Jeszcze rok temu Mikael Granlund wchodził do szatni Anaheim Ducks jako świeżo upieczony nabytek – jeden z wielu doświadczonych zawodników sprowadzonych, by przebudować zespół. Dziś to on nosi na piersi literę „C”. Fiński napastnik przejął opaskę kapitana po Radko Gudasie, który latem odszedł do Florida Panthers.
Granlund ma 34 lata, a to pierwsza taka funkcja w jego karierze w NHL. W minionym sezonie kapitanował już reprezentacji Finlandii, więc z opaską na ręku obyty jest nieźle. Nadchodzące rozgrywki będą dla niego dopiero drugim sezonem w barwach Ducks – klub podpisał z nim trzyletni kontrakt rok temu.
Liczby z debiutanckiego sezonu w Anaheim mówią same za siebie: 58 spotkań fazy zasadniczej, 41 punktów, w tym 19 goli i 22 asysty. W play-offach dołożył kolejne 10 punktów w 12 meczach. To właśnie z nim w składzie Ducks awansowali do fazy pucharowej po raz pierwszy od sezonu 2017/18. W pierwszej rundzie wyeliminowali Edmonton Oilers, zanim odpadli w starciu z Vegas Golden Knights.
„To dla mnie ogromny zaszczyt być kapitanem Anaheim Ducks i dołączyć do grona wielkich kapitanów w historii tego klubu. Jestem wdzięczny Patowi Verbeekowi, sztabowi szkoleniowemu i kolegom z szatni za zaufanie oraz powierzenie mi tej odpowiedzialności” – powiedział Granlund.
Fin nie zostanie z tym ciężarem sam. U jego boku jako zastępcy kapitana wystąpią Leo Carlsson, Alex Killorn, Troy Terry i Jackson LaCombe. Carlsson, Killorn i Terry to napastnicy, LaCombe gra w obronie.
Wszechstronność doceniana przez kolegów
O nowym kapitanie ciepło wypowiedział się bramkarz Ducks Lukáš Dostál. „Jest częścią naszej doświadczonej grupy. To niesamowity zawodnik. Możesz wystawić go w przewadze, w osłabieniu, na środku, na lewym czy prawym skrzydle i właściwie nie ma to dla niego znaczenia. Gra w ten sam sposób i na bardzo wysokim poziomie. Jest świetnym liderem. W ważnych momentach potrafił również przejąć odpowiedzialność w szatni” – ocenił Dostál.
Do roli kapitana Granlund przychodzi z bogatym CV międzynarodowym. Podczas zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie prowadził reprezentację Finlandii jako kapitan i wywalczył z nią brązowy medal. W NHL zadebiutował po tym, jak Minnesota Wild wybrała go z dziewiątym numerem draftu w 2010 roku. Od tamtej pory rozegrał 960 meczów sezonu zasadniczego i zdobył 651 punktów – 198 goli, 453 asysty. Oprócz Minnesoty i Anaheim grał też w Nashville Predators, Pittsburgh Penguins, San Jose Sharks i Dallas Stars. W fazie play-off ma na koncie 89 spotkań i 52 punkty.
Generalny menedżer Ducks Pat Verbeek nie krył, że wybór był oczywisty. „Mikael od lat jest silnym liderem naszej szatni i reprezentacji Finlandii. Jest naturalnym wyborem dla miejsca, w którym znajduje się obecnie nasz klub. Zarówno kierownictwo, jak i sztab szkoleniowy widzą, jak prowadzi zespół własnym przykładem. Uosabia profesjonalizm, pokorę, chęć dzielenia się doświadczeniem i spokojną intensywność, które są potrzebne kapitanowi” – powiedział Verbeek.
Sezon 2026/27 Anaheim Ducks zainauguruje 2 października wyjazdowym meczem z Vegas Golden Knights – tym samym zespołem, który wiosną zakończył ich marzenia o dalszej grze w play-off. Granlund wyjdzie na lód już z opaską kapitana. W lidze wciąż sześć klubów nie ma wyznaczonego lidera: Boston Bruins, Columbus Blue Jackets, Detroit Red Wings, Ottawa Senators, San Jose Sharks i Vancouver Canucks.
