⚡ Aktualnie:
Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju

Gdzie w Polsce można w tym roku powalczyć o pulę 100 tysięcy złotych, siedząc przy komputerze z Intel Core Ultra 7 i kartą RTX 5070 Ti? Odpowiedź brzmi: w dziesięciu miastach, od Gdańska po Kraków, w ramach cyklu Esports Gaming Kings 2026.

Pod tym szyldem odbędzie się łącznie dziesięć turniejów w całej Polsce. Gracze zmierzą się w dwóch tytułach – Counter-Strike 2 oraz EA Sports FC. Do dyspozycji uczestników trafią komputery Actina ENDORFY U7-270K/32GB/1TB/RTX5070Ti/850W/W11P z procesorem Intel Core Ultra 7 na pokładzie. Do tego monitory iiyama G-Master Gold Phoenix GB2591HSU-B1, akcesoria marki Havit, a zawodnicy zasiądą na fotelach i przy biurkach Huzaro.

Terminy i miasta

Cykl rusza 26 września w Alfa Centrum w Gdańsku. Tydzień później, 3 października, ekipa przenosi się do Galerii Warmińskiej w Olsztynie. Dalej Focus Mall w Zielonej Górze – 10 października, i Galeria Copernicus w Toruniu – 17 października. 24 października turniej zagości w Magnolii we Wrocławiu, a 31 października w Focus Mall w Piotrkowie Trybunalskim. Listopad otwiera Centrum Handlowe Platan w Zabrzu, 7 listopada, potem Silesia City Center w Katowicach – 14 listopada, i Centrum Handlowe Solaris w Opolu – 21 listopada. Na koniec dwudniowy finał, 27-28 listopada, w Centrum Handlowym Bonarka w Krakowie.

Cała pula nagród w cyklu to 100 tysięcy złotych. Organizatorzy przygotowali też dodatkowe nagrody rzeczowe, niezależne od puli pieniężnej.

Sam turniej to jednak nie wszystko, co czeka odwiedzających. Podczas każdego wydarzenia będzie można zmierzyć się 1 na 1 z zaproszonymi influencerami. Wśród gości znajdzie się były zawodowy zawodnik CS-a Michał „MICHU” Muller i doświadczony komentator tej dyscypliny Jakub „KubiK” Kubiak. Na miejscu stanie też strefa retro z kultowymi kontrolerami i klasycznymi tytułami, strefa kibica z dużym ekranem do oglądania rozgrywek oraz strefa relaksu – dla tych, którzy będą chcieli złapać oddech między meczami.

Zapisy trwają już teraz – rejestracji można dokonać na oficjalnej stronie Esports Gaming Kings 2026. Patronat medialny nad cyklem objął serwis Gram.pl.

Jak wygrać mecz, w którym rywalka serwuje po zwycięstwo, a ciebie boli plecy? Barbora Krejcikova znalazła na to sposób w I rundzie Singapore Tennis Open 2026, pokonując Annę-Lenę Friedsam 6:0, 5:7, 7:6(4).

Na papierze wyglądało to na formalność. Krejcikova, 44. w rankingu WTA, grała z Niemką notowaną dopiero na 266. pozycji. Pierwszy set zdawał się to potwierdzać — Czeszka załatwiła sprawę w niecałe 30 minut, wygrywając 6:0.

Friedsam odpowiedziała w drugiej partii, którą zamknęła wynikiem 7:5. Mecz nagle się skomplikował. A w trzecim secie zrobiło się jeszcze trudniej — Krejcikova poczuła ból w dolnej części pleców i musiała zejść z kortu po pomoc medyczną.

Niemka wykorzystała to zamieszanie i wyszła na prowadzenie 5:3, serwując już po zwycięstwo w całym meczu. W tym miejscu większość spotkań się kończy. Krejcikova miała jednak inny scenariusz w głowie — obroniła dwie piłki meczowe, doprowadziła do 5:5, a chwilę później sama wywalczyła przełamanie na 6:5.

O losach trzeciego seta zdecydował więc tie-break. Krejcikova wygrała go 7:6(4), po drodze wypracowując aż trzy meczbole i wykorzystując drugi z nich. Cały pojedynek zajął dwie godziny i 58 minut.

