wygląda sytuacja polskich drużyn notowanych w rankingu. Wszystkie pięć odnotowało ujemną zmianę pozycji względem poprzedniej aktualizacji. Apogee spadło o jedno miejsce, na 49. lokatę, i jest niebezpiecznie blisko wypadnięcia z pierwszej pięćdziesiątki. Phantom Esports też stracił jedno oczko – 73. pozycja.
Największy regres zaliczyła Permitta. Spadek o trzy miejsca, 103. lokata, pożegnanie z gronem TOP100. Walczaki cofnęli się o dwie pozycje, na 155. miejsce, oddalając się od zbioru TOP150. Podobny scenariusz dotknął Phantom Academy – strata dwóch oczek i obecna 187. lokata.
Na kolejne zmiany trzeba będzie poczekać do przyszłego poniedziałku, 28 września, kiedy HLTV opublikuje następną aktualizację swojego rankingu.
2:6, 1:5, trzy piłki meczowe przeciwko – z takiej pozycji w zasadzie nie wygrywa się meczów. A jednak w poniedziałek w Seulu Maya Joint zrobiła dokładnie to, ratując pierwszy dzień turnieju Korea Open 2026 dla siebie.
Rozstawiona z numerem piątym Australijka wyglądała na skończoną w starciu z Chinką Xinxin Yao. Przy 2:6, 1:5 była dosłownie jedną piłką od pożegnania z turniejem. Mimo to odwróciła bieg spotkania i wygrała 2:6, 7:6(7), 6:3.
Po drodze musiała bronić się trzykrotnie – najpierw w siódmym gemie, potem w dziesiątym, a na koniec w tie-breaku drugiego seta. W trzeciej partii złapała wyraźnie drugi oddech i wzięła cztery gemy z rzędu, zamykając mecz na swoją korzyść. W drugiej rundzie zagra z obdarzoną dziką kartą Koreanką Dayeon Back, która wcześniej ograła wyżej notowaną Chinkę Yue Yuan 6:3, 4:6, 6:1.
Nie mniej emocji dostarczył pojedynek dwóch zawodniczek grających dziś pod flagą Uzbekistanu. Rozstawiona z numerem ósmym Kamilla Rachimowa pokonała Polinę Kudermetową 7:6(4), 4:6, 7:5 – obie panie to byłe reprezentantki Rosji, więc trzysetowa batalia miała swój dodatkowy smaczek. Dalej Rachimowa zmierzy się z Amerykanką Katie Volynets, która swojej rodaczce Elvinie Kalievej nie zostawiła żadnych złudzeń, wygrywając 6:3, 6:0.
Niespodzianka Astachowej i awans Korniejewej
Do trzeciego seta musiała sięgnąć również rozstawiona z numerem trzecim Lanlana Tararudee. Tajka ograła Japonkę Moyukę Uchijimę 6:4, 6:7(5), 6:2. O awans do 1/8 finału zagra z lepszą z pary Sohyun Park – Robin Montgomery.
Zdecydowanie łatwiej poszło 19-letniej Alinie Korniejewej – z Tajką Mananchayą Sawangkaew uporała się 6:4, 6:2. W drugiej rundzie młoda Rosjanka natrafi na rodaczkę, Darię Astachową. To właśnie Astachowa odpowiada za jedną z niespodzianek dnia – wyeliminowała Magdę Linette.
Korea Open to turniej kategorii WTA 250 rozgrywany na twardych kortach w Seulu, z pulą nagród 283,3 tys. dolarów. Rywalizacja w głównej drabince potrwa do niedzieli 27 września. Zwyciężczyni singla zgarnie 250 punktów do rankingu WTA i czek na 37,3 tys. dolarów.
Ile kilometrów będą liczyć wyścigi Formuły 1 od 2027 roku? I dlaczego FIA sięgnęła po zmianę, jakiej nie było od blisko siedmiu dekad? Odpowiedź poznaliśmy 21 września, kiedy Komisja F1 zebrała się w Londynie. Zatwierdzono wówczas plan skrócenia dystansu wyścigu z 305 do 290 kilometrów. To pierwsza zmiana tego typu od 1958 roku.
Obradom przewodniczyli dyrektor FIA ds. bolidów Nikolas Tombazis oraz szef Formuły 1 Stefano Domenicali. Decyzja formalnie nie jest jeszcze przesądzona — musi ją zatwierdzić Światowa Rada Sportów Motorowych FIA (WMSC). W kuluarach mówi się jednak o czystej formalności.
Powód skrócenia dystansu nie ma nic wspólnego z widowiskowością, tylko z silnikami. To efekt nowych przepisów dotyczących jednostek napędowych, które wejdą w życie w 2027 roku. Moc silnika spalinowego wzrośnie wówczas z około 400 do 420 kW, za to maksymalna moc systemu hybrydowego MGU-K spadnie z 350 do 300 kW — choć w trybie wyprzedzania kierowcy nadal będą mogli sięgnąć po pełne 350 kW. Do tego dojdzie zwiększony przepływ paliwa. Gdyby przy takiej specyfikacji utrzymać limit 305 km, zespoły musiałyby powiększyć zbiorniki paliwa. A to oznaczałoby dodatkowe koszty i przeprojektowanie bolidów.