28 września sala prasowa na Mestalla będzie pełna — tego dnia Valencia CF oficjalnie zaprezentuje Javiera Aguirre jako nowego trenera pierwszego zespołu. Meksykanin objął stanowisko zaledwie kilka dni po rozstaniu klubu z Carlosem Corberanem, a samej decyzji towarzyszył tydzień rozmów.
Powód zmiany na ławce jest oczywisty. Po siedmiu kolejkach La Ligi Valencia ma na koncie zaledwie cztery punkty — to przedostatnie miejsce w tabeli, czyli strefa spadkowa. Corberana zwolniono 13 września. Jego miejsce zajął Aguirre.
Trzeci mundial w karierze i doświadczenie w Hiszpanii
Javier Aguirre, rocznik 1958, urodzony 1 grudnia, trafił na Mestalla krótko po zakończeniu mundialu 2026. Prowadzona przez niego reprezentacja Meksyku doszła na tym turnieju do 1/8 finału. To był już trzeci mundial w jego karierze selekcjonera tej kadry — wcześniej prowadził Meksykanów w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku oraz w RPA w 2010 roku.
Hiszpańska liga nie jest mu obca. Zdążył popracować w Osasunie, Atletico Madryt, Realu Saragossa, Espanyolu, Leganes i Mallorce. Za jego największe osiągnięcie na Półwyspie Iberyjskim wciąż uchodzi awans Osasuny do Ligi Mistrzów.
Nowy kontrakt wiąże Meksykanina z Valencią do końca obecnego sezonu, z opcją przedłużenia o kolejny rok. Krótka umowa, jeden konkretny cel: utrzymać klub w La Lidze.
Sześćdziesiąt siedem sekund. Tyle Daniel Mikołajewski potrzebował, by strzelić gola w debiucie w barwach FC Luzern. Gospodarze nie zdążyli nawet rozkręcić pierwszej akcji, a Polak już wpisał się na listę strzelców w nowym klubie. I to był dopiero początek.
W kolejnych meczach 20-letni napastnik dołożył trzy asysty. Szczyt formy przyszedł w starciu z Grasshoppers Zurych – hat-trick i wygrana FC Luzern 5:1. Klub, do którego trafił na roczne wypożyczenie z włoskiej Parmy, zyskał napastnika, o jakim jeszcze niedawno w Lucernie nikt nie słyszał.
„Zachwycają się nim”. Porównania do Lewandowskiego
Mieszkający w Szwajcarii Ryszard Komornicki, były reprezentant Polski i uczestnik mistrzostw świata w 1986 roku, przyznaje, że tamtejsze media zaczęły stawiać śmiałe tezy. „Już czytałem porównania do Lewandowskiego. Oczywiście, na takie słowa jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, ale w mediach się pojawiły, bo wejście do ligi ma naprawdę imponujące” – mówi Komornicki.
Jak dodaje, lokalne media nie mogą się napatrzeć na Polaka. „Muszę powiedzieć, że wszyscy się nim zachwycają. W tutejszych mediach powstaje o nim sporo artykułów, pojawia się dużo informacji, bo na początku był zagadką, nawet kibice nie do końca wiedzieli, skąd tu trafił i że jest Polakiem” – opisuje.
Komornickiego przekonuje przede wszystkim sam styl gry Mikołajewskiego. „W ogóle podoba mi się jego gra – jest aktywny, szuka piłki, potrafi cofnąć się i pomóc w rozegraniu akcji, a przy swoim wzroście jest też szybki. Widać też dobre wyszkolenie techniczne, dobrze porusza się w wolnych strefach, potrafi kierunkowo przyjąć piłkę” – ocenia.
Nowy trener, wahliwa forma zespołu
Część zasługi za formę Mikołajewskiego spada też na ławkę trenerską. Po zakończeniu ostatniego sezonu FC Luzern przejął Jorg Portmann. Wcześniej pracował na poziomie trzeciej ligi i ma doświadczenie w szkoleniu młodzieży – stąd być może zaufanie, jakim obdarzył młodego Polaka.