Kolejna przeszkoda: Elise Mertens

Dzięki temu zwycięstwu Krejcikova awansowała do II rundy turnieju WTA 500 w Singapurze. W środę zagra z Elise Mertens, która pierwszą rundę miała wolną — zawdzięcza to rozstawieniu z czwartym numerem. Belgijka zresztą zna smak triumfu na tych kortach: wygrała turniej w Singapurze rok wcześniej, gdy miał on jeszcze rangę WTA 250.

Rywalizacja w głównej drabince potrwa do niedzieli 27 września. Stawka jest spora — zwyciężczyni singla zainkasuje czek na 185,5 tys. dolarów oraz 500 punktów do rankingu WTA. Cały turniej, rozgrywany na twardym korcie w hali, dysponuje pulą nagród sięgającą 1,206 mln dolarów.

Pierwsza runda przyniosła też inne wyniki. Alycia Parks pokonała Mei Yamaguchi 6:4, 6:3, a Xinyu Wang rozprawiła się z Donną Vekić 6:1, 6:2. Tatiana Prozorowa musiała się bardziej natrudzić, ale ostatecznie wyeliminowała Sofię Costoulas 5:7, 7:6(2), 6:2. Maria Sakkari zaliczyła z kolei pewne zwycięstwo nad Lindą Fruhvirtovą 6:4, 6:1.

200 milionów dolarów na stole, a Jalen Duren wciąż się waha. 23-letni środkowy nie porozumiał się z Detroit Pistons w sprawie nowego kontraktu, choć klub wyraźnie podniósł stawkę. Pistons mieli zaoferować mu 200 mln dolarów za pięć lat – więcej niż wcześniejsza propozycja na poziomie 190 mln dolarów za ten sam okres. To wciąż za mało, by przekonać koszykarza.

Powód jest prosty: Duren zna swoją wartość. Zawodnikowi przysługuje prawo do maksymalnego przedłużenia kontraktu wartego aż 287 mln dolarów – zyskał je po tym, jak trafił do trzeciej najlepszej piątki sezonu NBA. Tyle że Pistons nie zamierzają nawet zbliżyć się do tej kwoty w rozmowach z zawodnikiem. Przepaść między jego oczekiwaniami a ofertą klubu pozostaje więc ogromna.

Ryzykowna alternatywa

W zanadrzu Duren ma inną opcję – dużo bardziej ryzykowną. Może przyjąć roczną umowę kwalifikacyjną i zostać wolnym agentem. Konkretnie chodzi o ofertę kwalifikacyjną wartą 9,6 mln dolarów, którą zawodnik podobno bierze pod uwagę. To gra o wielokrotnie niższą stawkę niż oferta Pistons czy teoretyczny kontrakt maksymalny, ale za to droga do pełnej wolności. Przyjęcie takiej oferty pozwoliłoby Durenowi zostać niezastrzeżonym wolnym agentem już po sezonie 2026/27.

Ryzyko jest, ale nie z powietrza. Duren ma zaledwie 23 lata, a w minionym sezonie notował średnio 19,5 punktu i 10,5 zbiórki na mecz. Po raz pierwszy w karierze zagrał też w Meczu Gwiazd NBA. W play-offach jego liczby wyraźnie spadły – do 10,8 punktu i 8,5 zbiórki na spotkanie, a Pistons odpadli w drugiej rundzie, przegrywając z Cleveland Cavaliers. Mimo tego spadku formy w najważniejszym momencie sezonu, jego wartość rynkowa najwyraźniej nie ucierpiała.

Świadczy o tym zainteresowanie innych klubów. Sacramento Kings i Milwaukee Bucks mają podobno przyglądać się sytuacji Durena. Gdyby środkowy faktycznie postawił na krótkoterminową umowę i za rok trafił na rynek wolnych agentów, konkurencja o niego mogłaby być spora. Na razie wszystko sprowadza się do jednego pytania: czy Pistons zdążą przekonać swojego środkowego, zanim ten postawi wszystko na jedną kartę.

Kto usiądzie za kierownicą Red Bulla w Baku? Isack Hadjar. Francuz wraca do bolidu zespołu z Milton Keynes na Grand Prix Azerbejdżanu, mając za sobą leczenie złamanego nadgarstka.