W praktyce kibice na trybunach stracą niewiele. W większości przypadków chodzi o dwa lub trzy okrążenia na wyścig. Grand Prix Monako zmiana dotknie w mniejszym stopniu — tam dystans jest już skrócony i wynosi około 260 km. Ostatni raz regulamin ingerował w długość wyścigów w 1958 roku, gdy dystans zmniejszono z 500 do 300 km.
Koniec sztywnego limitu trzech godzin
Komisja F1 nie poprzestała na skróceniu dystansu — zmieniła też przepisy dotyczące wyścigów przerywanych czerwoną flagą. Obecnie od startu do mety Grand Prix, licząc z przerwami, nie może minąć więcej niż trzy godziny, a sam czas faktycznej jazdy jest ograniczony do dwóch godzin. Od 2027 roku sztywny limit trzygodzinny zniknie. Zastąpi go określony czas zakończenia aktywności na torze. Limit dwóch godzin realnej jazdy zostaje bez zmian.
Komisja dała też dyrekcji wyścigu więcej swobody przy przedłużaniu sesji treningowych, gdy te zostaną mocno skrócone przez czerwoną flagę. Do pakietu zmian dołączy zniesienie homologacji skrzyń biegów od sezonu 2027 — producenci zyskają dzięki temu znacznie większą swobodę w ich rozwijaniu. To rozwiązanie może szczególnie zainteresować Aston Martin, który od 2026 roku prowadzi własny program jednostki napędowej we współpracy z Hondą.
Co mogło łączyć niegdysiejszego właściciela zespołu Formuły 1 z transferem 2 milionów euro do niewielkiego luksemburskiego klubu piłkarskiego? Na to pytanie odpowie sąd w Luksemburgu – w grudniu rozpocznie się tam proces Gerarda Lopeza, byłego szefa Roberta Kubicy z czasów jego startów w Renault i Lotusie.
Obok Lopeza na ławie oskarżonych usiądzie jego dawny wspólnik z czasów działalności w F1, Eric Lux, a także dwaj przedstawiciele klubu CS Fola Esch – Mauro Mariani i Francois Dele. Sprawa sięga 2014 roku. Chodzi o transfer 2 mln euro pomiędzy zespołem Lotus, który należał wówczas do Lopeza, a właśnie Fola Esch. Warto dodać, że zespół nosił nazwę Lotus od 2011 roku – wcześniej startował jako Renault.
Prokuratura twierdzi, że część dokumentów mających uzasadniać tę transakcję została sfałszowana. Oskarżeni bronią się inaczej – pieniądze miały trafić na program rozwoju młodych piłkarzy. Media donosiły jednak co innego: część środków popłynęła za granicę, między innymi do samego Lopeza oraz do jednej ze spółek powiązanych z Luxem. Obaj konsekwentnie zaprzeczają wszystkim zarzutom.
Zanim proces w ogóle ruszył, obaj próbowali go zablokować. Nic z tego – ich odwołanie odrzucił luksemburski Sąd Kasacyjny 21 maja 2026 roku. Za zarzucane przestępstwo grozi kara od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.
Od Renault do Lotusa – epizod z Kubicą w tle
Nazwisko Lopeza dobrze znają polscy kibice Formuły 1. Pod koniec 2009 roku zarządzana przez niego luksemburska grupa inwestycyjna Genii Capital przejęła około 75 proc. udziałów w zespole Renault, a francuski koncern zachował pozostałe 25 proc. oraz kontrolę nad produkcją silników. To właśnie wtedy Robert Kubica podpisał kontrakt z Renault na sezon 2010 – zakończył go na ósmym miejscu z 136 punktami, jeżdżąc u boku Rosjanina Witalija Pietrowa.
Od 2011 roku ekipa startowała już jako Lotus. Genii Capital, po wykupieniu reszty udziałów od Renault, stało się jej jedynym właścicielem. Kubica miał być liderem zespołu w tym sezonie – jego formę potwierdzał najlepszy czas zimowych testów w Walencji. Te plany pokrzyżował jednak poważny wypadek podczas rajdu Ronde di Andora. Ostatecznie Polak nie wystartował w 2011 roku w żadnym Grand Prix.
Ekipa Lopeza zmagała się później z problemami finansowymi. Odczuł je również Kimi Raikkonen – Fin rozstał się z zespołem po sezonie 2013, publicznie mówiąc o zaległościach w wypłatach, a ostatnie starty w barwach Lotusa odpuścił, zasłaniając się kontuzją, właśnie ze względu na te zaległości. W 2015 roku Lopez i Genii Capital sprzedali zespół z powrotem koncernowi Renault.
Po wyjściu z Formuły 1 Lopez zainwestował w piłkę nożną – zaangażował się między innymi w Girondins de Bordeaux oraz portugalską Boavistę. Żadnemu z tych klubów pod jego skrzydłami nie poszczęściło się. W 2026 roku Girondins de Bordeaux zostało wykluczone z rozgrywek francuskich i znalazło się na krawędzi likwidacji. Boavista z powodu długów spadła w 2025 roku aż na piąty poziom portugalskich rozgrywek, a do sezonu 2025/2026 w ogóle nie przystąpiła.