Sam zespół tymczasem jedzie na rollercoasterze. Ostatnie mecze FC Luzern to kolejno 5:1, 3:3, 2:4, 3:0, 2:2 i 0:3. Mimo tych wahań klub po dziewięciu kolejkach zajmuje szóste miejsce w tabeli Super Ligi z dorobkiem 12 punktów.
Presja z Włoch i pominięcie w kadrze
Nad transferem do Szwajcarii wisi konkretna liczba. Jak twierdzi Komornicki, jeden z działaczy Parmy miał powiedzieć Mikołajewskiemu wprost, że jeśli w pierwszym sezonie nie zdobędzie łącznie 20 punktów za gole i asysty, nie ma po co wracać do Włoch.
A w kadrze? Selekcjoner Jan Urban nie znalazł dla napastnika miejsca w pierwszej reprezentacji na mecze Ligi Narodów. Mikołajewski pojechał zamiast tego na zgrupowanie kadry U-21 prowadzonej przez Jerzego Brzęczka. Komornicki, niegdyś klubowy kolega Urbana z Górnika Zabrze i reprezentacji Polski, nie kryje irytacji. „Takie gadanie, że ktoś jest jeszcze za młody, dajmy mu czas, bardzo mnie irytuje. Nie ma piłkarza, dla którego jest za wcześnie, który jest zbyt młody na reprezentację Polski” – mówi.
Droga Mikołajewskiego do Lucerny prowadziła przez Gdańsk. Karierę zaczynał w Jaguarze Gdańsk, skąd trafił do Parmy. Po drodze był też wypożyczony do Zagłębia Lubin. Teraz, w Szwajcarii, dostał szansę, żeby udowodnić, że te porównania do Lewandowskiego to nie tylko medialna przesada.
W piątek 25 września zarząd PZPN może zdecydować o odwołaniu Marcina Szulca z funkcji przewodniczącego Kolegium Sędziów. Ostateczna decyzja ma zapaść podczas posiedzenia władz związku.
Szulc kierował Kolegium od października 2025 roku. Do jego obowiązków należy kierowanie pracami Prezydium Kolegium Sędziów, kontakty z UEFA, FIFA i IFAB, nadzór nad szkoleniem arbitrów oraz obsada sędziów w Ekstraklasie, 1. i 2. lidze. To jedno z kluczowych stanowisk w polskiej piłce – tym razem funkcja przewodniczącego przetrwała niespełna rok.
Jeśli do odwołania rzeczywiście dojdzie, obowiązki przewodniczącego przejąłby Robert Małek – przynajmniej do czasu, aż związek znajdzie stałego następcę. Tak twierdzi serwis Meczyki, według którego Małek jest obecnie brany pod uwagę jako kandydat do tymczasowego pokierowania Kolegium. Sam Małek zasiada już w Kolegium Sędziów PZPN jako jego członek. W składzie, obok niego, znajdują się także Maciej Wierzbowski, Tomasz Radkiewicz, Krzysztof Myrmus i Radosław Siejka.
Ciekawostka: Małek wcale nie był pierwszym typowanym nazwiskiem. Wcześniej propozycję objęcia funkcji miał dostać Paweł Gil, ten jednak jej nie przyjął.
Kim jest Robert Małek
Robert Małek urodził się 15 marca 1971 roku w Zabrzu. Mecze najwyższej klasy rozgrywkowej prowadził jako arbiter od końca lat 90. Między 2001 a 2013 rokiem widniał na liście sędziów międzynarodowych FIFA – ponad dekadę sędziował więc pod okiem światowej federacji.
Teraz, po latach spędzonych na boisku i w strukturach Kolegium, może na krótko stanąć na jego czele – zanim PZPN znajdzie kogoś na stałe.
Cache, mapa przeciwko FURII. Mathieu „ZywOo” Herbaut kończy rundę z bilansem 20-5 i ratingiem 2,24 – najlepszym, jaki zanotował w całym turnieju. Chwilę wcześniej dopisał do swojego konta ace’a, trzeciego i zarazem ostatniego w historii tego StarLadder StarSeries Fall. Właśnie ten moment najlepiej oddaje niedzielę Francuza, który zagrał łącznie na czterech mapach, wyeliminował rywali 71 razy i zginął 44 razy.