21-letni kierowca złamał nadgarstek jeszcze przed GP Holandii – kontuzji nabawił się na treningu bokserskim w trakcie letniej przerwy. Początkowo mówiło się, że wypadnie z jednego wyścigu. Ostatecznie pauza trwała miesiąc.

Powrót potwierdzono we wtorkowym komunikacie zespołu. Testy w symulatorze i badania kontrolne nie wykazały żadnych przeciwwskazań do jazdy bolidem F1. Baku będzie więc dla Hadjara pierwszym startem od GP Węgier w lipcu.

Trzy wyścigi Lawsona i roszada w składach

Przez ten czas fotel po Hadjarze zajmował Liam Lawson. Nowozelandczyk w trzech startach w barwach Red Bulla zebrał 14 punktów. Bez punktów wyjechał tylko z Monzy – tam obsunęła go seria kar za wymianę elementów jednostki napędowej, a do tego po kontakcie z Nico Hulkenbergiem, który uszkodził mu przednie skrzydło, musiał zjechać do alei serwisowej.

Teraz Lawson wraca do Visa Cash App RB. Zespół podziękował mu w oficjalnym komunikacie za profesjonalizm, zaangażowanie i ciężką pracę w ostatnich trzech wyścigach, zaznaczając, że wskoczył do samochodu w trudnych okolicznościach i zanotował kilka imponujących występów.

„Zespół chciałby podziękować Liamowi za profesjonalizm, zaangażowanie i ciężką pracę w ostatnich trzech wyścigach. Wskoczył do samochodu w trudnych okolicznościach, zanotował kilka imponujących występów i wniósł cenny wkład w pracę zespołu”.

Jego miejsce w Visa Cash App RB zajmował dotąd Yuki Tsunoda, przesunięty z roli rezerwowego. Japończyk był dziesiąty w Monzy, a w Zandvoort niewiele zabrakło mu do punktu – na mecie wyprzedził go Pierre Gasly, walczący akurat o tę samą, dziesiątą pozycję. Ten układ, Lawson w Red Bullu i Tsunoda w RB, przetrwał trzy wyścigi.

Przerwa przyniosła Hadjarowi też miłą niespodziankę poza torem. W czasie jego nieobecności przywrócono mu trzecie miejsce z GP Monako – McLaren i Red Bull skutecznie odwołały się od decyzji anulującej dwie pięciosekundowe kary Pierre’a Gasly’ego za przekroczenie prędkości w alei serwisowej. Dzięki tej korekcie klasyfikacji Francuz ma na koncie pierwsze podium w barwach Red Bull Racing.

Formuła 1 zanotowała w 2025 roku rekordowe przychody. Zysk netto mimo to okazał się niższy niż rok wcześniej. Jak to możliwe? Odpowiedź kryje się w dokumentach finansowych spółki Formula One Management Limited, opublikowanych w brytyjskim rejestrze Companies House. Szczegółom raportu przyjrzał się portal racingnews365.com.

W sezonie 2025, w którym rozegrano 24 wyścigi, a mistrzem świata został Lando Norris z McLarena, przychody brutto F1 wyniosły 574,6 mln dolarów. To wyraźny skok w porównaniu z 526,0 mln dolarów osiągniętymi w 2024 roku — wzrost sięgnął blisko 9 proc. Spora część tych pieniędzy pochodzi z opłat, jakie organizatorzy Grand Prix płacą za miejsce w kalendarzu.

Rosły jednak i koszty. Koszty operacyjne zwiększyły się z 256,9 mln dolarów w 2024 roku do 277,0 mln dolarów w 2025 roku. Zysk brutto mimo to poszedł w górę, z 269,2 mln dolarów do 297,6 mln dolarów. Prawdziwy problem pojawił się jednak niżej w rachunku wyników. Koszty administracyjne sięgnęły tam 265,8 mln dolarów — to o około 24,9 mln dolarów więcej niż rok wcześniej.