Team Vitality miało w niedzielę podwójne zadanie na głowie – dwa mecze, sześć rozegranych map. Najpierw ekipa pokonała FURIĘ 2:0 w finale konsolidacyjnym. To już piąte zwycięstwo Vitality nad Brazylijczykami w piątym tegorocznym starciu obu zespołów. Potem, w wielkim finale, drużyna prowadzona przez Dana „apEX” Madesclaire’a rozprawiła się z Aurorą 3:1.
Liczby z niedzieli mówią same za siebie: średnio 95,3 obrażeń na rundę i rating 1,51. Za cały turniej Francuz zanotował rating 1,50, przy 92,2 obrażeń na rundę i skuteczności KAST na poziomie 77,1%. Nie każda mapa wyglądała jednak jak ta na Cache. Najsłabszy występ zaliczył na Mirage przeciwko graczowi magic – przy bilansie 11-9 jego rating spadł do 1,04.
Rywalizacja o MVP i plan na jesień
Redakcja HLTV typowała, że największym konkurentem ZywOo w walce o tytuł MVP będzie Jimi „Jimpphat” Salo. Fin w finałowym starciu uplasował się jednak dopiero na 4. miejscu tabeli statystyk – 41 fragów, 51 śmierci, rating 0,81. Ostatecznie to Herbaut odebrał nagrodę dla najlepszego zawodnika StarLadder StarSeries Fall – swoją 33. w karierze i 26. na turniejach rangi „Big Event”.
Dla Team Vitality kalendarz nie zwalnia tempa. Od 3 do 11 października ekipa zagra w 24. sezonie ESL Pro League w Katowicach, a zaraz po nim, w dniach 24-31 października, poleci do Bukaresztu na PGL Masters.
Tie-break w pierwszym secie, stracona partia w drugim, a na koniec walka do ostatniej piłki w trzeciej – tak zaczął się ćwierćfinał Czechy – Wielka Brytania na twardym korcie hali Shenzhen Bay Sports Center. To właśnie tam we wtorek 22 września ruszył turniej finałowy Pucharu Billie Jean King, a pierwszy pojedynek dnia między reprezentacjami Czech i Wielkiej Brytanii od razu dostarczył sporo emocji.
Marie Bouzkova zmierzyła się z Sonay Kartal i wygrała 7:6(2), 4:6, 6:4. O pierwszym secie zadecydował tie-break, w którym Czeszka nie dała rywalce większych szans, wygrywając go 7-2. Potem inicjatywę przejęła Brytyjka – wyrównała stan meczu, triumfując w drugiej partii 6:4. Wszystko rozstrzygnęło się więc w trzecim secie. Bouzkova ponownie odnalazła rytm gry i zamknęła spotkanie wynikiem 6:4. Tym samym Czeszki objęły prowadzenie 1:0 w rywalizacji z Wielką Brytanią.
Drugie spotkanie dnia przesądziło losy całego ćwierćfinału. Linda Noskova, tegoroczna mistrzyni Wimbledonu, pokonała Katie Boulter 6:2, 7:6(3). Pierwszą partię rozstrzygnęła bez większych problemów. W drugiej musiała się już bronić – padł tie-break, który wygrała 7-3. Ten triumf dał reprezentacji Czech komplet dwóch zwycięstw i awans do półfinału Pucharu Billie Jean King.
Debel bez znaczenia, Czeszki pierwsze w półfinale
Przy stanie 2:0 mecz deblowy nie miał już wpływu na wynik rywalizacji, więc po prostu go nie rozegrano. Reprezentacja Czech jako pierwsza zapewniła sobie miejsce w półfinale tegorocznej edycji turnieju. Na rywalki Czeszki poczekają do środy – wtedy w hali Shenzhen Bay Sports Center rozstrzygnie się ćwierćfinał Hiszpania – Kazachstan, a jego zwyciężczynie staną naprzeciw drużyny Bouzkovej i Noskovej.