To właśnie ten skok kosztów administracyjnych sprawił, że zysk operacyjny wzrósł tylko nieznacznie — z 28,2 mln dolarów w 2024 roku do 31,8 mln dolarów w 2025 roku. Zysk przed opodatkowaniem praktycznie stanął w miejscu: 26,7 mln dolarów rok wcześniej wobec 26,8 mln dolarów teraz. I tu paradoks — mimo rekordowych przychodów zysk netto spadł, z 39,4 mln dolarów w 2024 roku do 26,0 mln dolarów w 2025 roku. Częściowo tłumaczą to podatki. W 2025 roku F1 zapłaciła jedynie 738 tys. dolarów, podczas gdy rok wcześniej fiskus zabrał aż 12,7 mln dolarów — co jeszcze mocniej uwypukla spadek na poziomie zysku operacyjnego i przed opodatkowaniem.

Bliski Wschód namiesza w przyszłorocznym bilansie

Opublikowane liczby dotyczą wyłącznie 2025 roku. Nie uwzględniają więc wydarzeń, które już wpływają na kalendarz 2026 — w tym problemów z organizacją wyścigów na Bliskim Wschodzie. Wojna w regionie najprawdopodobniej doprowadzi do skrócenia sezonu z 24 do 22 rund. Kwietniowe GP Arabii Saudyjskiej już nie doszło do skutku, GP Bahrajnu przeniesiono do Malezji, a GP Kataru i GP Abu Zabi zostaną najpewniej odwołane.

Konsekwencje finansowe mogą być dotkliwe, bo zmiany w kalendarzu dotyczą akurat najbardziej kasowych wyścigów sezonu. Dla F1 może to oznaczać stratę sięgającą co najmniej 200 mln dolarów. Pełny obraz tego, jak mocno odbije się to na wynikach, poznamy dopiero po publikacji sprawozdań za 2026 rok. A na to trzeba będzie poczekać co najmniej do września 2027 roku.

Równolegle z wynikami finansowymi Formuła 1 szykuje się do zmiany adresu. Obecne biura znajdują się przy St James’s Market w Londynie, gdzie w 2017 roku podpisano 15-letnią umowę najmu z opcją wcześniejszego rozwiązania. Z tej opcji F1 zamierza skorzystać już w 2027 roku. W lutym 2026 roku podpisano umowę najmu nowej siedziby przy Broadway w Westminsterze, tuż obok Pałacu Buckingham i brytyjskiego parlamentu. Nowe biura mają być gotowe na początku 2027 roku, a kontrakt najmu — podobnie jak poprzedni — ma obowiązywać przez 15 lat.

Rosyjski miliarder, którego chemiczne imperium zasila machinę wojenną Kremla, przez lata kręcił się w samym sercu Formuły 1. Dziś jego obecność na torze wystarczy, by uruchomić śledztwo. Dmitrij Mazepin, 58-letni oligarcha wart obecnie 1,3 mld dolarów, jeszcze kilka lat temu figurował w rankingu „Forbesa” z majątkiem przekraczającym 7 mld dolarów. Jego firma Uralchem produkuje chemikalia wykorzystywane do wytwarzania materiałów wybuchowych trafiających do rosyjskiej amunicji. Cień tego biznesu wciąż jednak kładzie się na padoku najszybszej serii wyścigowej świata.

Historia Mazepina w F1 zaczęła się od pieniędzy, a skończyła aferą. Wiosną 2022 roku, tuż po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, zespół Haas natychmiast zerwał umowę sponsorską z jego firmą Uralkali – kontrakt wart był rocznie około 30 mln dolarów. Razem z pieniędzmi zniknął też kierowca: Haas pożegnał się z synem oligarchy, Nikitą Mazepinem, który w całym sezonie 2021 nie zdobył ani jednego punktu. W serialu „Drive to survive” Mazepin senior, zapytany wprost o finansowanie zespołu, odpowiedział krótko: „Nie jestem bohaterem”.

Za kulisami relacje z Haasem wyglądały dużo gorzej, niż sugerowały oficjalne komunikaty. Gunther Steiner, ówczesny szef zespołu, opisał w książce „Życie dla jazdy. Rok z życia szefa zespołu F1”, jak Mazepin potrafił grozić ekipie wprost: „Co się dzieje z moim synem?! Jeśli nic się nie zmieni, to wezwę prawników i wstrzymam finansowanie zespołu”. Steiner przyznał też, że utrzymanie Uralkali jako sponsora po wybuchu wojny oznaczałoby dla zespołu „ukrzyżowanie” przez media, kibiców i FIA.

Powrót na tor i tajemnicza przepustka

Wydawało się, że temat Mazepina w F1 jest zamknięty raz na zawsze. Do 2025 roku. Wtedy oligarcha pojawił się na zimowych testach F1 w Bahrajnie i wywołał natychmiastową aferę. Formuła 1 wszczęła dochodzenie, próbując ustalić, kto przekazał mu przepustkę wstępu. Tropy prowadziły do zespołu Alpine, którym zarządzał wówczas Oliver Oakes – wcześniej szef zespołu HiTech, należącego niegdyś do Mazepina jeszcze z czasów startów Nikity. Po wybuchu wojny to właśnie Oakesowi Mazepin sprzedał swoje udziały w HiTech.

Oakes tłumaczył się w rozmowie z ESPN, nie kryjąc bliskiej znajomości z Rosjaninem: „Powiedziałem mu 'dzień dobry’, ale z nim nie rozmawiałem. Tak, jest moim przyjacielem, działaliśmy wspólnie w HiTech”. Sprawa nabrała wagi, bo HiTech w tym samym roku aspirował do dołączenia do stawki F1 w kolejnym sezonie i złożył w FIA aplikację wraz z planem rozbudowy fabryki. Zespół przekonywał, że ma już podpisany kontrakt na dostawy silników z Mercedesem – producentem, którego relacje z rodziną Mazepinów sięgają głębiej, niż mogłoby się wydawać. To Mercedes użyczał niegdyś bolidu, który Mazepin senior kupił za kilkanaście milionów dolarów, by jego syn mógł odbywać prywatne testy, a rolę instruktora podczas tych sesji pełnił rezerwowy kierowca Mercedesa, Esteban Ocon.

HiTech twierdził, że za inwestycją w aplikację do F1 stoi kazachski miliarder Władimir Kim. Michael Schmidt, dziennikarz „Auto Motor und Sport”, nie miał wątpliwości, skąd biorą się obawy w padoku: „Formuła 1 obawia się, że Dmitrij Mazepin, jako poprzedni właściciel zespołu, może stać za kazachskimi pieniędzmi. Jeśli istnieje choćby najmniejsze podejrzenie, że w grę wchodzić mogą rosyjskie pieniądze, FIA również wyciągnie wtyczkę i nie zgodzi się na akces HiTech do F1”. Ostatecznie F1 uznała, że Mazepin próbuje wejść do serii tylnymi drzwiami, a Kim jest jedynie „słupem” – aplikację HiTech odrzucono.

To nie pierwsza próba Mazepina, by zdobyć własny zespół w F1. Już w połowie 2018 roku był bliski przejęcia podupadającego Force India, rywalizując wówczas z miliarderem Lawrence’em Strollem. Chciał kupić zespół poprzez Uralkali, a po przegranej skierował sprawę do sądu w Londynie, zarzucając Brytyjczykom, że proces przejęcia był „nieuczciwy” i „przeprowadzony w sposób niewłaściwy”. Sąd odrzucił wszystkie jego roszczenia. Stroll tymczasem zainwestował w klub kilkaset milionów dolarów, zamieniając Force India w Aston Martin.

Kreml, chemia i miliardy z państwowego banku

Poza torami wyścigowymi ślady Mazepina prowadzą prosto na Kreml. Widziano go tam na kilka dni przed wybuchem wojny w Ukrainie, a także w dniu samej inwazji. Biuro prasowe Putina tłumaczyło oficjalnie, że rozmowy dotyczyły sytuacji na rynku nawozów i jej wpływu na ceny żywności.

Fortuna Mazepina od początku była mocno spleciona z rosyjskim państwem. Na początku lat 2000., pracując jako urzędnik państwowy, zablokował prywatyzację Wschodniej Kompanii Paliwowej. Kluczowy zakup jego kariery – przejęcie Uralkali – sfinansował państwowy bank VTB kwotą 4,5 mld dolarów. Firma wycofała się z londyńskiej giełdy w 2015 roku, a w grudniu 2017 roku zarząd zdecydował o wyjściu również z giełdy w Moskwie. W tym czasie zadłużenie Uralkali wobec Sberbanku sięgało 2,46 mld dolarów, a łączna suma wierzytelności przekraczała 5 mld dolarów. Mimo to biznes wciąż generuje ogromne zyski – w 2025 roku wyniosły one 2,15 mld euro netto.