Pod koniec sierpnia na torze Algarve w Portimao trzej kierowcy kolejno wsiadali do bolidów Haas z poprzednich sezonów. Stawka? Bezpośrednie starcie, które miało zdecydować o ich przyszłości w Formule 1. Zespół nieprzypadkowo sięgnął po stare auta — chodziło o to, żeby porównać kandydatów w identycznych warunkach. Wyników nikt nie ogłosił, bo cała sesja miała charakter wewnętrznej oceny. A jednak to właśnie tamten dzień na portugalskim torze może przesądzić, kto w 2027 roku zasiądzie w kokpicie obok Olivera Bearmana.
Haas jest coraz bliżej ostatecznej decyzji ws. składu na sezon 2027. Esteban Ocon praktycznie nie ma już szans na przedłużenie kontraktu — jego miejsce ma przypaść albo Rafaelowi Camarze, albo Leonardo Fornaroliemu. Zespół szuka kogoś, kto stworzyłby z Bearmanem trwały, stabilny duet na kolejne lata. W grze pojawiały się też nazwiska Ryo Hirakawy i Jacka Doohana, a szef zespołu Ayao Komatsu sam przyznawał, że na stole leży kilka kandydatur.
Camara na prowadzeniu, ale Fornaroli depcze mu po piętach
W teście w Portimao wzięli udział Camara, Fornaroli oraz Hirakawa. Jak podaje serwis Autoracer, po serii tych jazd na prowadzenie w wyścigu o fotel w Haas wysunął się Rafael Camara. Fornaroli jednak nie odstawał poziomem — a to sugeruje, że ostateczna decyzja może zapaść bliżej stołu zarządu niż linii mety.
Camara ma 21 lat, jest Brazylijczykiem i od kilku lat rozwija się pod skrzydłami akademii talentów Ferrari. To może okazać się kartą przetargową ważniejszą niż same czasy okrążeń. Autoracer podaje, że za jego kandydaturą zdecydowanie opowiedział się właściciel Haas, Gene Haas. Powód jest czysto biznesowy: Gene Haas liczy, że zakontraktowanie podopiecznego Ferrari mogłoby przełożyć się na niższe ceny silników dostarczanych przez włoski koncern. Haas od lat jeździ na jednostkach napędowych z Maranello, więc dla amerykańskiego zespołu każda oszczędność na tym froncie ma realne znaczenie finansowe.
Fornaroli wchodzi do tej rywalizacji z zupełnie innym CV. To aktualny mistrz Formuły 2 — kierowca, który swoją wartość na torze udowodnił już w ubiegłym sezonie. Brakuje mu jednak wsparcia sponsorskiego, a w Formule 1 to wciąż waży bardzo dużo. W tym roku dołączył do programu juniorskiego McLarena, gdzie wspiera zespół w symulatorze i zdążył już przetestować bolid F1. Na pełnoetatowy angaż u McLarena nie ma jednak co liczyć, co sprawia, że oferta Haas to dla niego praktycznie jedyna realna droga do startu w mistrzostwach świata.
Z jednej strony mistrz F2 bez zaplecza finansowego. Z drugiej — wychowanek Ferrari, którego obecność w garażu może obniżyć rachunki za silniki. Test w Portimao dał Haas twarde dane liczbowe. Reszta tej decyzji rozegra się już poza torem.
Sobota, 26 września, godzina 18:00. Na parkiecie w Bilbao Surne Bilbao Basket podejmuje Kids&Us Manresę – tym meczem Sportklub otwiera transmisje nowego sezonu ligi ACB. Kilka godzin później, o 21:00, kamery przenoszą się do Barcelony, gdzie FC Barcelona zagra z Leymą Coruña. Sezon rusza pełną parą, a polscy kibice obejrzą go w całości na antenie Sportklubu.
Tym razem polska reprezentacja w ACB będzie wyjątkowo liczna. W lidze zagra czterech Polaków, w tym dwóch debiutantów w Hiszpanii. Aleksander Balcerowski po udanym sezonie w Unicai trafił do FC Barcelony. Andrzej Pluta – świeżo po mistrzostwie Polski z Legią Warszawa i tytułach MVP sezonu zasadniczego oraz finałów – podpisał kontrakt z Gironą. Wraca tym samym do kraju, w którym jako szesnastolatek debiutował w barwach Betisu. W minionym sezonie polskiej ligi notował średnio 12,8 punktu i 6,4 asysty, a w Lidze Mistrzów odpowiednio 15,2 i 5,3. Łukasz Kolenda przeniósł się z Rostock Seawolves – gdzie w lidze niemieckiej zdobywał średnio 10,3 punktu i blisko dwie asysty na mecz – do Manresy, podpisując dwuletnią umowę. Czwarty z Polaków, Luke Petrasek, zostaje w Surne Bilbao Basket po niezłym poprzednim sezonie. I już w pierwszej kolejce Petrasek zmierzy się z Kolendą – Bilbao zagra z Manresą.
Broniącym tytułu jest Valencia, która w poprzednim finale pokonała Barcelonę 3:1, przypieczętowując triumf zwycięstwem 108:84 na wyjeździe, w Palau Blaugrana. To drugie mistrzostwo Hiszpanii w historii klubu. Całe play-offy Valencia przeszła z bilansem 8-1, po drodze eliminując Bilbao 2:0 i Joventut 3:0, a w finałowej serii z Barceloną zdobywała średnio aż 102,5 punktu na mecz. MVP finałów wybrano Jeana Montero, autora 23 punktów w ostatnim spotkaniu. Do tego doszedł triumf w Supercopa Endesa – Valencia skompletowała pierwszy dublet w swojej historii.
Mistrzowska drużyna wchodzi jednak w nowy sezon z innym trenerem na ławce. Pedro Martínez, architekt zeszłorocznego sukcesu, latem przeniósł się do Realu Madryt. Zastąpił go dotychczasowy asystent Xavi Albert, który dostał dwuletni kontrakt. Kadrowo Valencia mocno się wzmocniła. Najgłośniejszym transferem jest Nikola Mirotić, a obok niego w składzie pojawili się TJ Shorts, Dylan Osetkowski i Armoni Brooks – przy zachowanym trzonie mistrzowskiej ekipy z Kameronem Taylorem i Omarim Moore’em.
Real Madryt szuka rewanżu, Joventut zaskoczył w Supercopie
Real Madryt, mimo zmiany trenera na Pedro Martíneza, wchodzi w sezon z bagażem rozczarowania sprzed roku – bez kontuzjowanego wówczas Eddiego Tavaresa klub odpadł z play-off ACB już w pierwszej rundzie. Latem przyszło jednak odreagowanie na arenie europejskiej: triumf w pierwszej edycji Superpucharu Euroligi w Abu Zabi. W półfinale Real odrobił szesnastopunktową stratę i pokonał Dubai Basketball po dogrywce 98:95, a w finale okazał się lepszy od Olympiakosu 93:89. Sezon ligowy Real rozpocznie meczem z Unicają w niedzielę 27 września o 19:00, także transmitowanym przez Sportklub.
Prawdziwym zaskoczeniem przedsezonowych rozgrywek okazał się jednak Joventut. We własnej hali pokonał w finale Supercopa Endesa Barcelonę 101:87 i został pierwszym gospodarzem turnieju w historii, który sięgnął po jego trofeum. Bohaterem spotkania był Nicolás Laprovittola – 31 punktów i dziewięć trafionych trójek, rekord tych rozgrywek – który latem odszedł właśnie z Barcelony do Joventut. O zwycięstwie przesądziła ostatnia kwarta, wygrana 30:19.
Formę przed inauguracją sprawdzały też ekipy, które w pierwszej kolejce zobaczymy w Sportklubie. Bilbao rozgromiło w sparingu Baskonię 99:85 i zdobyło Euskal Kopa. Manresa z kolei przegrała ostatni sprawdzian z Leymą Coruña 85:86 – a to właśnie Leyma w niedzielę zmierzy się z Barceloną. W przegranym meczu Manresy błysnął Chibuzo Agbo, autor 33 punktów. Weekend inauguracyjny dopełni spotkanie FIATC Girona – UCAM Murcia w niedzielę 27 września o 17:00, również na żywo w Sportklubie.