Do imperium Mazepina trafił też zakład TogliattiAzot. Rosyjskie organy ścigania oskarżyły jego byłych właścicieli i menedżerów, Władimira i Siergieja Machłajów, o wyprowadzanie pieniędzy z przedsiębiorstwa poprzez sprzedaż amoniaku i karbamidu za granicą po zaniżonych cenach. W 2019 roku Machłajowie zostali skazani, a dwa lata później uznani za bankrutów – co otworzyło Mazepinowi drogę do przejęcia zakładu.

Złamany kciuk, rana rozchodząca się pod koniec walki, lekarze zastanawiający się, czy palec w ogóle da się uratować – tak wyglądał finał starcia Alonzo Manifielda. Ile trzeba czekać, żeby po czymś takim znów wejść do klatki? W jego przypadku co najmniej pół roku.

Manifield pokonał Iwo Baraniewskiego przez niejednogłośną decyzję sędziów w walce, która otworzyła kartę główną gali UFC 331. Zwycięstwo przyszło jednak w wysokiej cenie. Już w pierwszej rundzie Amerykanin poważnie złamał kciuk, a pod koniec pojedynku rana wyglądała na tyle groźnie – z wyraźnie widocznym rozdzieleniem tkanek – że pojawiły się obawy o to, czy zawodnik nie straci palca.

W poniedziałek Kalifornijska Komisja Sportowa opublikowała pełną listę zawieszeń medycznych nałożonych na uczestników gali UFC 331 w Los Angeles. Manifield dostał najdłuższą karencję ze wszystkich – 180 dni, czyli sześć miesięcy, z powodu podejrzenia złamania lewego kciuka. Komisja zostawiła jednak furtkę: gdyby lekarz zgodził się wcześniej, zawodnik mógłby wrócić do rywalizacji przed upływem pełnego półrocza.

Inni zawodnicy też z zawieszeniami

Manifield nie jest jedynym, który musi teraz odpuścić trening. Joshua Van, zwycięzca walki wieczoru, dostał standardowe, obowiązkowe siedmiodniowe zawieszenie. Alexandre Pantoja, przez rozcięcie nad lewym łukiem brwiowym, otrzymał 60 dni przerwy – przez cały ten okres nie może wracać nawet do sparingów. Podobny wymiar kary, 60 dni, w tym pełne 60 dni bez kontaktu treningowego, dostał Mauricio Ruffy. Znokautowany w swojej walce, musi teraz uzyskać zgodę lekarza z powodu rozcięcia nad prawym okiem.

Arman Tsarukyan, uczestnik co-main eventu, otrzymał 45-dniowe zawieszenie, z czego 30 dni obejmuje zakaz treningów kontaktowych. Żaden z tych przypadków nie zbliża się jednak do skali urazu Manifielda – to jego kciuk każe czekać najdłużej ze wszystkich zawodników karty.

Kto włamał się do apartamentu jednej z największych gwiazd UFC i wyniósł jedzenie, nie kryjąc się nawet przed kamerą? Odpowiedź na to pytanie dał sam Alex Pereira, publikując nagranie, na którym sprawcę widać czarno na białym. Złodziejem okazała się małpka, która wtargnęła do apartamentu „Poatana” i zwędziła mu paczkę z jedzeniem.

To i tak najlżejszy z problemów, z jakimi ostatnio mierzy się 39-letni Brazylijczyk. Zwierzęce kradzieże nie są zresztą niczym odosobnionym. Naukowcy z kanadyjskiego Uniwersytetu w Lethbridge opisali w swoim badaniu przypadek makaków z Bali, które regularnie okradają turystów, a łupy wymieniają potem na jedzenie.

Porażka, która kosztowała historyczną szansę

W czerwcu 2026 roku Pereira miał szansę zapisać się w historii UFC jako pierwszy zawodnik z mistrzowskimi pasami w trzech różnych kategoriach wagowych. Plany pokrzyżował mu Ciryl Gane, który zdemolował go na wydarzeniu rozgrywanym w Białym Domu. Brazylijczyk debiutował wtedy w wadze ciężkiej i od pierwszego gongu nie mógł złapać odpowiedniego rytmu. Padł pod naporem Francuza już w drugiej rundzie.