3:2 – tak brzmiał werdykt sędziów w Sofii, i to na niekorzyść Agaty Kaczmarskiej. Polka pożegnała się z ćwierćfinałem mistrzostw Europy, przegrywając z Irlandką Aoife O’Rourke. Naprzeciw siebie stanęły dwie aktualne mistrzynie świata – Kaczmarska broni tytułu w kategorii powyżej 80 kg, O’Rourke w kategorii 75 kg, choć w Sofii Polka walczyła w wadze do 75 kg. Niejednogłośna decyzja sędziów dała Irlandce nie tylko awans, ale i pewność co najmniej brązowego medalu.
Decyzja arbitrów szybko rozpętała burzę w komentarzach. Kaczmarska napisała w mediach społecznościowych, że po walce zalała ją fala wiadomości od kibiców przekonanych, iż jedna z rund nie powinna zostać zapisana na jej niekorzyść.
Na tym kończy się moja droga na tych Mistrzostwach Europy. Serce trochę płacze, ale ten uśmiech jest dla Was
Dalej zawodniczka odniosła się wprost do kontrowersji wokół drugiej rundy starcia z O’Rourke. Sama, jak przyznała, nie jest przekonana do werdyktu – ale tłumaczyć się nim nie zamierza.
Dostałam od Was ogrom wiadomości i wsparcia. Wielu z Was pisało, że nie powinnam przegrać tej drugiej rundy. Może i nie powinnam… ale jeśli chcę być najlepsza, muszę wygrywać wszystkie. I właśnie nad tym będę pracować
Bez wymówek, z pokorą
Usprawiedliwień nie szukała. Zamiast tego od razu zapowiedziała dalszą pracę nad swoim boksem.
Bez wymówek. Z pokorą, jeszcze większą motywacją i świadomością, że przede mną dużo pracy. Ale tej pracy się nie boję
Wpis zamknęła podziękowaniem dla kibiców za wsparcie. Teraz, jak zaznaczyła, jej uwaga należy do pozostałych reprezentantów Polski, którzy wciąż walczą w Sofii.
Pierwsza runda ćwierćfinału w Sofii. Przypadkowe zderzenie głowami, a chwilę później krew nad prawym okiem Nikolasa Pawlika. Polak mimo to nie przerwał walki i dokończył pojedynek z Rosjaninem Wiaczesławem Rogozinem, choć ostatecznie musiał uznać jego wyższość na mistrzostwach Europy.
Werdykt sędziów nie pozostawiał złudzeń. Wszyscy pięcioro wskazało na reprezentanta Rosji – karty pokazały 0:5 dla Pawlika, z notami 28-29, 27-30, 27-30, 27-30 i 27-30. Dla 21-letniego zawodnika walczącego w kategorii do 55 kg oznaczało to pożegnanie z turniejem w Sofii już na etapie ćwierćfinału.
To był jego pierwszy tego rodzaju uraz w karierze. Pawlik boksuje od 14 lat, a jak sam przyznał, rozcięcie łuku brwiowego przydarzyło mu się po raz pierwszy w życiu.
„To jest moje rozdziewiczenie”
Zapytany przez dziennik „Fakt” o kontuzję, Polak zbył ją machnięciem ręki.
To nie jest problem, chyba że jakoś mocniej by krwawiło. U mnie to jest delikatne rozcięcie. Muszę się pochwalić, że to jest moje rozdziewiczenie, bo pierwszy raz w życiu miałem rozcięcie łuku brwiowego, a boksuję od 14 lat
Znacznie bardziej niż rozcięta skóra nad okiem bolała go sama porażka.
Szkoda, że nie wyszło, bo byłem tak blisko medalu, a to było moje marzenie. Schodzę przegrany, ale wrócę silniejszy
Do ćwierćfinału w Sofii Pawlik dochodził w dobrym stylu. W poprzedniej rundzie rozprawił się z Węgrem Gaborem Virbanem, wygrywając jednogłośnie 5:0. Wcześniej pokonał też Ukraińca Maksyma Zymenkę, tym razem stosunkiem głosów 4:1. Seria zwycięstw urwała się dopiero na Rogozinie, w starciu, które Pawlik – wciąż walcząc o miejsce na podium – dokończył z rozciętym łukiem brwiowym.