Pereira nie krył rozczarowania przebiegiem walki. Twierdzi, że Gane oszukiwał, uderzając go wielokrotnie w tył głowy – i rzeczywiście, powtórki pokazują, że część ciosów Francuza spadła na jego potylicę. Walkę sędziował Herb Dean, który w żaden sposób nie zareagował na te niedozwolone uderzenia, za co Pereira ma do niego ogromny żal. Brazylijczyk posunął się nawet do stwierdzenia, że Dean powinien przejść na emeryturę.

Porażka i towarzyszące jej kontrowersje skłoniły „Poatana” do przemyśleń o przyszłości. Rozważał nawet zakończenie kariery, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że ma jeszcze coś do udowodnienia. Na razie jednak nie wiadomo, kiedy wróci do oktagonu amerykańskiego giganta.

Ile medali ma na koncie polska kadra pięściarek na mistrzostwach Europy w Sofii? Po dniu ćwierćfinałów odpowiedź jest prosta: cztery. I wszystkie zawdzięczamy dziś Angelice Krysztoforskiej.

Krysztoforska w kategorii do 48 kg rozprawiła się z Włoszką Chiarą Mosetti. Sędziowie nie mieli tu żadnych wątpliwości — jednogłośna decyzja, 5:0 dla Polki. Cztery karty pokazały 30:27, jedna 29:28.

Przewaga Polki było widać od pierwszych sekund starcia. Już w pierwszej rundzie sędzia ringowy musiał zwrócić Mosetti uwagę, że ta zbyt często ucieka od wymiany ciosów. W drugiej odsłonie Krysztoforska trafiła skutecznie prawą ręką i Włoszka usłyszała liczenie. Po dwóch rundach komplet sędziów punktował identycznie — 20:18 dla reprezentantki Polski.

Efekt jest taki, że Polka awansowała do półfinału w kategorii do 48 kg. A ponieważ w boksie amatorskim półfinał oznacza gwarancję medalu, ten Krysztoforska ma już praktycznie w kieszeni.

Kaczmarska przegrała walkę mistrzyń

Inaczej potoczył się ćwierćfinał w kategorii olimpijskiej do 75 kg. Agata Kaczmarska trafiła na Irlandkę Aoife O’Rourke — starcie zapowiadało się na prawdziwy hit, bo obie panie mają na koncie tytuły mistrzyń świata.

Polka zaczęła dobrze. Pierwszą rundę trzech z pięciu sędziów oddało Kaczmarskiej. W drugiej odsłonie układ sił się jednak odwrócił — tym razem trzej arbitrzy punktowali na korzyść Irlandki. Ostatecznie werdykt zapadł na korzyść O’Rourke, która wygrała 3:2.

Karty sędziowskie najlepiej pokazują, jak wyrównana była ta walka. Dwóch arbitrów dało zwycięstwo Irlandce 30:27, jeden 29:28 — ale dwóch pozostałych uznało, że lepsza była Kaczmarska, również 29:28. Większością głosów w półfinale ME w Sofii w kategorii do 75 kg zobaczymy więc Aoife O’Rourke, nie Polkę.

Ile potrwa przerwa kapitana GKS-u Katowice po operacji kolana? Według klubu – co najmniej kilka tygodni. Grzegorz Pasiut przeszedł artroskopię kolana i właśnie zaczyna rehabilitację.

39-letni napastnik od lat jest twarzą katowickiej drużyny i to on nosi opaskę kapitana. Przed obecnym sezonem ponownie mu ją powierzono. Ma to szczególne znaczenie, bo GKS broni tytułu mistrza Polski.

Pasiut nie jest jedynym, kogo zabraknie w składzie. Mateusz Michalski, również napastnik, wciąż dochodzi do siebie po urazie mięśnia dwugłowego ramienia. On także powinien wrócić do gry za kilka tygodni.

Dwa istotne nazwiska poza składem

Dla drużyny broniącej mistrzostwa jednoczesny brak kapitana i jednego z napastników to poważny sprawdzian głębokości kadry. Klub nie zdradził na razie konkretnej daty powrotu ani jednego, ani drugiego zawodnika – oficjalny komunikat mówi jedynie o kilkutygodniowej rehabilitacji, zarówno w przypadku Pasiuta, jak i Michalskiego.

Instalacja aplikacji
Pobierz